czwartek, 27 lipca 2017

NIEDOSTATKI ŻYCIA




Niedostatki życia

Miejsce złudne i nudne
w tle pobrzękują butelki z piwem
a mnie przypomina się
pity przymusowo tran...
i strach na wróble
Można wykrzykiwać
że się ma wszystkiego dość
a później i tak
kurczowo trzymać się życia
mościć wygodne miejsce
na wiązce marzeń
Zabieram się uchodzę
w miejsca niedostępne
gdzie nigdy śniegu
gdzie nigdy deszczu
za to często są łzy... czyje
Stracha na wróble...
Wściekła na siebie
znów się nad sobą użalam
warczę nieomal
tak samo jak wtedy
gdy musiałam pić tran

© Elżbieta Żukrowska
fot. www.google.pl/url?

27.07.2017.

środa, 26 lipca 2017

INNE POŻEGNANIE



inne pożegnanie

zaciskanie zębów
lecz to w mózgu
ucisk wciąż pozostał
niebacznie wypuszczone słowo
raniąc przenika do dna duszy
i zaczyna się walka
dobra ze złem
przebaczenie
- czyli dobro -
tu zwyciężyć musi
nic się nie spopieli
to wymysł poetów
tylko w gorycz zmieni
po brzegi
po dach
nie będzie sekretów
raczej morderstwo
na przyjaźni
taki zły ten czas

© Elżbieta Żukrowska
fot. /www.google.pl/url?

25.07.2017.

wtorek, 25 lipca 2017

KIEDY AŻ ZĘBY BOLĄ...




Kiedy aż zęby bolą...

Kontrowersyjne słowa,
nieszczere uśmiechy,
złośliwe spojrzenia
szybko ukrywane...
W zamkniętych oknach
spuszczone rolety,
niech nikt się nie dowie,
co jest tak chowane...
Powiem ci - już nawet
złość na ciebie
bokiem przeminęła,
tylko czemuś drży struna
w starym fortepianie...
Może coś innego
powinnam była,
ale zmilczałam. Nie żałuję.
To właśnie dobre zachowanie.

© Elżbieta Żukrowska
fot. https://www.google.pl/url?

25.07.2017.

LEONARD I CECYL - opowiadanie



LEONARD I CECYL

RODZINA
   O, starość ma nie tylko wady, lecz i słodkie zalety. Można spać bez ograniczeń - nikt z rana nie woła. Choć w wypadku Leonarda Wica życie wykonało salto, bo przecież pies, niespodziewany na stare lata przyjaciel. A było to tak:
   Alusia odeszła wcześnie, jeszcze dzieci na studiach były. Dobre dzieciaki, dobrze się uczyły, nigdy kłopotu z nimi nie miał. Gdy Alusia zachorowała, nie powiedziała zrazu o tym, to dzieciaki zaobserwowały, że jest źle i przymusiły na badania, ale już było za późno. Leonard nie wszystko rozumiał, wydawało mu się, że nowotwór usadowił się na samym szczycie serca i przez to był nieoperowalny. Szybko poszło. Dwa miesiące i do piachu. To było straszne, bardzo bolesne. Alusia była jego wielkim kochaniem, najlepszą przyjaciółką i podporą życiową. A teraz nagle został sam. Jeszcze pracował. Rowerem dojeżdżał do pracy, bo miał do swojego Bumaru prawie trzy kilometry. Po pracy robił zakupy - co tam Alusia na kartce zapisała, a teraz - co sam z wieczora spisał. Te lata pracy przeleciały mu jak z bicza strzelił. I już sam sobie pan na emeryturze. W parę lat później już i po Bumarze śladu nie było. Nie tylko mury rozebrano, ale i na ileś metrów w głąb wybrano ziemię, bo taka skażona... Nieważne.
   Mimo tęsknoty za Alusią (zawsze była mocna, aż dławiąca, ileż to razy uronił łzę, albo i dodatkową tabletkę brał, gdy serce "całkiem się zapominało") jakoś żył, nauczył się gotować, o, nie na przyjęcia, a tyle co dla siebie, bo po barach nie chciał chodzić. No i dzieci bardzo mu pomagały. Bardzo. Najpierw to chyba było to ogrzewanie gazowe, by oszczędzić ojca ręce i plecy... A później to już nawet nie pamiętał, jakie udogodnienia kolejno. W każdym razie dom miał zadbany. To Mateusz głównie tak dbał o ojca i o dom, a od paru lat i swojego grosza nie żałował. Był w mieście wojewódzkim dyrektorem wielkiego przedsiębiorstwa, ale zawsze o ojcu pamiętał i choć dwa razy w miesiącu do ojca zaglądał. Czasem ledwie na godzinę lub dwie, a czasem nawet przenocował. Żonę też przywoził i dzieciaki. Stenia początkowo zaczynała wizytę u teścia od sprzątania i prania, ale Mateusz znalazł kobietę do tego, panią Janeczkę, mieszkała kilka domów dalej, czworo dzieci, mąż pijak, zawsze brakowało pieniędzy... Przychodziła raz w tygodniu i dom Leonarda aż lśnił. Czasem i tak sobie zajrzała, herbatę razem wypili, kawałek swojskiego ciasta przyniosła... A później to i gotowała ojcu dwa razy w tygodniu i na sobotę zawsze ciasto dobre piekła. Dobrze było. Leonard wiedział, że ma dobrą, spokojną starość, tylko Alusi mu brakowało. Czasem tak bardzo się zadumał oglądając stare zdjęcia, że aż się zapominał i ze zdjęciami gadał.
   Była jeszcze Basieńka, córcia ukochana... Ale odkąd robiła w przemyśle filmowym jakoś inaczej się kazała się nazywać, tak wymyślnie, że wcale tego imienia nie zapamiętał. Całymi miesiącami siedziała w Niemczech, we Włoszech, jeszcze gdzieś, przysyłała pocztówki z odległych miejsc świata. On, Leonard, rozumiał, że jego Basieńka jeździ po świecie i szuka dobrych plenerów do filmów, coś tam jeszcze przy tym robi, ale nazewnictwo było nie do zapamiętania. Na niej spoczywał obowiązek (tak to uzgodniła z bratem) dbania o ojca od strony "chemicznej" i odzieżowej. W ten sposób jej ojciec miał nie tylko rewelacyjne kosmetyki i ubrania, ale także proszki do prania i inne preparaty do utrzymania czystości w domu, bo jak nie mogła przyjechać to paczki wysyłała nie licząc się z kosztami.
   Leonard był dumny ze swoich dzieci, jednak nigdy o szczegółach z sąsiadami nie rozmawiał - to wszystko to były sprawy rodzinne. Wiedział, że tak "dbałe" dzieci mało kto ma, takie troskliwe, pamiętliwe, bardzo dla ojca, a wcześniej dla rodziców, życzliwe. Zawsze wdzięczny był za to Alusi, bo to ona tak mądrze dzieci wychowała, on zawsze pracował...

SĄSIEDZI
   Sąsiedzi wszakże widzieli, że jest dobrze ubrany, zadbany, czyściutki, zawsze też ładnie pachniał. O, pani Janeczka, choć generalnie nie była plotkarą, jednak od czasu do czasu też uchyliła rąbka tajemnicy. I ludziska zazdrościli mu... A już w szczególności kilku pijusów, których na tej ulicy nie brakowało. Mówili między sobą, że stary Wic pieniądze ma, a nigdy nawet piwa nie postawił. Ale z jakiej okazji miał to piwo im stawiać?
   W gości nie chodził i do siebie też nie zapraszał, nie miał tego zwyczaju, ale na ulicy chętnie przystawał, sam zagadał, nie unikał znajomych. Niczego od sąsiadów nie pożyczał. Nigdy. Natomiast dbał o wygląd zewnętrzny, zawsze miał koszule wyprasowane, golił się codziennie. Podobał się kobietom i wiedział o tym, ale nie był zainteresowany. I na zalotne uśmiechy nie zawsze odpowiadał uśmiechem, a czasem nawet głośno swoją żonę wspomniał. Mówił na przykład, że jego Alusia to jeszcze piękniej się uśmiechała.
   Gorsza sprawa była z panią Mielcarkową. Była dużo młodsza od Leonarda, ale zakochała się w nim i umyśliła, że się pobiorą. Może w nim, a może w dostatku, jaki Leonarda otaczał. Zaczęła go wręcz nachodzić. W zasadzie nie znała innej drogi, jak przez żołądek do serca, toteż co dzień lub co drugi dzień, przynosiła jakieś frykasy - a to gołąbków naszykowała, a to pasztet z królika, to znów jakąś nowomodną zapiekankę czy sałatkę. Smacznie gotowała, jednak było tego zbyt dużo i za często. Dziękował grzecznie i prosił, aby zaniechała dokarmiania, ale kobieta głucha jakby była i nieustępliwa. Po kilku miesiącach Leonard zorientował się, że babsko swoją namolnością zatruwa mu życie! Starał się robić wszystko, by jej nie wpuszczać do domu, a czasem nawet ukrywał przed nią. Powiedział o tym synowi, a Mateusz też sam już wcześniej widział co się święci. Doradził ojcu kontrę polegającą na tym, że stanie się namolny dla Mielcarkowej. Będzie tam chodził, domagał się poczęstunku, rozlewał herbatę, kruszył ciasto, stawiał jakieś niedorzeczne wymagania. Jednak nie zastosował się do tego. Owszem, odwiedził kobietę kilka razy i za którymś razem przedstawił sprawę jasno. Dodał, że nie chce dawać złudnych nadziei, może więc niech na kogo innego zwróci uwagę, bo on swego zdania do śmierci nie zmieni.

PIES
   Mielcarkowa miała psa, który był zawsze koło domu. Kiedyś Mielcarek chodził z nim na długie spacery, dawał się psu wyszaleć. Wnuczka nazwała go Słodziak, ale to imię wcale do psa nie pasowało. Był wielorasowym mieszańcem, z przewagą cech owczarka niemieckiego. Miał długie, mocne łapy i szeroką pierś. Z daleka widać było, że to silny, groźny pies. Jakoś tak przez przypadek Leonard zawołał na niego po raz pierwszy Cecyl i pies wpatrzył się w Leonarda.
- Chcesz być Cecylem? - upewnił się Leonard, a pies postąpił krok w jego stronę i przywarował. Czy to możliwe, że tęsknił za swoim zmarłym panem, a Mielcarkową ledwie lubił? W każdym razie na Leonarda nigdy nie szczekał, co i Mielcarkową dziwiło, bo innych gości obszczekiwał głośno, warczał, czasem aż w gardle mu tak "gulgotało". Kiedyś był uwiązywany przy budzie, ale ta nowa ustawa zabraniała tego, więc psisko było trzymane w specjalnej zagrodzie z siatki.
   Leonard postanowił ofiarować psu trochę wolności. Czynił to małymi kroczkami, a i tak bardzo szybko oswoił go dla siebie. Prawdę powiedziawszy pies złagodniał także dla innych. Dwa razy Mielcarkowa trafiła do szpitala i Leonard w tym czasie przejął nad psem całkowitą opiekę. Była późna, piękna wiosna, więc zabierał psa na długie spacery - owszem - na smyczy i przy nodze. Ale namyślił się i kupił psu kaganiec, wtedy pozwalał my na swobodne bieganie i widać było, że Cecyl jest z tego powodu szczęśliwy. I Leonard też był.
- Odkupię ci tego psa od Mielcarkowej - zaofiarował się Mateusz.
   Leonard nie zgodził się. Wiedział, że dla kobiety pies jest żywym alarmem i że go po swojemu lubi. Nie broniła im wspólnych spacerów, a gdy jechała w odwiedziny do dzieci - też podrzucała mu psa. Aż doszło do tego, że na stałe postanowiła wyprowadzić się z miasteczka do dzieci, nawet już miała kupca na dom. Tylko ten pies... Czy pan Wic nie przygarnąłby psa? Był bardzo wdzięczny, że mu to zaproponowała.

RÓŻNE SPRAWY
   Wtedy nie myślał, że i on, Leonard, może chorować, że szpital, niedołężność i takie tam... Z łatwością mógł przygarnąć młodszego psa, szczeniaka nawet, ale obydwaj z Cecylem "znaleźli w sobie upodobanie", byli sobie przeznaczeni. Teraz Mateusz przyjeżdżając do ojca przywoził smakołyki dla obydwu.
   Od zawsze zaopatrywał ojca w owoce, także te egzotyczne, jak choćby granaty lub świeże figi. Leonard jednak najbardziej lubił melony i winogrona, choć zjadał wszystko, co syn przywiózł. Teraz już dzieląc się z Cecylem. Z rozbawieniem patrzył na pupila jedzącego kawałki melona czy nawet pomidora.
   Codzienny spacer po polnych drogach był już teraz rutyną, ale też codziennym zwyczajem stały się długie "rozmowy". Leonard opowiadał psu swoje życie. Z detalami, starając się mówić prawdę, nie wybielać siebie przypadkiem, a już najwięcej mówił mu o Alusi. O tym, jak było im dobrze razem w małżeństwie, jaka to Alusia była gospodarna, jak poświęcała się dla rodziny, jak kochała jego i dzieci. Zazwyczaj kończył rozmowę zapewnieniem, że miał bardzo dobre, bardzo szczęśliwe życie. Pani Janeczka wprawdzie marudziła przez jakiś czas, że przy psie to ma teraz dużo więcej sprzątania, na co Mateusz zareagował stwierdzeniem, że w takim razie poszuka kogoś innego - i marudzenie ustało.
   Dni płynęły monotonnie, bez ekscytacji, co bardzo odpowiadało Leonardowi. W zasadzie teraz już wszędzie chodził z psem, bo wiedział, że Cecyl nie lubi zostawać sam w domu. Zabierał go nawet na cmentarz, zapalał znicze, modlił się i rozmawiał z Alusią, a pies grzecznie leżał obok grobu. Od czasu do czasu razem zachodzili na grób Mielcarka i tam też zapalał świeczkę i modlił się za duszę dawnego sąsiada. A pies leżał obok i czekał. Czasem zaskomlił, więc tłumaczył psu, że tu jest pochowany jego poprzedni pan. A Cecyl zazwyczaj odpowiadał krótkim, cichym szczeknięciem. Leonard był przekonany, że pies albo wszystko rozumie, albo wyczuwa intuicyjnie. Wszakże nie opowiadał o tym nikomu, nawet synowi, bo bał się, że będzie wyśmiany.
   Przywiązywali się do siebie coraz bardziej - Leonard i Cecyl. I choć generalnie pies był wyjątkowo posłuszny, to jednak jak by mógł oprzeć się gonieniu kota, o ile tylko akurat nie był na smyczy. Po kilku minutach sam wracał do pana i po psiemu prosił o wybaczenia. Wszystko było w jego zachowaniu i w oczach. A Leonard przebaczał, bo rozumiał psią naturę. Podobnie, a nawet bardziej aktywnie było, gdy chodziło o suczkę... Wydaje się, że w tym temacie Cecyl miał nawet spore sukcesy...

OSTATNI SPACER
   W ostatnich latach były bardzo nieprzyjemne jesienie - słotne i wietrzne, zresztą zimy też były takie "chlapate", że nawet Cecylowi odechciało się spacerów. Wylegiwał się obok pana na kanapie, albo tuż koło jego nóg na dywanie. Słuchał ciągle tych samych opowieści, oglądał te same zdjęcia, ale to mu wcale nie przeszkadzało. Ważne, że pan opowiadał. A pan wyraźnie był słabszy, niż jeszcze rok, czy dwa lata temu. I pies to wyczuwał. Zachowywał się tak, jakby otaczał swego pana specjalną opieką. Gdy zdarzało się, że była ładniejsza pogoda i razem szli na spacer - szedł dostojnie przy nodze, dostosowując się do tempa pana. Uwolnienie od smyczy oznaczało, że może swobodnie pobiegać, ale też dużo szybciej sam z siebie powracał do pana. Częściej się do pana łasił i tulił. Była miedzy nimi "szorstka czułość", bliskość tak bardzo potrzebna im obu.
   Dzieci i wnuki widziały, że Leonard nagle się postarzał. Nastąpiło to jakby skokowo. Mateusz zabrał ojca do siebie i zapłacił za wszystkie możliwe badania, tak aby komplet wyników mieć jak najszybciej. Leonard wprawdzie się na to buntował, ale zdanie syna przeważyło.
   W tym czasie Cecyl był pod opieką pani Janeczki i prawdę powiedziawszy korzystał tylko z wody. Nie jadł. Ewidentnie tęsknił. W tej sytuacji nawet Mateusz rozumiał, że musi ojca jak najszybciej odwieźć do domu, bo Stenia w żadnym razie na psa się nie godziła. Były jeszcze psie hotele...
   Serce. Leonard miał słabieńkie serce. Takie bezstresowe bycie w małym miasteczku przedłużało mu życie. Przesiedlenie do syna z pewnością będzie stresujące. Lekarz kazał to głęboko rozważyć. Lepiej często ojca odwiedzać, ale tak, by nie naruszać jego spokoju.
   Nie do opisania jest psia radość z powrotu Leonarda! Znów byli razem i wiedli długie wieczorne  "rozmowy", patrzyli sobie w oczy, dzielili się łakociami. Obaj na swój sposób byli szczęśliwi!
   Minęła zima i znów wiosenne wiatry, wiosenne śpiewy ptaków... Mateusz ustawił nową zgrabną ławeczkę-bujankę pod drzewem jabłoni u ojca. Siadywali tam obaj - pan ze swoim psem. Cecyl rzadko był teraz na smyczy, bardzo posłuszny, prawie nie oddalał się od swego pana. A ten coraz rzadziej chodził i do centrum miasteczka, i na cmentarz. Na rogu ulicy codziennie przez poranną godzinę ustawiał się samochód z pieczywem, co sygnalizował klaksonem, a Leonard już niczego więcej nie kupował. Chyba że kaszankę dla Cecyla, ale to od czasu do czasu załatwiała mu pani Janeczka.
   W maju była rocznica śmierci Alusi i nie do pomyślenia było, by nie zaniósł świeżych kwiatów i zniczy na grób. Zresztą dzień należał do wyjątkowo pięknych. Przy okazji Leonard wziął ze sobą dwa noże do naostrzenia - na rynku była taka budka, gdzie robili to od ręki.
   Tak i poszli sobie we dwóch spacerowym krokiem, bo przecież nigdzie się im nie spieszyło. Leonard jak zwykle miał ze sobą pół litrową butelkę wody - tak na wszelki wypadek. Po drodze opowiadał Cecylowi o swoich sprawach i wydawało się, że pies pilnie słucha, bo spoglądał na pana bardzo rozumnie. Załatwili co trzeba na cmentarzu, Leonard wyjątkowo długo rozmawiał ze swoją Alusią i nawet powiedział, że chyba już niedługo znowu się spotkają, tak to jakoś jej przyobiecał.
   Później poszli dalej, aż na rynek, gdzie od ręki naostrzono mu oba noże. Zapłacił po trzy złote od sztuki. Przeszedł się jeszcze wzdłuż straganów z warzywami, ale to tylko tak z ciekawości, bo niczego nie potrzebował. Poczuł się bardzo zmęczony i aż pożałował, że ma tak daleko do domu. Mimo tego nie poszedł krótszą drogą, ale tą, która prowadziła przez skwer porośnięty starodrzewiem. Tam było zawsze chłodno i dlatego umyślił sobie posiedzieć, aż dobrze wypocznie. Po drodze kupił jeszcze pół kilograma kaszanki dla Cecyla i przysiadłszy już na ławce rozwinął pakuneczek, każdą kaszankę przekroił na pół i karmił psa powoli. A ten bez pośpiechu brał każdy kawałek, tak jakoś delikatnie, uważnie i zjadał ze smakiem. Kaszanka była trochę ostro przyprawiona, więc Leonard nalewał wodę z butelki na swoją dłoń i pozwolił psu zaspokoić pragnienie. Sam też upił kilka łyków. Następnie wszystko starannie spakował, jednak nie miał zamiaru już ruszać do domu. Oparł się wygodnie, wyciągnął nieco nogi i odpoczywał z przymkniętymi oczami. Czuł się bardzo, bardzo zmęczony. Cecyl ułożył się pod ławką. Raz i drugi zaskomlał, wstał, polizał rękę swego pana. Przeszedł się obok - smycz wypadła z bezwolnych palców... Cecyl wspiął się przednimi nogami na ławce i wył. Długo, rozpaczliwie wył...

© Elżbieta Żukrowska 19-20-21. lipca 2017 r.
fot. Stanisław J. Zieliński

Ps. Udowadniam, że mogę tylko o miłości, choćby to była TYLKO taka jak ta powyżej...  :)

poniedziałek, 24 lipca 2017

DEMONSTRACJA - opowiadanie




Demonstracja 

   Ignacy jeszcze raz popatrzył uważnie w kalendarz, a później na rozłożone na stole leki. Przeliczył się - nie wystarczy mu tabletek do emerytury. Dostawał ją zawsze pod koniec miesiąca. Zabraknie podstawowych leków aż na pięć dni! Tak czy tak jutro pójdzie do przychodni po receptę, chyba będzie musiał pożyczyć pieniądze... Ale od kogo? Jego znajomi i koledzy tak samo nie śmierdzieli groszem jak i on... Może zadzwonić do Roberta? Ale syn zaraz będzie krzyczał, złościł się, że ojciec nie wiadomo na co pieniądze wydaje... I tłumacz się za każdym razem... Musiał nowe sandały kupić i letnią czapkę. Jeszcze coś kupił... ale nawet nie pamiętał już co... Wszystko zawsze potrzebne i pilne. Szewc tych starych już nie chciał reperować. Do Anki też nie może. Jego córcia pojechała nad Adriatyk z całą rodziną. Trójka dzieci to nie przelewki! Roksana ma korepetycje z angielskiego i jazdę konną, wnuk Kacper ciągle gdzieś w piłkę gra, a to też kosztuje, no i najmłodsza Adrianka - pianino musieli jej kupić, uzdolniona bardzo muzycznie... Gdzie tu miejsce dla starego ojca i jego potrzeb? Pewnie razem z mężem mają ze dwadzieścia tysięcy miesięcznie, ale i tak zawsze są bez pieniędzy, jeszcze do niego przychodzą na pożyczki. Prawda, ostatnich pięciuset złotych nawet nie oddali... a jemu głupio się upominać... To już prawie dwa lata jak pożyczyli... Jest jeszcze Gosia. Ale ona po rozwodzie i z dwójką dzieci, jej naprawdę bardzo ciężko!
   Tak, źle zrobił, że nie założył sobie konta... tam mógłby jakiś debet zrobić, ale leki by kupił...
   Rozważał też przeprowadzkę do syna, bo to duży dom u niego, dużo miejsca, ale synowa jakaś taka... Nie pasowała Ignacemu. A i dzieci były jakoś dziwnie chowane. Do bloku, do córek nie pójdzie. Udusiłby się,... Od czasu do czasu pomieszkiwał u nich po dwa tygodnie, ale źle mu było. Po prostu ciasno, duszno, krępująco... A to coś przy jedzeniu nakruszył, a to wodę w łazience, rozchlapał, a to program nie taki w telewizji chciał oglądać... I wnuki hałasowały, czasem muzyka na całą głośność leciała - nie do wytrzymania! Prosił, by ciszej, ale wnuki dziadka lekceważyły. Wiedział, że córki źle je wychowują... Oj, źle. On też źle wychował. Może mieć pretensje tylko do siebie. Wszystkie są takie... szukał właściwego słowa w myślach... żądaniowe! Smutna ta jego starość... Nie myślał, że będzie tak ciężko... Jak żebrak żył. Trudno. Będzie bez leków. Nie miał już na czym zaoszczędzić.
   I tak dobrze, że z jedzeniem się sprytnie urządzili. Już dobre trzy lata, jak sobie tak radzili. On, Ignacy i z sąsiedniej ulicy Mietek, rówieśnik. A do tego Albin, najstarszy z trójki. Wszystko zaczęło się od Albina. Tak bardzo chorował, że jedna z córek wzięła roczny urlop, aby zająć się ojcem. Nie mogła sobie dać rady ze staruszkiem. Popadł w tak głęboką apatię, a może depresję. Całymi dniami w piżamie, nieumyty, nieogolony, tylko leżał i w okno patrzył. A przecież powinien się ruszać, chodzić, do ludzi wyjść. Kiedyś ta córka poprosiła Ignacego, aby odwiedził ojca. A Ignacy wziął ze sobą Mietka, bo po prawdzie tamci dwaj byli mocniej zakumplowani. Sporo było tych odwiedzin, zanim Albin zaczął się z rana ubierać. Ale była okazja do rozmów także z córką Albina, panią Agatą, która wiele razy poczęstowała kolegów ojca zupą. Od słowa do słowa i stanęło na tym, ze będzie gotować dla nich za pieniądze. Tylko zupę. Gęstą pożywną zupę. Pani Agata wielokrotnie dodawała do tego dania bezmięsne - placki ziemniaczane i drożdżowe pampuchy, naleśniki, kopytka w sosie i inne. Wszyscy trzej nie chcieli mięsa, jakoś na starość stracili na nie apetyt. A następnego roku gospodarstwo objęła pani Wiktoria. Ta inaczej się urządziła - pracowała na komputerze - chyba pisała prace magisterskie dla innych, albo coś takiego, dokładnie Ignacy nie wiedział. Pani Wiktoria postawiła warunki - owszem, będzie gotować, nawet zaprasza o 8:30 na zupę mleczną. Jednakże wszyscy trzej mają być umyci, ogoleni, wyświeżeni. Kto tego zaniedba - nie dostanie "miski". A już w szczególności ojciec. Prawdę powiedziawszy pod rządami Wiktorii poczuli się jak w rodzinie.
   Właśnie - może by tak od pani Wiktorii pożyczyć... ? Nie, jakoś mu to nie pasowało... Obejdzie się. Trudno. Pożyczy raz, a później zacznie się spirala! Nie, nie ma mowy! Sięgnął po portmonetkę i jeszcze raz dokładnie przeliczył pieniądze - sto pięćdziesiąt złotych i trochę drobniaków. A komplet leków kosztował go na miesiąc prawie dwieście pięćdziesiąt. O, nie na miesiąc, a na dwadzieścia osiem dni. To może chociaż tylko te dwa najważniejsze... Był rozbity i podłamany, jakoś trzeźwe liczenie mu nie wychodziło.
   Posprzątał co ważniejsze, bo bardzo nie lubił bałaganu, pogasił światło i do łóżka. Wcześnie było, ale nie miał ochoty na telewizję. Kolacja też mu nie smakowała. Co tu dużo gadać - źle się czuł. Zupę zjadł tylko dlatego, że w towarzystwie i tak rozsądek mu kazał. Przewracał się z boku na bok nie mogąc usnąć.
   Telefon! Poderwał się, aż mu serce szarpnęło się boleśnie, ostro. Telefonował Robert.
- Tato, jutro o dwudziestej pod sądem. Niech ojciec przyjdzie. Ja też będę. O znicze nich się ojciec nie martwi, bo przyniosę, Niech tylko tato koniecznie będzie.
- Ale o co chodzi?
- To ojciec nawet telewizji nie ogląda? Niech tato będzie. To dla naszej Anki i jej męża. W obronie niezawisłych sądów.
- Ale ja nie chcę. Za stary jestem. Nie mam siły na takie eskapady.
- Tu nie ma to tamto, tu jest mus. No dobra. Przyjadę po ojca, choć mi nie po drodze.
   Rozłączył się, nie dając ojcu szans na dalszy sprzeciw.
   "Nie zapytał o zdrowie - rozmyślał Ignacy. - Nie zapytał, czy mi co potrzeba, ani jak się czuję. A ja naprawdę nie mam siły. Po co mi jakieś demonstracje? Za stary jestem na to... No tak, spodnie kupiłem. Całe sto złotych. Ale od tego dobrego jedzenia przytyłem i już w stare się nie mieściłem. Dobry materiał, długo ponoszę. Oby tylko dalej nie tyć..."
   Znów ostry dźwięk telefonu. Już się nie śpieszył. Telefonowała Gosia.
- Tatko kochany! Pewnie Robert już do ciebie dzwonił, ale nie słuchaj się go. Nie chodź na żadne demonstracje, bo to tak, jakbyś popierał czerwonych. Nie wolno ci demonstrować! Oni nie mają racji. Chyba oglądasz telewizję i masz własne zdanie...
   I dalej przez pięć minut jakby go agitowała. Nie dopuściła ojca do głosu. Nie wolno mu iść i koniec.
- A jak się czujesz? - zapytała od niechcenia, ale się rozłączyła, zanim zdążył odpowiedzieć.
   Leżał wpatrzony w pociemniały sufit i było mu niesamowicie gorzko... Nocna lampka dalej się paliła wywołując tańczące cienie, a może to jemu tak w oczach... Poczuł gwałtowną potrzebę znalezienia się w toalecie, podniósł się z wielkim trudem. Łazienka wydała mu się bardzo odległym miejscem, czepiał się ścian, nogi dziwnie uginały mu się w kolanach.
   A później przeniknął go nagły ostry lecz jednocześnie miły powiew o zapachu łąki...


   Na drugi dzień pod wieczór syn znalazł sztywne już ciało na podłodze w saloniku...

© Elżbieta Żukrowska 24.07.2017.
fot. SLD Choszczno

niedziela, 23 lipca 2017

Z ULICĄ W TLE...




Z ulicą w tle...

Chmury na niebie, dołem awantury.
Świat coraz brzydszy wyraźnie się robi.
Jakaś poezja? Może coś z lektury?
Nic z tego - burza, choć schowane urny...

Pełzną myśli środkiem mojej własnej drogi.
Z górki, czy pod górkę - nie ma przyspieszenia.
Ludzie walczą ze sobą na słowa, obelgi...
Nie chcę tego świata. I mnie w nim już nie ma!
Wre skłócony naród - z tej lub z innej partii.
Każdy święcie wierzy, że właśnie ma rację.
A nie ma. Bez względu w kogo teraz mierzy.
W tych kłótniach zagubiono całkiem demokrację.
Pałka i policjant, tudzież wodne działka.
Na wielkich salonach groźne epitety.
Ameryka, Francja, Niemcy, Rosja ważna.
Postronnym zostają z ochłapów kotlety.
Już krzyczą o krzywdzie niemieckiej na Grekach,
zbrodniczym rozpasaniu wyznawców spod znaku księżyca,
a zgadzają się na zapisy Koranu!
Czy prawo szariatu tak wielu zachwyca?
Wszystko wymieszane, by powodów tysiąc
znaleźć do awantur, do wyjść na ulicę.
A stary emeryt liczy w kalendarzu,
jak długo bez leków... Lecz zapala znicze.
Czy aby na pewno wie, przeciwko komu?
A może to za kimś owo światło pali.
Uczono, że lepiej przed krzyżem z koroną
w kościele zapalić. Albo na cmentarzu.

Za kim jestem?
Za Polską. Za tym, aby dzieci
żyły w pobliżu domu rodzinnego.
Aby dziadkowie wnuków doglądali,
zamiast iść pod pałki może syna swego...

© Elżbieta Żukrowska
fot. digart.pl

23.07.2017.

MAŁY PIKUŚ



/wiersz warsztatowy/

Mały Pikuś

Moja Pani ma długie czerwone pazury
i często się czesze w taką jakby kulę.
Mnie lubi głaskać. Patrzy na mnie z góry.
Ale i kocha, bo spogląda czule.

Często zabiera mnie na długi spacer,
lecz gdy się zmęczą moje małe nóżki,
to Pani bierze mnie na swoje ręce,
tuli do piersi, tak jak do poduszki.

Psy mi zazdroszczą wygodnego życia.
Tytan i Lordzik, i Kruczek niewielki,
nawet Awatar i jego siostrzyczka tycia,
Morus i Zefir z ogonkiem zadartym.

A ja nic. Pikuś jestem. Patrzę z wysokości.
Uśmiechy przesyłam znajomym mordkom.
Na Pani piersi, niczym pan na włości.
A Panią mam najcudowniej słodką!

© Elżbieta Żukrowska
fot. Mascotafiel

23.07.2017.

DINGO

/wiersz warsztatowy/

Dingo

Leń mnie ogarnął. Patrzę w ekran.
Nic ciekawego nie znajduję.
A jednak siedzę - niczym Burek
na progu domu, gdy waruje.

Kręcę kółeczkiem, szukam nowości.
Przecież to całkiem jak Barnaba,
gdy poszukuje dobrej kości,
wierząc, że gdzieś się zapodziała...

Czasem coś piszę, zostawiam ślady.
Wypisz-wymaluj jak u Gazdy,
co znaczy wszystkie drzewa, krzaczki,
jego to teren, niech wie każdy!

O! Trafił się filmik o szczeniakach,
jak zabawiają małe dzieci.
Jest tu Filutek, Dzidzior i Gapa,
Azor nie bardzo... Tylko siedzi.

Ech, po co będę czas marnować!
Mogę go spędzić wszak inaczej.
Wolę swojego psa zawołać - spacer!
Dingo z radości w górę skacze!

© Elżbieta Żukrowska
fot. julierobinsonblog.com

23.07.2017.

sobota, 22 lipca 2017

PIESKI ŚWIAT



/wiersz warsztatowy/

Pieski świat

Pogoda skusiła - "ogary poszły w las",
a były trzy - Bruno, Pirat i Gospel.
Gospel - bo tak pięknie "śpiewał",
Pirat - to zawadiaka na całą wioskę
i Bruno, bo... Bruno. On na wszystko miał czas.

Gospel kumplował się się z Fiskusem,
co zadziwiało wokół wszystkich,
gdyż obok często była suczka
ze znamionami aferzystki,
w futerku krótkim, aż przykusym...

Pirat znał psy z całej okolicy,
na przykład taki wielki Dingo,
a obok niego bury Kusy,
co z przetrąconą łapką śmigał.
A żaden z nich nigdy na smyczy.

Bruno, niby miłośnik ciepłych klusek,
lecz też z sympatią się naginał
do pewnej suni... acz zajętej,
o nią się Huzar upominał,
co tutaj już nie było plusem...

I teraz wpadnij w taką zgraję!
Biedne zające, kuropatwy!
Gdy całą bandą ruszą w knieje
los małych zwierząt nie jest łatwy.
Lecz to psom wielką radość daje!

© Elżbieta Żukrowska
fot. Fotos humor

22.07.2017.

DZIWNY PIES Z DZIWNYM PANEM




/wiersz warsztatowy/

"...gdybym miał psa ....byłby to dziwny pies...
może nawet dziwniejszy niż ja..."
/Jacek Ciećkiewicz/

Dziwny pies z dziwnym panem

Mam psa, który chodzi własnymi drogami,
jak kot, albo jakiś narowisty koń.
A ja przemawiam do niego pięknymi słowami,
lecz gdy się zdenerwuję - jednak mówię - WON!

Mój pies to mieszaniec wszystkich ras możliwych,
z których zawsze najgorszy wziął ton.
Czy z tej brzydoty może być aż tak nieszczęśliwy?
Lubi mnie denerwować. Wtedy ja mu - WON!

Ma kumpli - psich merdaczy ogonem
i lubi włóczyć się z nimi daleko stąd.
Ja wszystko rozumiem, lecz gdym rozeźlony
całej psiej czeredzie prosto mówię - WON!

Kilka imion tu i teraz koniecznie wymienię.
W psiej bandzie jest Hektor i Basior, i Słoń.
Rej wodzi Roksana oraz sprytny Jegier,
a ja do nich jak zwykle - poszły mi stąd WON!

Lecz kiedy mój Kapsel do nóg mi się łasi,
gdy w oczy zagląda i merda ogonem -
przytulam łobuza, nie mogę go gasić,
bo bardziej go kocham niż Lucy i Zoe.

© Elżbieta Żukrowska 
fot. Fundacja EMIR

22.07.2017.
________________________

Jacek powiedział, że nie wolno tak brzydko do psa mówić, że On nigdy by tak nie powiedział.
I teraz po Jego przeróbce mój wiersz brzmi tak:

Dziwny pies z dziwnym panem

Mam psa, który chodzi własnymi drogami,
jak kot, albo jakiś narowisty koń. Co w każdy wlezie kąt.
A ja przemawiam do niego pięknymi słowami,
lecz gdy się zdenerwuję - jednak mówię - IDŹ STĄD!

Mój pies to mieszaniec wszystkich ras możliwych,
o maści zmiennej... jak zmienny jest prąd...
Czy z tej brzydoty może być aż tak nieszczęśliwy?
Lubi mnie denerwować. Wtedy ja mu - Idź stąd!

Ma kumpli - psich merdaczy ogonem
i lubi włóczyć się z nimi daleko stąd.
Ja wszystko rozumiem, lecz gdym rozeźlony
całej psiej czeredzie prosto mówię - Poszły stąd!

Kilka imion tu i teraz koniecznie wymienię.
W psiej bandzie jest Hektor i Basior, i Głąb.
Rej wodzi Roksana oraz sprytny Jegier,
a ja do nich jak zwykle - Idźcie stąd...

Lecz kiedy mój Kapsel do nóg mi się łasi,
gdy w oczy zagląda i merda wesoło ogonem -
przytulam łobuza, nie mogę go gasić,
bo bardziej go kocham niż Lucy ..a nawet żonę.


22.07.2017.

piątek, 21 lipca 2017

CZŁOWIEKU!




Człowieku!

Okrutniku,
który na mnie wciąż podnosisz rękę,
złościsz się, a nawet trucizną częstujesz...
Zabójco
moich sióstr i braci, co zadajesz mękę
i katowskie prawo sobie uzurpujesz!
Cóż ci zrobiłam,
że jesteś na mój ród tak bardzo zajadły?
Że nie dopuszczasz nawet współmieszkania?
Co ród zawinił,
że w nienawiści tak bardzo szkaradnej,
trwasz, by mieć powód aż do mordowania?
Twoja podstępność
przekracza granice mojej uległości.
Nienawiść z ciebie jak żar z pieca bucha!
Odgradzasz się ode mnie,
zakładasz kraty w oknach swojej przezorności.
A ja jestem tycia - maleńka jak MUCHA.

© Elżbieta Żukrowska
fot. Fotoblog Myszka
21.07.2017.

PSIA BRAĆ

/wiersz warsztatowy/


Psia brać

Warczą, szczekają, czasem gryzą,
pilnują, straszą, rozpaczają.
W miłości zawsze najwierniejsze,
inaczej nawet nie umieją.

Imiona mają najdziwniejsze.
Kiedyś to tylko Mops i Burek
i kilka innych - Azor, Pejsik,
ważne, by w głosie była czułość.

Najpilniej patrzą w oczy pana,
gotowe sprostać wymaganiom
za byle miskę oraz budę,
za dobroć prosto z pańskich ramion.

Był drobny Pikuś, był Rudzielec,
Reksio, co dumnie łatki nosił
i As (on Ali przyjacielem),
a nawet Łajka - gdzieś w Kosmosie...

© Elżbieta Żukrowska
fot. dogadoption

20.07.2017.

czwartek, 20 lipca 2017

KUMPEL


wiersz warsztatowy

Kumpel

Mam się daremnie wadzić z losem?
Może oburzać na obrożę?
Wierny jak pies - więc wszystko zniosę,
gdy o swój los już się nie trwożę.

Mam psich przyjaciół na osiedlu,
powiedzmy Bruno i Agat-książę,
gdy mówią do mnie - teraz wędruj,
mym tajnym przejściem z nimi zdążę.

Omar podpowie mi o suczkach,
Wicher zna wszystkie koty w mieście.
Żyję wygodnie jak w psim raju,
o co mi może chodzić jeszcze?

Wszystkie te Burki oraz Gromy,
Roxy, Ramzesy egzotyczne,
mogą mi pozazdrościć domu,
mam dobre życie, niemal kwitnę!

© Elżbieta Żukrowska
fot. Pinterest

20.07.2017.

PIES

wiersz warsztatowy

Pies

Naczelny władca podwórkowy.
Albo domowy mały tyran...
Nie ważne, jak się właśnie zowie,
lecz czy w poczynaniach nie przegina...

Znam po sąsiedzku Czorta, Dżeka,
plus Taks i Żulik - cztery huncwoty,
ich zachowanie nie urzeka,
raczej polować chcą na koty!

Jest czarny Wulkan - kanapowiec,
kaszanki nie tknie małe licho.
Dla niego słodka pani (wdowa)
ma paróweczkę znakomitą.

Burek i Azor są świadome,
choć podzwaniają łańcuchami,
na budach siedzą jak na tronie,
lecz obojętność ich nie splami.

Jest jeszcze Pikuś, skromny, gładki,
co to się kręci pod nogami.
Pierwszy zaszczeka, podrze nogawki,
przymili się, gdy gość lubiany.

Wreszcie jest Bartek, pies nad psami,
mądry przyjaciel - przegania stresy.
Powierzasz sekret w futra aksamit...
a on wysłucha i pocieszy.

© Elżbieta Żukrowska
fot. Stylowi

20.07.2017.

wtorek, 18 lipca 2017

ANASTAZJA



   Anastazja

   Szukała swoich "wspomnień" długo i daremnie - zawieruszyły się gdzieś na amen. Nie potrafiła przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz miała w rękach ten album. Cienki był, stosunkowo niewielki, przecież jednak nie szpilka. Ukrywała go przed rodziną, gdzieś schowała, a tu pamięć już nie ta... Przeszukała mieszkanie raz, drugi i trzeci - niestety... Były w nim nie tylko fotografie, ale i kilka listów, widokówek, nawet wierszy...
   A później, jakoś tak nagle, niemal z dnia na dzień, przyszła prawdziwa starość naznaczona chorobami, gdzie marzeniem się staje przespać choć jedną noc bez bólu. No i dzieci kolejno wyfrunęły z gniazda, została sama. Trochę trwało, gdy po wyprowadzce ostatniej córki przywykła do cichego mieszkania.
   Początkowo miała z dziećmi żywy kontakt, ale z biegiem czasu coraz mniej było telefonów, esemesów, odwiedzin. Każdy żył swoim życiem, a ona szła w zapomnienie. Może gdyby była taka pełnosprawna, że nadawałaby się chociaż do wnuków... Ale nie, nie mogła nawet tego. W jesienne wieczory, gdy wiatr szumiał deszczem, zastanawiała się, czy dla dzieci jest... ważna. Czy jeszcze choć troszkę ją kochają... Aż sama siebie ofuknęła w duchu za taki egoizm. Też coś!
   Do przychodni Anastazja miała pięć kroków, do apteki niewiele dalej. Za to daleko do sklepów i do kościoła. Jednak starała się wychodzić codziennie, o ile tylko była odpowiednia pogoda. Traktowała wędrówkę do sklepu jako ścieżkę zdrowia. Potrzebowała niewiele, to i zakupy były niewielkie. A po drodze przysiadała na ławeczkach, porozmawiała ze znajomymi, czasem ktoś pomógł w niesieniu zakupów. Aż kupiła sobie wózeczek taki specjalny do zakupów i wtedy nawet przestała się bać większych obciążeń (a takie zdarzały się po długim okresie złej pogody).
   W zasadzie była sama, obłożona książkami - swoimi i z biblioteki. Za telewizją nie przepadała, unikała wszelkich seriali. Koleżanki odwiedzały ją sporadycznie, podobnie jedyny brat, ale on mieszkał w odległości około trzydziestu kilometrów, to i nie było się czemu dziwić. Nie miała psa. Ani nawet kota. Kiedyś, gdy dzieci były małe, był w domu kociak "pod tytułem" Wredna Kaśka, który upodobał sobie niszczenie kwiatów doniczkowych. Kazała dzieciom pozbyć się małego szkodnika. Dzieci faktycznie znalazły mu dom. Więcej zwierzątek nie było, choć z dawna lubiła psy, ale teraz była zbyt umęczona życiem, by sobie brać takiego towarzysza.
   Mieszkanie było już z dziesięć lat niemalowane. Miała to zrobić ostatnia córka zanim wyprowadzi się z domu. Zabrakło czasu. A teraz brakowało sił. Rozmawiała na ten temat z bratem, bo nie miała dość pieniędzy, by zapłacić malarzowi. Wystarczy, że będzie musiała zrujnować się na konieczne farby. Brat obiecał, ale znów minął rok... Bo nie miał czasu.
   Teraz, gdy zdrowie popsuło się tak, że nie mogła porządnie wysprzątać mieszkania - umyśliła sobie, że najmie kogoś, aby to dla niej zrobi. Chociaż tyle. Jeszcze nie wiedziała kogo. Rozglądała się. Przepytywała. Ale już zaczął się listopad i bała się, że zostanie na Boże Narodzenie w takim nieświeżym obejściu. Dzieci zapraszały ją na święta. Nie chciała jechać. Co innego, gdyby zawieziono ją samochodem. A tak, pociągiem albo autobusem - to już nie. Wielkie halo święta! Kupi sobie barszcz czerwony w proszku, ugotuje 10 pierogów postnych, usmaży kawałek ryby - ot i Wigilia. Może też upiec niewielką szynkę w piekarniku i nieduży sernik, taki z pół kilograma twarogu. Kupnych ciast zdecydowanie nie lubiła. A tyle chyba da rady zrobić. Najgorzej będzie z zakupami, a później z myciem naczyń... Będzie dużo czytać, posłucha kolęd, tak jak lubi... Jakoś sobie poradzi. Zawsze jakoś sobie radzi. Zaplanowała wszystko, ale nie mogła znaleźć odpowiedniej osoby do sprzątania, a tu już się kończył listopad... Czy będzie musiała prosić dzieci? To była najgorsza możliwość! Myślała o tym dzień po dniu, aż podzieliła się swoim pytaniem z listonoszką. Znały się przecież od lat. I miłe zaskoczenie, bo listonoszka miała kogoś na uwadze i powiedziała, że jeszcze w tym dniu zapyta, ale o numer telefonu prosi. Umówiły się, że bez względu jaka będzie odpowiedź - listonoszka i tak zatelefonuje.
   Starsza pani była jakby pokrzepiona tą rozmową i odzyskała nieco werwy. Zaraz po wyjściu listonoszki sama zabrała się za porządki, bo przecież były prace, które musiała zrobić sama! Zaczęła od małej komódki. Wyjmowała kolejno wszystko z szuflady po szufladzie, myła wnętrze ściereczką do mebli, układała odzież ponownie, wyrzucając przy okazji sporo rzeczy. Posprzątała całą nawet nie odpoczywając. Później podgrzała sobie obiad i... jej energia gdzieś wyparowała. Na szczęście pani polecona przez listonoszkę rzeczywiście była zainteresowana sprzątaniem i to od nowa pobudziło pozytywną energię. Tego dnia posprzątała jeszcze i drugą "dużą" komodę. Dolna szufladka nie chciała się teraz dobrze docisnąć - coś przeszkadzało i Anastazja wyjęła ją całkowicie. W pierwszej chwili nie zobaczyła nic, oprócz kurzu. Zatem szurając nogami poszła do łazienki (znów) po mokrą szmatkę. Ale schylając się niewiele mogła zobaczyć, natomiast kolana nie pozwalały przyklęknąć. Z trudem usiadła na podłodze i pochyliła się. Rzeczywiście - spadły dwie kulki grubych skarpet. Wyjęła je i wtedy zorientowała się, że jest tam coś jeszcze, coś, czego nie mogła rozpoznać, bo całkowicie ginęło w cieniu. Sięgnęła niepewnie... I przez chwilę aż zamarła z wrażenia - to jej ukochany album, starannie zawinięty w jedwabną chustkę...
   Łzy wzruszenia popłynęły szybkim strumieniem po pomarszczonych policzkach. Tuliła do piersi bezcenny album, łkając bezgłośnie.
 © Elżbieta Żukrowska 16,17,18 lipca 2017.
fot. Ceneo

poniedziałek, 17 lipca 2017

ROZMYŚLANIA WIECZOREM




Rozmyślania wieczorem

To przychodzi coraz częściej
zapadam się w stan nieistnienia
cóż mnie obchodzą zwykłe sprawy
przecież mnie dla nich z dawna nie ma

Cóż mnie obchodzi zachód słońca
skoro i tak jutro powstanie
tu nie ma dziwów nie ma końca
a wygładzony jest różaniec

Dzień za dniem jak te koraliki
tak wyślizgany próg i schody
Szaleństwo i liche uniki
byle nie było dalej zgody

Cóż mnie obchodzi zawierucha
świat rozszczepiony jak toporem
Tu mego głosu nikt nie słucha
nie ważne kogo dziś wybiorę

Ot pełny talerz i miękkie łóżko
to nie przekracza wyobraźni
i już wystarczy daję słowo
ewentualnie jeszcze łaźnia

© Elżbieta Żukrowska 

17.07.2017.

WINO ZNIECZULA WYOBRAŹNIĘ?

wiersz "warsztatowy"


Wino znieczula wyobraźnię?

Strach ma wielkie oczy, drogi panie,
ta kawa dobra jest na śniadanie,
zaś do kolacji (tej z dziewczyną)
to lepiej podać białe wino.

Wprawdzie BOJĘ SIĘ SPAĆ SAMA,
och, pewnie się boi każda dama,
ale po winie to nie płyną ciurkiem łzy
i z łatwością drogę znajdą lekkie sny.

Gdy ciemności początek swój brały -
odpływałam w świat łabędzi białych.
Tam denar księżyca znaczył drogę,
aż po radosnej jutrzenki pożogę.

© Elżbieta Żukrowska
fot. Grażyna Hazeaux

16.07.2017.

niedziela, 16 lipca 2017

(NIE)GWIEZDNE WOJNY




(Nie)Gwiezdne Wojny

Nie, nie - o nic nie proszę - umarła ta cnota
- na to jestem za stara (może i za mądra!),
ale jeśli chcesz w spokoju dokonać żywota,
zważaj na słowa i niech cię nie ciągnie głupota!

Niczego już nie musisz, a i ja podobnie,
lecz wciąż zależymy od siebie wzajemnie.
Może warto być miłym, nie szafować słowem,
za to godność zachować, jak robią królowie.

Godność i życzliwość, wspomagać uśmiechem.
Ty na to, że mężczyźnie uśmiech nie przystoi.
Zatem bądź poważny, a ja się ucieszę,
że twoja powaga mnie wcale nie boli.

Czy się podlizuję? Po co i do kogo?
Za swoje błędy zwykle i tak płacę podwójnie.
Lecz nie uciekam podkuliwszy ogon,
bez względu na to, jak ty sprawę ujmiesz.

© Elżbieta Żukrowska
fot. Pinterest

16.07.2017.

LATEM W PRZYRODZIE




Latem w przyrodzie

Słońce się przebrało w letnie szatki,
a tu prawie wszystkie łąki pokoszone...
Gdzieś między skałkami rosną dzikie bratki,
a na nieużytkach są maki czerwone.

Dogasają w zbożach znajome kąkole,
chabry ze strachu mrużą swe oczęta -
wiem, szeptały, że SAME SPAĆ SIĘ BOJĄ,
a przy tym niedługo wszystkie będą zżęte...

Tylko skowronek na wysokim niebie
na nic nie zważa, modli się srebrzyście,
o bezpieczeństwo dla żonki i siebie
i dla tych maleństw, ukrytych pod liściem.

© Elżbieta Żukrowska
fot. Andrzej Kosiba

16.07.2017.

sobota, 15 lipca 2017

ODCHODZĘ W GÓRY




Odchodzę w góry

Pakuję cienie do torebki.
I smutków nieco - jakieś zwiewki.
Nikogo nie pytam o zgodę.
Odchodzę już z tych łąk.
Z tych łąk, z tych błoni, z twoich rąk.
A w górach jodły, jodły szumią.
W górach szarotki rośnie kwiat.
Kozice ciągle ryzykują,
teraz zaryzykuję ja.
Zabieram z sobą trochę wody,
aparat, kurtkę, myśli trzy...
I w dobre buty wkładam nogi.
Koniec z liczeniem wrednych dni!

© Elżbieta Żukrowska
fot. Andrzej Kosiba

15.07.2017.

PROŚBA





Prośba

Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre choć latem.
Nie byłyście takie na wiosnę,
pusty odpłynął na żaglach statek.
Bądźcie dobre w lato dżdżyste, wichrowe,
co kałużami chlupocze i deszczem.
Bądźcie dla nas jak sok - malinowe
i jak kwiaty bądźcie najświeższe.
Bądźcie dla nas dobre, łagodne,
a serduszka miejcie otwarte,
niech tam żaden nie będzie przechodniem,
a na stałe zaciągnie już wartę.

© Elżbieta Żukrowska
fot. Fondos de Pantalla

15.07.2017.

piątek, 14 lipca 2017

RÓŻNICE




różnice

to już koniec miły to koniec - po strzale z armaty
leć sobie sam przez te wszystkie oszalałe światy
dla mnie ogród przy domu i ćwierkanie wróbli
a twoja jest puszcza gdzie nocują żubry
ty możesz wraz z burzami szaleć i wywracać drzewa
ja wolę jak wśród kwiatów mały ptaszek śpiewa
mnie wystarczą lekkie safianowe butki
albo tenisówki miękkie jak paputki
tobie but żołnierski a może i strzały
gdy ja jestem za tym by wiersze się śmiały
goniły się strofki jak woda po skałkach
i robiły to w miejscach gdzie tańczy rusałka
ciebie inspirują noże i bagnety
do tego czołgi i szybkie rakiety
to już koniec miły bardzo się różnimy
i naszego razem już nie ocalimy

© Elżbieta Żukrowska
fot. Pinterest

14.07.2017.

czwartek, 13 lipca 2017

KŁOPOTY Z CZERWIENIĄ




Kłopoty z czerwienią

Czerwienieją myśli...
Rośnie zawstydzenia...
Pan... w noc mi się przyśnił.
I choć przebudzenie
było bardzo rano
- nie wstałam od razu.
Gdy w domu śniadano
- czekałam... nakazu?
Taki sen... Nic nie czynię,
jestem jak w rezerwie.
Prysznic... Z wodą spłynie
i słabość, i... czerwień...

© Elżbieta Żukrowska
fot. Janusz Śmigielski

13.07.2017.

CODZIENNA PROZA




codzienna proza

kiedyś czytałeś moje wiersze
mówiłeś że je lubisz
a twoja recytacja
odkrywała w nich to
czego ja (autorka przecież)
nie widziałam...
teraz czytasz inne wiersze
patrzysz w inne oczy
mruczysz z zadowolenia
jak kot
skąd to wiem
wszystko jest w gwiazdach
kiedyś pod oknem
koncertowały świerszcze
dziś wydzierają się gawrony

© Elżbieta Żukrowska
fot. Fotolia

13.07.2017.

środa, 12 lipca 2017

NOCNY HORROREK



/wiersz warsztatowy/

nocny horrorek

chmury ciemnym wałem chciały niebo zamknąć
melancholia kwili i nic już nie czeka
to duchy się snują i próbują warknąć
a ze mnie się robi marny strzęp człowiek

boję się  szarości - strach ma wielkie oczy
boję się sama spać - pająki wędrują
boję się... ale trudno sen nawet się boczy
strach... przestrogi mamuśki ponuro świdrują

melancholia jak kociak przylgnie mi do piersi
kiedy sonatina wybrzmi do ostatka
dalej będę sama na obraz szyderczy
strach szarość i mdłości - nikt się tu nie cacka

© Elżbieta Żukrowska
fot. Photo by James Charlick on Flickr.

12.07.2017.

wtorek, 11 lipca 2017

*** (To we mnie....)




***

To we mnie zostało...
Ten żal i tęsknota,
wszystko potoczyło się
w przeciwnym kierunku.
Chciałam zwyczajnego szczęścia
- przecież nie dziwota.
A co przyszło? Nie pytaj!
Poznaj po rachunku.
Ty, który pisałeś
najpiękniejsze wiersze,
teraz się zmieniłeś
w dzikiego mustanga.
Nie dla ciebie kantar,
nie dla ciebie munsztuk,
w to miejsce wolność
i swobodna jazda!

Jestem daleko.
Nie mam skrzydeł.
Nie mam woli zdobywcy.
Nawet zwyczajne szczęście
jest tylko dla wybrańców losu.

© Elżbieta Żukrowska
fot. Łukasz Żukrowski

9.07.2017.

*** (Podoba mi się...)



***

Podoba mi się twoje życie
lecz nie umiem go skopiować
a nasze drogi chociaż bliskie
do innych wiodą celów
Staram się nie narzucać
lecz najdokładniej naśladować
ale nie umiem być jak ty
Gdy przyjdzie czas
odlotów nad ranem
gdy przyjdzie czas
zamykania kolejnych bram
znów będę sama tak jak zwykle
i ty będziesz tak boleśnie sam
Uczyłeś że samotność nie rani
że jest kapsułą bezpieczeństwa
lecz to nieprawda mój kochany
jest tylko murem
przed bluźnierstwem

© Elżbieta Żukrowska
fot.ویسگون

11.07.2017.

piątek, 7 lipca 2017

RAZEM




razem

tej nocy tańczyła dla ciebie
drobne stopki w baletkach
ledwie dotykały ziemi
zachwycony miałeś oczy
pełne słonego blasku
i prawie uwierzyłeś
że tak może być zawsze
mdlejącą
wziąłeś w ramiona
aby ożywić słowami
w których mnóstwo uczuć
pokazałeś jej
swoje wnętrze
aż ptaki waszych serc
wzbiły się razem
i choć wiedziałeś
że to tylko iluzja
pozwoliłeś jej wierzyć
że miłość jest wieczna

© Elżbieta Żukrowska
fot. wirewrapped.eu
7.07.2017.

*** (upajam się twoim...)




***

upijam się twoim słowem
czasem nieporadnym
ale częściej wiodącym mnie
na sam szczyt zachwytu
i łowię drobne szczęścia
jak rosy perełki
na płatkach róży bladej
żółcią aksamitnej
mieniącej się w promyczku
od chmur ocalałym
upajam się
poddaję wibracjom
w szlachetnych słowach
znajdują ukojenie
znów jesteś dla mnie

cały

© Elżbieta Żukrowska
fot. https://www.google.pl/url?

7.07.2017.

czwartek, 6 lipca 2017

SAMOTNOŚĆ




samotność

w świecie równoległym
jaskółka lot też zniża
słońce ma inny kolor
jeszcze nie wiem jaki
kukułki są przez rok cały
lecz słowik nie śpiewa
a samotność się puszy
ma ogon wspaniały

samotność ma dwie ręce
i obrzmiałą szyję
od tego oglądania się
na drzwi i na okna
i uszy ma wyczulone
bo może ktoś idzie
więc zerwie pajęczynę
co na drzwiach urosła

szeleszczą kartki
następnej książki
tą znasz na pamięć
bo to twoje życie
kilku kartek brakuje
lecz jak się postarasz
nie jeden rozdział
dopiszesz w zeszycie

w świecie równoległym
sowa na gałęzi
mądry ptak od którego
uczysz się spokoju
jednak czy przypadkiem
sam siebie nie więzisz
narzucając samotność
która znaczy "dołuj"

© Elżbieta Żukrowska
fot. Pinterest

4.07.2017.

WARKOCZ SZCZĘŚCIA




warkocz szczęścia

miłość wyciąga ręce
czy zechcesz w nie wpaść
czy zechcesz wziąć w siebie
cały ten cudowny ciężar i zapach
ten żar
czy zechcesz
mimo tęsknoty i mgły
postawić na drugą osobę
która przylgnie do ciebie
jak piasek do mokrej skóry
czy zechcesz
oddać jej siebie
na zawsze
bez reszty
bez skargi
na dobre i na złe

piękno dobro miłość
warkocz szczęścia i słodyczy

© Elżbieta Żukrowska
fot. Для душі

3.07.2017.

środa, 5 lipca 2017

LIST




list

jesteś ważny
dla mnie najważniejszy
codzienną wędrówkę zaczynam
modlitwą o ciebie
świat się zmienia
powiał nowy wietrzyk
ile jeszcze samotnie
będę mogła przebiec

a tu list
rozpoznaję
twój charakter pisma
i niepewność
galopem przybyła do bram
co to za wiadomość
do mnie nagle przyszła
teraz właśnie
drżące ręce mam

nie zwykłeś
więc
nie pisałeś do mnie całe lata
a miałam prawo sądzić
że cię znam
a się okazało
że dusza dziś garbata
zaś żal
drobnym kroczkiem
przyszedł sam

zamykam oczy i siadam
przed domem
jakoś nie chcę poznać
nazbyt szybko prawdy
i tak drżę ogarnięta
strasznym niepokojem
jeszcze chwila marzeń
boję się "petardy"

© Elżbieta Żukrowska
fot. Pinger

3.07.2017.

TAK MAŁO MOGĘ



tak mało mogę

zgasiłam smutki
jak zapałkę w deszczu
lecz został osad
i dziwny zapach
nie stać mnie
na krok taneczny
- mimo wszystko
i na śpiewanie
radosnych arii
mogę wtulać twarz
w płatki piwonii
zostawiać tam
kropelki rosy
nikt nie rozpozna
co to jest
małe cyrkonie
cięższe od łez

© Elżbieta Żukrowska
fot. Art-graphiK

2.07.2017.

wtorek, 4 lipca 2017

ROZLICZANIE CZY DESPERACJA




rozliczanie czy desperacja

z niebieskiego natłoku rymów
tworzysz gęstą zasłonę dymną
to mgielny parawan przedświtu
w czas niechciany i teraz już mdły

spisujesz na białych stronicach
złą historię własnego życia
i rozliczasz się z każdym garbem
który przyszło ci dźwigać jak kamień

cóż że chcesz być nad płótno bielszy
boś nigdy intencją nie grzeszył
zawsze miałeś je prawdziwe i godne
lecz... wyszło jak wyszło i było
a rykoszety uderzały
w ciebie - jak na parodię

masz swój kąt książki ulubione
i potrzeby bardzo świadome
czy wystarczy tak żyć jak wczoraj
czy już pora na odpoczynek

© Elżbieta Żukrowska

A teraz ten sam wiersz, ale zapisany w innej formie -
męską ręką mego Przyjaciela Władysława Paździocha.
ciekawa jestem, która wersja bardziej się Państwu podoba...
Jak widać mój tytuł wszedł do treści wiersza, a dodano inny...

autopsja

rozliczanie czy desperacja
z niebieskiego natłoku rymów
tworzysz
gęstą zasłonę dymną
to mgielny parawan przedświtu
w czas niechciany i teraz już mdły
spisujesz na białych stronicach
złą historię własnego życia
i rozliczasz się z każdym garbem
który przyszło ci dźwigać
jak kamień
cóż
że chcesz być nad płótno bielszy
boś nigdy intencją nie grzeszył
zawsze miałeś je prawdziwe i godne
lecz
wyszło jak wyszło i było
a rykoszety uderzały w ciebie
jak na parodię masz swój kąt
książki ulubione
i
potrzeby bardzo świadome
czy wystarczy tak żyć jak wczoraj
czy już pora na odpoczynek

© Władysław Paździoch i Elżbieta Żukrowska
/podobno to nadal jest mój tekst... mam wątpliwości.../
_____________________________

fot. Pixabay
--------------------------

1.07.2017.

*** (Byłam wszędzie tam...)




***

Byliśmy
wszędzie tam
gdzie noc tulić chciała
nas
wspólnie
nierozłącznie
i bezgrzesznie
Urodzinowy tort
smakował nam obojgu
i był szampan
i było tak pięknie
To nie do wiary
ale mieliśmy wspólne sny
Chodziliśmy
po dachu świata
roztapiając się
w pożądliwości tysiąca słońc
Byłam
wszędzie tam
z tobą

© Elżbieta Żukrowska
fot. Art-graphiK

2.07.2017.

poniedziałek, 3 lipca 2017

MĘSKIM OKIEM



męskim okiem

defiluje przed tobą w samych koroneczkach
które tylko kuszą nic nie zasłaniając
głodnym okiem płoniesz ku wszystkim krągłościom
gotów pochwycić w dłonie zaborcze zuchwałe

cóż te dziewczyny że tak bardzo kuszą
ani wzroku oderwać raczej zjadać łyżkami
pochłaniają twe myśli w zasadzie wraz z duszą
gdy wspomnisz o skórze że jest tak jak aksamit

te czułości dotyki i pieszczoty nieśmiałe
co się zmienią w huragan czy potęgę tsunami
och pamiętasz to wszystko i od nowa już chciałeś
a zacichasz zaledwie poruszyła brwiami

te koronki (westchnienie) te krągłości rozliczne
i te męskie marzenia ledwie jedno spojrzenie
i przysięgasz że nigdy nie spotkałeś tak ślicznej
bo to każda cudowna każdej możesz być cieniem

© Elżbieta Żukrowska
fot. Breath by Elena Shumilowa

1.07.2017.

PRZECIWKO ZŁU



przeciwko złu

nagle roztrzaskało się słowo - z ust spadłszy
złe spojrzenie zazdrosne jakiś urok i gniew
talerz wiśni zmiażdżony zniszczony soczysty
bo te słowa wrogie raniące jak kolczasty krzew

co się stało - milczenie teraz trwożne spłoszone
gdzieś drzwi trzasnęły mocno zabrzęczały szyby
tupot butów na schodach tu nie zabrzmiał jak sonet
lecz i więcej słów nie było bardziej obelżywych

i cisza nieznośna stojąca jak nad bagnem opar
nic dobrego nie zrodzi nie wyciągnie do słońca
to nie dla tego że nie chce albo że jest skąpa
lecz ona nic nie może sama jest mdlejąca

zło nie stanie się dobrem kamień złotem nie błyśnie
to dobro ma moc naprawy i zwielokrotnionego powrotu
ktoś przyniósł następny talerz mokrych słodkich wiśni
rozchylił kurtynę i krzyknął dobitnie - dobra nie sabotuj

© Elżbieta Żukrowska
fot. Pixabay

30.06.2017.

niedziela, 2 lipca 2017

W DRODZE DO TANGA




w drodze do tanga

przeglądam się w kałuży
a zamiast ryb
   łowię niebieskie myśli
i obłoczki szarawo-białe
pełne wczorajszych snów
wspomnień o tobie
i wyprawie na nasz Mont Everest

w tutce z liścia przynosisz
poziomki albo maliny
a później oboje mamy
poziomkowe usta
gorące od słońca
i rozbudzonych pragnień
  apetytu na słodkie pocałunki

wieczorem piliśmy wino
w knajpce nad jeziorem
i tańczyliśmy tango

© Elżbieta Żukrowska
fot. Pixabay

30.06.2017.

ONA




ONA

jeszcze sprawdza jak smakujesz nad ranem
i prasuje koszule w każdy piątek
jeszcze czasem nazywa cię panem
a zły humor to raczej wyjątek

to dla ciebie przyrządza golonkę
rezygnuje z lubianych seriali
a że nie lubisz jej takiej kaszlącej
to dla ciebie chce zdrowie ocalić

wszystko zawsze na czas masz podane
nawet buty się błyszczą radośnie
to podkreśla kto tutaj jest panem
co nie znaczy że jej jest rozkosznie

trzeba dużo mieć samozaparcia
dobrej woli pokory istnienia
aby tak cię traktować nie walczyć
z chęcią zaistnienia lub nawet spełnienia

co z nas kobiet robi izaury
skąd w nas tyle żarliwej miłości
że oddajemy mężczyznom ukłon
uległością czy wręcz potulnością

© Elżbieta Żukrowska
fot. dinoviolencia

30.06.2017.

sobota, 1 lipca 2017

TELEFON




telefon

patrz siostro jak to jest - telefon milczy...
a miał zadzwonić zaraz w południe
później czekałam zdenerwowana
z każdą godziną było mi trudniej...

kiedy ja dzwonię - nie odbiera
już taką twardą ma zasadę
że tylko rozmowy wychodzące
dla innych prostą ma blokadę...

drażni mnie dzwonić obiecuje
potem zapada się pod ziemię
nawet gdy ważne coś się kluje
on to milczeniem ignoruje...

luz-blues - nic się nie dzieje
lub niech się stanie wszystko na raz!
niechaj wietrzysko to rozwieje
przecież złej woli nie pokonasz

© Elżbieta Żukrowska
fot. Pixabay

29.06.2017.

"SATYRA PRAWDĘ MÓWI"!




"Satyra prawdę mówi"!
(wiersz z przymrużeniem oka)

Jak to?
Jednego dnia mój, bliski i czuły,
a drugiego
z całkiem innej planety?
Mówił mi wszak po imieniu,
dziś znów "pani" - niestety!
I wiersze dla mnie pisał,
o syrenach, księżniczkach, rusałkach!
A dziś zapomniał imienia
i daremna ma walka...
Dziś ma żabcię, ślicznotkę,
damę zjawiskową.
Ja nie mogę się równać
nawet z takiej połową!
Dla mnie nie ma bukietów,
a róż płatki opadłe...
Smutek dopada echem
i wyjaśnia nieładnie,
że już tamta się pławi
cała w twoich uczuciach...
A ja cóż? Ja - nieładna,
już się na mnie nie skupiasz.
Lecz i tobie latka
lecą niestrudzenie.
Czy czasem nie liczysz
na nowy ożenek!?

© Elżbieta Żukrowska
fot. Pixabay

27.06.2017.

piątek, 30 czerwca 2017

NIC TU PO MNIE




nic tu po mnie

szłam po twoich śladach
i po co
bo teraz biadam
nie ogrzeję cię
lipcowym słońcem
nie ochłodzę
wiatrem października
śnieg do reszty
ślady zasypie
w marcu powie
- a teraz znikam
tak jak ty
po co się bzom
niebieścić w maju
a piwoniom
rozkwitać puszyście
twoich śladów
już nie ma od dawna
tylko suche
szeleszczą liście

© Elżbieta Żukrowska
fot. Andrzej Kosiba

29.06.2017.

UTOPIĆ W ŁYŻCE WODY




Utopić w łyżce wody

Podłość... Umie poszarpać dodatkowo nerwy
i ta niepewność chwili, godziny, miesiąca,
gdy nadzieja oślepnie lub myli bez przerwy,
gdy już wir denerwuje, spokojność utrąca.

Głowa często dokucza dzień w dzień, natarczywie,
ręce zaciskają się czemuś na poręczy,
a i komuś się zdaje, że życie leniwie...
Ono jak górski potok oszalały pędzi!

Źle i ciągle źle! Czasem - także nieuczciwie.
Próbuję żyć normalnie, wyprostować plecy,
popatrzeć prawdzie w oczy. Przy tym nie osiwieć!
Czy to ważne, że sposób ten nic a nic nie wyleczy?

Mam zaniechać wysiłku dźwigania z upadku?
Mam dać swoją zgodę na podduszenie walcem?
O, nie! Jeszcze próbuję sil jak z gagatkiem.
Nic innego nie mogę - za kark winowajcę!

© Elżbieta Żukrowska
fot. Pixabay

28.06.2017.

czwartek, 29 czerwca 2017

*** (twoje imię w...)




***

twoje imię
w mojej
ukruszonej pamięci
chwieje się
na delikatnym powiewie
z otwartego okna

twoje imię...
dziś już nie wiem
czy gdzieś
w strugach deszczu
mocno nie przemokło
przecież wołałam
w ślad za tobą
wysłałam
łkałam
i już było po wszystkim

© Elżbieta Żukrowska
fot. Ты-это безумное желание жить...

27.06.2017.

WSZYSTKO MOŻE SIĘ ZDARZYĆ

Wiersz "warsztatowy" - trzynastozgłoskowiec


Wszystko może się zdarzyć

Lato postanowiło, że IDZIE NA CAŁOŚĆ,
po to w końcu jest latem, by rozgrzewać ludzi.
Niech nawet BABA-JĘDZA ogrzeje swe ciało,
niech CIŚNIE W KĄT łachmany, a kąpielą trudzi.

Tylko ANIOŁ STRÓŻ biedny - TRACI NERWY często,
pilnując rodziców i ich niesfornych dziatek.
Choćby się należało - nie podlega zemstom
i nawet "PO HERBACIE " nie zmienia się w ciapę.

Zdarza się - GRA SKOŃCZONA - dopadła choroba,
zły los ANI NA JOTĘ nie daje swobody,
szczególnie w wakacje da KOCIE ŁBY pod nogi,
DAJĘ SŁOWO - niedobry, a niby niewrogi...

© Elżbieta Żukrowska
fot. Łukasz Żukrowski

28.06.2017.

środa, 28 czerwca 2017

PLOTKA





plotka

ten deszcz bez ciebie tak strasznie prawdziwy
a sen o tobie - ledwie zamazane cienie
w którą stronę spojrzę płynie biały ibis
odległość się  zwiększa aż zamglona spłonie

ten deszcz ta samotność są jak udręczenie
zmuszają do pisania o pijawkach duszy
i cóż że usta trwożliwie pozostają nieme
kartka przyjmuje wszystko i nic się nie puszy

zapewnia zdradę w promyku światła
ktoś obcy czyta - ma powód do śmiechu
przekrzywiając fakty w olbrzymi nakład
czeka czy wróci słowo w plotkarskim echu

© Elżbieta Żukrowska
fot. Robert Zarecki

24.06.2017.

*** (zapisałam cię deszczem...)




***

zapisałam cię
deszczem na mokrej szybie
i wspominałam
ten brak oddechu
gdy byliśmy blisko
niemal pijani sobą

ale już straciłam chęć
na bycie w twojej przestrzeni
na wspólne zdobywanie
kolejnych szczytów
na wspólne oglądanie świata

nie ma wspólnego nieba
ani nawet pokoju

źródło życia... wyschło
jeszcze rośnie piołun
i skrzydła łopianu

© Elżbieta Żukrowska
fot. Pixabay

25.06.2017.

wtorek, 27 czerwca 2017

*** (JAK CIEBIE PAMIĘTAM...)




***

jak ciebie pamiętam - z dramatów
spisywanych na serwetkach w knajpce
z roziskrzonych rozmów
przy kieliszku wina
z opowieści
o planowanych wyprawach

niektóre słowa zapadały we mnie
jak wyryte dłutem w kamieniu
- powiedziałeś
że tylko raz w życiu
czułeś się zupełnie bezbronny
a jednocześnie
przepełniony nieskończonym szczęściem
i to dotyczyło mnie

niebo się zachwiało
chlusnęło fioletem
mokre szczęście stanęło w oczach
roje różowych świateł
były jak owady w samo południe na łące
i twoje ramiona tak blisko
tak blisko

© Elżbieta Żukrowska
fot. z internetu

24.06.2017.