poniedziałek, 22 sierpnia 2011

FACETOM WSTĘP WZBRONIONY !!! --- JARZĘBINA CZERWONA - SŁAWA PRZYBYLSKA

Słucham Sławy Przybylskiej i... się rozmarzyłam... Ale akurat tu nie będę opowiadać o moich marzeniach.  Opowiem o tym, co się zdarzyło.

ZBIEŻNOŚĆ

   Mieszkałam w innym miasteczku. Miałam innych przyjaciół. Basia była u mnie prawie codziennym gościem - jak nie pracowałam. Początek lat siedemdziesiątych. Przybiegała do mnie w czasie pracy na kawkę i coś słodkiego. Mieszkała pod miasteczkiem. Całą rodziną chodziliśmy w jej stronę na niedzielne spacery. Tak to było.
    Aż przez kilka dni pod rząd Basia nie przyszła. Zaniepokoiłam się, ale nie za bardzo. Po za tym byłam ogromnie zajęta. Miałam małe dziecko, uczyłam się jak szalona i ... pisałam swoją powieść życia. O wielkiej i (obowiązkowo!) nieszczęśliwej miłości. Dobijałam do końca. Właśnie uśmierciłam skrzypka z filharmonii - zmarł na gruźlicę, a jego cudna żona odchodziła od zmysłów i serce pękało jej z bólu - wszystko na raz. Fabuła straszliwie banalna, ale takie są fakty.
    Dziecko właśnie w południe usnęło, a ja spłakana niemożebnie - wszak za każdym razem, do dziś, przeżywam ogromnie mocno każde moje pisanie i tuzin chusteczek muszę mieć w pogotowiu, a tu stuk-puk do drzwi (małe dziecko, nie wolno dzwonić!) - Basia!!! Chwilę się wzajemnie wypytujemy.

27. Żarty o uśmiechu.



 1.
Poproszę kilogram uśmiechu.
Co? Znowu nie tu?
Po sklepach wiele takich bzdurnych towarów...
A uśmiechu — wcale !

2.
Poproszę kilogram uśmiechu,
Przecież słyszałam chichot
Zza tamtej firanki...
Zamknięto uśmiech na zamki... !
Na tysięczne zamki!

3.
Poszukuję serdecznego uśmiechu
Bez względu na deklinację.
I tak ten ma rację,
Kto się śmieje ostatni!

 4.
Nie rozcieńczaj uśmiechu w piwie, bo wyjdzie głupawy.
Nie rozwieszaj na drzewach, bo będzie dziurawy
— jakby z czkawką.
I nie wrzucaj go czasem do kieliszka
— to koniec zabawy.

Śmiej się z tego, co ja piszę — tu ci nic nie grozi!
Możesz się śmiać bez obaw! Do woli! To nie boli
Ciebie.

Mnie - może ociupinkę. 

El. Żukrowska sierpień 2011




niedziela, 21 sierpnia 2011

26. SPEŁNIENIE



Spełnienie

Oczekiwałeś mnie przez sto dni i nocy.
Każdego ranka stawiałeś dla mnie kubek na stole.
Każdego południa otwierałeś dla mnie drzwi marzeń.
Każdego wieczora spulchniałeś dla mnie poduszkę.
Aż przyszłam.
Rozedrgany i onieśmielony cofnąłeś się jak najdalej,
A później podarowałeś jedną różę.
Pachniała i była symbolem twojej miłości.
Wszystko, czego potrzebowałam — 
Znalazłam w twoich oczach.

© el.żukrowska sierpień 2011,
© Obraz pędzla H.M.-Wilińskiej.


25. MODLITWA II



MODLITWA II

Porannym niebem
Płynie rześki głos niedzielnych dzwonów.
Ptaki radośnie odpowiadają.
Wysoko gołębie
W zwrotach znaczą niebo
Słońcem odbitym w ich skrzydłach.
.
Klękam w kruchcie
Obejmując oczami
Błyszczące świecami piękno,
Obok którego balsamiczny zapach kadzidła.
Wplatam w niego moją
Dziękczynną modlitwę:
.
Panie, dziękuję Ci za nowy dzień,
Za słońce, za Twe miłowanie...

e.żukrowska sierpień 2011
Obraz namalowała Hania M.-Wilińska.



Posted by Picasa

piątek, 19 sierpnia 2011

24. ETIUDY



KROPECZKA

Jestem kropeczką. 
Jestem kropeczką nad i albo nad ż.
Nie jestem żadną w wielokropku.
Ani ostatnią — kończącą zdanie.



Z TOBĄ

Przeczesuję twoje włosy palcami.
Zapalam w nich iskierki marzeń.
Chcę byś miał dość wyobraźni,
odkrywał świat uczuć ze mną.
Razem.

.
.

W TONACJI E-MINOR 

Liczysz palce na moich rękach
Zatrzymujesz najpiękniejsze drżenia dla siebie
Nie mówisz gdzie odchodzisz
Zostają nuty 
Ktoś gra
zakończenie w tonacji E-minor
Jedynej jakiej nie znoszę...

e.żukrowska sierpień 2011
.



czwartek, 18 sierpnia 2011

23.NIEDOKOŃCZONY WIERSZ

   

NIEDOKOŃCZONY WIERSZ

Biegnę boso przez trzy akweny,
Przez trzy stawy i trzy rzeki płynące powoli.
— Ciebie nie ma!
A przyśniłeś, że będziesz! Że teraz! Że szybko!

Kto ci kazał w sny wierzyć?
Rybko!
Tobie trzeba wody o łagodnym nurcie,
Żeby kołyską była, odrobiny chłodu,
Opanowania dużo. Troszkę miodu,
Byś sama stała się innym słodyczą....
Kołysz się na fali. Nie spiesz!
Nie uciekaj życiu, które ciągle przed tobą,
Które jeszcze dla ciebie do końca
Nie obmyślone na ziemi i w niebie.

Może tobie trzeba będzie
Jeszcze raz pokonać drogę przez manowce,
By zapamiętać wszystkie ciernie i skały,
Progi zdradliwe, wiry mocne...
I już więcej nie powtórzyć, nie stracić
Tylko wreszcie pokochać, żyć, być...

A woda jakieś głosy niesie...
Drzewa nad nią szumią
I wilga krzyczy przestraszona w lesie...

© el.żukrowska 2011
© Obraz namalowany przez Hannę M.-Wilińską


wtorek, 16 sierpnia 2011

22. CICHUTKIE WSPOMNINIE



CICHUTKIE WSPOMNIENIE

Mleko się wylało, bo często tak bywa,
Że trzymając filiżankę — uszko nam się kiwa.
Ręka drży. Ze starości? Niekoniecznie wcale.
Może tylko wzruszenie, może inne żale
Tak rozhuśtały rękę... I oko zamgliły,
Że krzywo już widzisz, a obrazy stare
Są stokroć ważniejsze od mleka kropelki.
Dawny twój świat odchodzi. Znika wszelki
Ślad po nim. Tym bardziej chcesz zatrzymać
Nagły błysk wspomnienia: twarz przyjaciela,
Który odszedł tak dawno... Data się zaciera
W twojej pamięci... "Wnusiu ma kochana!
Zawieź mnie dziś na groby". Z miłością kładziesz
Gałązkę chryzantemy. Znicz dłonią okrywasz...
Czytasz datę — jak dawno... 
A czemu ty ... żywa...?

 .
e.żukrowska sierpień 2011
CHRYZANTEMY - Obraz pędzla Hanny M.-Wilińskiej.





poniedziałek, 15 sierpnia 2011

21.PIES

-


PIES

Dni w kalendarzu poznaczyłeś
Kolorowymi znakami:
Ten dla ciebie,
Ten dla niej,
Ten na ryby,  na grzyby,
A ten na winobranie.
Nic z tego nie wyszło —
— pada deszcz!
Pies?
Pies śmieje się do łez!
Ma ciebie tylko dla siebie! 


eżukrowska sierpień 2011
Obraz namalowany przez H.M.-Wilińską. SARNY

niedziela, 14 sierpnia 2011

20. KIEDY IDZIESZ




KIEDY IDZIESZ

Kiedy idziesz
Kiedy stoisz
Kiedy odkrywasz nową błogość
Ręce wyciągasz, nic nie dajesz
A bierzesz wszystko, całą mnogość...
Kiedy idziesz
A może płyniesz
Głowę unosisz, w chmury toniesz
Zabierasz każdą mgłę jak przędzę
I kiedy jesteś
Już najwyżej
Że wyżej to już grzbiet komety
Twoje Anioły ze złotej przędzy robią
Niebiańskie ornamenty z serc splecionych
Dusz splątanych, oczarowanych,
Zapatrzonych w siebie
Złoty deszcz gwiazd
Szczodrą ręką rozrzucą
Na nocnym nieboskłonie
Ułóż z nich napis — koniec...

© el.żukrowska 14.08.2011.
Obraz namalowany przez H.M.-Wilińską.

sobota, 13 sierpnia 2011

19. JUŻ PUSTE RĘCE


JUŻ PUSTE RĘCE

A po mojej stronie nieba tylko chmury i tylko wiatr, który je gna.
Może jeszcze odrobina ciepłych wspomnień o minionych dniach.
Może jeszcze jakieś nostalgiczne spojrzenie wstecz,
Jakiś letni drobiazg, pamiątkowa rzecz,
Jakiś zapomniany uśmiech albo śpiew
I już nic więcej,
Już puste ręce...
A po mojej stronie nieba tylko chmury i tylko wiatr, który je gna.
Może jeszcze jakaś spełniona obietnica, coś, co na zawsze się już ma.
Co się dostaje jak klejnot — do końca życia ...
Taka nasza myśl — serca tajemnica,
Talizman, skarb — nie do odkrycia...
I już nic więcej,
Już puste ręce...

© el.żukrowska sierpień 2011.
Obraz Hanny M.-Wilińskiej.



piątek, 12 sierpnia 2011

Enderwigin95 i Bronek zO - wiersze - kilka słów.

W zasadzie nie powinnam już pisać wierszy, ani czegokolwiek do wierszy podobnego. Zresztą nawet to co do tej pory napisałam tylko w przypływie niezwykłej dobroci dla mnie można nazwać wierszem.
Chcę dziś podać dwa adresy, gdzie znajdziecie przecudowną poezję, która budzi mój nieustający zachwyt.

   Najpierw wiersze Bronka zObizy Kozieńskiego.
Nie jestem dobrym recenzentem. W każdym razie Bronek jest ciągle duchem młody i gniewny. Nie przechodzi obojętnie koło trudnych spraw. I przepięknie o nich pisze. Ale to trzeba samemu przeczytać. A w zasadzie za pośrednictwem Bronka dotknąć bardzo trudnych spraw - On pisze o  nich fantastycznym językiem. Ma niesamowite bogactwo sformułowań. Co za porównania!

   Następnie zapraszam Was na blog http://koslawce.blogspot.com/2011/  tj. blog enderwigin 95. Tam sobie możecie poczytać tak piękne wiersze o kobietach, że... totalny zawrót głowy! Chyba każda kobieta chciałaby, aby tak o niej pisano. Oczywiście są i inne, ale... wiele z nich mimo wszystko nadal mówi o tej jedynej, widzianej nieustannie zakochanymi oczami . Co ja się tu będę rozpisywać - idźcie i czytajcie, bo jest co!
http://koslawce.blogspot.com
Zawsze miałam problemy z wstawianiem linków. Ten więcej odkrywa.


Obydwu Panów poznałam dzięki  grupie z Fb "Myśli słowem spięte".


Z ostatniego postu usiłowałam usunąć muzykę, bo jest bardzo "zaszumiona" i wyobraźcie sobie - nie umiałam!
Pozdrawiam moich czytelników bardzo serdecznie i życzę dużo słońca tego lata.
Och, sama tego tak pragnę!

czwartek, 11 sierpnia 2011

18. W ZAJĘCZYM SZCZAWIU



W ZAJĘCZYM SZCZAWIU
(z tomiku LIRA)

I znowu wiosna!
W wysokich kaloszach
Idę łąką zalaną wodą wrzącą od kaczeńców.
To nie tu!
W ledwie rozwijających się pączkach brzozy
 Szukam i nie znajduję, choć lepkie są od soku.
To nie tu!
Pod czeremchami, które jeszcze wonią
Nie uwodzą szukam, dotykam dłonią.
To nie tu!
Zgubiłam cię zeszłej wiosny...
W miękkim posłaniu z zajęczego szczawiu
Całowałeś drżącymi ustami bez końca.
Aż zapomniałam, kim jesteś...
Aż zapomniałam, kim jestem...
Zgubiłam cię w zajęczym szczawiu,
Jak szpilkę do włosów...

© el.żukrowska sierpień 2011
Fot. Alicja Stankiewicz

środa, 10 sierpnia 2011

17. SPÓŹNIONA MIŁOŚĆ



SPÓŹNIONA MIŁOŚĆ

Czasem ktoś przychodzi do ciebie nie w porę.
Chciałbyś powiedzieć — Przyjacielu, przyjdź jutro.
Ja dzisiaj nie mogę.
Ale tego nie mówisz.
Gościa z należnym szacunkiem przyjmujesz.

Cóż robisz, gdy spóźniona miłość zagada?
Drzwi otwierasz szeroko, choć serce się kuli, strwożone nagle.
Za późno, za późno, za późno! — Powtarzasz uparcie.
Ono cię nie słucha.Strzała uwięzła i narasta zmysłów gorączka.
I jesteś bezwolna! Każdym nerwem potrafisz tylko
Błagać o jeden dotyk, o uśmiech, spojrzenie, słów kilka...
Za późno! — Powtarza rozum. A serce kołysze nadzieję.
Dusza się w iskry rozrywa za tym jedynym,
Gdzie tęskność i wzgarda, gdzie pragnienie i obojętność...
Za późno!— Rozum powtarza. — Lepiej już być samotnym...
W resztkach rozumu duma popieleje.
Jesteś cała tęsknotą, młodym rozmarzeniem.
Nie ważny wiek twój — a tylko nadzieje.
Czepiasz się nich jak pajęczych nici...
Nic nie ocaleje. Za cienkie są. Za słabe...
Toniesz w beznadziei, toniesz wypalona,
Osłabła, zapomniana, gdzie są przyjaciele?
Drzwi były nie dość szeroko otwarte?
Odeszli z wiekiem... Odeszli w ciemności...
Czyjaś laska na chodniku jeszcze postukuje.
Zawarczał silnik auta...
Został ci twój czas — czas samotności...

© el.żukrowska sierpień 2011.
© Obraz namalowany przez Hannę M.-Wilińską

wtorek, 9 sierpnia 2011

16. CZAROWNICO - NIE MIESZAJ !




CZAROWNICO - NIE MIESZAJ !

Mój świat tymczasowy zaginał nagle pośród świateł błysków.
Nowy inny z niebytu właśnie się wylania:
Tu są wiersze, śpiew syreni i muzyki grania,
Ręce wysoko wzniesione, taniec, tęsknoty, mrzonki i zdumienie...
Czarownica to miesza, w kociołku właśnie napój warzy.
Tobie dam. Tobie nie dam. Dla ciebie łyk mały.
A tobie — ledwie kropelką jego czoła dotknie,
A on natychmiast cudnymi wybucha wierszami!
Słowa zaklęte rozsypuje przed nami, których ominęła,
Którzy, choć niepomazani, chcą pisać — i nie piszą...
Chcą odkryć duszę — zabrakło natchnienia...
Cisza.
Milczą i duszą się, świat ich nie chce.
Zabrakło wywaru czarownicy. Nie będą poznani.
Giną pod butami tłumu. Nikt ich nie widzi, nie schyli.
Tłum już depcze po nich...
Już ich nie ma...


e.żukrowska sierpień 2011
Obraz pędzla Hani M.-Wilińskiej.
Wszystkie prawa zastrzeżone!

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

15. MODLITWA I



MODLITWA I

Poznałam wiersze niesłychane
I teraz za nimi tęsknie...
Szukam ...
Tak niefrasobliwie porozrzucane to tu
to tam po wirtualnym świecie.
Odnajduje okruchy:
Tu wiersz,
Tam prawdziwe granie:
Słowa — pieśni,
Słowa — muzyka,
Słowa — czarowanie...
Przeglądam strony i szukam, i szukam.
Lecz więcej nie znajduje...
Uczę się na pamięć
Słów o szamanie, o górach,
O nauce patrzenia sercem.

I myślę :
— Tak proszę Panie!
Daj mi takie pisanie!
Podaruj mi takie wiersze,
Takie rymowanie,
Abym opowiedziała wszystko,
Co w głowie zebrane,
Sercem odczute,
Duszą kołysane...
Panie!
Tak rzadko Ciebie proszę!
Daj mi takie słowa,
Co wierszem pobiegną dalej i wyżej obłoków,
A ktoś przeczytawszy stanie zadumany i powie — dobry!
Przeczyta trzy razy i jeszcze będzie chciał...
Takie chcę pisać wiersze,
By serca poruszyły i ruszyły głowy,
By muzyką były
Jak słowa tamtego poety...
Czytam go i nie mam dość,
Wracam, smakuję każde słowo, każdy zwrot,
Każde porównanie... Wiersze-śpiewanie...

Znów czytam...

© el.żukrowska, lipiec 2011
© Obraz namalowała Hania M.-Wilińska.

niedziela, 7 sierpnia 2011

14.HANIA



HANIA

Widzę, jak stoisz przy sztalugach.
Skupiona, pochłonięta obrazem.
Zamyślona. W słońca smugach
tworzysz obraz i wiersz — zarazem.

Nie masz zmarszczek na czole. Uśmiechasz się cała.
Pędzlem dotykasz lekko — patrzącym się wyda,
że tworzysz bez wysiłku, jakbyś oddychała
rześkim morskim powietrzem, gdy przychodzi bryza.

Obraz skończony. Twoje Wzgórza
toną w zapachu mięty i pomarańczy...
Ty pod białym daszkiem, a sama w czerwieni,
kołyszesz kieliszkiem wina... Tańczysz...

Zmieniasz świat w obłok złotego pyłu....
Wirując pył sypiesz, jak dym kapłanka z ogniska...
Wołasz do siebie! Wernisaż już nowy!
Iskra za iskrą jak nowy blask błyska!


© el.żukrowska, sierpień 2011.
ze zmianami 7 lutego 2012 r.
© Fot z zasobów rodziny.

czwartek, 4 sierpnia 2011

12. MÓJ DROGI



MÓJ DROGI

Nie zapalaj światła i usiądź u proga.
Mów z daleka, bym ciebie zaledwie słyszała.
Dziś nie chcę ciebie widzieć.
Milczysz. Nie znajdujesz skargi.
Taki powtarzający się kicz...
I puste są twoje serce, usta...
Jedno się kończy. Inne się zaczyna.
Nic ja na to. Już nic.
Za późno przychodzisz,
Zabrakło w szklance wina...

e.żukrowska lipiec 2011
Obraz pędzla H.M.-Wilińskiej.
Wszelkie prawa zastrzeżone!




11. NIE ZATRZYMASZ MNIE...



NIE ZATRZYMASZ MNIE...

Nie zatrzymasz mnie, nie ochronisz,
Zanim pomyślisz — już się stanie,
Skoro w gwiazdach było zapisane
Przed naszym narodzeniem, naszym powstaniem.
.
Nie zasłonisz mnie, nie ukryjesz,
Zanim gest ręką — już się stanie
Skoro całe życie do ciebie biegłam,
Jeśli całe życie to było szukanie...
.
Nie powstrzymasz mnie, nie ocalisz!
Nim mrugniesz okiem — już się stanie
Moja całopalna ofiara miłości...
I moje twojej miłości żebranie...
.
Ani ucieknę, ani będę chciała,
Z serca mego drobne kamyki się staną,
Żwir na ścieżkę twoją:
Gdziekolwiek będziesz szedł,
Gdziekolwiek skierujesz swoje myśli,
Gdziekolwiek spojrzenie wyślesz.
— A ja bez serca zostanę, bez krwi.
— Szarość całą zgarnę z twego życia.
— Aby ochronić ciebie, aby z tobą być.
— Uwolnić od najsmutniejszych dni,
— od tego bez siebie bycia...

© el.żukrowska sierpień 2011
© Obraz pędzla H.M.-Wilińskiej.
Wszelkie prawa zastrzeżone!

środa, 3 sierpnia 2011

10. STOKROTKI ZAMIAST LAURU



STOKROTKI ZAMIAST LAURU
(z tomiku "Lira" oraz "Wiersze szarozłote")

Gonisz od wiersza do wiersza.
Rymem przemyślnym barwisz,
Słowem rzadkim upiększasz,
Szepczesz do wyobraźni,
Tam, gdzie ktoś skończył — zaczynasz,
Niesiesz powyżej szczytów.
Tworzysz i niszczysz. Ucinasz.
Dla sławy? Dla zachwytów?
.
A tu wieniec nie z laurów,
Tylko polne stokrotki białe i wiotkie —
Nietrwałe. A tak małe,
Że bukiecik ktoś do kieliszka włożył
— Ot — i szczęście całe!

© el.żukrowska  lipiec 2011
© Obraz Hanny Moczydłowskiej-Wilińskiej.

wtorek, 2 sierpnia 2011

9. NAD NARWIĄ — obraz ODNOGA NARWI



NAD NARWIĄ

Nie mnie o Tatrach wierszem opowiadać
Od tego są górale, co góry ukochali,
Ja ich nie znam wcale.
Jestem z Podlasia,
gdzie Narew leniwie wodami chlupocze o brzegi.
Gdy staniesz nad rzeką
Tylko trzciny i tataraki rozrosłe szeroko...
I szeleszczą ci, a ptactwo krzyczy bez porządku
O wiośnie, o lęgach, o życia początku.
A pełno ptaków nad głową...
Pełno i na dole.
Pluszczą i łowią rybki — pożywienie swoje.
Całe stadka kaczuszek małych, albo i perkozów,
A tam czapla siwa nogi moczy.
Nie da się z bliska podejść,
Na próżno się starasz.
Co innego bociek
— on bardziej łaskawy
Czasem się tak pięknie do zdjęcia ustawi,
Że i żabę na zdjęciu wyraźnie zobaczysz...
Chociaż on woli myszy...
Bogactwo barw i głosów nie do powiedzenia...
Oko latem daleko nie pobiegnie,
Gdyż trzciny wysoko
Horyzont zaraz zasłonią
I niebo masz nad sobą.
Jeszcze wierzby wysokie,
Dość silne, że nurt wiosenny nie powalił w wodę...
Słyszysz i czujesz wiatr na twarzy
Pachnie rzeka i tataraki
Całe powietrze w takim śpiewaniu i drżeniu
Że jeśli nie dotkniesz tego swym okiem i uchem
— nie uwierzysz...
To trzeba poczuć, zobaczyć samemu,
By potem mówić o wielkim tęsknieniu
Do ziemi Ojców...
 .
e.żukrowska sierpień 2011
Obraz namalowany przez H.M.-Wilińską.
Wszelkie prawa zastrzeżone!

8. OGŁOSZENIE




OGŁOSZENIE

Zaginął humor mój czysty — osobisty.
Zaginął rano w sobotę,
Nie licząc się, co zrobię potem.
Szukam już tydzień cały,
Tydzień okazał się zbyt mały.
Nie ma. I nie wiem co dalej!
Obszukałam już typowe zakamarki —
To znaczy głowę i serce. Nawet... hm... garnki...
Nie ma! A może ktoś mi go świsnął?
Kto się ośmielił rzecz tak mi bliską?!
Przecież ja żyć bez humoru nie mogę...
Czy ktoś widział tę moją powsinogę?
Ale nie ma — o rety! — niestety!
Teraz płaczę za nim, smęcę straszliwie.
Nie ma! Ogarnąć się nie mogę.
Chusteczki — tyle poszło! To aż kłopotliwe...
Pomóżcie odnaleźć choć ślad!
.
Jest! Jest! Znalazł się!
Gdzie?
Tu, w zamrażarce!
Ktoś go widocznie zatrzasnął.
A on zmrożony — zasnął...
Tylko kiedy się teraz obudzi?
Budź się!
Ja muszę do ludzi!
 .
© el.żukrowska lipiec 2011.
Obraz namalowany przez Hanię Moczydłowska-Wilińską.
Wszelkie prawa zastrzeżone!



poniedziałek, 1 sierpnia 2011

7. MOJE KOCHANIE



MOJE KOCHANIE

A rankiem to cię kocham
Delikatnym uśmiechem — zachętą
I wstającą jasnością
W rozbitej szybie rozszczepioną
Inaczej cię kocham
Inaczej...
         inaczej...
                  inaczej....

I w południe cię kocham
Gorąco jak oddech burzy na dachu
Pod niebem ciężkim deszczem jeszcze nie rozlanym
W błyskawicy zygzaku okiem uchwyconej
Inaczej cie kocham
Inaczej...
         inaczej...
                  inaczej...

Czy wieczorem cię kocham?
Przynosisz mi w kieliszku
Lekarstw groszki wyłuskane
W szklance wody rozprysły iskierki
Małej lampki światełko
Jak cię kocham?
Najpełniej
Najcieplej
Najpiękniej...
O, inaczej cię kocham
                             inaczej...
                                       inaczej....

© el.żukrowska 2011.
© Obraz pędzla Hani Moczydłowskiej-Wilińskiej.
Wszelkie prawa zastrzeżone

niedziela, 31 lipca 2011

6. DO HANEK



DO HANEK

Hankom słodkim,
co ciemne włosy na wiatr rozpuściły,
chętną ręką te włosy wypieszczę,
palcami wydotykam, wzrokiem oszacuję...
Zastanowię się, co można jeszcze!
Radośnie rozedrgane łowię poruszenia
również Hanek blondynek uroczych
co jasne włosy polecają mym dłoniom.
I już myślę, co jeszcze mogę tu dokonać.
Ja je strzygę, myję, układam, zawijam,
odżywki nie żałuję. W czułości praktyka!
Kocham je wszystkie!
Miłuję! Całuję!
Niech pachną, niech się stroszą,
cudnie wyglądają dla swoich chłopaków!
Układam im te włosy z miłością!
Farbami maluję.
Przydaję objętości. Lakieruję.
Pokazuję światu.
Ja — fryzjer Jan Jacul.

e.żukrowska, lipiec 2011
Fot. z internetu

sobota, 30 lipca 2011

5. SATYRA NA NARZEKANIE




SATYRA NA NARZEKANIE

Narzekała kobietka stara,
Że się starość nie udała
Panu Bogu.
Że tu strzyka, a tam kłuje,
Z dnia na dzień gorzej się czuje.
A facet na to jej odpowie:
Ciesz się, że masz dobrze w głowie!
Wszystko stracisz dokumentnie,
Gdy ci piąta klepka pęknie!
A jeśli całkiem ją zgubisz —
Pośmiewiskiem jesteś ludzi.

© el.żukrowska 30.07.2011.
Fot. z internetu





czwartek, 28 lipca 2011

4. OBRAZ



OBRAZ

Widziałem, jak wiatr z tobą figluje,
Jak dotyka twój dekolt oddechem,
Rozsypuje włosy, uda pokazuje
I wciąż tęsknię za takim widokiem...

Widziałem twe oczy rozmarzone.
O kim wtedy myślałaś? Tęskniłaś?
Całe życie na ciebie czekałem!
Gdzieś ty była, ma miła, gdzie byłaś?

Moja miła i moja maleńka!
Długonoga... Tęsknoto jedyna!
Szarpię się teraz cały w rozterkach
I figlarny wiaterek wspominam...

© el.żukrowska  lipiec 2011
© Obraz namalowała Hanna Moczydłowska-Wilińska.
Wszystkie prawa zastrzeżone!

piątek, 22 lipca 2011

3. Proszę Pana Koguta!




PROSZĘ PANA KOGUTA !

Ko, ko, ko! — Proszę Pana Koguta!
Proszę, ko!
Jestem grzeczna, milutka, o!
Oczko niczym czarny jaspis,
piórka słodko nastroszone,
jaj ochoczo dużo znoszę,
bo ja jestem materiał na żonę.

      Moja Kurko Złotopiórko,
      odpowiem ci tak:
      twoje chęci nie wystarczą
      kiedy uczuć brak!

Ko, ko, ko! — Proszę Pana Koguta!
Proszę, ko!'
Uczuć we mnie mnóstwo wielkie,
szczere chęci rozbudzone,
zgrabne udka mam, skrzydełka,
prześliczny ogonek.
Gdy kuperkiem mym zakręcę
— oczy pana żarem spłoną
i już pojmie Pan, Kogucie,
jaką będę świetną żoną.

Moja Kurko Złotopiórko
odpowiem ci tak:
ty nie tylko nie masz uczuć
— tobie także taktu brak!

©  El. Żukrowska  23.08.2011.
Fot. z internetu

2. ZAROZUMIAŁOŚĆ...?



ZAROZUMIAŁOŚĆ...?

Czasem ktoś się mozoli
Coś na kartce gryzmoli
Gryzie pilnie obsadkę
W górny lewy róg patrzy
 A mnie to niepotrzebne!
słowo spływa za słowem
ustawiają się równo i same
Moje słowa w wierszyki zebrane...

Czasem ktoś się mozoli
I słowniki przegląda
Myśli czyta roztrząsa
Rymy z nieba wręcz ściąga
 A mnie to niepotrzebne!
albo są te serdeczne
albo wcale ich nie chcę
Moje słowa w wierszyki zebrane...

Czasem ktoś się mozoli
I kielichem wspomaga
A tu myśli zbyt ciężkie
Rymy dalej toporne
 A mnie to niepotrzebne!
 bo i tak nagle milkną...
cicho przyszły... odeszły...
Moje słowa stracone!
Bezcenne!

©  EL. Żukrowska
© TULIPANY (enkaustyka) - obraz namalowany przez Hannę Moczydłowską-Wilińską.

1. CZYTAM WASZE WIERSZE



CZYTAM WASZE WIERSZE
(z tomiku LIRA)

Czytam wasze wiersze
Nasłuchując duszy,
Czy się łkaniem odezwie poruszona słowem?
Ale ona tylko ramionami ruszy,
Jakby ciągle myślała — dziś ci nie odpowiem...

Czytam wasze wiersze
Złotem malowane,
Roziskrzone siedmioma kolorami tęczy!
I czekam na odzew mej duszy zaspanej:
Może się obudzi? Może się rozkręci?

Ale ona z nizin,
A nie z górskich szczytów.
Nie ma okien z bursztynu,
Ni sznura korali.
Nie zna waszych porywów i waszych zachwytów.
Zagradzają drogę kordony betonowych murów.
Nie ma tęsknic. I nie ma porywów...

Roziskrzeni miłością, serdecznym natchnieniem
Wiążecie słowa piękniej niż wianki na Jana.
I rzucacie — dla wszystkich.

Ja złapałam — jeden...
I zaszkliły się oczy. A dusza załkała...

e.żukrowska lipiec 2011.
Obraz pędzla Hanny Moczydłowskiej-Wilińskiej.
Wszelkie prawa zastrzeżone!

.

środa, 20 lipca 2011

Roz. 30. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI



   Wszystko przebiegało tak, jak sobie tego pani Helena życzyła. Dopisała pogoda i goście. Nowa, nieznana jej orkiestra, okazała się dobra ( tfu, tfu, odpukać, bo do końca wesela daleko!). A Urszula przebiła wszystko! Ani nie przypuszczała, że można wyczarować takie dania i tak pięknie to podać! Stoły wyglądały niemal jak u Pietkiewiczów na imieninach - przed wojną! Brakowało tylko bażantów i pieczonego prosiaka! O, trzy czwarte gości tego nie doceni, będą wspominać tylko, że było bardzo smacznie i bogato. Będą mówili, że Mazurówna miała piękne wesele... Na wszystko inne musiała mieć oko, ale o kuchnię mogła być spokojna - Urszula była skarbem! A z tą pannicą też miała rację - dziewczyna jest prawie pijana! Już! Choć od powrotu z kościoła upłynęły raptem trzy godziny. I Manugiewicz też się popisał! Jego kiełbaski oraz pieczone udźce baranie przejdą do historii - jak powiedziała Anna.
- To zdumiewające, że baranina podawana w Polsce zazwyczaj śmierdzi baraniną. A pieczeń zrobiona przez tego pomagiera Urszuli i pachnie, i wygląda tak, że tylko ją jeść! Ten Manugiewicz zna się na rzeczy! Zrobił z baraniny niemal wytworne danie!

Roz. 29.NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI


Aleksander jeszcze nigdy w życiu tak bardzo się nie gryzł. Ktoś mu naopowiadał strasznych rzeczy o Manugiewiczu, gdy ostatnio był w Miasteczku. Tęczyński najpierw wyzwał człowieka od zuchwalców i szkalowników, ale po zastanowieniu - nie mógł tych wiadomości zlekceważyć. W grę wchodziło dobro jego siostry. Postanowił jedynie, że powie Urszuli o wszystkim dopiero po weselu, bo wiadomość była z rzędu "podcinających skrzydła". A później wpadł na pomysł, jak to wszystko posprawdzać, poupewniać się, mieć czarno na białym. Na wszystko potrzeba jednak było czasu, a po weselu, dopóki była pogoda, natychmiast miał brać się za wykopki. Tymczasem widział, że zażyłość między Jakubem a Urszulą pogłębia się, zatem będzie musiał powiedzieć bez sprawdzenia... Wydawało się, że nie ma innego wyjścia...A tu dodatkowa niespodzianka - Urszula poprosiła go, żeby na weselu znalazł odpowiedni moment i przeszedł z Jakubem na ty. Chciał zakrzyknąć, że to wykluczone! Niemożliwe!
- A musi być na weselu? Nie spiesz się! Nigdzie nie wyjeżdżamy.

wtorek, 19 lipca 2011

Roz. 28. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI

   Manugiewicz przyjechał rankiem pod dom Tęczyńskich. Czekał na Urszulę, nie zsiadając z wozu. Dopiero gdy zobaczył ją zamykającą drzwi - zeskoczył zgrabnie, by pomóc przy wsiadaniu.
- Dzień dobry Uleńko! - powitał radośnie.
- Witaj, witaj - odpowiedziała z rezerwą, nawet z pewnym lekceważeniem, co dostrzegł natychmiast; ale nie umknęła mu ręki i pozwoliła sobie pomagać.
- Zaczekajcie - zawołał od studni Aleksander i Jakub, choć już zebrał lejce, nie cmoknął na Myszkę.
   Mężczyźni się przywitali.
- Jak tam wam idzie? - zapytał Tęczyński przyglądając się Urszuli, jakby chciał ją uspokoić wzrokiem: nie obawiaj się, powiem tylko to, co trzeba.
- To Uleńka wie najlepiej - powiedział Jakub.
- Nadążacie ze wszystkim? Ciocia Helena zadowolona?
- O, ja to mam dziś ogniową próbę, te parówki. - powiedział Jakub z uśmiechem. - Co to za moda ostatnio na te parówki? Słyszę o kolejnym weselu z nimi niemal w roli głównej. Ale będzie dobrze. Nie trzeba nic robić w nie wiadomo jakim pośpiechu. Nie cierpię nadmiernego pośpiechu w robocie.
- Z tego, co wiem, to babcia Helena dla swoich wszystkich wnuków te parówki chciała. Uległa ich prośbie. A o moja siostrę pan dba? Nie zapomina pan czasem, że to jest Tęczyńska, a nie pierwsza z brzegu kucharka?
   Jakubowi najpierw jakby krew odpłynęła z serca, a w chwilę potem jego śniada twarz mocno pociemniała.
- Co pan ma na myśli? - zapytał przez zęby.
   Aleksander roześmiał się lekko.

czwartek, 14 lipca 2011

Roz. 27. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI

   W najbliższym tygodniu była tylko praca, praca, i jeszcze raz praca. Urszula najbardziej ze wszystkich przeżywała to wesele, bardziej niż matka panny młodej i sama babcia Helenka. Kładła na szalę swą zawodową reputację. Zaraz pierwszego dnia kazała odprawić jedną z dziewczyn wyznaczonych do pomocy. A pod wieczór powiedziała, że powinni postawić nową ubikację, bo do tej krzywej to aż strach wchodzić.
   Jeździła tam codziennie zaraz po ósmej rano, a mała Kalinka musiała sobie radzić sama, bo chodziła do szkoły na jedenastą. Jakub powstrzymywał się od umizgów, choć właśnie w towarzystwie lubił jakimś drobnym gestem podkreślić, że Urszula jest jego kobietą. Ale Urszula na czas weselnej bieganiny też zrobiła się jakaś "letnia". Było to pokłosie postanowienia pozabawowego - nie ulegać Jakubowi. Nie okazywać jak każdy, najdrobniejszy dotyk, pobudza jej zmysły do szaleństwa. Pilnowała też swoich oczu - żeby nie wyczytał z nich za wiele. A on z podziwem obserwował, jak się zmieniła przy pracy. Cały czas ubierała się teraz w białe cienkie bluzki i ciemne spódnice, a do tego jednolite jasnoniebieskie fartuszki. Poznawał, że bluzka były każdego dnia inna po kolorze kwiatuszków wyhaftowanych na koniuszkach kołnierzyka i na mankiecie opasującym rękę tuż nad łokciem.

środa, 13 lipca 2011

Roz. 26. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI


   Zabawa trwała.
   Jakub prawie cały czas tańczył z Urszulą - z wyjątkiem zmian wymuszonych przez wodzireja: para za parą, koszyczek, panie do środeczka, panie wybierają panów - to najpopularniejsze zawołania. Kiedy tylko nie było jej przy nim - wzbierała w nim  zazdrość. Wreszcie dostrzegł, że i Urszula biegnie za nim oczami, może nawet też jest zazdrosna! W jakimś sensie odczuł ulgę, uspokoił się, pewniej się poczuł. Niewyobrażalnym było, by Urszula uwodziła innego mężczyznę!
   Początkowo oboje byli spięci. Ale wkrótce przekonali się, że w tańcu zgadzają się idealnie. Wirowali razem radośnie, aż miło było na nich patrzeć. Jakub nie popisywał się tak jak inni mężczyźni, nie robił żadnych szalonych figur, chciał, aby tę zabawę Urszula - jego Uleńka - zapamiętała jako coś nadzwyczajnego. Dlatego cała jego uwaga była skierowana na to, by to Urszula dobrze się czuła i była zadowolona. Sala - cóż, nie był to warszawski lokal - była duża, przystrojona papierowymi ozdobami wcale nie najwyższego lotu. Jedynie podłoga była nowa i równa, za to nie miała "poślizgu". Przez pierwszą godzinę było na niej dość luźno, dopiero później w czasie grania prawie nikt nie odpoczywał i wtedy już nie było takiej swobody ruchów. Na pociechę można było przytulić do siebie dziewczynę - z czego Jakub korzystał umiarkowanie, bo nie chciał, by ludzie wzięli ją na języki. Wtedy, na tym wiejskim weselu, nie tuliła się do innych mężczyzn. Przypomniał to sobie teraz i aż mimowolny uśmiech wypłynął mu na twarz. Tańcząc obserwował inne panie, porównywał z Urszulką. Jej sukienka, choć ze ślicznego materiału, uszyta była skromnie i dekolt też miała skromny, ale miała. I tu coś nie pasowało Jakubowi. Chwilę trwało, zanim się zorientował, że to kwestia ozdób. Inne panie miały biżuterię, a jego Uleńka - nie! To prawda - ona nigdy się nie stroiła, ale prawie zawsze wyglądała tak, że mogła od razu do gości. Jedynie nie nosiła biżuterii. Może nie miała?

czwartek, 7 lipca 2011

Roz. 25. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI


   Urszula rozmawiała z bratem w niedzielę wcześnie rano, bez świadków. Pytała Aleksandra, co ma robić.
- Nie wiem - odpowiedział prosto.
- Zobacz tylko - tłumaczyła bratu - jak myślę. Jakub to człowiek, który mnie bardzo szanuje, troszczy się o mnie, sam jest bardzo dobrym człowiekiem. Z drugiej strony to nie do końca Polak. Z całą pewnością przewyższamy go statusem społecznym. Gdybym zgodziła się zostać jego żoną, może i za mną wołano by Turczynka czy jakoś tak. Boję się śmieszności. Tak, chyba najbardziej boję się śmieszności.
- A Ignacy?
- Sama nie wiem. On tu nie przyjedzie, ja tam nie pojadę... Tak przynajmniej myślę. Więc o czym tu rozmawiać? Zobacz, byliśmy ze sobą dłużej niż rok i mi się nie oświadczył, nawet nie wspomniał o ślubie! Inni pobierali się szybko, żeby tylko zdążyć przed wojną. A Ignacy ani słowa. Ata nawet kiedyś powiedziała, że mu tak wygodnie, że przychodzi do nas na darmowe herbatki. Taką mieliśmy umowę, że jak kawa - to on płacił, a jak herbata - to na koszt firmy. Bardzo często z tego korzystał.
- Rozmawiałem z nim kilka razy. Wydał mi się bardzo odpowiedzialny. Mówił, że w żadnym razie wojna nie powinna przyspieszać ślubu!

poniedziałek, 4 lipca 2011

Roz. 24. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI

   To był szalony tydzień! Urszula nie mogła powstrzymać emocji. Była śpiewająca. Od dawna jej poranną modlitwą były pobożne pieśni, ale ostatnio nawet one brzmiały jakoś skoczniej, co w pierwszej kolejności zauważyła Anna.
- Ciociu, ciocine "Ranne zorze" są takie bardziej do tańca. Jakbyś samochodem jechała, a nie wozem z końmi!
- Nie jakieś tam "Ranne zorze" tylko "Kiedy ranne wstają zorze". I proszę się tu ze starej ciotki nie naśmiewać! - niby Anię zburczała, ale cały czas pozostała uśmiechnięta.
- Ciocia jakoś odmłodniała nam, co nie? - wtrąciła się Wiktoria.
   Urszula pogroziła jej palcem. Obie dziewczynki słyszały już, że ciocia do pana Jakuba mówi poufale, po imieniu! Obiecywała sobie porozmawiać z bratem o swoim związku z Jakubem, ale dopiero po zabawie. Na razie powiedziała Aleksandrowi, że nie będzie jej w niedzielę wieczorem, niech sam jakoś zorganizuje dojenie krów i opiekę dla dzieci.
- Czy dzieje się coś, o czym powinienem wiedzieć?
- Powiem ci, ale po niedzieli.
- Dobrze - zgodził się i wzruszył ramionami zupełnie tak, jak to robił Janusz...

niedziela, 3 lipca 2011

Roz.23. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI

   Rozmowa z dziećmi była bardzo potrzebna! Nie składało się jednak. Ciągle coś pilne było ponad miarę. I jeszcze wyjazd do Kałuszyna - z Wiktorią - a powrót wraz z Krzysztofem. Pułkownikiem Krzysztofem Orlickim. Manugiewiczowi, który nie był w temacie, oczy na wierzch wyszły - jak nic konkurent panny Urszuli przyjechał! Mało tego - widział, jak tylko we dwoje spacerowali dróżką przy lesie, a potem miedzami i aż do starej mogiły z powstania styczniowego. Druga stara mogiła, z pierwszej wojny światowej, była na polu Tęczyńskich. Byli i tam, ale tego już Jakub nie widział. W każdym razie serce go zabolało. Rozmyślał nad sytuacją w zaciszu swego domu, nawet nie chciał ostatnio bawić się z Szopenem, choć pies się upominał, nosem w rękę trącał, czasem szczeknął z cicha, aby na siebie tylko uwagę zwrócić. A Manugiewicz się zastanawiał, co mu czynić wypada. I przeżywał, przeżywał...

środa, 29 czerwca 2011

Roz.22. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI



Któregoś dnia w porze śniadaniowej odwiedził Tęczyńskich Jakub. Powiedział, że na naleśniki przyszedł, jeśli panna Urszula byłaby tak łaskawa. Dawno już takich specjałów nie jadł. Powiedział tak z uprzejmości i żeby jakoś rozmowę zagaić. Na szczęście naleśników było dużo i Urszula zaprosiła gościa do stołu. Dzieci pobiegły do szkoły, a mężczyźni pojadali powoli, by nie okazać łakomstwa, popijali mlekiem i rzucali od czasu do czasu jakąś uwagę. Pierwszy skończył jeść Jaś i zaraz poszedł do gumna, a po chwili pojechał wozem do roboty w pole. Dopiero po jego wyjściu Jakub niby to trochę żartobliwie powiedział, że stęsknił się za panną Uleńką.
- Już dwa czy trzy lata w stajni pan siedzi, przedkłada końskie towarzystwo nad rozmowę z kobietą. Myślałam, że w inną stronę teraz nogi noszą.- Odpowiedziała Urszula, a Aleksander nie krył rozbawienia.
- Czysto żuraw i czapla - powiedział wesoło.
- Do żadnej kobiety w konkury nie uderzałem. Nikomu nie uchybiłem.- zapewnił Manugiewicz.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Roz. 21. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI

   Tęczyński systematycznie raz w roku jeździł na grób swego brata Teodora do Kałuszyna. Zabierał ze sobą zawsze jedno dziecko. Zawsze - z wyjątkiem pierwszego razu, kiedy to pojechał z matką i Stanisławem. Podróż trochę trwała i był czas na rozmowy z dziećmi, takie szeptane do ucha, nie dla obcych. Spotykał się tam z Krzysztofem, kolegą brata. Wielokrotnie go do siebie zapraszał, byli umówieni, że w tym roku to już na pewno przyjedzie do Pokrzywki. Razem przyjadą - prosto z cmentarza. Aleksander podczas ostatniego spotkania opowiedział mu o tym nocnym gościu, który się podał za Piotra Czajkę. Cały czas nurtowało go pytanie: czego ten człowiek tak naprawdę chciał? Rozmawiał też z innymi znajomymi poległego brata. A któregoś razu miał wrażenie, że przez chwilę mignęła mu twarz Czajki. Nawet powiedział o tym Krzysztofowi, a on potwierdził, że widział rudego mężczyznę, nie była to twarz jakiegoś wcześniej zapamiętanego żołnierza.
- Może ktoś z rodziny...
- Może.
   Ale wyjaśnienia nie było. Krzysztof obiecał porozmawiać o tym z innymi kolegami: może ktoś coś wie, może ktoś coś pamięta.

środa, 22 czerwca 2011

Roz.20. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI

Tak gwałtowne burze nie były częste. Ale to pierwsza burza po zimie. Szaleństwo żywiołu!
   Aleksander Tęczyński zamierzał dojechać do pustej starej stodoły, a raczej dużej szopy pana Kuleszy, stała ze dwieście metrów od drogi, gdyż jechać dalej było niepodobieństwem. Wtem w strugach deszczu zobaczył dwie postaci - większą i mniejszą - idące na wprost niego. Przeraził się w ich imieniu - na przestrzeni czterech kilometrów nie było żadnych zabudowań! Jedynie wspomniana szopa - ale w przeciwnym kierunku. Gdy osoby dostatecznie się zbliżyły, wstrzymał konie i zawołał:
- Proszę siadać, podwiozę.
- Przecież pan jedzie w inną stronę!
- Proszę się mnie posłuchać. Tam jest szopa - wskazał kierunek ręką - i tam się schronimy. Jak burza się uspokoi, pomyślimy co dalej.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Roz. 19. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI

   Trudne były następne dni. Aleksander zaczął szukać donosiciela wśród osób, z którymi miał najbliższy kontakt. Rzecz w tym, że nawet Stanisławowi nie powiedział, ile i od kogo kupił dolarów. Choć owszem, mówił, że nosi się z takim zamiarem. Zresztą Stanisław robił podobnie. Nie były to tematy do dyskusji. I dobrze się stało - przynajmniej nie musiał nawet w myślach obciążać brata. Zaraz po rewizji zjechali się do niego na rowerach brat i śpiewak Michał, a w chwilę po nich Tadeusz Świerczewski i Józef Wróblewski - jakby się zmówili. Ale Aleksander nie spieszył się na pogaduszki. Najpierw musiał zadbać o zwierzęta. Jaśko z Teodorem i małym Aleksandrem przypędzili krowy. Jasiek zdał relacje:
- Paśliśmy krowy i wcale się my nie spieszyli.To już koniec roku szkolnego, więc chyba nic się nie stało, że chłopaki raz do szkoły nie poszli?... Ale chłopcy już i głodne, i pić to bardzo już nam się wszystkim chciało. Moi rodzice wracali z pola, mieli trochę wody w kance, to my się i nawet trochę napili, ale i tak zaraz się znów chciało...Zatrzymaliśmy krowy koło rowów na tej łączce z krzakami dzikiego bzu. To już jak we wsi. Teo podleciał bliżej domu i zobaczył, że jeszcze jest wojsko. To my i tu czekali, aż motory samochodu zagrały. Krowy bardzo chciały do domu, my ledwie je tam utrzymali, dobrze, że choć napojone były, bo inaczej by nam uciekły. A Bajce to mleko aż po nogach ciekło! Tej wiśniowej, jak ona... no, Figa, to jej aż się bałem, bo rogami się nastawiała!

sobota, 18 czerwca 2011

Roz.18. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI


     Spichlerz Tęczyńskich był już starym budynkiem i jednocześnie ciągle niezwykle solidnym. Miał bardzo gruby słomiany, dwuspadowy dach, a na górze w obydwu szczytach niewielkie okienka. Zbudowany był z grubych bali, oszalowany od środka, odpowiednio izolowany, nawet latem w środku był chłodny na tyle, że w jednym z pomieszczeń na dole przechowywano wędzone mięsa i kiełbasy. Od frontowej strony stał na gęsto ustawionych i dopasowanych do siebie kamieniach. Pozostałe trzy ściany wsparte były na równych kamieniach, ale tylko na rogach i po środku. Oznaczało to, że pomiędzy balami spichlerza a ziemią była około trzydziestu-centymetrowa przestrzeń, tworząca pod budynkiem pusty plac, suchy w czasie deszczu i przez to ulubiony przez kury. Od czasu do czasu zdarzały się nawet takie kokoszki, które pod spichlerzem zakładały gniazda. Wtedy mały Aleksander (lub Teodor) wciskał się pod spód, zbierał jaja do kuchennej miseczki albo innego płaskiego naczynia. Kiedyś oczywiście były to inne dzieci. A teraz najczęściej Aleksander. Jego rola jednak z wolna już się kończyła, bo rósł i zachodziła obawa, że może zostać uwięziony z nosem w piasku!

piątek, 10 czerwca 2011

Roz. 17. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI

  Roz. 17.

Tak jakoś wyszło, że nikt nie zauważył, iż Urszula wróciła do domu z kożuchem. Spokojnie odwiesiła go do szafy, ale ręce jej drżały i nie spieszyła się do dzieci. Pośród tych najważniejszych słów zobaczyła jeszcze, jak inaczej on ją przyjmował. Dla niej był najlepszy pokój i krzesło, najlepszy poczęstunek. Ona miała dla niego miejsce w kuchni przy stole przykrytym ceratą, zwykłe kuchenne, nadpsute latami krzesła... I rozmowę rwącą się co parę zdań... I to "fukanie", gdy coś było nie po jej myśli...
   Upłynęło kilka tygodni. Manugiewicz nie przychodził, bo dla niego to był gorący czas, właśnie pszczoły zaczęły się roić. Zawsze miał w pogotowiu kilka nowych uli, mówił, że chce dojść do sześćdziesięciu sztuk. Robił też dobudówkę, czasem sam, czasem przy pomocy wyrostka Michałka z Pokrzywki Dużej. Chłopak miał ledwie 16 lat i szukał swojej drogi, a rodzice nawet do zawodówki nie chcieli go puścić, bo dojazd do szkoły to wydatek...

wtorek, 7 czerwca 2011

Roz.16. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI

   Urszula spodziewała się tego, że Manugiewicz może pragnąć potomka. Przecież to takie naturalne! Ale wyraźne wyartykułowanie pragnienia jakby zapędziło ją w jakąś pułapkę bez wyjścia. Tylko co przeżywała ludzką gadaninę o bliskiej żeniaczce konkurenta, a tu zapora nie do przebycia! Nie może powiedzieć mu - "Ja dzieci mieć nie mogę, wybieraj, kto ci ważniejszy.", bo wtedy on może się poczuć przymuszony... Zatem może mu powiedzieć, że nie, bo NIE. Kropka. Bez wyjaśnień. Już sama nie wiedziała, czy jest taka szlachetna, że będzie mówiła: "Idź, żeń się, miej dzieci.", czy zawiedziona, że Jakubowi te dzieci takie ważne, ważniejsze od niej. Dopadło ją to myślenie, że płakała nocami do całkowitego zmęczenia, a po domu chodziła zapuchnięta, aż ledwie jej oczy było widać. Nawet te pasztety taka zabeczana robiła. I zła była, że bez kija nie podchodź. Jaśko się wychylił przed obiadem z pytaniem, to go tak zmyła, że był gotów bez jedzenia uciekać. Aleksander przytrzymał go za rękę.
- Siadaj i jedz, a kobiecymi humorami się nie przejmuj.
   Manugiewicz pasztet odebrał, powiedział na odchodnym, że będzie na Urszulę czekał i więcej się nie pokazywał. Zatem teraz był jej ruch...

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Roz.15.NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI


   Do Urszuli, choć już wróciła, wiadomość nie dotarła od razu. Przede wszystkim dla tego, że nie miała we wsi żadnej nadgorliwej przyjaciółki. Dopiero gdzieś miesiąc później wypaplało to któreś z dzieci Stanisława. Urszula aż osunęła się na ziemię. Dorosłych przy tym nie było, to i gadania zbędnego nie było. Pozbierała się jakoś. Jednak strzał był prosto w serce. Teraz już nic nie mogła zrobić.
    Jeździła do księdza Olszewskiego po radę, której faktycznie nie dostała. Powiedział, że musi sama zadecydować. Tylko ona może w sercu swoim rozstrzygnąć, co powinna zrobić.Czegóż ona chce - żeby ktoś za nią podejmował decyzję? Musi sama. Nie umiała... A tu taki celny strzał! Nie mówił, że kocha i jakby faktycznie nie poprosił o rękę. Za to cały czas tam, w Białymstoku, dawał do zrozumienia, że właśnie chce Urszulę za żonę i tylko ona jedna dla niego... A w pół roku potem zapowiedzi i ślub? ...Z inną kobietą?

sobota, 4 czerwca 2011

Roz.14. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI

   Pierwsze pół roku było dla Urszuli bardzo trudne - to ustawiczne pamiętanie, że nawet garnka nie wolno jej na płycie przestawić! A już najgorsze, że dziewczynek na ręce brać nie mogła! Ani krów doić nie mogła, bo dopóki krowa grzecznie stała - nie było problemu, ale zdarzało się, że trzeba było unik zrobić, gdy z jakiegoś powodu krowie zechciało się kopnąć. Zimą dojenie nie był zbyt wiele, bo cielne krowy stopniowo "zapuszczano" i dawały coraz mniej mleka, by na dwa miesiące przed ocieleniem nie dawać wcale...
   Dzieciaki bardzo szybko "załapały" to ciocine oszczędzanie się i radośnie temu sekundowały, przypominając często w ostatnim momencie. Kalinka, jak już całkiem nie mogła obejść się bez utulenia, prowadziła ciocię za rękę na fotel, potem sama wdrapywała się jej na kolana.Tak ją nauczyła Anna. Jedynie matka była totalnie oburzona! Osobiście musiała odcedzać ziemniaki albo usługiwać mężczyznom, robiąc im kawę zbożową, herbatę czy podając dzbanek z mlekiem.Nawet dokupiono dwa nowe wiadra na wodę przynoszoną ze studni i dorosły Aleksander musiał dbać o to, by nigdy jej nie brakowało.
   Przez całą zimę Manugiewicz mało się u Tęczyńskich pokazywał. Miał dużo pracy. Zamówienie szło za zamówieniem, a Tęczyńscy sami z siebie zbyt często go nie wołali. Coś w tym musiało być. W końcu wszyscy widzieli z jakim naręczem kwiatów wróciła Urszula i każdy to po swojemu interpretował. Jego o nic nie pytano i nie wołano do pomocy. Przy okazji nielicznych widzeń Urszula nie przesyłała mu żadnych sygnałów, żadnych znaków. Była dokładnie taka sama, jak przed szpitalem.

piątek, 3 czerwca 2011

Roz. 13.NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI

   Aleksander, korzystając z dobrego zdrowia, kończył jesienne prace w polu. Urszula w tym roku zdopingowała go do posadzenia bardzo dużej ilości kapusty i teraz martwił się także jej zbytem.
- Trzeba w miasteczku popytać, albo jeszcze lepiej dzień dnia na rynku stanąć i z wozu sprzedawać - poradziła Leonia.
   Bez Leoni pani Józefina już teraz zupełnie nie mogła się obejść, ale Aleksander zabierał ją z domu, jeśli tylko na widoku pojawiła się pani Kruszyńska lub babcia Helena. Leonia wprost pięknie orała! Nikt nie trzymał tak równej skiby jak Leonia. Bruzdy były idealnie proste.
   Może to i dobry pomysł z tą kapustą...W każdym razie trzeba spróbować.
- A będziesz sprzedawać?
- Panie Aleksandrze, a po co ja? Mój chłop się nudzi, miałby co do roboty!
   Uszykowali na któryś dzień wóz kapusty, aż taki kopiasty, trzy kosze marchwi powiązanej w spore pęczki i kosz pietruszki w mniejszych pęczkach. Aleksander wstydził się z tym jechać do miasteczka - "gruby " gospodarz,a w handel się bawi... Leonia umyśliła jak to wszystko na sztuki sprzedawać, żeby kłopotu z wagą nie było. Zdał się na nią. I była z powrotem już koło południa! Przywiozła ze sobą kilka główek, które pękły oraz ostatni pęczek pietruszki. Opowiadała radośnie jak im dobrze szło - im, bo kazała mężowi czekać na siebie przy drodze, on liczył pieniądze, a ona wydawała towar.
- I dobrze, że my razem byli, bo ludzie prosto nas aż obstąpili, każdy chciał... A żydki to takie złe latały, że im handel psujemy! O, to teraz pieniądze proszę porachować - wysypała zawartość starej czapeczki dziecięcej na stół.

Roz.12. NA KOŃCU KASZTANOWEJ DROGI


    Wreszcie pozwolono Urszuli Tęczyńskiej wrócić do domu. Pilnie przykazano, by choć przez pierwsze dwa miesiące nic nie dźwigała, ani dziecka na ręce, ani garnka na kuchni, co najwyżej szklankę z herbatą. Inaczej znów tu trafi i nie wiadomo, czym się to może zakończyć. Ma o siebie zadbać. Tak rzetelnie. Urszula kiwała głową, ale jednocześnie myślała, że to nierealne! Nie da się żyć według zaleceń tego lekarza! Musiałaby gdzieś na wczasy jakieś wyjechać, do sanatorium jakiegoś, ale nie tu, na wsi, w domu... O odżywianiu też było, ale to od razu puściła mimo uszu, nie będzie sobie bzdurami nabijać głowy, bo oszaleje potem od myślenia!
   Tymczasem Manugiewicz umyślił plan tak zwariowany, że nikomu z Tęczyńskich nie mógł go wyjawić. Od Leoni zażądał tylko ciepłego płaszcza dla Urszuli i ubrań z bielizną - wszystkiego po dwie sztuki, aby panienka miała wybór - jak to uzasadnił. A Leonia - jak to Leonia - na temat głupot nie dyskutowała. Prosił - przygotowała, dała w walizeczce, ani ją dzieci nie widziały, ani Tęczyńskiej na oczy nie polazła.
   Zresztą miała dodatkowe zajęcie, bo przecież pokój pana Aleksandra został taki rozgrzebany po ubekach.Tęczyński z grubsza poukładał na kupki papiery i książki, coś tam posegregował, czegoś szukał, a resztę kazał dokończyć Leoni. Jej robota zawsze paliła się w rękach. Generalnie wolała w polu i z końmi. Lubiła jechać wozem takim wytężonym kłusem, sama na stojąco na szeroko ustawionych nogach! Uwielbiała ostrą jazdę. I konie żeby były wypoczęte, i żeby tak szły radośnie...hej! Na razie nie miała swojej nawet najnędzniejszej chabety. Mogła sobie parę szczurów założyć, gdyby miała dość cierpliwości, aby je oswoić... Znajomi mężczyźni żartowali z niej, że powinna sobie sprawić motocykl, na przykład jakiś poniemiecki... To by dopiero była jazda... Oni się śmieją, a kto wie, kto wie...?
   Teraz też była jazda, ale ze ścierką. Wiadomo - po Leoni nikt poprawiać nie musi! Tym razem miała "znaleziska" - odkryła dawno poszukiwaną spinkę od mankietów i brązowy notes, co to głęboko pod szafkę wpadł. Położyła wszystko na środku wysłużonego biurka. Pokój pana był jednocześnie jego sypialnią, gabinetem, biblioteką i palarnią. Należało mu się szczególne zadbanie, bo od czasu do czasu pan przyjmował tu nawet gości, a już zwyczajne było, że z panem Stanisławem przychodzili tu na wieczorne pogwarki.