Cz. 2. Staż w banku. 1972 r.
Marek... Kiedy to było? Upłynęło już tyle lat...
Poznała go jako praktykantka w banku. Gdy przyszła pierwszy raz,
dyrektor naczelny, pan Safianowicz, kazał sekretarce zawołać „pana
Marka”. I po chwili on przyszedł. Nieco więcej niż średniego
wzrostu, szczupły pan w garniturze, o rzucających się w oczy dość
długich rudych i kręconych włosach. Niesamowicie rudych! Tak
intensywnego koloru Stefania nigdy nie spotkała. Płomień na
głowie! I zielone oczy.
- Poznajcie się państwo –
powiedział dyrektor. - A może już się znacie? Nosicie to samo
nazwisko. Pani Stefania Żak, nasza nowa praktykantka i pan Marek
Żak, nasz dyrektor ekonomiczny.
- Miło mi – bąknęła
Stefania. Ciągle była onieśmielona „wielkim światem”.
Dyrektorzy banku to przecież elita. Czuła się taka malutka...
- I mnie bardzo miło. Czyżbym zyskał siostrę lub chociaż
kuzynkę? - odpowiedział młody dyrektor uśmiechając się ciepło.
Miał uważne spojrzenie i kurze łapki w kącikach oczu.
-
Powierzam panu opiekę nad panią Stefanią – uzupełnił dyrektor
Safianowicz. - Niech przejdzie przez kilka najważniejszych
stanowisk, po tygodniu na każdym. A pan niech poucza, ale też
odpytuje, a przede wszystkim kieruje praktyką. Niech pani wyniesie z
tego jak najwięcej pożytecznych wiadomości i umiejętności.
Będzie po drodze jakieś sprawozdanie? Dobrze by było, gdyby pani
udało się zrobić je samodzielnie. Zachęcam.
- Skoro
tak, to zapraszam panią do mego gabinetu, trochę sobie porozmawiamy
na dobry początek.
Tak się zaczęła ich znajomość.
Marek Żak kazał do siebie mówić po imieniu.
- Ludziska
nie będą wiedzieć, czy faktycznie jesteśmy spokrewnieni.
Pożartujemy troszkę. Dobrze?
Było jej niezbyt zręcznie,
ale szybko oswoiła się ze sposobem bycia Marka i później już
jakoś poszło.
Ze wszystkich praktyk tę pierwszą
wspominała Stefania najmilej. Dyrektor ekonomiczny faktycznie o nią
dbał, wszystkim się interesował, dużo podpowiadał. Prowadził ją
za rączkę. Pracownicy istotnie nie wiedzieli, czy ta dwójka jest
spokrewniona, bo nawet Safianowicz „pary z gęby nie puścił”.
Ojciec telefonował do niej często i wypytywał o wszystko,
czasem coś od siebie podpowiadał. Szczególnie naciskał na
ograniczone zaufanie, „bo ludzie są tacy wredni”. Zatem trzymała
język za zębami i nie spoufalała się zbytnio, nie opowiadała o
sobie. Ojciec martwił się o nią bezustannie, co rozumiała, ale co
jej czasem przeszkadzało. Wszak była już dorosła! Teraz miała
nie tylko osiemnaście lat (nawet więcej!), miała też maturę i
pierwszy rok studiów za sobą. Tak, czuła się bardzo dorosła!
Jeśli nie stawała okoniem to tylko dlatego, by nie robić ojcu
przykrości. W nastoletnim swym życiu nie doświadczyła okresu
buntu, jaki zazwyczaj przeżywają młodzi. Może dlatego, że miała
Piotrusia? Brat w jej życiu pojawił się niespodziewanie, od razu
jako blisko dwulatek. I natychmiast zawładnął jej sercem.
Przylgnęli do siebie, zapałali siostrzanie-braterskim uczuciem i
stali się nierozłączni. No, może nie tak do końca, bo przecież
Stefcia chodziła do szkoły. A Piotruś zostawał w tym czasie z
babcią. Dopiero jako czterolatek zaczął chodzić do przedszkola.
Jednakże po szkole Stefcia zabierała brata wszędzie, gdziekolwiek
szła, na co początkowo jej koleżanki mocno się oburzały. Stefcia
to lekceważyła. Ojciec uważał, że ona chce odciążyć babcię.
Dopiero później zrozumiał, że chodzi o wielką potrzebę miłości.
To go zastanowiło. Zaganiany, ciągle zajęty pracą, miał dla
dzieci za mało czasu i Stefania musiała to odczuwać.
Zawsze był bardzo dumny z córki. Jednakże wybór studiów nie
podobał mu się. Wolałby, aby została prawnikiem lub lekarzem. To
były prestiżowe zawody. A ekonomia? Jakaś księgowa... Nie, to nie
budziło zachwytu. Później machnął ręką – w końcu bycie
główną księgową w dużym przedsiębiorstwie też miało swoje
zalety, więc niech już będzie. Niech będzie. Tylko tu, w
Wierzbinie, nie było naprawdę dużych przedsiębiorstw, ale to
zawsze może się zmienić.
Teraz, w czasie pierwszej
praktyki, nie tylko do córci telefonował, ale i przyjechał, choć
do Krakowa miał daleko. Zabrał ze sobą Piotrusia i brata Belę.
Była słoneczna pogoda. Razem poszli na mszę św. na Wawel, po niej
na spacer przez planty, na obiad do restauracji. Piotrusiowi Krakowa
zawsze było za mało, był tu nie pierwszy raz – chłonął
miasto! Edward i Bela byli wysocy, Piotrek też śmigał w górę jak
młoda brzózka!
Ojciec wypytywał Stefanię o wszystko,
czasem powtarzał pytania. Zaobserwował, że jest zainteresowana
swoim młodym dyrektorem. Nie mówiła tego wyraźnie, ale to właśnie
jego imię pojawiało się bardzo często – Marek to, Marek tamto,
Marek owamto. I dobrze, czas, aby się w końcu zakochała. Zapytana
o to wprost odpowiedziała przecząco.
- Marek ma
narzeczoną, a babcia uczyła, aby nie wkładać palca między drzwi.
Lubię go, nic więcej. Za dwa tygodnie zniknie z mego życia.
- Ale jakby co, to jest dostatecznie interesujący? - dopytywał się
Edward.
- Och, tato... Jak to facet.
- Ty mi tu nie
ochaj, tylko odpowiedz porządnie – nakazał pochylając się w jej
stronę i świdrując wzrokiem.
- Tobie by się nie
spodobał.
- A to dlaczego? - ojciec aż się oburzył i
wyprostował.
- Bo jest rudy. Niewyobrażalnie rudy. Płomień
na głowie i najpiękniejszy odcień miedzi. Och, nie wiem, jak to
nazwać. Dla mnie te włosy są prześliczne. Poza tym jest wysoki,
chociaż nie tak jak ty. Codziennie chodzi w garniturze i białej
koszuli. Cudownie się uśmiecha i ma zielone oczy w rudej oprawie.
Tobie się nie spodoba.
- Słyszysz, Bela? Ona z góry wie,
że mnie się nie spodoba!
- Bo wie, że ty nie lubisz
rudych, to żadna tajemnica – odpowiedział brat, kiwając smętnie
głową. Skubał jakiś listek zerwany po drodze i chwilami sprawiał
wrażenie nieobecnego – nad czymś mocno rozmyślał.
-
Lubię, czy nie lubię, to nie ma znaczenia. On ma się podobać
kobiecie, a nie mnie.
- Chyba troszkę zaprzeczasz sam sobie.
No nic, nie ważne. Przecież ma narzeczoną, nie ma co drążyć
tematu – dodał Bela.
- To ja też nie mogę mieć rudej
dziewczyny? - zdumiał się Piotrek. - A mnie się właśnie podoba
Joasia Orlicka, najbardziej ruda, jaką znam. I najbardziej jej przez
to dokuczam. Tak fajnie się złości.
- Piotrek! Co to za
maniery? Nie wolno dokuczać dziewczętom! - zagrzmiał ojciec.
- Ech, tato! Jak ty nic nie rozumiesz!
- Jedno ocha,
drugie echa, a czupryny rude. RUDE! - śmiał się Bela, ostatecznie
odrzucając listek. - A czego ci najbardziej w tym Krakowie nie
dostaje ?- zwrócił się do Stefanii, w ten sposób zmieniając
temat.
- Was. Domu. Tamtego powietrza. Babci. Tak, bardzo
brakuje mi babci.
- I huśtawki! - podsunął Piotrek.
- I huśtawki – przytaknęła Stefania ze śmiechem i siłą woli
powstrzymała się przed poczochraniem czupryny brata – bardzo tego
nie lubił.
To była wspaniała, urocza niedziela!
Na drugi dzień rano znalazła w swojej torebce gruby zwitek
banknotów. Stryj Bela! Nie raz podrzucał jej pieniądze. Ale aż
tyle?? Znów musiał wygrać w pokera. Grał dość często, bywało,
że jeździł na karciane spotkania aż do Olsztyna lub Wrocławia.
Wygrywał. Jak on to robił? Zapewniał uroczyście, że nigdy nie
oszukiwał, choć wiele razy blefował. Miał szczęście. Tylko jego
żona, ciocia Basia, bez względu na wynik końcowy zawsze zgrzytała
zębami. Nie pomagało.
A potem był drugi rok studiów, dla
Stefanii wyjątkowo trudny i... bolesny. Studia jak to studia –
zawsze wymagały sporego wysiłku. Ale nie samą nauką człowiek
żyje. Stefcia uczyła się, bo to lubiła, ale też wychodziła z
koleżankami do studenckich klubów, bywała w kawiarniach (niezbyt
często), starała się być w teatrze i w kinie. Lubiła długie
studenckie dyskusje przy winku (najczęściej tym byle jakim), kilka
razy wybrała się z dużą grupą studencką w góry z jednym lub
dwoma noclegami. To wszystko było piękne. Jesień była obfita w
studenckie spotkania wszelkiego rodzaju. I Stefcia, wciąż z wolnym
sercem, była na swój sposób szczęśliwa. Nie miała chłopaka,
ale wcale się tym nie martwiła, bo „starający się” krążyli
wokół niej. Nigdy nie przypuszczała, że tak szybko znikną z jej
horyzontu. Nie była pięknością. Ale miała w sobie dostatecznie
dużo uroku by zawracać w głowach chłopców. Wysoka, czarnowłosa,
szczupła, o klasycznych rysach twarzy wykrojonej w serduszko.
Maleńkie usta wydawały się nieść tajemnicę i zapowiedź raju.
Biust miała stosunkowo niewielki, za to idealnie krągłe biodra. No
i nogi! Nogi miała do samego nieba! Może nie była czekoladką, ale
cukiereczkiem zdecydowanie tak. To była uroda z grupy tych
nienachalnych, a jednak mocno kuszących. Częściowo za sprawą
wielkich brązowych oczu – w nich można było utonąć, były jak
dwa ciemne stawy, pełne tajemnic i obietnic. Nigdy nie była
kokietką, nie prowokowała chłopców. Za to była lubiana za
prostolinijność, szczerość, przyjacielskość. Odpłacano jej
przywiązaniem, darzono zaufaniem, czasem aż powierzano intymne
sekrety („Tak beznadziejnie kocham się w Madzi. Możesz mi jakoś
pomóc?”). I nagle się wszystko odmieniło. Przez jedno wyjście
do teatru. Przez zrządzenie losu.
c.d.n.
fot. Pixabay