wtorek, 19 czerwca 2018

ŚRODA - 60 ZŁ ZA 1 KG (15)




Z życia wzięte - 15

Środa - 60 zł za 1 kg - 15
( - czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)

Środa - wieczorem.
Udało mi się ogarnąć większość spraw:
- Lusia idzie jutro do pracy, po się zamieniła z koleżanką,
- ordynator, opiórkany przez dyrektora ZOZ, zakazał wyprawiania imienin na terenie szpitala,
- pranie się pierze jedno za drugim, bo nie ma wyjścia,
- nad morze ruszamy w piątek rano,
- każdy dostał przydział rzeczy do zabrania lub do załatwienia,
- dziecięce ciuszki zostały dostarczone do Ewy.
Teraz siedzę i myślę o czym zapomniałam. Nie przypominam sobie, bym żyła w takim przyspieszeniu.
Wieczorem Mateusz woła mnie do siebie.
- Jest sprawa - mówi, a ja aż truchleję. - Chodzi o Celinę.
- Coś z nią nie tak?
- To sprawa rodzinna, której się strasznie boję. Nie mam z kim pogadać. Nie mogę z kumplami ani z rodziną.
- Mów wreszcie.
- Znam Celinę sprzed kilku lat. Może ośmiu. A może tylko pięciu. Nie pamiętam. Miała wtedy inne włosy i inne imię, ale to tylko farba i pseudonim. Nie mam wątpliwości, że ją znam. Że byłem z nią blisko, no wiesz... Po co ci to wszystko gadam... Mirka... Nie wiem, co myśleć. To ona naciska na spotkania, a chciałbym i się boję. Mam wrażenie, ze coś się za tym kryje.
- Facetem jesteś! Nie bój się.
Mateusz obie dłonie zanurzył w swoich włosach, był maksymalnie spięty.
- Co się może za tym kryć?
- A dobrze wam było?
- O ile pamiętam, to więcej, niż dobrze. Zupełnie nie wiem, czemu nie pociągnąłem tego dalej. Nie mieliśmy swoich namiarów. Nie mogliśmy się od nowa spiknąć. Czegoś zabrakło.
- A co o niej wiesz?
- Nic nie wiem. Tyle, że mieszka w Świnoujściu, a może tylko gdzieś blisko. I że ma około trzydziestu lat. Może trochę mniej, może trochę więcej.
- Kim jest z wykształcenia? Gdzie pracuje?
- Nie mam pojęcia.
- Podoba ci się?
- Bardzo. Ale wiesz... A jeśli ona chce ślubu?
- Tak z marszu?
Przyznaję - mnie też to zatkało. Mateusz dalej czochra swoje włosy, a ja nie mam pojęcia, czego chce ode mnie.
- Dlaczego ciągle jesteś kawalerem?
Mój sąsiad wgapia się we mnie, jakby widział mnie po raz pierwszy. Wreszcie kładzie ręce na swoich udach, oddycha głęboko i wyznaje:
- Byłem już bliski ślubu. Ona już nawet była w ciąży. Ze mną. Ale się wycofała. Skłamała, że to nie moje dziecko. Wiedziałem, że kłamie, ale byłem za głupi... Urodziła i wyszła za innego. Nawet alimentów ode mnie nie chciała.
- Tu, w naszej mieścinie?
- Tak. Więc lepiej nie będę mówił o kogo tu chodzi.
- A dziecko?
- Syn. Był, ale już go nie ma. Miał wtedy szesnaście lat... U nas umiera się na raka, na coś związanego z układem krążenia i z powodu wypadku. Prawda? A on zmarł na grypę. Rozumiesz? Na zwykłą grypę, nawet nie na ptasią. Ile osób w Polsce umiera na grupę? Znasz jakieś statystyki? Kamil - tak mu dała na imię - miałby teraz dwadzieścia jeden lat. Nie mów o tym nikomu, proszę. Jesteś jedyną osobą, której to opowiedziałem. Nawet z rodziny nikt nie wie.
Słucham Mateusza i zupełnie nie wiem, co mam mu powiedzieć. Po co on mi opowiada taką smutną historię? I jaki to ma związek z Cecylią? Nie, z Celiną.
- Wyspowiadałem się i jest mi lżej. Strasznie długo to w sobie nosiłem... A jeśli Celina zechce ślubu?
- To się z nią ożeń. Co stoi na przeszkodzie?
- Nie wiem. Nie znam jej. Mam nadzieję, że pomożesz mi ją ocenić.
- Chyba zwariowałeś! W życiu nie będę radziła komuś żeniaczki. Albo ją odradzała. To musi być twoja decyzja.
- Nikt mnie nie nauczył dobrego podejścia do tak poważnych spraw. Z autami jest prościej. I z sytuacją na drodze. Są twarde reguły. Wystarczy się do nich stosować. Ale kobieta? Jakie reguły stosuje się do kobiet?
- Reguły? A słyszałeś coś o tym, że trzeba słuchać głosu serca? Nie mylić z pożądaniem!
Kiedy wreszcie wracam do siebie sama myślę, że to może ja mylę uczucia z pożądaniem. Jestem jak wygłodniała lwica... Co jest miłością a co seksem?
Lusia już śpi. I dobrze. Pogadamy kiedyś, przy okazji.

Czwartek rano.
To zakręcony dzień. Mam milion spraw do załatwienia, realizuję je punkt po punkcie, aby ze wszystkim zdążyć. Proszę bardzo - a tu w domofonie głos Lusinego braciszka. Wpuszczam go na górę i jednocześnie lustruję mieszkanie - czy nie leży coś, co może zdradzić Lusię.
- Czy ona jest u ciebie?
- Kogo masz na myśli? - pytam. Wskazuje drzwi do pokoju. Marek wchodzi i się rozsiada.
- O Lusię pytam. Nie ma jej w domu, nie ma jej w pracy, a wyszła z domu z walizką.
- I co?
- Nie wiesz, gdzie jest? Nie odbiera telefonów.
- To nie moja sprawa. Lusia jest dorosła. Sam załatwiaj swoje sprawy.
- Nic ci nie powiedziała?
- A gdyby nawet - sądzisz, że bym to przekazała tobie? Wykorzystujecie ją maksymalnie, więc może się zbuntowała. A może sama z sobą musiała do szpitala. Co ty o niej wiesz? Kiedy pytałeś ją o zdrowie? Kiedy ostatnio pomogłeś bodaj w drobiazgach, że o matce nie wspomnę? I jeszcze nasłałeś jej na głowę cioteczki! Jak tak można!? Taka liczna rodzina, a nikt nie ma serca dla matki. I tylko z pieniędzy ją okradacie. A teraz Lusia ma dodatkowo żywić cioteczki? A za co? Pomyślałeś o tym?
- To nie twoja sprawa!
- Pewnie, że nie moja. I do mnie więcej nie przychodź. U mnie nie szukaj swojej siostry.
- Ale wy się przyjaźnicie!
- Lusia już nie ma czasu na przyjaźnie. Ona ma w oczach tylko obowiązki.
Spuściłam z tonu - niech już sobie idzie, niech idzie! Musiał być na poczcie, zanim Lusia zaczęła zmianę. Teraz pozostało mi mieć nadzieję, że dziś już tam nie pójdzie. Co daj Boże!
- Zadzwoń do niej przy mnie. Może odbierze.
- Nie. Nie będę sypać mojej koleżanki.
- Jest w szpitalu? Naprawdę jest w szpitalu?
- Nie wiem. Nie powiedziała mi. Bała się, że niechcący się wygadam. Nie wiem, gdzie jest. A dzwonienie mam zakazane, chyba, że będzie to sprawa życia lub śmierci. Więc nie zadzwonię.
- Wredna jesteś.
- Obawiam się, że ty kilka razy bardziej i to dla własnej, rodzonej siostry. Spadaj. Nie chcę z tobą gadać. Mam robotę.
Nie muszę być miła dla kogoś, kto twierdzi, że jestem wredna.
Myłam truskawki, robiłam galaretkę, piekłam biszkopt - niekoniecznie w tej kolejności. Ubiłam następne pól litra śmietanki. Zapakowałam pięć kostek masła (jeden kilogram) do plastikowego pojemnika - już bez papierków na maśle. Zamroziłam wkłady do lodówki turystycznej. Spróbowałam się spakować.
Olek z torbami.
- Moja słodka Makowa Panienko! Przyleciałem po buziaki, bo dłużej nie mogłem! - I całował obłędnie, a ja mdlałam w jego ramionach. - Wiesz skarbie mój serdeczny, to niesamowita radość dla mężczyzny, gdy czuje, jak kobieta reaguje na jego pieszczoty. Nie chciałbym się z tobą rozstawać ani na chwilę. Jednak przywiozłem ci robotę, której sam nie uradzę. Ogórki. Pomożesz mi je zakisić na małosolne na nasz wyjazd? Mam dwie specjalne beczułki kamionkowe w aucie, zaraz przyniosę. Na razie przydźwigałem ogórki.
- Dobrze. Masz sól kamienną? Bo ja akurat nie mam.
- Jest koper, chrzan, czosnek i sól kamienna. I robimy z tego niespodziankę dla reszty. Bo od kuzynki dostałem - a dokładniej rzecz biorąc wyłudziłem - dwa słoiki smalcu. Już się oblizuję!
- Chciałam się spakować - jęknęłam słabo.
- Ja też. Ale już lecę po beczułki. Tylko najpierw cię jeszcze ucałuję.
Potem razem robimy ogórki, myjemy, obieramy czosnek (duuużo czosnku), i wszystko inne. Gorące beczułki, okręcone w ręczniki aby się nie poparzyć, znosimy do samochodu, w domu uprzątamy wszelkie ślady kiszenia, nawet solidnie wietrzymy kuchnię. Lusia niedługo wróci z pracy. Więc Olek jeszcze mnie całuje i już rękoma spaceruje pod moją bluzką. Kategorycznie zabraniam.
- Skarbie mój, moja Czerwona Pani - zaczyna, ale go odpycham. Nie pozwala na to. - Posłuchaj - mówi serio, trzymając mnie mocno przy piesi. Siedzimy obok siebie na kanapie i nie mogę się teraz uwolnić. - Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu. Ale czasami wysyłasz mi mylące sygnały. Raz mnie chcesz, innym razem jesteś gotowa zrzucić ze schodów. Koniec z tym szamotaniem. Męska decyzja. Nie wyobrażam sobie, bym tracił nerwy i czas na takie szarpanie się nad morzem. Chcesz być ze mną?
- Tak. I boję się. I sama nie wiem - mówię zgodnie z prawdą.
Olek tuli mnie przez dłuższy czas i milczy. Całuje w czubek głowy.
- Pozwól mi decydować za nas - prosi. Od razu nastawiam się bojowo, a on chyba czuje napięcie moich mięśni. - Nie zrobię ci krzywdy. Tego akurat możesz być pewna. Wiesz, że będziemy razem w dwuosobowym pokoju.
Wiem. I tego też się boję. Czemu jestem taka pokręcona?
- Chcę, aby ten wyjazd był wielką przyjemnością dla nas dwojga - zapewniam Olka.
- Pocałuj mnie - prosi.
A ja ciągle jeszcze nie umiem całować tak, jak on oczekuje.

Opieram się plecami o zamknięte drzwi - nagle rozumiem. Boję się - bo wokół jest tyle młodych i chętnych kobiet. To nawet nie jest zazdrość. To strach, że Olek pobawi się mną przez dni na przykład piętnaście i... odrzuci. Po krótkim z bajki śnie zostanę przeraźliwie sama. Na dnie. I już się nie podniosę... Nie podniosę... Tak bardzo się boję...

C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 18.06.2018.
fot. z internetu

POSZUKIWANIA (klucze)




Poszukiwania (klucze)

Stary problem! Nie! Nie! Nie!
Znowu klucze są na dnie!
Grzebię, szukam, nie znajduję!
Przez to lepiej się nie czuję!

Chyba przyjdzie mi wysypać
całej torby zgromadzenie,
tak na podest, niech sąsiedzi
mają powód rozbawienia!

Pośród wielu rzeczy zbędnych
stary bilet, puderniczka
w której już się nie oglądam
odkąd roztrzaskałam lustro.

Jest pięć gumek recepturek
i szpargałów innych tysiąc
tylko klucze! Och! Są w kieszeni!
A ja mogłam przecież przysiąc...!

© Elżbieta Żukrowska 16.06.2018.
fot. własna

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Środa - 60 zł za 1 kg (14)





Z życia wzięte - 14

Środa - 60 zł za 1 kg
(- czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)

     Środa, około godziny ósmej czterdzieści pięć rano.
     Ruszamy spod bloku, a Olek od razu rozpoczyna atak w sprawie wyjazdu nad morze. Odpowiadam rzetelnie, chociaż lekko powściągliwie. Olek już się zapala, już chce jechać. Mówię mu o pieczeniu ciasta dla Uli i o tym, że Mateusz zaraz znów wyjeżdża w trasę. Nie zgadzają się nam terminy.
- Nie musimy patrzeć ani na Ulę, ani na twego sąsiada. Możemy pojechać tylko we dwoje.
- Nie chcę jechać tylko we dwoje. Nie chcę kilku dni spędzić na całowaniu i przytulaniu - mówię gwałtownie.
- Doskonale cię rozumiem - stwierdza Olek. - W tym rzecz, że ja też. Skoro jeszcze tego nie zauważyłaś, to powiem ci w tajemnicy: już nie jestem młody. Co będziesz tam kupować? - zmienia temat.
- Tego jeszcze nie wiem. Muszę zobaczyć. W zasadzie niczego nie potrzebuję. Robię to dla Ani.
     Ania wczoraj powiedziała nam, że jej szefowa likwiduje lumpeks. Drastycznie obniżyła ceny, wszystko jest ometkowane od złotówki do pięciu złotych. Gdy przyjeżdżałam tam kiedyś - towar był podły. Wczoraj Ania zapewniła mnie, że nie jest źle. Tylko klientek brak. A ona musi uzbierać sobie ze sprzedaży tysiąc sześćset złotych na wypłatę. To nie będzie łatwe... Zajeżdżamy, wchodzimy, witam się z Anią, całuję ją i przytulam, przedstawiam Olka. W sklepie jest co najmniej dziesięć kobiet. Zaczynamy i my poszukiwania. Ku mojemu zdziwieniu Olek całkiem nieźle sobie poczyna, w jego koszu widzę już podkoszulki i spodnie. Idę tam, gdzie wiszą płaszcze i kurtki. Mierzę kilka sztuk w moim rozmiarze, ale nic mnie nie zachwyca.
- Weź tę - Olek podaje mi materiałową kurtkę trzy czwarte w śliwkowym kolorze. Mierzę. Jest dobra i mało zniszczona. Oglądam dokładnie podszewkę i kładę kurtkę do kosza.
     Olek nic nie mierzy, ale widzę, że jego kosz już jest pełen. Kiedy on zdążył...? Szukam oczami po wieszakach, a Olek już jest przy kasie. Płaci, wychodzi, a po chwili znów szuka między wieszakami. Tymczasem mi trafia się atłasowy, cieniutki szlafroczek, idealny na wyjazd nad morze. "Odkrywam" na kilka kolorowych bluzek, w tym roku modne są krzykliwe kolory. Następnie z koryta wygarniam atłasowy obrus, jeden, drugi, piąty. Nie mają plam. Zgarniam wszystkie - są dla mojej bratowej na wieś. Ona ma ciągle gości! Ach, są także ścierki do naczyń, ale wymagają cerowania, mimo wszystko biorę chyba z dziesięć. Szukam w myślach - czy mogę jeszcze komuś coś kupić? Prześcieradła z gumką dla Tawułki... Dyskretnie woła mnie Olek, pokazuje stroje kąpielowe - każdy po trzy złote. Biały wydaje się na mnie dobry, przyda się zimą na basen.
- A ten? - znów podsuwa mi Olek.
     Zna się na rzeczy. Strój ląduje w koszyku. Ania ma chwilę, podchodzi, by wskazać mi kilka rzeczy. Wszystko, co mi wskazuje ląduje od razu w koszyku, nawet nie patrzę. Ale Ania już się ogląda, bo ma następną klientkę przy kasie. Płacę i ja, a Olek zanosi reklamówkę do auta. I wraca. Szukam rzeczy dla Mateusza - spodnie, majtki, ciemne podkoszulki. Jest tu tego całe mnóstwo, więc dokładnie sprawdzam rozmiar i stopień zniszczenia. Staram się wybrać jak najwięcej. Ryzykuję, ale wybieram dla Mateusza także granatową kurtkę, taką jesienną. Za całe pięć złotych. Mam wrażenie, że do spółki z Olkiem ogołacamy sklep. On kupuje nawet szaliki i rękawiczki na zimę, a widzę, że dobiera parami skarpety. W duchu nie mogę się nadziwić. Ale to nie moja sprawa. Ma znowu pełny kosz, a na wierzchu lądują jeszcze dwie pary sportowych butów. Płacimy oboje. Klientów ubyło. W zasadzie klientek. Pod sklepem jest stoliczek, cztery krzesła i parasol. Dawni właściciele przyjmowali tu przypadkowych gości. Mam nadzieję, że uda mi się poczęstować Anię kawą i babeczkami z rabarbarem. Wracam od auta z termosem i pozostałymi akcesoriami, siadamy wraz z Olkiem, ale Ani ciągle jest zajęta. Jednak Olek ma pomysły i jest nie do podrobienia - idzie do Ani i coś jej po cichu tłumaczy. On zostaje w sklepie, a Ania ląduje na krześle obok mnie.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że przyjechałaś. Dziś jest naprawdę wyjątkowo atrakcyjnie. Te babki w środku, to prawdopodobnie znajome mojej szefowej, więc nie mogę się tak rozsiadać. A i ona sama pewnie niedługo tu będzie. Podobno całą noc metkowała. Daliście mi fajny zarobek, dziękuję. mam przygotowaną paczkę dla mojej córki. Podrzucisz jej?
- No pewnie.
- Dzięki. O, już mnie twój pan woła.
- Olek - przypominam jej.
- Tak, Olek.
- Wracaj szybko, mam kawę.
- Dobrze - odpowiada już w drzwiach.
     Nie wiem, czy tak będzie bo znów wchodzą kobiety.Jedna zostaje przy dziecku w wózku. Hm, mała nadzieja, na chwilę spokojnej rozmowy. Widzę, że Olek niesie następny duży ładunek do auta - to pewnie dla córki Ani. Szukam w pamięci imienia dziewczyny. Ewa! To jest jak odkrycie. Nalewam kawę do trzech kubków - rozpuszczalna, z mlekiem i bez cukru. Do tego słodkie "rabarbarki". Olek wypija kilka łyków i znika w sklepie.Jednakże Ania nie pojawia się od razu. Siedzę spokojnie ciesząc się słonkiem i tą wyprawą. Chcę jak najwięcej czasu spędzać z Olkiem. A on wychodzi z następną reklamówką. Dla kogo? Już więcej się w samochodzie nie zmieści! Wraca i przysiada przy mnie. W ręku ma paczkę wilgotnych chusteczek do odświeżenia rąk. Nie lubię ich ze względu na bardzo intensywny zapach. Ale lepszy rydz, niż nic. Wycieram "spracowane" dłonie, na szczęście ostry zapach szybko się ulatnia. Olek wyciera ręce wyjątkowo starannie i długo, później macha nimi w powietrzu. Wreszcie sięga po kawę.
- Ona zawsze tak ma? - pyta mając na myśli Anię.
- Ależ skąd! Gdyby tak miała, interes by się kręcił. To wyjątkowa sytuacja. A bywało tak, że w ciągu dnia miała mniej niż dziesięć klientek.
     Olek nadgryza bułeczkę, a ja zaglądam do sklepu. Ania jest przy wieszakach i coś pokazuje klientce. Druga już czeka przy kasie. Straszny ruch, śmieję się w myślach, ale dobrze, niech kupują, kupują, kupują! Choć i tak nie wiem, jak ona na tych ciuszkach uzbiera sobie pieniądze na wypłatę. Siadam przy stoliczku, a Olek idzie do sklepu. Piję powoli kawę. Za sklepu wychodzi kilka klientek. Teraz przy wózku z dzieckiem zostaje inna pani. Dzieciak jest fajny, jeszcze nie ma roku, siedzi i się ciekawie rozgląda. Wydaje się, że samochody są w centrum jego zainteresowania. Nawet próbuje coś mówić i pokazuje na auto odjeżdżające z parkingu. Ale ani wcześniejsza pani, ani ta nie zwraca na dziecko specjalnej uwagi, nie stara się z maluszkiem rozmawiać. Domyślam się, że musi to być niania dziecka z przyjaciółką. Ta pierwsza nic nie kupiła. Druga jest znacznie dłużej w sklepie. Olek też się nie pokazują. Wreszcie prawie jednocześnie wychodzi kilka osób z Anią na końcu. Siada przy stoliku. Domyślam się, że już jest zmęczona. Pije kawę i je bułeczkę.
- Mirko, Ewa będzie dopiero po siedemnastej. Czy to dla ciebie duży kłopot?
- Myślę, że nie. Wszystko zależy od Olka.
- Nadal tak często pieczesz? - pyta z uśmiechem. - Dobre!
- Niespecjalnie - odpowiadam.
     Widzę w drzwiach Olka. Ania odkłada wszystko i prawie biegnie do sklepu. Wszystko co ma na sobie jest z lumpeksu - konstatuję ze zdumieniem. Czy to jest aż tak bardzo widoczne? To by znaczyło, że i moje "zdobycze" też się rzucają w oczy. Olek trzyma w rękach koc, a może pled w moich ukochanych fioletowych kolorach. Rozkłada koc i pokazuje niezbyt piękną dziurę.
- Sądzę, że z tym sobie łatwo poradzisz, a kolory są w sam raz na twój fotelik na balkonie.
     Kiedy to on zauważył?
- Biorę.
- Już zapłaciłem.
     Przewiesza przez poręcz krzesełka złożony z powrotem koc  i wraca do sklepu. Mniej więcej po pół godzinie Ania wreszcie może z nami usiąść. Na pięć minut. Wylewnie nam dziękuję za zakupy. Jest już jedenasta godzina, gdy odjeżdżamy spod sklepu.
- Masz ochotę na spacer po lesie, albo "cóś"? - pyta Olek, gdy wyjeżdżamy z miasta.
     Dopiero teraz opowiadam mu o kleszczach i o tym, że nie chcę już żadnej "natury".Olek jest przejęty i najwyraźniej jest mu przykro. Usiłuję żartować, rozbawić go trochę, rozluźnić. W końcu pytam dla kogo robił zakupy.
- Masz rację, że nie dla siebie, choć może coś białego sobie wybiorę. To jest dla Marianka i jego babci.
- Jakiego znów Marianka? - pytam, mając w pamięci byłego męża Ani.
- Mamy w rodzinie upośledzonego chłopaka. O, dziś to już pięćdziesięcioletni facet. Jest bardzo pracowity i silny jak tur. Ale wcale się nie zna na życiu i każdy może go zapędzić w kozi róg. Szkoda mi go, bo to dusza człowiek. A jeszcze bardziej szkoda mi jego babki, starowiny, z którą razem mieszka. Cała rodzina, a i ludzie w wiosce, starają się ich wspomagać. Nawet się cieszę, że była taka niespodziewana okazja, by tyle rzeczy mu kupić z ubrania. Tam była nawet kołdra, ale nie umiałbym jej odkazić. W ogóle mam kłopot z praniem. Może zauważyłaś, że ubieram się albo na biało, albo na dżinsowo. Nie umiem prać kolorowych rzeczy. Kiedyś wyszła mi bura mieszanka i dałem sobie spokój. A to dla Marianka chciałbym zawieźć już uprane. Pomożesz mi?
- No pewnie.
     W tym momencie wibruje moje komórka - Mateusz.
- Przed twoim mieszkaniem na schodach siedzi jakaś kobieta z walizką i straszliwie płacze - mówi po powitaniu.
- Jak wygląda?
     Po kilku zdaniach, wiem, że to Lusia.
- Możesz ją wziąć do siebie? Za dwadzieścia minut będę, ale nie chcę, aby ją ludzie taką oglądali.
- A jeśli nie zechce?
- Podaj jej ten telefon, zamienię z nią dwa słowa.
     Lusia zgadza się natychmiast. A Olek wie, że trzeba się pośpieszyć. Nawet nie muszę mu tego mówić. Lusia z walizką - dopiero teraz dociera do mnie powaga sytuacji.
- Ona jest z walizką - mówię do Olka, a on kiwa głową.
- Zrobimy tak. Weźmiesz ze sobą na górę to, co jest najlżejsze, a ja pojadę do siebie do domu. Zadzwonisz do mnie, gdy już będę się mógł pojawić, wtedy dostarczę ci resztę twoich zakupów i zawieziemy co tam jest dla córki pani Ani. Pasuje?
- Pasuje.
     Już dojeżdżamy. Odpinam pasy, a Olek parkuje. Zanim zdążyłam zaprotestować chwyta mnie w objęcia i mocno całuje. Naprawdę mocno.
- To abyś pamiętała, że jesteś moją kobietą. Nie patrz za innymi facetami. Będę u ciebie na zawołanie. Zgadzasz się?
     Tylko kiwam głową, bo nie mogę wydusić z siebie słowa. Wysiadamy oboje. Biorę dwa pakunki i oficjalnie żegnam się z Olkiem. Spieszę się. Winduję się na to moje drugie piętro i nim włożę klucz do zamka już od sąsiada wychodzi Lusia. Chwytam ją w objęcia i mocno całuję, dopiero wtedy wchodzimy, a Mateusz wtaszcza za nami bagaże, Lusi i moje. Dziękujemy mu obie, a on natychmiast się ulatnia. I dobrze.
- Mów!
- Uciekłam na tydzień z domu - mówi Lusia. - Mam urlop. I uciekłam. Urlop mam dopiero od poniedziałku, ale jutro mam wolne ustawowo, a w piątek pójdę do pracy od ciebie, o ile mi pozwolisz.
- Jasne. I bardzo się cieszę.
- Mama będzie mogła do tego zakładu dopiero w sierpniu. Załamało mnie to. A cioteczki dalej siedzą. Więc zostawiłam je bez pieniędzy, bez recept dla mamy, bez aprowizacji. Zostawiłam tylko obszerną ściągę, co muszą załatwić. Szkoda mi mamy, ale trudno. Bo już myślałam, że zwariuję.
- A gdzie twój Błażej?
- W domu i w pracy. Tak jak zawsze.
- A może byśmy wszyscy pojechali nad morze?
- Wszyscy, to znaczy kto?
- Sąsiad Mateusz ze swoją dziewczyną. Ty z Błażejem. I ja z Olkiem. Na tydzień. Albo prawie na tydzień. Chociaż na trzy dni.
     Jezusie! A ciasto dla Uli?? Ciągle mi ucieka z pamięci. Przecież już nawet masło i cukier kupiłam., I śmietanę kremówkę! Mniejsza o koszty, ale nie mogę zostawić Uli na lodzie! Dwudziesty dziewiąty maja jest we wtorek - układam sobie w głowie. Zatem w niedzielę muszą ubiec biszkopty, a w poniedziałek zrobić całą resztę. Czyli muszę być w domu najpóźniej w niedzielę około osiemnastej. Trudno. Najwyżej na dobę wyrwę się do domu. Zapłacę Olkowi za paliwo. Na upartego biszkopty mogę upiec już w piątek, gdy Lusia będzie ostatni dzień w pracy. Jutro mam odebrać sandałki. A w poniedziałek kupić twaróg i owoce. Dwa rodzaje twarogu. To da się zrobić. Porozmawiam z Olkiem.
     Tymczasem Lusia wylewa łzami swoje żale do rodziny, wściekłość na rodzeństwo i uporczywą własną bezradność. Bardzo mi jej szkoda. Przesunięcie terminu związanego z oddaniem matki do domu opieki jest wyjątkowo trudne do zaakceptowania w tej sytuacji.
- One widziały, że wychodzę z walizką - kończy Lusia. - Wcale się z tym nie kryłam. Muszą zrozumieć, że ja wcale nie żartuję. Mam nadzieję, że uda się im wpłynąć na pozostałe rodzeństwo. Bo ja już absolutnie nie mam siły.
- Problem raczej w tym, czy Błążej będzie mógł się urwać z pracy.
     Błażej ma hurtownię mięsa i wędlin. Wiem, że ma operatywnego wspólnika. Dlatego liczę, że będzie mógł pojechać z nami. Naraz Lusia przytomnieje:
- Olek? Jaki Olek? Czy ja go znam?
- Aleksander Stępień.
- A! Znam go z widzenia. W każdym razie rozpoznaję, gdy przychodzi na pocztę. To twój facet?
- Zaczęliśmy się do siebie zbliżać, ale jeszcze nie wiadomo, co z tego wyniknie.
- A chciałabyś?
- Lusia... Mnie nie jest potrzebny chłop do łóżka - mówię, i wiem że kłamię wyjątkowo bezczelnie - ja chcę przyjaciela i pomocnika we wszystkich życiowych sprawach... Ale nikt nie wie, jak to będzie. Czy on mnie, czy ja jemu będę tyłek myła i parzyła ziółka. To jest wielka niewiadoma. I czy dwoje starszych ludzi przywyknie do siebie? Czy nie będziemy się awanturować... A to by było gorzej, niż niesmaczne. Teraz mam tak zwany święty spokój. A co będzie, gdy razem...?
- Ale lubisz go?
- Na razie bardzo lubię jego towarzystwo. Jednak cały czas pamiętam, że my się dopiero poznajemy.
- Przecież znałaś go wcześniej!
- To był inny rodzaj znajomości. - Lusia kiwa ze zrozumieniem głową. Jest już spokojna. Mogłabym zawołać Olka. Ale nie ma się co tak bardzo śpieszyć. - Dzwoń do Błażeja. Porozmawiaj z nim. Zaproś go tutaj. Będziecie mieć chwilę spokoju.
- Tak zrobię - mówi Lusia wyjmując telefon.
- A te twoje cioteczki nie będą za tobą wydzwaniać?
- Na razie je zablokowałam. Jak i całe moje rodzeństwo. Nie ma mnie. I koniec.
 Lusia zajmuje się Błażejem, a ja wynoszę moje zakupy na balkon i chronię je przed słońcem.
- Chcesz kawę? - krzyczę do Lusi.
- Nie! - odkrzykuje ona.
     Zanoszę jej szklankę i mineralną. Sama idę się umyć. Czy ja nie mam czegoś z głową na punkcie mycia? Obiad. Lusia nie jest wegetarianką. Ziemniaków to ja mam raczej zbyt mało, ale jest kasza gryczana, choć chyba nie najlepiej komponuje się z kurczakiem...  Z zamrażarce mam nie tylko upróżonego kurczaka, ale i jakąś zupę. Rosół. Nie, wykrzywiam się... Ogórkowa. Może być. A do kurczaka zrobię ryż. I pomidory ze śmietaną.
     Telefon! Olek najwyraźniej nie mógł się doczekać.
- Moja Makowa Panienko, muszę do ciebie przyjechać. Kuzynka podrzuciła mi słoik zrazów. Będą w sam raz na dzisiejszy obiad. U ciebie.
- Dobrze - zgadzam się łatwo. - Ale kup do tego z kilogram ziemniaków.
- Robi się, psze pani. Zaraz będę.
     Ogórkową zostawiam, chowam kurczaka. Niespodzianki przynosi życie. I Olek.
- Za chwilę będzie tu Błażej. Przywiezie nam coś na obiad. Ma gotową parzoną golonkę. Jeśli pozwolisz, to zjemy razem obiad.
- Pozwolę. W tej sytuacji może nawet zaproszę Mateusza.
     Obie się śmiejemy i padamy sobie w objęcia. Ściskamy się i całujemy.
- Co ja bym bez ciebie zrobiła - mruczy Lusia. Ciągle jest jeszcze zapuchnięta od niedawnego płaczu, ale już wraca jej humor. Mam nadzieję, że będzie dobrze. Musi być dobrze!

C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 16.06.2018.
fot. Z internetu

GOLA - GOLA!


Gola - gola!

Żagiel mi się nie bieli, choć jezioro blisko,
a i chłopcy są ze mną (lecą na boisko),
sentymenty się pasą na murawie marzenia
i tam piłka się toczy, lecz... jakby do cienia!

Ciągle jakieś mistrzostwa, zawody, turnieje,
a ty (stara) kobieto bądź w rozmyślań kniei.
Lecz temat jest nędzny - kaszanka, kiełbasy,
to dla chłopcy z boiska grillowe frykasy.

Oni zjedzą jak zjedzą i popłuczą piwem,
a tobie sprzątanie bałaganu z grillem.
Na jutro - powiedzą - mięsko zamarynuj,
karkówka, szaszłyki, tu fason utrzymuj.

Żadne tam warzywka, puddingi, łakocie,
co najwyżej rybeńka zawinięta, w złocie.
Nie, nie w złocie, w sreberku, pozbawiona ości,
rarytasik gdy z żeber pozostały kości.

I tak upływa weekend skropiony futbolem,
w wygodnym fotelu i przyjaciół kołem.
A kobieta na zewnątrz kręci się przy grillu,
i donosi na stół co może dla tylu.

Lecz podobno wokół słychać psów szczekanie,
trutych i mordowanych, wystrzelanych, panie.
Rozkaz został wydany, nikt służb nie zatrzyma
i darmo opowiadać, że pies to rodzina...

© Elżbieta Żukrowska 16.06.2018.
fot. z internetu

niedziela, 17 czerwca 2018

Środa - po 60 zł za 1 kg (13)




Z życia wzięte - 13

Środa - po 60 zł 1 kg
(Czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)

     Środa. Wczesny ranek.
     Przeżywam prawdziwy zawrót głowy. Staram się trzymać fason, na umizgi Olka mieć zawsze ripostę. Te najlepsze przychodzą dopiero wieczorem, gdy już jestem w pościeli. Bronię się przed okazywaniem uczuć rękoma i nogami. Niech sobie nie myśli, że znalazł łatwą podfruwajkę, gotową na jego każde skinienie. Nie ważne, o czym na cały głos krzyczy moje zwariowane serce. Tu rozum jest górą. Ale to, co się dzieje w sercu... Klękajcie narody! Przecież ja tak długo nie wytrzymam! Przykleję się do Olka tak, że i żyletką nie da się zeskrobać! A przecież widzę też co z nim się dzieje. Jesteśmy oboje tak nabuzowani, że... Czasem na filmach pokazywane są sceny, gdzie jedno z drugiego zrywa ubranie od samego zamknięcia drzwi, byle szybciej, byle już! Właśnie takie coś nam grozi. A my oboje chcemy uchodzić za dystyngowane osoby, tymczasem pożądanie jest przemożne! Jak długo wytrzymamy?
     Piję kawę na balkonie i rozmyślam. Jest chłodno. Okrywam się dodatkowo ciepłą, wełnianą chustą. Wiaterek jest od strony parku - wszystkie najpiękniejsze wonie płyną do mnie. Rozkoszuję się nimi. Czuję się cudownie! W nocy miałam erotyczny sen. Ze spełnieniem! I bardzo dobrze! Będę mniej pobudliwa na spotkaniu z Olkiem... Uśmiechem się do siebie i przeciągam... Jest mi tak słodko... Cieszę się, że jedziemy razem do S., do Ani. To jest okazja do poznania się w różnych sytuacjach.
     Anka kiedyś pracowała razem ze mną. Siedziałyśmy biurko w biurko. Należała wówczas do najbardziej zamkniętych w sobie osób, jakie znałam. Jednakże gdy Krysia, siedząca przy trzecim biurku w pokoju, gdzieś wybywała, Anka czasem pozwalała sobie na wynurzenia. Mówiła na przykład, że mąż znów nie pozwolił jej kupić nowych rajstop, więc spędziła godzinę na zszywaniu starych, że musi gotować potrawy, do których nie dodaje się śmietany. A raz nawet powiedziała, że czuje się winna, iż nie potrafi obronić dzieci przed tyranią ojca. Tymczasem ten jej Maniuś był zwykłym chłopakiem z podwórka, który z trudem skończył ogólniak, w związku z tym nie miał żadnego zawodu. Za to ambicje miał szalone! Przy współpracy rodziców, i to głównie rodziców Ani, zbudował dom zwany wówczas w Polsce willą. Nic nadzwyczajnego - betonowy sześciokąt. Do budynku dołączony był trzyarowy ogródek. Było w nim chyba z sześć drzewek i zagonek warzyw. Maniuś zapisał się do partii i do tego samego przymusił Anię. Bo Maniuś chciał być dyrektorem! Znalazł sobie przedsiębiorstwo wielobranżowe, zatrudniające około setkę ludzi i został tam kierownikiem działu sprzedaży. Mniej więcej po roku czasu był już dyrektorem tego przedsiębiorstwa. Nikt nie rozumiał jak się to stało, a już najmniej Ania. Od tej chwili Maniuś zaczął ujawniać swoją agresję do rodziny także w sposób cielesny. Poczuł się niesłychanie ważny? Wydzielał rodzinie każdą złotówkę, trzymał swoich dwóch synów, córkę i żonę żelazną ręką. Nawet złożył sobie Poloneza z części samochodowych... Czerwonego. Duma go rozsadzała. A żona cerowała sobie i córce rajstopy, a chłopcom skarpety. Sam Marianek chodził w bardzo lichym garniturku... Wiem, bo widziałam nie raz. Tymczasem przyszły zmiany i przedsiębiorstwo Marianka zostało zlikwidowane. Ania nadal pracowała ze mną, ale wcale nie czułyśmy się pewne. A Marianek poleciał w świat. Podobno wziął w lizing dwa TIR-y, ale coś mu nie wyszło. Być może wpływ miała kobieta, bo zaplątał się w jakiś romans. Miał już rozwód z Anią. Zabrał auto i gotówkę, żonie zostawił dom. Już byłej żonie... Synowie Ani dorośli, córka nawet wyszła za mąż, a wszyscy mieszkali razem. Chłopcy byli z charakteru bardzo podobni do ojca i prawdopodobnie gdyby nie zięć - życie Ani byłoby jeszcze gorsze niż pod despotycznym mężem. W końcu chłopcy też chcieli się ożenić, a nie sposób było mieszkać w takiej ciasnocie. Zapadła decyzja o sprzedaży domu. Ale nie było kupca, który zapłaciłby tyle, ile chcieli synowie. Schodzili z ceny, schodzili, aż zięć Ani ich spłacił i wyekspediował w świat. Ania została. Musiała przepracować jeszcze dwa lub trzy lata do emerytury. Już nie ze mną. Obie zmieniłyśmy pracę. Po przejściu na emeryturę Ania wyprowadziła się do swoich rodziców pod S. To była wieś zabita deskami. Głusza. Ania opiekowała się starymi rodzicami, przy pomocy zięcia trochę wyremontowała domek. Troszczyła się o rodziców i ich przydomowe gospodarstwo - zagonki warzyw, mały sad i dużą ilość drobiu, która byłą podstawą utrzymania rodziców. Okazało się jednak, że Ania nie ma ręki do ptactwa, za to "załapała się" jako sprzątaczka w pobliskiej pijalni piwa. Tylko trzy godziny rankiem - tyle jej zajmowała praca. Wkrótce nawet i na tyle nie mogła zostawić rodziców samych. A wydawało się, że ma niewystarczająca emeryturę. Rodzice pomarli. Ania ich pochowała. Siedzenie w pustym domu dopiero było męczarnią! Znalazła pracę w lumpeksie, ale musiała dojeżdżać rowerem prawie pięć kilometrów - do S. Nie narzekała nawet zimą, bo szczęśliwie ostatnie zimy były prawie bezśnieżne. I jakoś było. Ale starzy właściciele sprzedali lumpeks, a sami wyjechali na stałe do Włoch. Tymczasem pod rządami nowej właścicielki nie było już tak cacy-cacy, a i towar był coraz gorszy. Byłam tam kilka razy, gdy zdarzyła mi się "samochodowa" okazja. Od czasu do czasu telefonowałyśmy do siebie, lecz też niezbyt często, bo też Ania po dawnemu nie była wylewna. Już po śmierci rodziców (byłam na obu pogrzebach), Ania zatelefonowała do mnie cała we łzach. Bo odwiedził ją Marianek. Marianek! Jakże wtedy żałowałam, że nie mam auta! Nie mogłam do nie pojechać.
     Marianek zachorował na jakąś wyjątkowo paskudną odmianę nowotworu. Nie miał już gdzie mieszkać. Nie miał pieniędzy. Nie miał nic. Przyjechał do córki, a ta odwiozła go do matki. Ania oprała go i nakarmiła. Nic więcej nie chciała dla niego zrobić. Córka odmówiła przyjazdu po ojca. Ania uprosiła jakiegoś sąsiada i ten jadąc do naszego miasteczka zabrał ze sobą Marianka. Miał go wysadzić w śródmieściu. Ania dała byłemu mężowi na drogę pięćdziesiąt  złotych, bo po prawdzie to i więcej nie miała. Przez te dwa lub trzy dni jego pobytu wygarnęła mu wszystkie swoje żale, szczególnie to cerowanie rajstopy, byle jakie jedzenie, swoją żebraninę u rodziców... A teraz, rozmawiające ze mną płakała głównie dlatego, że okazałą się taka podła, twardsza od Marianka w czasie cerowanych rajstop. Bardzo, bardzo potrzebowała rozgrzeszenia i ja jej tego rozgrzeszenia udzieliłam. Z czystym sumieniem.
     Czy jestem przyjaciółką Ani? Nie wiem. Zawsze było mi jej bardzo żal, szczególnie, że byłam szczęśliwa w swoim małżeństwie. Ona mogła zmieniać pościel tylko cztery razy w roku... Nawet w pokoju na stole leżała cerata... Z ogródka nic się nie mogło zmarnować. Nie wolno było kupować majonezu - musiała zrobić go sama. Jedną wodą zmywała cały dom. Dla oszczędności w domu nie było kwiatów. Och, już nie pamiętam, co jeszcze wołało o pomstę do nieba. A Ania w swej cichości wszystko zniosła. Zawsze żałowała, że synowie tak bardzo są z charakteru podobni do ojca.
     A teraz Ania wołała mnie na pomoc.
     I dlaczego nasz Pan Bóczek jest taki niesprawiedliwy? Na biedną, słabą Anię spadło tak dużo ciężarów...
     Kawa wypita, mieszkanie na mokro ogarnięte. Mogłabym od razu wyprasować pościel, ale mi się nie chce. Robię duży termos kawy i wyjmuję z zamrażarki moje rabarbarowe muffinki. To już ostatnie. Pakuję kubeczki. Są jeszcze wczorajsze deserki - teraz zjadam jeden. Myję się, robię wyjątkowo staranny makijaż i ubieram się wyjściowo. I już czekam na Olka. A śniadanie? Prawdę mówiąc nie mam ochoty... Zjadam jednak kawałek mego ciemnego chleba z serkiem topionym i przegryzam rzodkiewkami. To nie jest najlepszy zestaw - zamiast rzodkiewek byłby lepszy dżem. Ach, nie muszę tak sobie dogadzać.
     Olek dzwoni domofonem punktualnie o ósmej rano. Jego ramiona, jego zapach, jego powitalne pocałunki... Wtulam się w niego... Wszystko jest takie ekscytujące! Brakuje mi tchu.
- Zjesz ze mną śniadanie? - pyta Olek. Dopiero teraz widzę, że ma ze sobą reklamówki. - Chodź! - Olek pociąga mnie za sobą do mojej osobistej kuchni i wykłada na stół wiktuały. - Nastaw wodę na kawę, specjalnie jeszcze nie piłem
     Nastawiam. A jednocześnie podglądam Olka. Jest w jasnopopielatych spodniach do kolan, kamizelce do kompletu, a pod spodem ma białą podkoszulkę. Wygląda bardzo młodo. Jakie blisko siedemdziesiąt lat! Co najwyżej pięćdziesiąt! O matko! A ja mam swoje lata wypisane na twarzy i tu już nie pomoże żaden makijaż. Nie bez znaczenia te moje osiem kilogramów nadwagi... Po raz pierwszy zdaję sobie sprawę, że jakby co, to będę się wstydziła stanąć przed Olkiem naga... Wu wałeczek, tam oponka... Okropność! Gdy jestem ubrana, zadbana, to jeszcze to znośnie wygląda. Ale nie nago! Nie nago!
     Podaję Olkowi talerze, sama szykuję szklanki.
- Zjemy w kuchni - dobrze? - W głosie Olka jest prośba.
- Oczywiście. - Zgadzam się natychmiast. - Czy coś jeszcze mam dodać? - pytam, ale już widzę, że Olek kroi pomidory. - Hej, ja jestem po śniadaniu, więc teraz tylko skubnę.
- Zapomnij! Nie pozwolę byś schudła bodaj dziesięć deko! Musisz jeść. Nie lubię kobiet-sucharków.
- A właśnie jestem na etapie zgubienia kilku kilogramów.
- Zapomnij! - Olek powtarza raz jeszcze, obraca się połową ciała i całuje mnie w policzek. - Jesteś najbardziej apetyczną kobietą jaką znam! Czasem zamykam oczy i widzę cię nagą... Marzenie! - cmoka z zachwytem.
- Obawiam się, że masz problem z oczami. Może tak do okulisty?
     Już wszystko gotowe. Sprzątam niepotrzebne odpadki i deskę do krojenia. Siadamy. Olek słodzi kawę i dolewa sobie trochę mleka. Przywiózł różne wędliny, widzę, jak z apetytem je. Mnie przeszkadza sam zapach, ale nic o tym nie mówię, biorę palcami plaster żółtego sera i wolno żuję. Olek kroi bułeczkę, smaruje dość grubo masłem - masło jest zimne, oporne, raczej cieniej posmarować się nie da. I podaje bułeczkę mnie.
- Szamanko, kochanie. Ma zniknąć! - Mówi i dokłada mi swoim widelcem kilka plasterków różnych wędlin. Nie mówiłam mu, że od niedawna samoistnie przekształcam się w wegetariankę. Robię to teraz. Olek patrzy na mnie z uwagą. Jest poważny. - Czyli nie możesz być moją kobietą - stwierdza wreszcie i zabiera wędliny z mego talerza.
     Siedzę oniemiała.
- Uwielbiam golonkę, smalec ze skwarkami i wątróbkę ociekającą tłuszczem. Zajadam się schabowymi i wszelkimi innymi kotletami, boczkiem parzonym, rolowanym i każdym innym! Albo kaszanka - niebo w gębie! Jak mam żyć nie jedząc tych wszystkich delicji?
- W tej sytuacji ogłaszam rozdzielczość od stołu. Tobie jest potrzebna kucharka. Nie zwyczajna kobieta.
     Olek wybucha gwałtownym śmiechem.
- Nie martw się - mówi i gładzi mnie po policzku. - Ze wszystkim sobie poradzimy, bo jest nam po drodze. Nie ma innej opcji. Ale miałaś mi opowiedzieć o Ani.
     Opowiadam i żuję bułkę. Powstrzymuję się od ujawniania drastycznych szczegółów. Wystarczy, że mówię generalizując, że Marianek to najbardziej podły typ, jakiego zdarzyło mi się znać. Kończymy śniadanie, ja wszystko od razu zmywam, Olek wciska do lodówki resztę wędlin, sera i masła. Pakuje bułeczki do chlebaka i na długo znika w łazience. Nie ma w nim ani cienia skrępowania! Analizuję - ja bym tak nie mogła. Przy facecie na długo to toalety? Zapadłabym się pod ziemię ze wstydu! Ale Olek traktuje to wszystko zwyczajnie!
     Czekam na niego w pokoju. Przychodzi, obejmuje, całuje. Nie może, nie umie, nie chce utrzymać rąk przy sobie. Mówię mu o tym.
- Maczku mój ukochany, powiem ci tak. Im prędzej nasycimy się sobą w sytuacjach intymnych, tym szybciej się opamiętam i powstrzymam takie odruchy. Teraz wręcz muszę cię dotykać, sprawdzam, czy ty to ty, i czy rzeczywiście jesteś na wyciągnięcie ręki. - I znów zagarnia mnie i całuje tak zachłannie, że aż po zawrót mojej biednej głowy. - Jedźmy, bo jeśli dłużej tu zostanę, to... Mogę się z tobą kochać nawet na podłodze.
     Nie odsuwam się od niego. Odwrotnie, zarzucam ręce na szyję i "zaciągam" się jego zapachem. Jest mi cudownie, a myśli już galopują w przyszłość. Wreszcie uwalniam go, chwytam mój kosz zakupowy (z termosem i wszystkim innym) i wychodzimy z domu. Równocześnie Mateusz otwiera swoje drzwi.
- Cześć - rzuca wraz z perskim okiem i szerokim uśmiechem.
     Natychmiast przedstawiam sobie panów. Wymieniają uścisk dłoni.
- Gdy wrócę, zastukam do ciebie i podrzucisz mi te wszystkie spodnie. Zobaczę, co się da zrobić - mówię obserwując Olka.
- Dobra. Fajnie, że chcesz mi pomóc. Myślałaś o tym wyjeździe nad morze?
- Raczej nie, nie było czasu.
- A jaki wyjazd? - interesuje się Olek.
- Rekreacyjny. Może dołączysz do nas? - strzela Mateusz.
- Stop! - wołam wielkimi literami. - To ja decyduję!
    Chwytam Olka za rękę i zbiegamy pędem po schodach.

C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 15.06.2018.
fot. z internetu

RETROSPEKCJA




retrospekcja

stojąc za drzwiami nic nie zmienisz
wchodząc do środka nic nie zyskasz
wszystkie ballady są ograne
wygasły wczorajsze ogniska
został lot trzmiela i skowronka
spokojne trwanie w środku zdarzeń
czas trzyma ciasno nawet sidła
los mu podkrada kałamarze
pełne wątpliwych łez dowcipów
lub płaskich szyderstw i ironii
stojąc za drzwiami nic nie zyskasz
wejdź - lecz o zaszczytach tu zapomnij

© Elżbieta Żukrowska 16.06.2018.
fot. z internetu

POSZUKIWANIA (okulary)




Poszukiwania (okulary)

Okulary! Przecież nie szpilka!
Muszę wyłuskać z torby przy ciele,
to może zająć i minut kilka,
bo... studnia, a w niej rzeczy tak wiele.

Szukam, wyjmuję na stolik przecie
trzy telefony (jeden jest córki),
w karnecie siedzi stary bilecik,
chyba do kina. A recepturki

spinają komplet - dowód sprzedaży:
klapki, walizka i pięć topików.
Niech z reklamacją nikt się nie waży
robić problemów. W żadnym z butików!

Wiem, trzymam w ręku poszukiwany
długopis z gumką do telefonu...
A okulary? Jak pan Hilary
na nosie siedzą. Nie mów nikomu...

© Elżbieta Żukrowska 16.06.2018.
fot. z internetu

sobota, 16 czerwca 2018

Środa - 60 zł za 1 kg (12.)





Z życia wzięte - 12.

Środa - 60 zł za 1 kg (12)
(- czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)

     Wtorek.
     No to jestem. Już ganiam w szortach z mopem po mieszkaniu, mam wrażenie, że wszędzie jest pył i kurz. Czyżbym miała jakieś skrzywienie? Julian nigdy nie uważał, abym przeginała w temacie czystości, ale czasem stwierdzał, że przez to sprzątanie nie mam czasu odpocząć. Nie było tak źle. A w nocy przyśnił mi się jakiś OBCY  facet, na szczęście nie było nic erotycznego. Częstował mnie strasznie starymi, wymiętolonymi cukierkami. A ja byłam taka oburzona! Taka oburzona! Na szczęście jest nowy dzień. Kawa była smaczna, twarożek z rzodkiewką wręcz znakomity. Bez chleba. Czerwone sandałki stoją niemal na środku przedpokoju, abym nie zapomniała zanieść ich do szewca. Poza tym mam wolne. Przez cały dzień. Co najwyżej ugotuję sobie dwa ziemniaki. Po drodze gdzieś dokupię znów z sześć sztuk. I to wszystko. Żadnych lumpeksów!! Czerwone sandałki czegoś mi przeszkadzają, więc pakuję je w jednorazówkę i następnie do mego kosza. Obok, w innej reklamówce, wkładam do kosza książki z biblioteki. Ale na wyjście jest zdecydowanie za wcześnie. Nie mam co robić. Nudzę się. Telefon! Wręcz rzucam się w jego stronę. A to mój brat. Lubię z nim rozmawiać. Opowiada o zwykłych sprawach, o wnukach, o żonie, o jarmarku, o tym, że za mało deszczu... Nie skarży się na zdrowie, ale sygnalizuje, że był u lekarza. I... trzeba czekać. Te nasze kochane kolejki! A podobno u nas jest dobrze. To w Anglii jest dramat. Tak czytałam... Moje dzieci nie mówią mi, jak u nich jest...
- To kiedy przyjeżdżasz - stereotypowo pyta mój brat na zakończenie.
- Zawiadomię cię - mówię ze śmiechem. - Na razie nadal nie mam walizki. Więc może to ty do mnie przyjedź? - Z tą walizką to nasz stary, mocno ograny żart.
- Ograniczam jazdę za kierownicą - odpowiada serio brat. - Już nie ten refleks.
     Kończymy rozmowę "buźkami", co zawsze rozśmiesza mego brata. Włączam laptop i na YouTube znajduję playlistę Cohena - pomarzę sobie trochę, a co? A pranie samo się zrobi! I już lecę do pralki, bo tam czeka ostatnio zdjęta pościel, ciągle nieuprana. Zanim włączyłam - dzwonek domofonu. Wreszcie naprawili!
- Proszę?
- To ja.
- Kto? - pytam, choć już wiem.
- Reniusia.
     Co ona tak wcześnie? Wpada jak bomba i już od drzwi "nadaje", że jednak będzie mogła pożyczyć mi pieniądze, bo zlikwidują jedną z lokat, tyle, że będę musiała im wyrównać utracone odsetki. Coś takiego!
- Jesteś najukochańszą przyjaciółką, ale tę sprawę już mam załatwioną i nie muszę od ciebie pożyczać. Znajomi dadzą mi swój klucz i będę u nich grała w dowolnych godzinach. A później się zobaczy, że jest sens kupować pianino. - Reniusia jest zwyczajnie rozczarowana! - Mogę cię poczęstować kawą? - pytam z uśmiechem.
- Oj, bardzo chętnie! Nie miałam czasu wypić, zabrałam się ze znajomymi, a mój sklep otwierają dopiero o dziesiątej.
- Co będziesz kupować?
- Firany i narzuty. Dlatego nie mogę wcześniej po innych sklepach latać, bo nie wiem, ile tam wydam.
- A śniadanie jadłaś?
- Nie, ale to nie jest ważne.
     Mimo tego robię dla niej "mój" chleb z kupioną wczoraj wędliną i z pomidorem. Sobie robię dosłownie łyżkę twarożku z trzema rzodkiewkami. Po namyśle dokładam jeszcze dwie.
- Kupiłaś wędlinę - celnie zauważa Reniusia.
- Specjalnie z myślą o tobie - mówię i jest to kłamstwo, bo kupując myślałam o Olku. To był zakup na wszelki wypadek. Kilka paczek wrzuciłam do zamrażarki. Jak tak dalej pójdzie, będę musiała kupić jeszcze jedną! Zamrażarkę, oczywiście.
- O, jak miło! - Zapewnia mnie Reniusia i już pochłania śniadanko, głośno siorbie gorącą kawę. Ma zmyty z paznokci lakier.
- Musisz do mnie przychodzić ze swoim pieczywem. Zazwyczaj mam chleb wyliczony, a zawsze trochę czasu upłynie, nim się następna porcja rozmrozi - pouczam ją.
- Przecież masz mikrofalówkę...
- No tak - przyznaję jej rację, ale nie mam pojęcia, jak się rozmraża chleb w zamrażarce. Nigdy tego nie robiłam. Ględzimy na ten temat. W zasadzie "gdybamy". Wreszcie Reniusia wychodzi, a ja w kilka minut po niej.
     W piwnicach domu towarowego jest teraz szewc, fryzjerka, niewielki sklepik kosmetyczny i magiel. Dawno tam nie byłam - magiel mnie zaskakuje. A na wprost niego jest... lumpeks! O psia skóra! O nim nie pamiętałam. Ale nic to - ja tylko do szewca. A pan szewc pracuje to wraz z żoną. Ona pilnuje, aby on nie pił jak... jak szewc! On długo ogląda moje sandałki, wreszcie każe mi przyjść jutro tuż przed zamknięciem, ale lepiej pojutrze rano, niech klej dobrze wyschnie. W porządku. Mówię grzecznie "do widzenia" i wychodzę, od razu kierując się do wyjścia. Po kilku krokach zawracam - przecież nie jestem małym dzieckiem! Nikt i nic nie zmusi mnie do zakupów, o ile naprawdę nie będę tego chciała!
     Wchodzę. do lumpeksu.
     Sklep jest umiarkowanie duży i urządzony typowo - pod ścianami wieszaki, na środku korytka, pod korytkami kosze. W sklepie "waniajet" stęchlizną mimo otwartych obu piwnicznych okien. Szperam to tu, to tam, ale towar jest byle jaki, choć uginają się wieszaki. Nic to po mnie i nic tu dla mnie. Kobiety rozmawiają między sobą. Dwie wybierają ciuszki dla niemowląt. Ekspedientka, średnio zainteresowana, chyba rozwiązuje krzyżówkę. A może coś podlicza. A nad nią wiszą bajecznie kolorowe topy! Już wiem, że nie wyjdę z pustą ręką. Są wycenione, po osiem złotych sztuka. Nie widać na nich zniszczenia.  Decyduję się na wrzosowy i biały w różnokolorowe groszki. Jeszcze raz oglądam je dokładnie. Płacę i jak najszybciej wychodzę, aby znów nie wpadło mi coś w oko! I już idę do biblioteki. Po drodze siebie opieprzam, co brzmi mniej więcej tak:
- Kretynko! Lumpeksowa babo! Szmaciaro zabita! I po co ci następne szmaty? Czy starość uczyniła cię bezmózgim stworzeniem? Kretynka, kretynka, kretynka!
     Moje drugie "ja" próbuje się bronić:
- Topik w takiej cenie to prawdziwa okazja. A ja mam tylko dwa. Tymczasem tu nawet idealna kolorystyka! Są piękne! A przede mną lato. Długie, piękne lato. I może pojadę nad morze.
- Masz tak dużo szmat...
     I dialog toczy się dalej. Przy głównej ulicy jest czerwony stragan z truskawkami. Cena spadłą, dziś już są po dwanaście złotych. Kupuję je w drodze powrotnej z biblioteki, znów cały kilogram i takie niemyte podjadam przez całą drogę do domu. Na parkingu Mateusz coś grzebie w samochodzie. Podchodzę i częstuję go truskawkami. Prosi, bym mu włożyła do ust, bo ma brudne ręce. Karmię go tak i pogadujemy sobie o wodzie o pogodzie. W końcu pytam, czy mierzył już tez zreperowane spodnie. Tak. Czy może mieć do mnie następną prośbę? Zapewniam go, że może mieć do mnie wiele próśb. To on ma całą stertę takich spodni. Zupełnie nie wie, czemu ich od razu nie wyrzucił, a na dodatek nawet od razu uprał. Czy mogłabym je przejrzeć, zobaczyć, czy nadają się do reperacji i ewentualnie tak poszyć jak wcześniejsze dwie pary. Mam w kobiałce już tylko połowę truskawek. Zgadzam się na spodnie i uciekam.
     W domu myję ręce i nogi (standard) i mierzę topiki. Są naprawdę świetne! Włączam zapomniane pranie, topiki upiorę innym razem, bo tu będzie zbyt wysoka temperatura. Idę do kuchni i zjadam solidną porcję mojej kapusty. Resztka będzie na obiad. Nastawiam wodę na galaretkę, myję truskawki, rozpuszczam galaretkę w minimalnej ilości wody, a truskawki oziębiam w zamrażalniku. Następnie studzę galaretkę w misce z zimną woda, dodaje trochę kostek lodu i już wiem, że galaretka za chwilę będzie gęstnieć. Wyjmuję z szafki dziesięć wysokich szklanek i napełniam je do połowy wysokości truskawkami, następnie zalewam niewielką ilością galaretki. Ale nie do pełna! Mam takie dwa plastikowe "korytka" w których ustawiam szklanki pod skosem i ostrożnie dopełniam galaretką, pilnując, by nic się nie wylało. Wstawiam "korytka" do lodówki i od razu wyjmuję jedną śmietanę kremówkę - całe pół litra. Przygotowuje sobie dwa śmietan fiksy i cukier puder oraz miskę i mikser. I cukier wanilinowy. Ubijanie śmietany to dosłownie jest chwila! Do sztywnej dodaję dwie czubate łyżki cukru pudru, torebkę tego cukru o durnowatej nazwie "wanilinowy" i oba śmietan fiksy. Ubijam i po chwili nabieram palcem kremu na spróbowanie. Jeszcze wyczuwam cukier puder, więc przedłużam ubijanie o następną minutę. Koniec. Oblizuję widełki robocika, chowam ubitą śmietanę do lodówki i sprzątam ślady mojej pracy. Od razu obieram sobie dwa ziemniaki i wstawiam je do gotowania na parze. Mięso? Nie, nie mam ochoty... Teraz mogę się wyciągnąć z książką na kanapie. Jest dobrze! Luksus! Odprężam się. Jednocześnie moje myśli żeglują w kierunku Olka i już po chwili nie wiem co czytam. Wiem, że on przyjdzie. Już nie mogę się tego doczekać. Przypuszczam, że będzie odrobinę "seksualnie agresywny". Jestem przekonana, że mu nie ulegnę. Ale może to też takie gadanie jak o lumpeksach? Nie kupię, nie kupię, a potem kupuję zupełnie bez opamiętania!
     Tymczasem dzień mija - jest prawie osiemnasta. I wreszcie dzwonek domofonu. Pytam kto i wpuszczam Olka. Nawet nie skropiłam się na świeżo perfumami. Niczym. Chyba jestem potargana! W tym momencie to już nie jest ważne, bo on cicho puka do drzwi, a ja otwieram. Patrzę na niego i nadal nie wiem, jak go powitam. Wszystko jest spontaniczne! Ledwie zamykam drzwi, a on już przygarnia mnie jedną ręką, w drugiej coś trzyma, nie wiem co, bo jego oczy trzymają mnie na uwięzi, a on powolutku całuje mnie w... nos i już mnie puszcza, już śmieje się jak łobuziak, błyszczą mu białe zęby, cały jest rozradowany. Zapraszam go do pokoju. Zsuwa z nóg białe klapki-drewniaki, w takich chodzą lekarze. A mnie podaje kwiaty. Bukiet różnokolorowych róż. Jest ich co najmniej piętnaście. Przynoszę wazon z wodą i układam kwiaty. Pachną, ale słabo. To nic. Olek znów chwyta mnie w swoje race i całuje w oba policzki.
- Czyżby moja dziewczyna nie umiała powitać mnie tak jak lubię? -przygarnia mnie lekko, ale nie trzyma, mogę się swobodnie odsunąć. Tylko... czy chcę? Nie mam odwagi zarzucić mu rąk na szyję. Jestem zbyt mała, by sięgnąć jego ust - sięgam mu pod brodę.
- Chyba był kiepski nauczyciel - nic nie pamiętam - mówię, śmieję się i odchodzę pod okno.
- Kiepski nauczyciel, powiadasz? W takim razie będę musiał raz jeszcze przejrzeć notatki, może nawet poczytać dokładniej. - On też żartuje. Ale kiedy zatrzymuje się przy mnie jest już poważny. Całuje obie moje ręce, a potem dotyka lekkim, jedwabnym muśnięciem moje usta. Nie trzyma mnie przy sobie. Mogę się odsunąć. Mogę odejść. Taki delikatny pocałunek? Jestem zawiedziona! Chcę więcej. Chcę mocniej i dłużej. A jednak odsuwam się i pytam, czy ma chęć na kawę. Olek czuje, że przegrał tę rundę i siada w fotelu.
- A masz coś zimnego?
     Zapraszam go do kuchni, niech sam sobie wybierze z moich skarbów ukrytych pod stołem. Bierze niegazowaną wodę mineralną - dobry wybór, popieram go w duchu, jednak i tak nastawiam wodę w czajniku. Na wszelki wypadek. Podaję szklanki. Sama znów znikam w kuchni i za pomocą szprycki do tortów dopełniam dwie szklanki z deserem bitą śmietaną. W słoiczku mam resztkę utartej gorzkiej czekolady. Posypuję desery śladową jej ilością i na środek lekko wciskam po jednej truskawce z zieloną "koronką". Biorę długie łyżeczki i niosę to to pokoju. Olek na sam widok cmoka z zadowolenia.
- Zgoda - mówi. - Może być kawa.
- Kubek czy szklanka?
- Pokaż, co masz. - Idzie za mną do kuchni i sam wybiera sobie kubek. Mam ich mnóstwo, ale "każdy pies z innej budy". Co innego filiżanki. Wybiera sobie duży kubek, a później sam nasypuje kawę. Patrzę, aby zapamiętać ile. - Masz mleko? - Mam. Chwilę "kokosimy" się w kuchni, wreszcie wracamy do pokoju. - Już mi leci ślinka!
     Bierze deser i gładko wyjada połowę. Po jego minie widzę, że chce mi coś powiedzieć. A może się mylę? W zasadzie dopiero go poznaję. Siedzimy w fotelach obok siebie. W jednaj ręce mam szklankę, a w drugiej łyżeczkę. Odbiera mi je i stawia na stole, a mnie jakoś tak zgrabnie sadza sobie na kolanach. Nie spodziewałam się, jestem zaskoczona. Ale on już gładzi moje plecy i lekko przytula do siebie. Nie czuję się przymuszona. Obejmuję go za szyję.
- Wreszcie - szepcze z uśmiechem popatrując to na moje usta, to w moje oczy. Chyba jest ciekawy, czy się odważę.
     Nie mam odwagi. Wtulam twarz w jego szyję i sycę się zapachem. Nie znam tej wody. Ale wyraźnie oddzielam od niej naturalny zapach Olka. To jest TO. Wciągam go w siebie głęboko, jakbym zaciągała się papierosem.
- Mój maczek, moja Makowa Panienka - szepcze Olek i odnajduje swymi ustami moje.
     To, co następuje później jest absolutnie nie do opowiedzenia, bo  upiłam się Olkiem. Pamiętam -osobiście zakłada mi na szyję baaardzo długi sznur czerwonych korali z prawdziwego korala, omotuje nim szyję kilka razy i nadal są długie. A na rękę zakłada mi "spiralną" bransoletkę, też z tych korali, ale łączonych ze srebrem. Jestem mile zaskoczona, bo prezent cudny. Przy tych operacjach Olek całuje mnie gdzie może i jak może, ociera się o mnie i głaszcze - jak kot! Nic z tego, nie mam zamiaru mu ulec, choć cała płonę dla niego. On o tym wie. I ciągle na coś liczy, a minęła północ...
- Mireczko, maczku mój - zaczyna, a ja wiem, co chce powiedzieć i kręcę przecząco głową.
     Pora by poszedł. Podnosi się niechętnie i całuje na pożegnanie tak, że umieram w jego ramionach z pragnienia. Że chcę, aby tak kończył się świat!
     W czasie tego wieczora jest jedno trzeźwe zejście na ziemie - telefonuje Anka z prośbą, bym jutro odwiedziła ją w sklepie. Pojedziemy tam razem z Olkiem. Z samego rana.

C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 12.06.2018.
fot. z internetu

JESZCZE NIE WIEM




Jeszcze nie wiem

Może zaplotę warkocze
zawiążę na nich kokardy
niemodne leciutko złote
uwagę niech zwraca każdy

Może założę pepegi
białe czyszczone glinką
przypomnę jak to przed laty
byłam wesołą dziewczynką

Może wić będę wianki
z koniczynki chabrów akacji
z wiatrem pobiegnę w zawody
a deszczom nie przyznam racji

Może... Usiądę w starym fotelu
i druty wezmę do ręki
moim malutkim prawnuczkom
zrobię na drutach sukienki....

© Elżbieta Żukrowska 15.06.2018.
fot. DaWanda


piątek, 15 czerwca 2018

Środa - 60 zł za 1 kg (11)





Z życia wzięte 11

Środa - 60 zł za 1 kg
(- czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)

     Poniedziałek, popołudnie.
     Z popołudniowej drzemki wyrywa mnie głośne pukanie do drzwi. Przecież mam dzwonek. Dlaczego ktoś nie dzwoni? Otwieram. Muszę mieć potargane włosy i jestem zaspana. Przede mną Mateusz. Zapraszam go do środka. Przyniósł ze sobą dwie pary spodni - krótkie i długie. Jedne i drugie są mocno poprzecierane na udach, ale można to łatwo zreperować. Jednak on mówi, ze to spodnie na miarę, a tak w ogóle są do wyrzucenia. Uświadamiam sobie, że nie byłam dziś w lumpeksie i jestem z siebie dumna. Ale nie byłam też u szewca, już jest za późno. Rozmawiamy. Robię sąsiadowi kawę, duży kubek, a sobie małą filiżankę. Rozmawiamy. Mówi, że z tym rowerzystą już ma święty spokój. Zaprasza mnie na truskawki do kogoś z rodziny. Mogłabym sobie narwać na przetwory, on mnie zawiezie i przywiezie. Dziękuję, ale nie. Od podnoszenia rąk w górę (wieszanie prania) i od schylania się mam zawroty głowy. Po co mi ryzykować? Nie potrzebuję wiele. Zimą kupię sobie słoiczek lub dwa dżemu. Dla małych dzieci robiłam dużo dżemów. Teraz już nie. Rozmawiamy o tym i o owym. Mateusz chce wyskoczyć na kilka dni nad morze. W ciemno. Zawsze gdzieś się miejsca znajdą. Poznał niedawno fajną laskę i chce wraz z nią zmienić klimat. Może taż mam ochotę pojechać? Ochotę to ja mam, ale nie będę robić za przyzwoitkę. Z żalem w sercu rezygnuję, nie okazuję tego Mateuszowi. Poza tym na sobotę mam zrobić dla Uli ciasta. Coś mnie "tknęło" i sprawdzam w kalendarzu - to jest na piątek, ale dopiero na następny tydzień. Odkąd jestem na emeryturze mam problem z datami. Teoretycznie mogłabym z nimi jechać. A faktycznie mam zamknąć dziób i cicho siedzieć. Mateusz ma tylko dwa tygodnie wolnego, później znów w trasę. Chętnie opowiada o Celinie. Jest ze Świnoujścia. Poznał ją na promie. Sprawia wrażenie zakochanego. No i dobrze. Przecież z niego już stary facet. Ma co najmniej czterdzieści pięć lat, a ciągle jest kawalerem. Nie należy do wstydliwych, więc nie wiem dlaczego. Prosi o jeszcze jedną kawę.
- Wybacz, że tak cię naciągam, ale robisz bardzo dobrą. Nie umiem sam takiej zrobić - mówi tonem wyjaśnienia.
     Robię mu kawę, ale sama jestem bardzo głodna, a tu nie ma jak zjeść mojej kapusty. Chwytam w locie parę łyżek prosto z garnka, bez podgrzewania. Starannie wycieram usta. Czuję, jak jakiś koperek utknął mi nad górną dwójką a dziąsłem, nie mogę go wydłubać językiem, wracam do kuchni i płuczę zęby. A Mateusz pyta, czy nie potrzebuję przywieźć autem ciężkich zakupów. Chyba pytał o to ostatnio, wtedy odmówiłam. Teraz wyrażam zgodę. Ale muszę najpierw coś zjeść.
- Dobrze - zgadza się Mateusz i ekspresem dopija kawę. - Spotkamy się za piętnaście minut przy samochodzie. Ale nie śpiesz się, ja muszę sprawdzić olej i takie tam.
     Zjadam jedna po drugiej nieumyte truskawki, w tym czasie podgrzewa mi się kapusta. Siekam na drobno ugotowany zimny ziemniak i wykładam na niego gorącą już kapustę. Mam kilka minut przyjemności w ustach i już szykuję się do wyjścia. Niczego nie sprzątam, za to przebieram się. Chwytam w przelocie dwie zakupowe torby, komórkę, pieniądze, klucze i już pędzę na dół. Mateusz na razie jest pod podniesioną maską.
- Wsiadaj - zachęca mnie, sam zatrzaskuje maskę, po drodze zdejmuje rękawice i już mości się za kierownicą. Mazda jest wysoka, ale jakoś wskakuję na miejsce pasażera. Mateusz pyta, co chcę kupić w pierwszej kolejności i w którym sklepie. Jedziemy. A ja dopiero teraz zapinam pasy. Nigdy o nich nie pamiętałam jeżdżąc z Julianem.
     Zakupy idą nam sprawnie, a odwiedzamy kilka sklepów. Ja robię sobie zapas wody mineralnej i soków w kartonach oraz butelkach. Mam wreszcie butelkowany sok marchwiowy i pomidorowy. Kupuję też trochę słodyczy "na wszelki wypadek" oraz paczkowanych wędlin. Mateusz prosi, bym mu pokazała, która kawę u mnie pija i natychmiast wkłada do swego koszyka dwie duże paczki. A ja przypominam sobie o twarożku, majonezie i jogurtach. O, jest tanie masło, więc "zgarniam" dwa kilogramy. Jest także dobra śmietana trzydziestka szóstka. Ma długi termin ważności - biorę półtora litra. Są już pierwsze morele! Kradnę jedną i zjadam w sklepie - niestety, jest jeszcze kwaśna. Ale i tak bym nie kupiła, bo w domu mam truskawki. "Wpadam" na chwilę na chemię po zmywacz do paznokci i wilgotne chusteczki do pielęgnacji niemowląt. Koniec. Jedziemy do kasy. To jest nasz czwarty sklep. Potem jeszcze motoryzacyjny - Mateusz idzie sam, ja odpoczywam. O matko - naprawdę się zmęczyłam! Na szczęście nie muszę się martwić wnoszeniem zakupów do domu. Biorę dwie najlżejsze torby, a resztę przynosi mi sąsiad. Ustawiam zgrzewki pod stołem w kuchni. Resztę systematycznie rozpakowuję i upycham we właściwych miejscach. A później, tak prosto z marszu, myję i kroję koperek do zamrażarki. Najważniejsze, że dziś udało mi się uniknąć lumpeksu.
     Objadam się truskawkami. Już umytymi. Resztę chowam do lodówki.
     W pokoju oglądam spodnie Mateusza, te niby na wyrzucenie. Rozkładam deskę do prasowania i podklejam spodnie flizeliną. Następnie biorę spodnie na maszynę do szycia i raz przy razie szyję zgodnie z nićmi postawu - w przód i w tył, w przód i w tył - do znudzenia. Pierwsze spodnie zajmują mi nie więcej niż piętnaście minut. Przy drugich jest nieco więcej "zabawy", ale nim minie godzina portki są gotowe. Telefonuję do sąsiada. Melduje, że jest u rodziny, jak będzie wracał, to do mnie zajrzy, "o ile będzie się jeszcze palić światło". Nie powiedziałam mu, do czego jest potrzebny...
     Telefonuję do Olka - niech ma przyjemność, że ja tez potrafię do niego "tyrpnąć". Odbiera natychmiast.
- Cudna moja! - tak właśnie mnie wita, aż taje mi serce. Topi je jak wosk!
- Kiedy wracasz? - pytam.
- Za chwilę wyjeżdżamy. No, może nie za chwilę, ale za godzinę. Już się zbieramy. Oni by tu siedzieli dłużej, ale wystarczy, że Marysia zostanie z Danusią. Taki tłum nie jest tu wcale potrzebny. Tęsknisz trochę? - pyta szeptem. Kiwam tylko głową, ale on tego nie może przecież widzieć. - Wiedziałem! Ja też. Bardzo! Zostawiłem ich i wpadłem dziś na godzinkę do Krakowa. Kupiłem ci prezent. Mam nadzieję, że ci się spodoba.
- A co? - wyrywam się.
- Tajemnica! Po powrocie wpadnę do ciebie. Nie, źle mówię, najpierw się trochę prześpię, bo będę całą noc jechać. Potem wpadnę. Ucałuję twoje ręce i stópki!
     Żaden facet, nawet mąż, nie całował moich stóp. Nie mogę powstrzymać śmiechu. Ogarnia mnie nadzwyczajna wesołość. No proszę - miałam poetę, a stóp mi nie całował. Tymczasem zrobi to samochodziarz! Jednak nie zdradzam się z takim to brakiem w osobistych doświadczeniach. Tak czy tak pedicure jest konieczny! Przypominają mi się niezadbane, poogryzane paznokcie Reniusi i resztkami czerwonego lakieru.
- A wiesz - mówię do Olka - kupuję sobie pianino.
- O, skąd taki pomysł? - pyta rzeczowo. - I przede wszystkim kiedy? Ale raczej nie kupuj, bo u mnie jest, a ja coraz rzadziej gram, możemy się nim podzielić. Tylko pytanie gdzie będzie stało - u mnie czy u ciebie. Ale zgadzam się na każdą twoją propozycję. Możemy nawet zamieszkać razem. Oczywiście ze względu na pianino.
     Lubię jego poczucie humoru, ale teraz cierpliwie wyjaśniam mu, w czym rzecz i oboje rechoczemy ze śmiechu. Kiedy nam wreszcie to mija, Olek mówi na serio:
- Ty naprawdę możesz nauczyć się grać. Rękę można wygimnastykować, wyćwiczyć. Pewnie, że nie zostaniesz pianistą światowej klasy. Ale nie o to tu chodzi. A o przyjemność, jaką niesie ze sobą muzyka. Ta możliwość obcowania z nią na żywo. To są cudowne chwile, nawet gdy grasz niezbyt doskonale. Zachęcam cię całym sercem.
     Olek wchodzi w moje życie coraz głębiej i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Prawdopodobnie wcale nawet o tym nie myśli, jak to facet. A ja marzę o nim coraz mocniej, choć znajomość trwa raptem kilka dni. Ta pogłębiona znajomość. Z całowaniem... Nikt mnie tak cudnie nie całował! Tak czule, a jednocześnie tak namiętnie, tak głęboko, że... Stop! Jestem szalona!
- Leć się pakować i wracaj szczęśliwie - mówię.
- Jestem spakowany i już zaniosłem wszystko do samochodu. Teraz mam luz-blues. Ale wracam do rodzinki, by pogonić jej kota. Całuję cię, moja śliczna. Może jeszcze nie wiesz jak, ale nauczę cię tego i już innego całowania nie będziesz chciała. Jestem na twoich ustach i jestem w nich... Smakujesz jak czerwona truskawka, a jednocześnie jak ty, tym niewypowiedzianym, a cudownym smakiem... Spijam je... Twoje usta są chętne, gorące, oddane... Zniewalają mnie, zatrzymują przy sobie. Chcę więcej i mocniej. A jednocześnie wiem, że słabniesz przy mnie, że muszę cię mocno przytulać. Twoje ręce na mojej szyi... Pomyśl, jakby to było, gdybyśmy już leżeli obok siebie, gdybym mógł dotykać twe najintymniejsze miejsca, pieścić cię, rozgrzać tak, byś pragnęła spełnienia tylko ze mną... Kochana... brak mi tchu... Pamiętaj - tylko ze mną!
     Wariat! No wariat! Rozłączam się szybko, bo za chwilę będę miała orgazm nawet bez dotykania. Nalewam sobie całą szklankę mineralki i mocno rozdygotana piję ją na balkonie. Ula ma otwarty balkon, więc jest w domu, ale nie potrzebna mi teraz Ula, bo muszę ochłonąć z tego podniecenia. Porozmawiam z Olkiem, gdy już wróci. Nigdy więcej nie chcę takich czarów przez telefon! Mówił, że nigdy nie zdradził swojej żony - przypomina mi się. Ale jestem święcie przekonana, że robił to przez telefon wiele razy. Zapewne nie mógł współżyć z żoną i wypracował sobie taki zastępczy model... I nie nazywał tego zdradą... Nie chcę już myśleć o Olku. Nie chcę!
     Pukanie do drzwi - w samą porę! To Mateusz. Pokazuję mu zreperowane spodnie. Siada. Czy z wrażenia?
- Kochana, z ciebie jest czarodziejka! To pierwszorzędna robota. Fachowa a jednocześnie bardzo ładna! Artystyczne cerowanie!
     Mowa Mateusza jest pewna wykrzykników. Wyczuwam od niego alkohol, ale jest tylko lekko podchmielony. O dziwo, nawet nie chce kawy. Za to błyskawicznie znikają mu truskawki ze śmietaną. Rozgaduje się przy tym. Oczywiście o Celinie. Chyba go wzięło na dobre. Oby to była porządna dziewczyna, Mateusz na to zasługuje. I znów namawia mnie na wyjazd nad morze.
- Ty mi powiedz prawdę - dlaczego chcesz, abym tam pojechała? Czy nie lepiej jest być tylko we dwoje?
- Ja jeszcze nie chcę być tylko we dwoje. Ja ją za mało znam. A ty byś oceniła..
- Chyba zwariowałeś! Nie mogę brać odpowiedzialności za cudze życie! A poza tym, wydaje mi się, że ty jesteś już tak bardzo zakochany, że tu święty Boże nie pomoże!
- Myślisz? - upewnia się Mateusz.
     Rozmawiamy w tym stylu chyba z pół godziny - to jest takie blablanie, przelewanie pustego w próżne. On musi koniecznie mówić o Celinie! Wreszcie wychodzi, a ja jak najszybciej czmycham do łóżka i znów myślę o Olku...

C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 12.06.2018.
fot. Dentonet

*** (wiedziałam pójdę...)




***

wiedziałam
pójdę nawet boso
za tobą i do ciebie
gdzie oczy cię poniosą
wszędzie za sobą znajdziesz mnie

nawet boso
o wodzie i o suchym chlebie
gdzie złe spojrzenia
słowa rzucone w gniewie
i uczuć rdzeń zardzewiał - tkwię

w rozpuszczonych włosach
w spódnicach falbaniastych
we wszystkich pyłach drogi
- a ciągle krzyczę NIE

© Elżbieta Żukrowska 12.06.2018.
fot. z internetu

czwartek, 14 czerwca 2018

Środa - 60 zł za 1 kg (10)




  Z życia wzięte - 10

Środa - 60 zł za 1 kg (10)
(- czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)

     Poniedziałek rano.
     Chodzę w koszuli nocnej za szmatką i wycieram kurz ze wszystkich parapetów. Wreszcie czajnik mnie "woła" i zaparzam sobie kawę. Mam już w planie spacer po parku. Po wczorajszej burzy musi tam cudnie pachnieć. Piję kawę i jednocześnie robię makijaż. Ubieram się "na sportowo". Zabieram ze sobą mój wieki kosz na ramię - może później wdepnę na ryneczek - jeszcze nie wiem po co. Od drzwi cofam się po komórkę, prawda, ciągle jest zablokowana, ale nie zmieniam tego. Natomiast dorzucam do kosza dużą reklamówkę, na której będę mogła usiąść, gdyby czasem ławki były nadal mokre. Dopiero dochodzi siódma rano. Park jest cudownie wyciszony od ludzi, a rozśpiewany od ptaków. I pachnie tak, jak to sobie wyobrażałam. Idę noga za nogą, aż do maleńkiej sadzawki, w której jednak gnieździ się kilka par kaczek. Kilka sztuk siedzi na brzegu. Kiwają mi główkami i kwaczą po swojemu. Och, nie mam dla nich żadnego smakołyku. Ktoś mówił, że nie wolno karmić ptaków chlebem... U mnie i tak nie znajdzie się suchego chleba. Czy w tak małym stawiku jest dostatecznie dużo rybek, by wykarmić takie stadko? Obchodzę stawik tak, by usiąść w pełnym słońcu. Niby wczesny ranek, a słońce całkiem mocno operuje. Ta ławka jest sucha. Siadam i od razu włączam komórkę. Trafiam na dzwonienie Lusi!
- Coś chciałaś? - pyta bez przywitania.
- Usłyszeć ciebie.
- Daj mi dwie minuty, zaraz znów do ciebie zadzwonię.
     "Daję" jej te dwie minuty i faktycznie znów jest połączenie.
- Uciekłam z domu - mówi Lusia. - Oczywiście niedosłownie. Wyszłam z tego zwariowanego domu, bo już nerwowo nie wytrzymuję!
     Lusia ma dziewięcioro rodzeństwa i matkę chorą na Alzheimera. W zasadzie to są dopiero początki choroby. Ale starsza pani ma też inne schorzenia, ledwie wstaje z łóżka do toalety. A Lusia pracuje. Ma zmianową pracę na poczcie. Tymczasem jej matka wymaga już stałej opieki. I nikt z rodzeństwa się nie wychyla. Lusia mieszka z matką, niech Lusia się opiekuję. A chora wymaga szczególnej troski od przynajmniej dziesięciu lat. Lusia poświęciła się dla matki i nawet nie wyszła za mąż. Lecz teraz ma wyraźnie dość. Ostatnio ma absztyfikanta i chyba chce zalegalizować związek. A rodzeństwo nie ma zamiaru jej pomóc. Od początku maja matka miała być u najstarszego syna i tak kolejno po miesiącu u wszystkich dzieci. A teraz Lusia mi mówi, że już po tygodniu brat odwiózł jej matkę i to w towarzystwie dwóch ciotek, które to niby miały zajmować się swoją chorą siostrą. Nic z tych rzeczy - Lusia musi zajmować się także i tymi paniami. Jest wykończona! Ciotki same do siebie nie wrócą. Trzeba je odwieźć, a brat nie ma czasu. Horror - powtarza biedna Lusia. Rzecz ma podłoże finansowe. Matka ma bardzo wysoką emeryturę i dzieci kolejno oskubują ją z tych pieniędzy, a Lusia musi chodzić koło matki, karmić, kupować leki, sprzątać i prać, teraz jeszcze utrzymywać obie ciotki i wszystko ze swojej skromnej płacy. Biedna, płacze mi do słuchawki.
- Przyjdź do mnie - zachęcam ją.
- Nie mogę. Mam na  dziesiątą do pracy.
- To przyjdź po pracy. I przenocujesz u mnie. A one niech się zajmują siostrą. Tak jak obiecały.
- O matko! Nie! Jeszcze mi dom spalą!
- To powiedz bratu, że dziś do domu nie wracasz. Albo nawet przez cały tydzień. Wyjeżdżasz.
- Nawet nie wiesz, jak mi się ten pomysł podoba! Ale pomijając wszystko - to jednak jest moja matka. Choć ostatnio przechodzi samą siebie. Załatwia się byle gdzie i na dodatek kilka dni temu gównem wymazała ściany. A cioteczki plotkowały z sąsiadką na podwórku. Oczywiście do sprzątania tylko ja jestem. Jak zawsze. Wiesz, jakie to nieprzyjemne?
- A czy twój narzeczony nie może ci pomóc? Nie w domu, ale w załatwieniu miejsca w domu opieki.
- Właśnie się tym zajął. Tylko mnie nie zdradź przed rodzeństwem. Mam nadzieję, że może za dwa - trzy tygodnie...
- Oby się udało!
     Lusia opowiada mi o innych domowych perypetiach, o szarogęszeniu się cioteczek, o złośliwościach chorej... To taka właśnie przykra dla najbliższych choroba. Poza tym pozostałe dzieci często poznaje, a jej jednej, Lusi, prawie nigdy. Lusia znowu łka.
- Ściskam cię i tulę - mówię do niej.
- Miruś, jak mi ciebie brak... Ale już niedługo, już niedługo. Dzięki, że o mnie pomyślałaś. Dzięki, że do mnie dzwonisz. Jestem jak w jakimś kołowrocie. Gdy nawet mam czas, to jestem tak padnięta, że już nawet nie chce mi się rozmawiać.
- Kocham cię, skarbie. Wytrzymaj, skoro tak postanowiłaś. Jesteś najlepszą córką. Uściski. Pa.
- Obiecuję, że przyjdę, jak tylko to będzie możliwe. Jeszcze raz dziękuję. Kocham cię. Pa.
     Zamyślam się. Pomimo wszystko powinnam być zadowolona. Inni, choćby Lusia, mają ode mnie sto razy gorzej.
     Dzwonek. Olek. Tak rano? O, to już po ósmej. Waham się, w końcu odbieram.
- Dzień dobry moja śliczna. Czy jesteś jak różowy poranek?
- Lepiej - jestem jak różanopalca Jutrzenka!  - śmieję się. Dziś nie będzie żadnego picia z dzióbków!
- Co u ciebie, moja Makowa Panienko? Jak ci się spało?
- Szybko i krótko. Wczoraj była burza i miałam wyłączony telefon.
- Tak też sobie pomyślałem. Ale fotki są pierwsza klasa! Dzięki. Tylko czemu tak skryłaś liczko? Z twoją twarzą by było lepiej.
- Gdy tylko skończymy rozmowę - usuń natychmiast wszystkie moje zdjęcia z telefonu. To jest więcej niż prośba. Rozumiesz?
- Wszystkie z wyjątkiem tego drugiego, gdzie tak pięknie wyglądasz w kapeluszu - zgadza się błyskawicznie.
- Dobrze - ja też się zgadzam na to jedno zdjęcie. Niech będzie kompromis.  - A mogę ci w tej sprawie zaufać?
- A komu, jak nie mnie?
- Zapewniałeś mnie, że nie zdradzałeś żony i takie tam, a ja znam nieco inną opinie o tobie. - Kłamię jak z nut. Jestem ciekawa jego odpowiedzi.
- Niemożliwe! Naprawdę jestem korrekt!
     Droczymy się przez kilka minut.
- Muszę już kończyć - mówi Olek. - Wołają mnie.
     Siedzę dalej nad wodą. Uśmiecham się do siebie. Chyba już wszystko dobrze? Byle nie dopuszczać do nadmiernej zażyłości, bo wtedy znów się wszystko zawali. Rozmyślam nad planem dnia, ale moje myślenie jest opieszałe, senne. Może zrobię dziś zakupy pod ciasta Uli? Przecież w domu nawet cukru mam za mało... Układam to sobie w głowie i już idę na ryneczek. A tu jest gwarno, tłoczno, przy niektórych straganach stoją nawet kolejki. U tej samej kobiety, co w sobotę, kupuję dziś pięć pęczków koperku - to do zamrażarki. Później szukam rzodkiewki i kupuję dwa pęczki. Nadal nie ma ładnych kwiatów. Trudno. Spostrzegam Adelę - niesie całą kobiałkę truskawek. Przystajemy z boku na chwilę rozmowy. Dowiaduję się, że truskawki są po drugiej stronie rynku. Idę i kupuję kilogram. Odnoszę wszystko do domu i jeszcze raz wychodzę na zakupy - teraz już ściśle pod kątem Uli. W poszukiwaniu najlepszych i najtańszych produktów zaliczam kilka dużych sklepów. "Marketów". W ostatniej chwili kupię jaja i twarogi. Oraz owoce do dekoracji. Często zapominam o owocach. Wracam do domu solidnie zmęczona. Ręce. Siusiu. Ręce. Nogi. I wygodne leżenie w mojej sypialni. Normalka.
     Później gotuję obiad na dwa garnki, czyli "babską kapustę" i oddzielnie ziemniaki. W Biedronce była tania młoda już kapusta i marchew, więc zaszalałam... Wydaje mi się, że ta kapusta jest pomysłem mojej kochaniutkiej babci, a może nawet jej babci... Z tym, że w babcinych czasach była gotowana w lipcu, kiedy to już własna wyrosła na warzywniku. Jednocześnie były już w sadzie pierwsze kwaśne jabłka (w żadnym razie nie papierówki!). Cztery marchewki, garść pokrojonego selera i trzy centymetry pokrojonego drobno pora. A marchewka - w półplasterkach. Cienkich. Szklanka wody, łyżka masła, cztery ziela angielskie, jedna kostka rosołowa (z papierka). Gdy warzywa były prawie miękkie dodawało się kapustę. Była drobno poszatkowana i na sicie przelana wrzątkiem. Gdy już i kapusta byłą miękka - dodawało się jabłka-spady, bez obierania, za to dokładnie umyte i utarte na grubej jarzynówce. O tym ile jabłek - decydowała każdorazowo babcia lub mama. Ja nie mam takich spadów, więc dodaję trzy duże, aczkolwiek pozbawione skórki, jabłka. Też utarte. Teraz wystarczy kilka minut gotowania i trzeba gasić ogień. Następnie należy dodać słodką śmietanę. Ja dodaję osiemnasto-procentową. Babcia dodawała prawdziwą słodką śmietanę od prawdziwych, własnych krów. Wreszcie jest pora na cały pęczek koperku - drobno posiekanego razem z łodyżkami, bo to w nich jest najwięcej witamin. Doprawiam. Zazwyczaj solą i cukrem oraz niewielką ilością mielonego pieprzu. Mężczyźni nie chcą tej kapusty jeść. Dla nich - zamiast śmietany - dodaje się upróżone dowolne mięso, boczek lub kiełbasę - z cebulką. A doprawiając nie zapomina się o łyżce (lub dwóch) octu. Można zamiast octu dać przecier pomidorowy. Dużo. I po kłopocie.
     Moja kapusta jest niewiarygodnie dobra! Nakładam sobie na talerz jeden ziemniak i duuużo kapusty. Pozwalam, by trochę podstygła. Jem. Po kilku minutach pękam z przejedzenia! A mam na dziś jeszcze jeden ziemniak. I kapustę. Będę ją jadła dziś i jutro aż do skończenia. Tej potrawy nie mrożę.
     Znikam w sypialni.

C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 11.06.2018.
fot. Pixsabay

MOJA NOC SZALONA


Moja noc szalona!

Miałam spędzić noc w kinie, kupiłam bilety,
a tu jakieś przeszkody, nie poszłam, niestety.
Wsłuchiwałam się w pustkę będącą za drzwiami,
gotową wpaść do mnie, rozwinąć aksamit
całej mojej nędzy i osamotnienia,
chwiejne jak światła wspomnień i uzależnienia
tak od nich, jak i od ciebie, od smętnych kramarzy,
od mojego przeznaczenia, lichych wirydarzy
bez ziół już, bez bażantów, bez sadzawki, sarny...
i sypaniem popiołów w otoczeniu marnym... 
Toż to moje kino! Prześwietne obrazy!
Horror złowiony kadrem. Każdy jeden krejzi!
Dość już. Dość. Niech cisza obejmie noc ciemną.
A ja będę śniła, że miłość jest ze mną...

© Elżbieta Żukrowska 9.06.2018.
fot. Desert-Roze

środa, 13 czerwca 2018

Środa - 60 zł za 1 kg (9)




Z życia wzięte - 9

Środa - 60 zł za 1 kg (9)
(- czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)

     Z samego rana dzwonię do Lusi. Nie odbiera. Może to i dobrze. Lusia jest moją najbliższą przyjaciółką. Jednak jest zbyt wcześnie, bym ględziła jej o Olku. Robię poranne ablucje, ale jeszcze nie ubieram się kompletnie. W szlafroku mykam z kawą na balkon. I rozmyślam. I postanawiam. Co? Po pierwsze nie odbierać telefonów od Olka. A kiedy już się spotkamy oko w oko - to go zwyczajnie wykpić. Nie będzie robił sobie ze mnie telefonicznej nałożnicy! Co to - to nie! Oby moje postanowienie było mocniejsze niż te w sprawie lumpeksu.
     Jest niedziela. Cudna, leniwa niedziela. Uśmiecham się do siebie, do życia, do słońca, choć ono coś dziś jakieś niewyraźne. Za to ptaki są kompletnie oszalałe. Dawno nie słyszałam takiego koncertu. Jeszcze raz - jest CUDNIE. Brakuje mi tylko papierosa. Nie palę od ponad dwudziestu lat, a ciągle tęsknie za paleniem.
     Bzdura! Rozlewam ze złości niechcący kawę. Nic nie jest dobrze. Ani nic nie jest cudnie! I mam sobie nie wmawiać takich głupot! Jestem wściekła na Olka. I na siebie. Bo to oznacza koniec tej znajomości. Przykry i bolesny koniec...
     Sprzątam balkon i robię sobie kawę od nowa. Ale już mi się nie chce kawy. Niczego mi się nie chce. Nie pozwolę sobie na żadne figle-migle.
     Czynność po czynności odkrawam minuty niedzieli. Na początek biorę się za szydełkowe cudeńka Duża serweta już wyschła, więc wyciągam z ługi drugą i teraz przy niej "tańczę" wokół stołu. Czyli jednak mam pewien nieład na niedzielę. Nie lubię tego. Zdejmuję pranie z balkonu, część rzeczy składam, a resztę już po chwili prasuję. I popijam kawą. To prasowanie. I moją złość. Prasuję, by pozbyć się złości. Praca uszlachetnia. Wysiłek oczyszcza. Z toksycznych myśli. Staram się być racjonalna. Jestem racjonalna.. Żaden ze znanych mi mężczyzn nie zachował by się tak jak Olek. No tak - ale jego też nie podejrzewałam o takie telefoniczne zapędy... Tak na zdrowy rozum - a co mnie obchodzi Olek? On dla mnie już nie istnieje. Kropka. No i prasuję tak ciuszek za ciuszkiem, wszystkie moje trzy spódnice i nawet żakiecik. Później starannie oglądam czerwone sandałki. Przecieram je spirytusem salicylowym. Dziś się jeszcze w nich przejdę, a jutro zaniosę do szewca. Może coś poradzi na te zadrapania na obcasach. Wreszcie porządkuję wszystko, odkładam na właściwe miejsce, a sama się ubieram do kościoła. Szara ołówkowa spódnica, biała bluzka i czerwony żakiet. Do tego maleńka szara torebeczka na długim pasku. Makijaż. Włosy spięte w koczek babuni. Waham się - czy założyć kapelusz? Zakładam. Perfumy, te najdelikatniejsze. Sprawdzam, czy mam pieniądze na tacę. Wreszcie wychodzę. Spotykam po drodze znajomych - też idą do kościoła. Wymieniamy pozdrowienia i czasem zdawkowe słowa o pogodzie. W kościele jest jeszcze mało ludzi. Siadam na "swoim" miejscu - w ławkach po prawej stronie w połowie nawy. Cisza kościoła, specyficzny zapach - chyba kadzidła - ogarnia mnie, nastraja do modlitwy, koi. Gdy kończy się msza - żałuję, że to już... Wychodzę odprężona, spokojna. Przed kościołem przystaję dla rozmowy ze znajomymi. Nic ważnego, ale taki sygnał - znam i pamiętam. Teraz, kiedy jestem na emeryturze, czemuś to ważne dla mnie, by nie tracić kontaktu ze znajomymi, ale jednocześnie nie męczyć się długimi pogaduszkami. "Co u ciebie?", "A co u ciebie?". Jednak nikt nie mówi o chorobach - co jest znamienne. Tylko Iza obejmuje mnie i płacze. Krótko płacze. Już się opanowała. Przytulam ją mocno i głaszczę po plecach - miesiąc temu Iza straciła męża w idiotycznym wypadku samochodowym... Pewnie nie prędko się otrząśnie. Proszę, by mnie odwiedziła, ale odmawia.
- Za jakiś czas - mówi. - Jeszcze nie jestem gotowa.
     Iza nie ubiera się na czarno, nie nosi typowej żałoby. Ma ją w sercu. Wiem, że jest jej teraz bardzo ciężko. Dzieci ma w świecie... Przez wiele lat siedziałyśmy w pracy w tym samym pokoju. Można powiedzieć, że znamy się jak przysłowiowe łyse konie... Bardzo mi jej żal. Bardzo.
     Odkąd przekroczyłam pięćdziesiątkę co roku odchodzi "na drugą stronę" nawet kilkoro z kręgu moich znajomych i rodziny...
     Wracam do domu i niemal natychmiast sprawdzam komórkę. Torebeczka jest zbyt mała, bym brała ją ze sobą. Owszem - oddzwaniała Lusia. Trzy razy telefonował Olek. Jest też esemes od Małgosi z zaproszeniem na skypa na moją godzinę dwudziestą. Świetnie. Wstawiam wodę na herbatę i podlewam kwiaty, mówię do nich, a one kwitną jak szalone! Zjadam obiad. Kręcę się po domu aż do piętnastej. Nic nie robię - tylko tak łazikuję. Wiem, że miałam wczoraj coś zrobić, a nie zrobiłam. I nie mogę przypomnieć sobie, o co tu chodzi. Patrzę z balkonu na zieleń parku i już mam chęć też się przejść. Wtedy przypominam sobie - szczaw! Przebieram się "na domowo" i zaczynam "oporządzanie" szczawiu. Zajmuje mi to godzinę z kawałkiem. Uf! Wreszcie zamykam zamrażarkę, myję i kremuję ręce. W tym czasie nad parkiem pojawia się chmura - wiem, zapowiadano burze. Na razie jeszcze nie grzmi. Nici ze spaceru. Idę do sypialni na leżakowanie. O, Olek przysłał kilka swoich zdjęć. I wyznanie - "Tęsknie za tobą". Nie odpowiadam. Z nikim nie chcę rozmawiać. Muszę jakoś ten żal w sobie przetrawić. Jednakże zdjęć nie kasuję. Może to błąd? Grzmi, a po chwili zaczyna gwałtownie padać. Wyładowania są coraz bardziej wściekłe. Lubię burze. Uchylam okno, spragniona świeżego powiewu, i przykrywam się kocem. Wyłączam telefon. Usypiam w dzwonieniu deszczu o blaszany parapet.
     Budzę się czymś przestraszona. Snem? Nie wiem. Łazienka i kuchnia - w takiej kolejności. Odmrażam rabarbarową muffinkę w mikrofalówce. Herbata ma egzotyczny zapach - tak jak lubię. Szydełkowy obrusik już wysechł, zdejmuję go, usuwał wszystkie prześcieradła i ręczniki i ponownie kładę obrusik. Prezentuje się doskonale. Szkoda, że nie ma ciętych kwiatów w wazonie... Usadawiam się z moją popołudniową przekąską i włączam telewizor. No tak - wczoraj był ślub księcia Harry'ego i Meghan Markle. Zupełnie to przegapiłam! Włączam laptopa i szukam dokładniejszych informacji. Włączam też telefon - owszem, Olek odzywał się znów trzy razy. Nie, nie oddzwaniam. Mam go w nosie! Za to już Małgosia woła mnie na skype, więc odbieram i jestem szczęśliwa. Gadamy przez godzinę o wszystkim i o niczym. Cieszę się, że córcia dobrze wygląda, jest promienna! Ona pyta mnie o wydarzenie minionego tygodnia - nie mogę powiedzieć jej o Olku, więc mówię o kapeluszu. Obie śmiejemy się jak szalone, gdy prezentuję się jej w mojej "zdobyczy". Mój szkocki zięć ma na imię Artur, dołącza do naszej rozmowy. Obserwuję, jak patrzy na Małgosię, nie mam wątpliwości, że jest w niej zakochany. Zna już sporo polskich słów i dużo rozumie z naszych śmiechów. Żegnamy się w wyśmienitych humorach. W czasie naszej rozmowy przyszedł esemes. Dopiero teraz sprawdzam - oczywiście od Olka: "Błagam, nie obrażaj się na mnie! Proszę!" Mam ochotę zatelefonować. Wielką, ogromną ochotę! Zamiast tego piszę: "Miałam bardzo zajęty dzień. Pogadamy gdy wrócisz." Olek odpowiada: "Zadzwonię, tak jak wczoraj. I będę bardzo grzeczny. Idealny." Wierzę, bo muszę - myślę sobie i idę na spóźnioną kolację. Zamiast masła biorę serek topiony, a do tego rzodkiewki. Jest dobrze. Ostatnio bardzo nieregularnie jem. Muszę to naprawić. Chyba lekko schudłam. I dobrze. Cieszył by mnie jeden rozmiar w dół... Chyba po kolacji zmienię sobie pościel... Nie jestem dziś zmęczona, więc mogę. Do głowy natychmiast przychodzi mi szalony pomysł! Czekaj, Olusiu! Już ja cię załatwię! Mam dwa komplety romantycznej pościeli. Jedna ma białe, a druga niebieskie koronki i wstawki. Wybieram tę z niebieskimi dodatkami. Aż nie mogę się doczekać efektu! Fotografuję łóżko, widać też świece... Przygaszam górne światło. Idę pod prysznic, a później sama stroję się w niebieską koszulkę. Muszę podsuszyć włosy, ale to idzie mi szybko. Układam się w pościeli, jednak włosami zasłaniam twarz, abym nie była jednoznacznie rozpoznawalna. Układam wyżej poduszkę i znów pstrykam kilka zdjęć. Dobrze, już wystarczy. Teraz sprawdzam, zostawiam raptem dwa najlepsze i samą pościel. Wysyłam zdjęcia Olkowi. Bez słów. I już w następnej chwili tego żałuję! Przecież on to weźmie za zachętę, nie zobaczy w tym żartu. Odpowiada - "Dziękuję. A reszta tak, jak się umówiliśmy". Wyłączam telefon. Biorę do ręki książkę.
     Kurczę - ta książka wcale mi nie leży! I nie jest to wina Olka, ale wreszcie rozumiem, że to nie jest pozycja w moim stylu. Kurczę - powtarzam w myślach raz jeszcze - wszystko kojarzy mi się teraz z seksem - "pozycja nie w moim stylu"...  Odkładam książkę - jest z biblioteki. Nie będę się starała przeczytać do końca, skoro tak mnie nudzi. I idę do mojej prywatnej biblioteczki - właśnie! -mam tu wiersze Juliana. Wybieram trzeci ("zielony") tomik - to mój ulubiony. Kilkanaście wierszy jest poświęconych naszej miłości, a niektóre skierowane są bezpośrednio do mnie. Oczywiście przeciętny czytelnik o tym nie wie. A ja teraz czytam i płaczę. Jak głupia. I już.

C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 11.05.2018.
fot. Rozystronka

TRUSKAWEŃKI




Truskaweńki

Nadgryzam pierwszą truskawkę
już kapie czerwonym sokiem
rozbudza kubeczki smakowe
a oko cieszy widokiem

Komu truskawek miseczkę
tu ze śmietaną tu z cukrem
podaję też zmiksowane
z nadnaturalnym (!) jogurtem

Wybierasz miseczkę z cukrem
dlatego że jest największa
I sprawdzasz czy w kobiałeczce
przypadkiem zapas nie mieszka

A cukier chrzęści w zębach
mieszają się w ustach smaki
wiosna do ciebie przyszła
jak owoc do kobiałki

© Elżbieta Żukrowska 10.05.2018.
fot. z internetu

wtorek, 12 czerwca 2018

Środa - 60 zł za 1 kg (8.)




Z życia wzięte - 8

Środa - 60 zł na 1 kg (8)
(- czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)

Noc z piątku na sobotę.
     Doprawdy - nie wiem, co podkusiło mnie do włączenia laptopa. Cena pianina? Takie, które podoba mi się z wyglądu kosztuje około pół miliona - bagatelka! Ale są i tańsze. Kukam to tu to tam i dopada mnie Andrzej Poniedzielski. Koniec. Oglądam go i oglądam. Chyba grubo ponad półtorej godziny. Kompletnie padnięta idę wreszcie spać. Wspominając rozmowę z Olkiem usypiam momentalnie. Budzi mnie telefon. Jest dwudziesta trzecia trzydzieści, a więc spałam może dziesięć minut. Zaspana odbieram nie patrząc, kto telefonuje i mam zamiar zachować się jak wodospad. Tymczasem słyszę:
- Maczku mój kochany, jesteś? - potwierdzam. - Moja słodka! Jestem już w hotelu. Sam. Troszku zmęczony i wypity... Jak to w rodzinie. Musiałem pokazać twoje zdjęcia. No, musiałem. I powiedziałem, że jesteś moją kobietą. Bo jesteś. Maczku mój, przecież moje szalone stare serce bije teraz tylko dla ciebie... A twoje? - Milczę, ale Olek nie czeka na moją odpowiedź, mówi dalej. - Zawsze wiedziałem, że mamy się ku sobie, choć byliśmy chyba oboje szczęśliwi w małżeństwach. Blanka była idealną żoną i nie mogłem, i nie chciałem, zrobić jej żadnego świństwa. Nigdy jej nie zdradziłem, choć czasem komuś skradłem niegroźnego buziaka. Ale na tym się kończyło. Szanowałem moją żonę. Bo ja w ogóle szanuję kobiety. Teraz ciebie w szczególności. A nie mogę się bez ciebie obejść. Wpatrywałem się w twoje zdjęcia i marzyłem o tobie jak smarkacz przed osiemnastką. Mam świadomość tego, że już jestem stary. Niewiele mi brakuje do siedemdziesiątki. Ty przy mnie jesteś młódką. I nie wiem, czy byś mnie takiego starego chciała. Powiedz coś. Powiedz, czy mam jakieś szanse u ciebie. Tak w oczy to chyba nie mógłbym cię zapytać, a tak przez telefon to jakoś łatwiej. Powiedz to teraz-zaraz, żebym wiedział, wóz czy przewóz. Mam wrażenie, że mnie akceptujesz, ale nie jestem do końca pewny. A trochę mi nie honor się ośmieszyć i na darmo za dziewczyną ganiać. Ty jesteś jak łania. Jak gazela. Cudna taka. Wsiąkam w ciebie i nie umiem tego powstrzymać. Jakbym był w środku lawiny. Jesteś tam? - znowu potwierdzam. - Wpatrywałem się w twoje zdjęcie i marzyłem, że trzymasz swoją głowę na mojej piersi. Czy takie marzenia są głupie? Zakochuję się w tobie dzień po dniu, nawet teraz, gdy nie ma cię obok. Bo dla mnie jesteś. Takie tchnienie, marzenie, taki sen, który za kilka dni już może się ziścić. Błagam, powiedz, że się spełni! Męczy mnie, bo nie zapamiętałem twego zapachu. Za mało cię dotykałem, nie pamiętam krągłości twoich bioder pod palcami, ani ciężaru twoich piersi... Ani jak smakuje twoja skóra na szyi i dekolcie... Ani jak twoje włosy łaskoczą moją twarz... Jest tyle miejsc, które chciałbym dotykać, widzieć, smakować, nazwać swoimi... Kiedy pomyślę, że cię obejmuję i przytulam - cały dla ciebie jestem, już, teraz... Chciałabyś? Powiedz, że ty też byś tego chciała... Sorrki, mój maczku, wybacz... Zagalopowałem się... Taka ciepła, mięciutka i moja... Pachnąca... Jak ty pachniesz? Powiedz mi czym teraz pachniesz? Przy mnie będziesz także pachniała miłością... Już cię uwielbiam... Czujesz? Chcesz...?
     Olek milknie, a ja nie jestem w stanie nic powiedzieć. W skroniach tętni mi krew! Nikt i nigdy nie uwodził mnie przez telefon, a Olek sprawiał, że czułam jego dłonie wszędzie tam, gdzie mówił. Milczy tak długo, może usnął? Ale nie!
- Jesteś tam, moje słodkie kochanie? Nie ukołysałem cię jeszcze? - jego głos jest łagodny, ciepły, kojący. - Jestem cały twój. Zobacz, jak się to porobiło... Miałem rację, że unikałem ciebie wcześniej. Babcia mi mówiła, aby nigdy nie uwodzić mężatki i kobiety w żałobie. A ty długo chodziłaś w żałobie. No i z moją Blanką tak się porobiło. Osiem lat choroby. Osiem lat umierania każdego dnia... Kto tego nie przeżył, ten nie zrozumie... Ona cierpiała fizycznie, a ja duchowo. Bo nie mogłem jej pomóc. Co to za facet, jeśli nie umie przynieść pocieszenia, pomocy, ulgi... Kiedy odeszła, to się cieszyłem, że już nie cierpi. Może to okrutne, ale przecież nic więcej nie można było zrobić. A teraz moje serce zbudziło się na wiosnę. Tobie chcę przynieść kwiaty, z tobą pić poranną kawę i słuchać razem wieczornego koncertu... A w nocy czuć cię przy sobie szczęśliwą, zaspokojoną. Wsłuchiwać się w twój równy oddech, czekać, że może uśmiechniesz się przez sen. O kim śniłaś? Tylko nie o żadnym obcym, bo się zdenerwuję! Wiesz? Mam nadzieję, że ciągle mam dość siły, by choć od czasu do czasu nosić cię na rękach. I kochać cię. Mentalnie i fizycznie. Zawsze. Do końca swoich dni.
     Myślę - powinnam rzucić w ciebie kapciem, Olek. Powinnam przerwać połączenie. A tymczasem jestem zasłuchana i chłonę każde słowo. I już chcę, by się spełniło. Wszystko. Teraz. Natychmiast! Milczę, bo dławi mnie wielka gula i oczy mam pełne łez. Kretynko, kretynko! Krzyczę na siebie w myślach. To tylko słowa napitego faceta! Jutro nawet nie będzie pamiętał, że tak do ciebie mówił! A przecież głodna jestem takich słów. Spijam je z jego warg.
- Jesteś tam jeszcze, mój maczku?
- Tak...
- Umiesz sobie wyobrazić, jak ciebie przytulam?
- Tak...
     Umiem więcej! Wyobrażam sobie, że czuję jego ciężar na swoim ciele... Wyobrażam sobie znacznie więcej... Pragnę tego więcej...
- Pragniesz mnie...?
     Nie odpowiadam.
- Całuję twoje piersi...
- Olek, nie!
- Najpierw prawą, a teraz lewą...
- Olek - nie! Bo się rozłączę!
- Uwielbiam cię taką! Gorącą i drapieżną! Moją! Nie rozłączaj się. Jestem niesamowicie pobudzony. Ty też?
- Nie - odpowiadam hardo. - Nie chcę wirtualnego seksu. Nie chcę, abyś tak ze mną rozmawiał.
- Dobrze - jest bardzo uległy. Chyba wie, że posunął się za daleko. Ale to ja jestem winna: powinnam wcześniej przerwać ten podniecający spektakl. - Pocałuj mnie na dobranoc - prosi.
- Buziaki. Trzymaj się.
- Nie tak! - Olek protestuje. - Powiedz, jak dotykasz mnie ustami, powiedz, co wtedy czujesz... Powiedz, jak wkładasz palce w moje włosy, jak mnie obejmujesz, jak tulisz się do mnie. Powiedz mi to - szepcze coraz ciszej.
     Milczę.
- Jesteś tam? - upewnia się, a ja nadal milczę. Mimo tego on mówi - Nie gniewaj się na mnie. Jestem niewiarygodnie spragniony kobiety. Ciebie jestem spragniony. Marzę o tym, by zanurzyć się w twoim ciele. By zanurzać się tak każdego dnia... By cię poznawać i z rana i z wieczora. Taką rozkosznie zaspaną i taką, która za mną tęskni przez cały dzień... Marzę o twoim oddaniu, zaufaniu, szczodrości! Chcę cię obdarzyć tym samym, ale jeszcze bogaciej, abyś nie mogła się beze mnie obejść ani minuty... Wchodzę w ciebie... Czujesz to?
     Kompletnie rozdygotana wyłączam telefon. Płaczę. Skowyczę w poduszkę.

C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 10.06.2018.
fot. z internetu