piątek, 21 stycznia 2022

ZIMOWE DYWAGACJE

 





Zimowe dywagacje - © Elżbieta Żukrowska 

Zimą słońce za dachami bardzo szybko chowa twarz.
Za to chmurki, białe panny, zdają się na wiatr.
Mkną po niebie bardzo szybko, pchane z całych sił.
Pewnie wrócą do nas jutro, by ozdabiać świt.

Wrony głodne, niespokojne, krzyczą nieprzyjemnie.
Przemarznięte drobne ciałka, dziś im się nie wiedzie.
A do tego siwe mewy, złaknione zdobyczy,
wydzierają każdy kąsek, zawsze są na szpicy.

Ludziom też nie służy zima, śliskie są chodniki,
dobra laska jest wskazana i "tępe" buciki. 
Może jednak lepiej w domu z herbatką, kocykiem?
No i książka by się zdała i - być może - likier...

Choszczno, 21.01.2022 r.
fot. Pixabay

czwartek, 20 stycznia 2022

Cz. 4. Kraków. Sesja zimowa 1973 r.

 



Cz.4. Kraków. Sesja zimowa. 1973.

Wtedy była w kontakcie także z kilkoma osobami ze swojej grupy. Ada Wińczewska przysłała jej spory pakiet notatek z zajęć, namawiała, by jednak Stefania stanęła do egzaminów. Było wielkie wahanie – te bandaże i plastry na twarzy... Nadal bolące żebra i niesprawna ręka... Nie poradzi sobie nawet ze zwykłą przepierką...
- Jak ci źle pójdzie to i tak zdążysz jeszcze wziąć dziekankę.
A Daniel Lisiecki i Grzesiek Dańczak nawet przyjechali do Wierzbiny. Pod naciskiem tylu życzliwych osób zachwiała się decyzjach. Przypuszczała, że z uwagi na jej wypadek wykładowcy nawet przymknęliby oko na to i owo. Hm...
- Tatko, ale zawieziesz mnie? Na razie podróż pociągiem mnie przeraża. Tyle ludzi i tyle spojrzeń... No i ta ręka...
Teraz, gdy już podjęła nową decyzję, uczyła się jak szalona. Jakoś nie honor było liczyć na taryfę ulgową. Nawet jeśli któryś postawi jej wyższą ocenę, to sama dla siebie chciała umieć przynajmniej na trójkę. Chłopcy obiecali jej, że wynegocjują terminy egzaminów dogodne przede wszystkim dla niej, więc uczyła się całymi dniami. A Edward z Belą zacierali ręce. „Uda się”.
Ale najpierw zaliczenia.
Edward Żak zawiózł córkę do Krakowa. Widział, że córcia się boi. Boi się Krakowa, tego, co może ją tam spotkać. Miała uraz.
Na uczelni też występowała w kapelusiku z woalką. Oczywiście budziła powszechną sensację.
- Mniej byś się rzucała w oczy bez tej woalki – zauważyła Ada.
- Być może. Ale na razie nadal będę się tak niby ukrywać. Przynajmniej nie widać czoła.
Pięć zaliczeń zdobyła bez problemu. Tylko doktor Zaręba nie zgodził się na zaliczenie. Odpytywał ją szczegółowo i długo. W końcu oznajmił, że jest bardzo niedouczona. Być może magister Radek by jej zaliczył, ale on nie. Poza tym opuściła bardzo dużo zajęć. Choroba – chorobą, ale on musi postępować w zgodzie z własnym sumieniem. „Partyjniak i sumienie” - prychnęła w duchu Stefania.
- A dlaczego pani ma TO na głowie – zapytał zamykając indeks z karteczką zaliczeń.
- Właśnie ze względu na moje... dolegliwości – powiedziała zdruzgotana Stefania. W środku wszystko się w niej trzęsło.
- Może pani odsłonić twarz?
Stefania skamieniała.
- Nie – powiedziała twardo po dłuższej chwili i wstała.
Wiedziała, że nikogo nie będzie brała na litość, że nie będzie żebrała.
- I co? I co? - studencka młodzież obstąpiła ją na korytarzu.
- Lufa – oznajmiła z gorzkim, krzywym uśmiechem. Jak można polubić ekonomie polityczną socjalizmu i na dodatek jej się nauczyć? Zwątpiła w siebie. Jednak wiedziała, że będzie próbować jeszcze raz. W zasadzie teraz już nie miała wyjścia.
- A to cham! Cały Zaręba! Żmija jadowita! Zawsze się tak wyżywa na studentach! - posypały się głosy.
- Zdasz za drugim podejściem – zapewniła ją Ada. - Wróci magister Radek i będzie dobrze.
- Nie będzie. Zaręba dał mi dziesięć dni i mam przyjść do niego.
- Bez tego jednego zaliczenia i tak możesz podchodzić do egzaminów.
- Tak, wiem. Ale przede mną jeszcze zaliczenie u Rafalskiego.
- On cię lubi. Nie będziesz miała problemu.
- Tego nie mogę być pewna. Może mnie wcale nie pamięta. Ostatnio miałam z nim zajęcia w listopadzie...
- Ale to porządny facet. Nie powinien robić wstrętów.
Nie robił. Godzina była już późna, bo umówił się ze Stefanią na siedemnastą piętnaście. Na uczelni było zupełnie cicho. Nawet szatniarki nie było na zwykłym miejscu, pewnie już poszła do domu, więc Stefania, z kurtką w ręku, ruszyła do gabinetu profesora Rafalskiego. Przestraszona i speszona zapukała, a na zaproszenie – weszła. Wszystkie gabinety były bardzo podobnie urządzone, a ten wyróżniał się lampą na biurku, zieloną i wydłużoną. Profesor miał bardzo słaby wzrok i nosił grube szkła. Uniósł się z fotela i wyciągnął do Stefani rękę na powitanie.

    • Proszę wybaczyć, że umówiłem się z panią na tak późną godzinę, ale jutro wyjeżdżam z samego rana i przez tydzień mnie nie będzie. Nie chciałem zostawiać panią w tak długiej niepewności. Proszę usiąść przy stoliczku i wylosować kartkę z tematami. Myślę, że pięć minut na przygotowanie się wystarczy. Proszę dać mi indeks.
      Pytania były łatwe, o takich można tylko marzyć. Stefania przeczytała je dwa razy i zupełnie spokojna ogarnęła zadania myślą. Nie upłynęły nawet trzy minuty, gdy powiedziała, że jest gotowa. Profesor zachęcająco skinął jej ręką, więc zaczęła mówić. Mniej więcej w połowie pierwszej wypowiedzi przerwał jej, zadał dodatkowe, uszczegóławiające pytanie, a gdy odpowiedziała, kazał przejść do następnego. Tu po kilku zdaniach jej przerwał i poprosił o rozwinięcie ostatniego tematu. Przerwał jej podobnie jak wcześniej.
      - Bardzo dobrze, pani Stefanio – powiedział upewniwszy się, że dobrze zapamiętał imię. - Lecz jak to się stało, że ja pani zupełnie nie pamiętam?
      - Miałam wypadek w połowie grudnia i nie chodziłam na zajęcia.
      Profesor jeszcze raz popatrzył na zdjęcie w indeksie, specjalnie podsuwając go w najostrzejsze światło. Następnie wstał i podszedł blisko Stefanii.
      - Czy może pani pokazać mi swoją twarz bez woalki? Przepraszam, że jestem tak mało... Może pani odsłonić trochę plaster?
      Nie dokończył. Stefania powolnym ruchem odsunęła woalkę i uniosła twarz, aby profesor lepiej ją widział. Pomyślała, że chce się upewnić, czy ona i postać ze zdjęcia, to ta sama osoba. Miał do tego prawo. A także, czy rzeczywiście ma jakieś rany. Tymczasem profesor delikatnie dwoma palcami jeszcze mocniej uniósł jej brodę i starannie studiował bliznę na policzku.
      - Co za szczęście w nieszczęściu, że nie straciła pani oka! Moje wnuczki są w pani wieku... - Pogładził Stefanię po zdrowym policzku i wrócił na swoje miejsce za biurkiem. - Coś pani powiem. Mam... Mam przyjaciela chirurga, który zajmuje się leczeniem takich przypadków. Niestety, kuracja należy do drogich. Klinika jest w Szwecji. Niewielka prywatna klinika. Jednorazowo przyjmuje góra dziesięcioro pacjentów. Mój przyjaciel, Seweryn Kilian, jest Polakiem i część personelu też mówi po polsku. To znaczy po polsku i po angielsku. Ale to nie jest ważne – machnął ręką, zdjął okulary i przetarł oczy. - Proszę się zastanowić. Ile czasu upłynęło od wypadku? - A gdy Stefania odpowiedziała, szybko dodał: - Trochę długo, ale może jeszcze nic straconego. Proszę się ze mną skontaktować, gdy wrócę z seminarium. Nawet jeśli pani nie będzie zainteresowana.
      - Dobrze, panie profesorze. I bardzo, bardzo dziękuje.
      Wyszła nie tylko z piątką, ale też podniesiona na duchu. Profesor niczego nie obiecywał. Prócz wysokich kosztów.
      Na zewnątrz pod drzwiami uczelni spotkała Adę i Grzesia. Czekali na nią paląc papierosy.
      - I jak? - pierwszy zapytał Grzesiek.
      - Zdałam, zdałam, zdałam – zaśpiewała i zatańczyła im Stefania.
      Rzucili się ją ściskać i całować. Aż musiała przypomnieć, by byli bardziej ostrożni, bo jej twarz, jej żebra, jej niedawno pogruchotany nadgarstek... Zabrali ją do kawiarni. Nie chciała, ale nie mogła się oprzeć ich namowom i zachętom. Poza tym Daniel i Lusia już tam na nich czekali, a była nadzieja, że dołączy jeszcze Władek Krupienko, a może jeszcze ktoś. Ten ktoś to była Róża i Marcin, para „prawie żonata”, oboje pełni humoru, skorzy do rozkręcenia każdej imprezy. Stefcia „szarpnęła się” na szampana, wprawdzie tylko rosyjskiego, ale zawsze, oraz na kawę i ciastko z kremem dla wszystkich. Była zaróżowiona od emocji, w zasadzie nie pamiętała o swojej pokiereszowanej twarzy, jednak pozostała cały czas w toczku. Chłopcy kupili jeszcze kilka win i wszyscy bawili się aż do zamknięcia kawiarni. Stefania czuła się winna względem ojca. Obiecała zatelefonować zaraz po powrocie do domu, jednak teraz zrobiło się już zbyt późno, dlatego zadzwoniła na drugi dzień z samego rana.
      Wiadomość o klinice w Szwecji bardzo Edwarda zaintrygowała. I od razu powiedział, że córka musi jechać bez względu na koszty. Jej twarz jest najważniejsza.
      Stefania dalej uczyła się najpilniej jak mogła, bo za chwilę zaczynały się egzaminy, no i wisiało nad głową zaliczenie z ekonomii politycznej socjalizmu.
      A później wszystko poszło gładko, pomimo wielkich nerwów, niepewności, tysięcznych obaw. Uczelnia i egzaminy, termin wyznaczony przez klinikę, formalności związane z wyjazdem (to na siebie wziął Bela), wiza, bilety, trasa, ostatnie zakupy...
      - I nie waż mi się jechać w tym welonie, już patrzeć na niego nie mogę! - zakrzyczał stryj do Stefani. - A ponadto tam będzie zimno, jeszcze jest zima, lepiej kup sobie jakąś czapkę opuszczaną na czoło, jak te ruskie wojskowe papachy.
      Stefania wprawdzie papachy nie kupiła, ale zaopatrzyła się w futerkową czapkę mocno nasuwaną na czoło i uszy. W niej widać było tylko bliznę na policzku, która zresztą ładnie się podgoiła i już nie wymagała plastra. Kupiła też sobie odpowiedni gruby szal do kompletu, a do tego stosowny zimowy płaszcz. Natomiast ojciec pamiętał o butach.
      - To teraz mogę jechać nawet na białe niedźwiedzie – żartowała.
      Babcia oglądała ją z każdej strony i kiwała głową z aprobatą.
      - A te... damskie rzeczy kupiłaś? - zapytała po kryjomu. - Żebyś nie musiała tam biegać i szukać.
      Stefania spakowała niewiele ubrań, bo dostała listę niezbędnych rzeczy. Na przykład nie musiała brać ręczników ani szlafroka. Za to poza wszystkim wzięła słownik angielski i mały pakiecik rodzinnych zdjęć. Pamiętała o kilku podręcznikach. Tuż przed wyjazdem była też na grobie matki. Musiała, miała taką wewnętrzną potrzebę.

      c.d.n.
      fot. Pixabay



wtorek, 18 stycznia 2022

Cz.3. Kraków, grudzień 1972 r.

 

Cz.3. Kraków, grudzień 1972 r.

Był grudzień, dzień wyjątkowo ponury, deszcz ze śniegiem, straszna chlapa! Wracała z uczelni, gdy przejeżdżający samochód ochlapał ją od stóp do głów błotnistą mazią prosto spod kół. Gdyby to była woda! Ale to było błoto! Wróciła do domu wręcz wściekła. Nie miała w co się ubrać do teatru! Jedna z kurtek właśnie schła, a druga była za mizerna do wieczorowej sukni. Będzie musiała zrezygnować z „Księżniczki czardasza”. Mało się nie rozpłakała, bo bardzo jej na tym spektaklu zależało, z trudem zdobyła bilet, a teraz wszystko przepadło. Nastka, lokatorka z drugiego pokoju szybko zorientowała się w sytuacji i przyniosła swój elegancki – wyjątkowo elegancki płaszcz.
- Nałóż – poleciła. - Jestem pewna, że będzie na ciebie pasował.
Istotnie, płaszcz leżał na Stefci idealnie, ucałowała Nastkę i wykręciła pirueta. Po chwili zawahała się – nie lubiła pożyczać. Niczego.
- Nie marudź – zaśmiała się Nastka. - I baw się dobrze – po czym zniknęła w swoim pokoju.
Stefcia do teatru pojechała taksówką. Ledwie weszła do foyer, a ujrzała Marka. Był w towarzystwie dwóch pań. On też ją zauważył i z daleka skinął głową, uśmiechając się przy tym. Na szczęście nie próbował podejść i rozmawiać. Z całą pewnością zauważył też, że jest sama, więc jak najszybciej przemknęła na widownię. Siedziała tam jak mała, szara myszka, nawet nie rozglądała się po ludziach. Powinna się lepiej tym Marka paniom przyjrzeć – marudziła w duchu. Oczywiście spektakl ją zachwycił, lecz nie miała z kim podzielić się swoimi uwagami. Później zwlekała nieco z wyjściem z uwagi na Marka. Nie chciała znaleźć się blisko niego i jego towarzyszek, bo ewentualna rozmowa mogła być niezręczna. Taksówki pod teatr podjeżdżały jedna za drugą, musiały być zamówione wcześniej. Żałowała, że sama o tym nie pomyślała. . Dalej padał deszcz ze śniegiem, było nieprzyjemnie i zimno. Stefania osłoniła głowę dużym futrzanym kołnierzem, źle, że nie wzięła parasolki, nie pomyślała. Teraz śpieszyła się, byle szybciej do tramwaju i do domu.
Nagle została wciągnięta i jednocześnie wepchnięta do samochodu, który ruszył z piskiem opon. Znalazła się między dwoma mężczyznami, a jeden z nich trzymał ją mocno za głowę, zasłaniając ręką Stefci usta. Szarpała się, ale między tymi osiłkami była zupełnie bez szans. Przerażona nie pomyślała nawet o tym, by zapamiętać twarze napastników. Widziała jedynie, że kierowca ma na głowie czarny kapelusz. Powiedział coś do tych z tyłu w języku rosyjskim. A może ukraińskim, nie była pewna. I tak słów nie zrozumiała. W samochodzie mocno śmierdziało papierosami i rosyjską wodą kolońską. Chyba też alkoholem. O co im chodzi? Dlaczego została porwana? Ze strachu zrobiło się jej tak słabo, że zaczęła omdlewać, ale ten z prawej otworzył okno, widocznie to zauważył. Wtedy jakoś udało się jej uchylić w bok głowę i zaczęła krzyczeć. Ten z lewej uderzył ją pięścią w twarz, łamiąc przy tym nos i już nic więcej Stefania nie pamiętała.
Obudziła się dopiero w szpitalu.
Została okrutnie pobita, skopana, a nawet twarz miała pociętą nożem. Trzy żebra były złamane i dwa pęknięte. Złamany też miała lewy nadgarstek, posiniaczone nogi, brzuch, plecy, w zasadzie całe ciało. Musiała zostać skopana. Na razie nie czuła bólu, ale to zapewne na skutek działania leków przeciwbólowych. Całą twarz miała w bandażach. Wyglądała okropnie, na szczęście nie wiedziała o tym. Na twarzy miała trzy blizny. Jedna biegła przez środek czoła w dół, po niewielkim skosie. Druga była jakby jej przedłużeniem na lewym policzku. Ta była stosunkowo najkrótsza. Trzecia biegła po lewej stronie twarzy tuż przy włosach i kończyła się zakrętasem na szczęce. Wszystkie były makabryczne, choć na szczęście stosunkowo płytkie. Lekarz zapewnił ją, że nie naruszają mięśni twarzy, a nos udało się poskładać – jak to powiedział. Tyle szczęścia w nieszczęściu, ale to już było pod koniec pobytu w szpitalu.
Teraz, ledwie otworzyła oko (drugie zasłaniał bandaż)– zobaczyła ojca stojącego w drzwiach sali, rozmawiał z mężczyzną w białym fartuchu, zapewne z lekarzem. Powiedziała „tatusiu”, jednakże ojciec nie usłyszał, zareagował dopiero po chwili, gdy na nią spojrzał. Pocałował swą ukochaną córunię w kawałek odsłoniętego policzka i pogładził po ręce.
- Jak się czujesz, dziecko?
Nie miała siły odpowiedzieć. Zamknęła oko. Po chwili znów usnęła.
Taki miała cały grudzień, choć ojciec zabrał ją na święta do domu. Leżała prawie cały czas, ale obok była babcia. To babcia zmieniała jej opatrunki i poprawiała bandaże spowijające żebra i nadgarstek. Jak dobrze mieć babcię! Jej rosołki stawiały Stefcię na nogi także po zapaleniu płuc, jakiego nabawiła się podczas tego nieszczęsnego wieczora. Złamany nadgarstek, już bez gipsu, nadal ją bolał, więc oszczędzała rękę.
W szpitalu nie chciała przyjmować gości. Koleżanki ze stancji bardzo chciały ją odwiedzać, kiedy już dowiedziały się o napadzie i szpitalu. Powiedziały, że był do niej telefon, facet chyba przedstawił się jako Marek, jakieś krótkie nazwisko, ale nie dosłyszały. Gdy dzwonił nic o zdarzeniu jeszcze nie wiedziały. Teraz powiedziały Stefani, że Nastka niespodziewanie się wyprowadziła. Stefania na tym etapie nie miała dość sił na rozmowy, nawet na myślenie. Jeszcze w szpitalu przyszli do niej dwaj milicjanci. Przesłuchanie było szczególnie nieprzyjemne. Jakby to ona była wszystkiemu winna! I nie wierzyli, że nic nie wie, nic nie podejrzewa, nie umie podać rysopisów. Jedyny znak szczególny to to, że napastnicy mówili ze wschodnim akcentem, albo całkiem po rosyjsku lub ukraińsku. Nie wiedziała nawet do jakiego samochodu została wciągnięta. A przede wszystkim z jakiego powodu została napadnięta i tak mocno pobita. Ją też to dręczyło. Ciągle bolało ją całe ciało mimo leków przeciwbólowych. I choć milicjanci nie zrobili na niej dobrego wrażenia zapytała ich, jak została przewieziona do szpitala. Dowiedziała się, że znalazł ją podpity mężczyzna wracający z imprezy. Nad Wisłą. Było dobrze po północy. Leżała na ziemi cała mokra, wykrwawiona, wysmarowana krwią, nieprzytomna, ale jeszcze żyła. Mężczyzna wyskoczył na ulicę, by zatrzymać jakiś samochód, kilka pierwszych aut się nie zatrzymało. Wyszedł więc na jezdnię i stanął tak, by zmusić kierowców do zatrzymania się. Milicja przyjechała w kilka minut, bo patrol był blisko, a w chwilę potem karetka pogotowia. Stefania była wyziębiona i nieprzytomna.
- A jak się nazywa ten mężczyzna?
- Jan Kilmanowicz – powiedział milicjant sprawdziwszy to w notatkach.
- Jak go znajdę?
- A to już musi pani do dyżurnego na komendzie.
W połowie stycznia, będąc w Wierzbinie, podjęła decyzję, że do Krakowa nie wraca, że rzuca studia. Ojciec się temu mocno sprzeciwił.
- Wiem, że jesteś za słaba! Płuca nie do końca wyleczone, nie mówiąc o pozostałych urazach. Na razie weź dziekankę, a na decyzję o zrezygnowaniu ze studiów zawsze będziesz miała jeszcze czas. Trzeba się zastanowić. Przecież mimo wszystko chcesz dalej się uczyć. I od ludzi też nie uciekniesz. A rany się zabliźnią. Być może resztę uda się ukryć pod makijażem. Nie dręcz się. Z pewnymi faktami trzeba się pogodzić. A poza tym z dnia na dzień będzie lepiej.
Chociaż tak mówił, niby pogodnie i lekko, sam w sercu bardzo cierpiał. Było mu przeogromnie żal córki, najchętniej to wszystko złe wziąłby na siebie, byle tyko Stefcia, jego ukochana córeczka, tak bardzo nie cierpiała. Razem z bratem Belą wielekroć w najdrobniejszych szczegółach rozpatrywali całe zdarzenie. Pytania kto i dlaczego pozostawały bez odpowiedzi. Okropna była bezradność – nic nie mogli poradzić. Choć twarz była bardzo precyzyjnie „zacerowana”, to przecież blizny będą widoczne, pozostaną na zawsze. I to na twarzy młodej dziewczyny. Taka tragedia!
Piotruś zaglądał do niej regularnie, czasem gładził po zdrowej ręce, czasem coś wydukał na temat szkoły, ale generalnie był milczący i smutny, bardzo odmieniony.
Dopiero po jakim czasie zaczęto składać w całość fakty towarzyszące napadowi. Stefania miała na sobie płaszcz Nastki. Były jednakowego wzrostu. Obie miały czarne włosy. Ktoś musiał wziąć ją za Nastkę. Takie wyjaśnienie było bardzo prawdopodobne. No i jeszcze ta pocięta twarz. Czy nie mszczono się w ten sposób na prostytutkach? A to nagłe wyprowadzenie się Białorusinki wyraźnie sugerowało ucieczkę. Nastka MUSIAŁA mieć coś na sumieniu. Jednakże Stefania ani myślała rozmawiać o tym z milicjantami. Jeśli dziewczyna była w Polsce, a było to bardzo prawdopodobne – z pewnością by ją znaleźli i miałaby tylko kłopoty. Zaś sprawcy nadal byliby na wolności. Nie wierzyła w sprawność milicji. I w sprawiedliwość.
Dziewczyny ze stancji telefonowały do Stefci do domu w Wierzbinie stosunkowo często. Namawiały do powrotu. Ale jak miała się pokazywać ludziom z taką twarzą? Z drugiej strony i tak nie schowa się do mysiej dziury. Długo nosiła bandaże na twarzy. Gdy opatrunki zaczęła zakrywać plastrami nawet w domu zakładała toczek z woalką, który babcia znalazła go gdzieś w starych kufrach, bo wnuczkę drażniły spojrzenia wszystkich ludzi, nawet tych najbliższych. Jeden stryj Bela był na tyle odważny, że bezceremonialnie zdejmował go z jej głowy. Jednak rozumiał bratanicę i po jakimś czasie przywiózł jej inny, lżejszy, bardziej współczesny, granatowy z szaro-granatową woalką.
Stefania zakołysała głową odrywając się od wspomnień. Wspomnień które nadal bolały. Które już zawsze będą boleć.


c.d.n.
Fot. Pixabay


niedziela, 16 stycznia 2022

Cz. 2. Staż w banku. 1972 r.


Cz. 2. Staż w banku. 1972 r.

Marek... Kiedy to było? Upłynęło już tyle lat...
Poznała go jako praktykantka w banku. Gdy przyszła pierwszy raz, dyrektor naczelny, pan Safianowicz, kazał sekretarce zawołać „pana Marka”. I po chwili on przyszedł. Nieco więcej niż średniego wzrostu, szczupły pan w garniturze, o rzucających się w oczy dość długich rudych i kręconych włosach. Niesamowicie rudych! Tak intensywnego koloru Stefania nigdy nie spotkała. Płomień na głowie! I zielone oczy.
- Poznajcie się państwo – powiedział dyrektor. - A może już się znacie? Nosicie to samo nazwisko. Pani Stefania Żak, nasza nowa praktykantka i pan Marek Żak, nasz dyrektor ekonomiczny.
- Miło mi – bąknęła Stefania. Ciągle była onieśmielona „wielkim światem”. Dyrektorzy banku to przecież elita. Czuła się taka malutka...
- I mnie bardzo miło. Czyżbym zyskał siostrę lub chociaż kuzynkę? - odpowiedział młody dyrektor uśmiechając się ciepło. Miał uważne spojrzenie i kurze łapki w kącikach oczu.
- Powierzam panu opiekę nad panią Stefanią – uzupełnił dyrektor Safianowicz. - Niech przejdzie przez kilka najważniejszych stanowisk, po tygodniu na każdym. A pan niech poucza, ale też odpytuje, a przede wszystkim kieruje praktyką. Niech pani wyniesie z tego jak najwięcej pożytecznych wiadomości i umiejętności. Będzie po drodze jakieś sprawozdanie? Dobrze by było, gdyby pani udało się zrobić je samodzielnie. Zachęcam.
- Skoro tak, to zapraszam panią do mego gabinetu, trochę sobie porozmawiamy na dobry początek.
Tak się zaczęła ich znajomość. Marek Żak kazał do siebie mówić po imieniu.
- Ludziska nie będą wiedzieć, czy faktycznie jesteśmy spokrewnieni. Pożartujemy troszkę. Dobrze?
Było jej niezbyt zręcznie, ale szybko oswoiła się ze sposobem bycia Marka i później już jakoś poszło.
Ze wszystkich praktyk tę pierwszą wspominała Stefania najmilej. Dyrektor ekonomiczny faktycznie o nią dbał, wszystkim się interesował, dużo podpowiadał. Prowadził ją za rączkę. Pracownicy istotnie nie wiedzieli, czy ta dwójka jest spokrewniona, bo nawet Safianowicz „pary z gęby nie puścił”.
Ojciec telefonował do niej często i wypytywał o wszystko, czasem coś od siebie podpowiadał. Szczególnie naciskał na ograniczone zaufanie, „bo ludzie są tacy wredni”. Zatem trzymała język za zębami i nie spoufalała się zbytnio, nie opowiadała o sobie. Ojciec martwił się o nią bezustannie, co rozumiała, ale co jej czasem przeszkadzało. Wszak była już dorosła! Teraz miała nie tylko osiemnaście lat (nawet więcej!), miała też maturę i pierwszy rok studiów za sobą. Tak, czuła się bardzo dorosła! Jeśli nie stawała okoniem to tylko dlatego, by nie robić ojcu przykrości. W nastoletnim swym życiu nie doświadczyła okresu buntu, jaki zazwyczaj przeżywają młodzi. Może dlatego, że miała Piotrusia? Brat w jej życiu pojawił się niespodziewanie, od razu jako blisko dwulatek. I natychmiast zawładnął jej sercem. Przylgnęli do siebie, zapałali siostrzanie-braterskim uczuciem i stali się nierozłączni. No, może nie tak do końca, bo przecież Stefcia chodziła do szkoły. A Piotruś zostawał w tym czasie z babcią. Dopiero jako czterolatek zaczął chodzić do przedszkola. Jednakże po szkole Stefcia zabierała brata wszędzie, gdziekolwiek szła, na co początkowo jej koleżanki mocno się oburzały. Stefcia to lekceważyła. Ojciec uważał, że ona chce odciążyć babcię. Dopiero później zrozumiał, że chodzi o wielką potrzebę miłości. To go zastanowiło. Zaganiany, ciągle zajęty pracą, miał dla dzieci za mało czasu i Stefania musiała to odczuwać.
Zawsze był bardzo dumny z córki. Jednakże wybór studiów nie podobał mu się. Wolałby, aby została prawnikiem lub lekarzem. To były prestiżowe zawody. A ekonomia? Jakaś księgowa... Nie, to nie budziło zachwytu. Później machnął ręką – w końcu bycie główną księgową w dużym przedsiębiorstwie też miało swoje zalety, więc niech już będzie. Niech będzie. Tylko tu, w Wierzbinie, nie było naprawdę dużych przedsiębiorstw, ale to zawsze może się zmienić.
Teraz, w czasie pierwszej praktyki, nie tylko do córci telefonował, ale i przyjechał, choć do Krakowa miał daleko. Zabrał ze sobą Piotrusia i brata Belę. Była słoneczna pogoda. Razem poszli na mszę św. na Wawel, po niej na spacer przez planty, na obiad do restauracji. Piotrusiowi Krakowa zawsze było za mało, był tu nie pierwszy raz – chłonął miasto! Edward i Bela byli wysocy, Piotrek też śmigał w górę jak młoda brzózka!
Ojciec wypytywał Stefanię o wszystko, czasem powtarzał pytania. Zaobserwował, że jest zainteresowana swoim młodym dyrektorem. Nie mówiła tego wyraźnie, ale to właśnie jego imię pojawiało się bardzo często – Marek to, Marek tamto, Marek owamto. I dobrze, czas, aby się w końcu zakochała. Zapytana o to wprost odpowiedziała przecząco.
- Marek ma narzeczoną, a babcia uczyła, aby nie wkładać palca między drzwi. Lubię go, nic więcej. Za dwa tygodnie zniknie z mego życia.
- Ale jakby co, to jest dostatecznie interesujący? - dopytywał się Edward.
- Och, tato... Jak to facet.
- Ty mi tu nie ochaj, tylko odpowiedz porządnie – nakazał pochylając się w jej stronę i świdrując wzrokiem.
- Tobie by się nie spodobał.
- A to dlaczego? - ojciec aż się oburzył i wyprostował.
- Bo jest rudy. Niewyobrażalnie rudy. Płomień na głowie i najpiękniejszy odcień miedzi. Och, nie wiem, jak to nazwać. Dla mnie te włosy są prześliczne. Poza tym jest wysoki, chociaż nie tak jak ty. Codziennie chodzi w garniturze i białej koszuli. Cudownie się uśmiecha i ma zielone oczy w rudej oprawie. Tobie się nie spodoba.
- Słyszysz, Bela? Ona z góry wie, że mnie się nie spodoba!
- Bo wie, że ty nie lubisz rudych, to żadna tajemnica – odpowiedział brat, kiwając smętnie głową. Skubał jakiś listek zerwany po drodze i chwilami sprawiał wrażenie nieobecnego – nad czymś mocno rozmyślał.
- Lubię, czy nie lubię, to nie ma znaczenia. On ma się podobać kobiecie, a nie mnie.
- Chyba troszkę zaprzeczasz sam sobie. No nic, nie ważne. Przecież ma narzeczoną, nie ma co drążyć tematu – dodał Bela.
- To ja też nie mogę mieć rudej dziewczyny? - zdumiał się Piotrek. - A mnie się właśnie podoba Joasia Orlicka, najbardziej ruda, jaką znam. I najbardziej jej przez to dokuczam. Tak fajnie się złości.
- Piotrek! Co to za maniery? Nie wolno dokuczać dziewczętom! - zagrzmiał ojciec.
- Ech, tato! Jak ty nic nie rozumiesz!
- Jedno ocha, drugie echa, a czupryny rude. RUDE! - śmiał się Bela, ostatecznie odrzucając listek. - A czego ci najbardziej w tym Krakowie nie dostaje ?- zwrócił się do Stefanii, w ten sposób zmieniając temat.
- Was. Domu. Tamtego powietrza. Babci. Tak, bardzo brakuje mi babci.
- I huśtawki! - podsunął Piotrek.
- I huśtawki – przytaknęła Stefania ze śmiechem i siłą woli powstrzymała się przed poczochraniem czupryny brata – bardzo tego nie lubił.
To była wspaniała, urocza niedziela!
Na drugi dzień rano znalazła w swojej torebce gruby zwitek banknotów. Stryj Bela! Nie raz podrzucał jej pieniądze. Ale aż tyle?? Znów musiał wygrać w pokera. Grał dość często, bywało, że jeździł na karciane spotkania aż do Olsztyna lub Wrocławia. Wygrywał. Jak on to robił? Zapewniał uroczyście, że nigdy nie oszukiwał, choć wiele razy blefował. Miał szczęście. Tylko jego żona, ciocia Basia, bez względu na wynik końcowy zawsze zgrzytała zębami. Nie pomagało.
A potem był drugi rok studiów, dla Stefanii wyjątkowo trudny i... bolesny. Studia jak to studia – zawsze wymagały sporego wysiłku. Ale nie samą nauką człowiek żyje. Stefcia uczyła się, bo to lubiła, ale też wychodziła z koleżankami do studenckich klubów, bywała w kawiarniach (niezbyt często), starała się być w teatrze i w kinie. Lubiła długie studenckie dyskusje przy winku (najczęściej tym byle jakim), kilka razy wybrała się z dużą grupą studencką w góry z jednym lub dwoma noclegami. To wszystko było piękne. Jesień była obfita w studenckie spotkania wszelkiego rodzaju. I Stefcia, wciąż z wolnym sercem, była na swój sposób szczęśliwa. Nie miała chłopaka, ale wcale się tym nie martwiła, bo „starający się” krążyli wokół niej. Nigdy nie przypuszczała, że tak szybko znikną z jej horyzontu. Nie była pięknością. Ale miała w sobie dostatecznie dużo uroku by zawracać w głowach chłopców. Wysoka, czarnowłosa, szczupła, o klasycznych rysach twarzy wykrojonej w serduszko. Maleńkie usta wydawały się nieść tajemnicę i zapowiedź raju. Biust miała stosunkowo niewielki, za to idealnie krągłe biodra. No i nogi! Nogi miała do samego nieba! Może nie była czekoladką, ale cukiereczkiem zdecydowanie tak. To była uroda z grupy tych nienachalnych, a jednak mocno kuszących. Częściowo za sprawą wielkich brązowych oczu – w nich można było utonąć, były jak dwa ciemne stawy, pełne tajemnic i obietnic. Nigdy nie była kokietką, nie prowokowała chłopców. Za to była lubiana za prostolinijność, szczerość, przyjacielskość. Odpłacano jej przywiązaniem, darzono zaufaniem, czasem aż powierzano intymne sekrety („Tak beznadziejnie kocham się w Madzi. Możesz mi jakoś pomóc?”). I nagle się wszystko odmieniło. Przez jedno wyjście do teatru. Przez zrządzenie losu.

c.d.n.

fot. Pixabay



piątek, 14 stycznia 2022

 




CZ. 1. 
Maj 2020 r.

Hania Jędruś z Wikrzewiska prawie nigdy nie zapowiadała swego przyjazdu. Ufała, że akurat Stefania Żak będzie miała czas, wręcz będzie na nią czekała. Ale od czasu do czasu to ona czekała na Stefanię, która akurat była u klienta albo na zakupach. Najczęściej jednak Stefania cieszyła się z przyjazdu kuzynki. Dalekiej kuzynki, bo może w czwartym, a nawet piątym pokoleniu. Ważne, że się lubiły i z przyjemnością ze sobą przebywały. Szczególnie teraz, gdy obie były wdowami, a Stefania pochowała niedawno ojca. Niedawno? Dla Stefani wciąż niedawno, choć upłynęło już kilka lat...
Hania wielekroć skarżyła się na samotność. Obie miały własne domy, Hania niewielki, Stefania duży, piętrowy. Hania nosiła się z zamiarem zaproponowania wspólnego mieszkania najstarszemu synowi, ale tak jakoś schodziło, bo nie bardzo lubiła synową. Nawet do Stefani ledwie coś bąknęła na ten temat – nie wszystko chciała ujawniać.
A teraz przyjechała i choć deszcz lał jak z cebra, bez pośpiechu wyjmowała torby i zamykała drzwi auta. Stefania już na nią czekała w otwartych drzwiach, ale nie zeszłą po schodach na dół, bo taka plucha!
- Co to za święto? - zapytała żartobliwie, obejmując i przytulając Hanię, gdy ktoś w aucie powoli odjeżdżał.
- Dość już tego siedzenia w domu! Życie na nudzie mi przeminie. - Hania zdejmowała zmoczony płaszcz. - Dziś chcę kapcie, te „moje”, z futerkiem. Niby wiosna, a cała jakaś taka namarznięta jestem. Wino przywiozłam, rozgrzejemy się trochę.
Hania była w zasadzie przeciwieństwem Stefanii. Zazwyczaj pogodna i uśmiechnięta, gdy już zaczynała mówić – trudno ją było powstrzymać. Sama żartowała, że to skrzywienie zawodowe byłej nauczycielki. Natomiast Stefania należała do osób powściągliwych, zdecydowanie wolała słuchać niż mówić i nie śmiała się tak łatwo jak Hania. Z wyglądu też się różniły. Hania miała włosy ufarbowane na złoto-orzechowy kolor, drobną, trójkątną twarz, trochę „kurzych łapek” i innych zmarszczek mimicznych. Zazwyczaj była delikatnie umalowana. Pomimo skończonej sześćdziesiątki czuło się w niej coś młodzieńczego, wręcz eterycznego. Nawet ubierała się w zwiewne sukienki. Jedynie w największe zimowe chłody chodziła w spodniach. Natomiast Stefania była bardziej damą - nie było w niej nic z eterycznego podlotka. Miała w sobie specjalny rodzaj dostojeństwa i powagi, ale najbliżsi doskonale wiedzieli, że wcale nie jest sztywna i zasadnicza, jak to z pozoru wyglądało. Teraz dała Hani żądane kapcie i już w kuchni nastawiła ekspres.
- Tu masz wino – powiedziała Hania wyjmując z torby kolejno dwie butelki białego, półsłodkiego, bo Stefania w zasadzie tylko takie pijała. Miała też spory pojemnik z sałatką, którą własnoręcznie rano zrobiła. A w oddzielnym pudełku był tort z bitą śmietaną, kupiony w cukierni u Jarocińskich. Obie bardzo taki lubiły.
- Może zanieś to od razu do saloniku – zasugerowała Stefania wyjmując nakrycia i sztućce.
- A tak, masz rację. Sałatkę przełożyć do miseczki? Może i torcik dam na talerz do ciasta.

Kokosiły się tak przez kilka minut, zanim wreszcie mogły zapaść w fotelach, jak kuropatwy w zbożu. Hania, choć widać było, że ma coś ważnego do powiedzenia, nerwowo popijała to wino, to kawę, ale na razie mówiła o błahostkach. A Stefania nie naciskała, wychodząc z założenia, że do ewentualnych zwierzeń trzeba dojrzeć. A Hania najwięcej mówiła o dzieciach i wnukach. Zaś Stefania opowiedziała o niedawnej wizycie stryja Beli. Miał już ponad dziewięćdziesiąt lat, a do Stefani przyjeżdżał na łyczek koniaku i na cygaro – tak jak kiedyś przyjeżdżał tu do brata. Wszystko przywoził ze sobą w staromodnej saszetce z wytłaczanej skóry. Alkohol miał w srebrnej piersiówce, a dwa cygara w zgrabnym pudełeczku. Uciekał ze swego domu do Stefanii, jak kiedyś do brata, gdy miał dość jazgotu kobiet. „Przechowywał” w domu aż trzy dorosłe i dwie podrastające. Było też kilkoro dzieci, nigdy nie wiedział ile, choć umysł ciągle miał ostry jak brzytwa. Gorzej było z kolanami, ale nadal chodził nie szurając butami. Od kilku już lat nie siadał za kierownicą. Twierdził, że ma dość kierowców w swoim otoczeniu, by od czasu do czasu ktoś go zawiózł w upatrzone miejsce. Do Stefani – swojej ulubionej bratanicy i jednocześnie chrześniaczki, przyjeżdżał zazwyczaj raz w miesiącu, choć zdarzało się, że wpadał nawet co tydzień. Lubili się. Sama Stefania nie bywała u stryja często, jeśli już – to raczej na jego wezwanie, ostatnio w styczniu, gdy złapało go gwałtowne przeziębienie i wystraszył się, że to covid-19. Przyjechała natychmiast (odwołując dwa spotkania z klientami). Żądał, by pozostała w sąsiednim pokoju i rozmawiała z nim przez uchylone drzwi. Jednakże ona w tym przypadku nie usłuchała stryja, nie tylko weszła do jego pokoju, ale wyściskała go, wycałowała, powiedziała, aby tak nie straszył, bo wcale się nie boi. I rzeczywiście po tej wizycie stary Żak całkiem szybko wyzdrowiał. Na co dzień był umęczony nadopiekuńczością dużo młodszej żony, fochami synowej i grymasami dwóch córek. Na szczęście synowa zaraz wyjechała, a i starsza z córek, Agata, musiała udać się do teściów, bo coś się tam stało. Razem z młodymi kobietami wyjechała też część dzieci, a w domu zrobiło się zdecydowanie spokojniej. Stefania zdawała sobie sprawę, że jest lekiem dla stryja i było jej miło.
Stryj Stefan – czyli Bela – był kropka w kropkę jak zmarły już brat Edward Żak, czyli ojciec Stefanii. Z całego rodzeństwa oni dwaj zawsze trzymali się razem. Stefania nie przypominała sobie ani jednej sprzeczki między ojcem a stryjem. Ona też miała taki ugodowy charakter. Nie można powiedzieć, że ciotka Basieńka wściubiała nos między braci, ale z całą pewnością wolałaby, aby ich zażyłość nie była aż tak silna. Bo co tu dużo gadać – była na trzecim miejscu po dzieciach i po szwagrze.
Tymczasem Hania „popłynęła” opowiadając o ostatnich odwiedzinach syna z rodziną. I ni z tego, ni z owego zakończyła opowieść krótkim „zakochałam się”. Przekazała informację w takiej samej tonacji jak całą wypowiedź. Gdyby mówiła dalej – może wiadomość nawet umknęłaby uwagi Stefanii. Ale Hania zamilkła. Znieruchomiały też jej ręce, do tej pory ciągle czymś zajęte – poprawianiem obrusa, bawieniem się widelczykiem, kręceniem kieliszka. Stefania, która właśnie wstała, aby dolać wina, na dwie sekundy zamarła w bezruchu, ale potem uśmiechnęła się szeroko i złożyła gratulacje.
- To chyba dobrze. Jeszcze raz gratuluję! To miłość z wzajemnością, prawda?
- Prawdę powiedziawszy nie wiem. Zakochałam się w facecie z internetu, z Facebooka. A czy jego zdjęcia są prawdziwe? Nie wiem. Tak jak nie wiem, czy pisze o sobie prawdę. To może być od początku jedno wielkie, totalne kłamstwo!
- Dobrze, że masz tego świadomość. A co sprawiło, że się tak zakochałaś? - Stefania wreszcie napełniła kieliszki i usiadła.
- Jego słowa. Zaczarował mnie słowami. A ja nie mogę się od tego uwolnić. Wcale nie chciałam takiego zadurzenia. Ale każdego dnia to szło głębiej i głębiej.
- A kim on jest?
- Niemiec z polskim rodowodem. To znaczy nie do końca. Matka w połowie Niemka, w połowie Ukrainka, a ojciec Polak. On sam nazywa się Hans Grabiec. W domu wołali na niego Janek, tak po polsku. Sporo mi o sobie opowiadał, tylko czy to jest prawda? Czy to prawda? Nigdy nie przyłapałam go na kłamstwie. Był żonaty, ma dwoje dzieci, ale żona mu zmarła po jakimś strasznym poronieniu, chyba w wyniku wypadku. Nie miał ochoty na inną znajomość. Aż do czasu, gdy poznał mnie. Zobaczył moją fotkę gdzieś przypadkiem. W pierwszej chwili nic nie zrobił. A później zaczął mnie szukać, podobno zajęło mu to kilka tygodni. Zaprosił mnie do znajomych i tak się to zaczęło.
Stefania nie miała konta na Facebooku i nie wszystko, o czym mówiła Hania, rozumiała.
- Masz zamiar się z nim spotkać? - zapytała.
- Tak. Właśnie to mam na myśli. Zechciałabyś być moją przyzwoitką? Nie chcę sprowadzać go do domu. Na razie nie podałam swego adresu, choć już kilka razy o to prosił. Ale chcę zaaranżować spotkanie w Poznaniu albo w Krakowie czy Wrocławiu. Lepiej w Krakowie, bo lotnisko... On przyleciałby skądś ze świata.
- Zaraz. Chwileczkę. Muszę to przemyśleć. Obie musimy się zastanowić. Na razie jestem zaskoczona i zadziwiona! Opowiedz coś więcej. Jak można zakochać się nie znając człowieka? Nie rozumiem!
- Nie wiem, jak to się stało. Nie wiem. Pisaliśmy na czacie. Był bardzo miły. Zasypywał mnie cudownymi słowami. No i stało się.
- Masz jego zdjęcia?
Miała w telefonie kilkanaście zdjęć. Dwa na roboczo, chyba na statku, jedno na ośnieżonym stoku w kożuszku, inne na ulicy w płaszczu, dużo w garniturze w pomieszczeniach, jedno tylko w szortach nad wodą. Na dwóch dość wyraźne zbliżenie twarzy. Był przystojny, wysoki, przyciągał spojrzenie. Miał czarne włosy, brązowe oczy i bardzo ujmujący uśmiech. Z całą pewnością mógł się podobać każdej kobiecie.
- Niezłe ciacho! - zażartowała Stefania.
- Wiem. Jestem co do tego przekonana.
- Ile on może mieć lat?
- Mam wrażenie, że jest młodszy ode mnie. Jego syn ma dwadzieścia osiem lat. Widziałam jedenastosekundowy filmik jego syna, który jest muzykiem i tancerzem. Na filmie tańczył coś współczesnego. Cudownie się poruszał. Jakby nic nie ważył! Byłam zachwycona! Podobny do ojca. Tak mi się przynajmniej wydaje. Hans mówił, że też tak lubi tańczyć.
- Hans Grabiec. Dobrze zapamiętałam? Mówiłaś już coś swoim dzieciom?
- Nie! No coś ty? Na razie nie ma o czym mówić! Że stara matka zakochała się w obcokrajowcu? Przecież to wszystko może być jedna wielka lipa!
- Może najpierw porozmawiaj z nim na Skype. Zobacz, czy on to naprawdę on, ten facet ze zdjęć. Musisz się jakoś upewnić. A tak w ogóle to dobrze, że zdajesz sobie z tego sprawę, iż całość nie brzmi poważnie. Tego faceta najpierw trzeba wziąć pod lupę. Nie daj się mocniej porywać uczuciom, bo potem może być wielki płacz.
- Na razie myślę o nim całymi dniami. To jest okropne! Z jednej strony wiem, że jestem za stara na takie amory, ale z drugiej... Co ja mam zrobić? Powiedz. Co ja mam zrobić? Chodzę jak odurzona! Och, chciałabym, abyś mnie jakoś wyratowała! Na dobrą sprawę to wszystko jest bezsensowne! Jestem wściekła na siebie, że dałam się tak zauroczyć. Musiałam przyjechać do ciebie i opowiedzieć. Może mnie jakoś odczarujesz, albo przynajmniej dasz porządnie po głowie...
Hania duszkiem wypiła zawartość swojego kieliszka. Miała szeroko otwarte, przestraszone oczy. Stefania patrzyła na nią zatroskana. Co ona sama zrobiłaby w takiej sytuacji? Przede wszystkim by do niej nie dopuściła. Oczywiście, że to może być oszust. Ciągle się słyszy o naciągaczach w sieci. Ale jeśli akurat nie? Jeśli to jest ta jedyna prawdziwa miłość? Hani z mężem się nie układało... A ona sama i Marek – przecież przez długi czas byli tylko przyjaciółmi. Nawet mniej, niż przyjaciółmi...
Marek... Taka długa historia, która i tak okazała się zbyt krótką...
- Haniu, tak nie można. Ten facet to jest jedna wielka niewiadoma. Przecież to może być jakiś morderca albo zboczeniec. Psychol. Nic o nim nie wiesz. Jaki ma charakter, co lubi, jak często się wkurza albo pije wódkę. Ty masz dom. Może on tylko szuka jakiegoś przytuliska, bo teraz ma zły czas i chce przeczekać. Ale może też okraść cię. Albo i zamordować.
- Wiem, że masz rację, wiem – jęknęła Hania wbijając oczy w ziemię. - Idę jak mucha na lep... A co ty byś zrobiła na moim miejscu?
- Hm... Chyba bym powiedziała, że sprawy rodzinne nie pozwalają mi na utrzymywanie dalszego kontaktu, więc to jest pożegnanie, a on niech się już więcej do ciebie nie odzywa. Ale musiałabyś być w tym konsekwentna. Odciąć się od niego, zablokować, czy jak się to nazywa. Prawdziwa miłość jest piękna, ale tu nie masz żadnej pewności. W zasadzie nigdy się nie ma. Marek i ja...

c.d.n.
fot. Pixabay


wtorek, 11 stycznia 2022

WIELKA ZMIANA

 



Wielka zmiana - © Elżbieta Żukrowska

Zostawiła za sobą ostatnie oklaski,
światła rampy, woń kwiatów i blask.
Już nie pachną perfumy,
dłoń się nie chce przytulić
i zakryta jest droga do gwiazd.
Zostawiła za sobą 
lustra w ramach złoconych,
kreacje na wymiar,
puder, balsam i róż.
Tylko myśli o tamtym
nie podobna ominąć,
na nich nigdy nie osiądzie kurz.

Choszczno, 11.01.2022 r.
fot. Pixabay

poniedziałek, 10 stycznia 2022

WAZONIKI

 


Wazoniki - © Elżbieta Żukrowska

Kiedy miłość się kończyła
klękała bezradnie na zimnej podłodze,
a smuga światła ostrzyła jej profil,
ujawniając ślady łez.
Kilka dni później kupowała
niewielki wazonik.

Zawsze źle lokowała uczucia,
a potem serce jej zamarzało
aż do następnego razu.

Zbyt często przekraczała
bramę samotności,
by zawsze do niej wrócić,
nawet gdy zabrakło łez.

Ustawiała wazoniki na niewielkiej półce,
każdy miał swoje imię - jego imię.

Jej pamięć miała kształt wazoników.

Choszczno, 9.01.2022 r.
fot. Pixabay


niedziela, 9 stycznia 2022

SMAK POMARAŃCZY

 





Smak pomarańczy - © Elżbieta Żukrowska

Zamykam oczy
bo chcę na zawsze 
zatrzymać twoje słowa
- te o miłości
Niech nic nie zagłuszy
najmilszych czułości
a ty mów dalej
- choć przecież nie musisz
Zamykam oczy
bo wszystkie wyznania
są jak smak 
soczystych pomarańczy
więc mów mi dalej
niech wszystkie doznania
zostaną we mnie
- bo to twoi posłańcy

Choszczno, 9.01.2022 r.
fot. Pixabay

sobota, 8 stycznia 2022

NIE WARTO

 



Nie warto - © Elżbieta Żukrowska

Jest noc.
Drżące palce znów spadły na zimną klawiaturę.
Czarną.
Jak zapisać ten rozszemrany w głowie potok słów?
Czy warto?
Komu dziś nowe wiersze - to są chmury w górze.
Zajęcia dla wiatru.
Niepotrzebny głos.
Drżące palce - z zimna czy starości?
I czy można z naturą się droczyć?
Nie trzeba.
Co ma być - to będzie. A stare wartości
spłowiały w ostrym słońcu,
gdy owoc dojrzewał.
Cisza już.
Tylko słaby stukot klawiatury.
Te zapisane myśli - jaką mają wartość?
Czy nowe stanie się, czy tylko się przyśni?
Majaki myślowe.
I nadzieje podarte.

Choszczno, 8.01.2022 r.
fot. własne


piątek, 7 stycznia 2022

*** (Wzrok jest...)

 


*** - © Elżbieta Żukrowska

Wzrok jest pierwszy
potem myśli i czyny
zasypywanie pustych przestrzeni
i wytyczanie śmiałych ścieżek
Brzegi szeleszczą
skromnymi słowami
Nocne podchody
Przekraczanie nowych barier
Wiara Nadzieja i Miłość

Choszczno, 7.01.2022 r.
fot. własne


czwartek, 6 stycznia 2022

POCHÓD ZŁA




Pochód zła - © Elżbieta Żukrowska
 
Nic się nie dzieje, prócz smutków kilku.
Nie ma powrotu do jasnych senków.
Przyćmione światło, słońce dla wilków,
więc patrząc w niebo mówię "nie dziękuj".

Bo tu nadzieja jest oszroniona,
łza jak perełka wypadła z oka.
Mam zrezygnować z niezwykłych marzeń?
Kto wie, co jeszcze za rogiem czeka...

Nic nie czeka, czekać nie może.
To, co najlepsze, już się skończyło.
Szczególnie dobre. Zło się wygina
- do mnie jak w krzywym zwierciadle!

Spleśniałe smaki, zjełczałe wonie,
zgniłe i takie obleśne. Co ja tu robię?
Gdzie teraz jestem?
Tu nie da się wyzdrowieć!

Choszczno, 6.01.2022 r.
Fot. Pixabay


środa, 5 stycznia 2022

*** (Nowy rok...)

 





*** - © Elżbieta Żukrowska

Nowy rok, nowy dzień,
a wszystkie sprawy stare.
Pan idzie z psem,
pocztowy wóz
i drzwi banku otwarte.
Czasami deszcz
lub biały śnieg,
a stare zło nie mija.
I tylko dobro
- DLACZEGO TAK? -
głęboko się w ludziach kryje...

Choszczno, 4.01.2022 r.
fot. własne

wtorek, 4 stycznia 2022

*** (Wiosną księżyc...)

 





*** - © Elżbieta Żukrowska

Wiosną księżyc mamił blaskiem,
ty - swymi ustami.
Latem wcale nie pytając
wziąłeś mój aksamit.
A jesienią przepych liści 
tak mnie oszołomił,
że straciłam wiarę, wszystko,
prócz zmarzniętych dłoni.
Potem zima śnieżną suknią
okryła me wstydy.
Zrozumiałam - trochę późno -
to miłość na niby...

Choszczno, 3.01.2022 r.
fot. Pixabay

poniedziałek, 3 stycznia 2022

*** (Ta jedna mała...)

 



*** - © Elżbieta Żukrowska

Ta jedna mała gwiazdka ...
To ona prowadzi do mnie.
Przyjdź.
Nigdy nie będzie za wcześnie.
I nigdy nie da się zapomnieć.
Gdy wieczór już się rozmigocze,
kiedy z kominka strzeli iskra -
przyjdź - tu miłość cię otoczy.
Przyjdź - tu jest właśnie twoja przystań.

Choszczno, 2.01.2022 r.
fot. Pixabay


niedziela, 2 stycznia 2022

UMIERAM BEZ CIEBIE

 





Umieram bez ciebie - © Elżbieta Żukrowska

Zabrałeś ze sobą skrzydła naszej miłości.
I szept pełen najczulszych wyznań.
Zgasiłeś światło.
Umieram z tęsknoty za tobą.

Choszczno, 2.11.2021 r.
fot. Pixabay

sobota, 1 stycznia 2022

*** (Pisała liryczne wiersze...)

 


*** - © Elżbieta Żukrowska

Pisała liryczne wiersze
czekając na prawdziwą miłość.
Ale nie przyszła. 
Przydarzała się innym.
W jej włosy nie wpadał
zakochany morski wiatr.
Dla innych słońce świeciło długo,
zda się bez końca.
Ona miała bezgwiezdne noce
i serce tłukące się bezradnie, tęsknie, smutno.
Inne kobiety dostawały kwiaty
i bezmiar uczuć.
Ona miała wprawdzie nadzieję,
ale nie miała czym jej karmić... 

Choszczno, 16.10.2021 r.
fot. Pixabay


piątek, 31 grudnia 2021

SZEPTAŁEŚ, MÓWIŁEŚ, PROSIŁEŚ

 


Szeptałeś, mówiłeś, prosiłeś... - © Elżbieta Żukrowska

Szeptałeś "jestem" - a myśli biegły przez zielony las,
do źródeł potoku, który łagodnie szemrał.
Mówiłeś "kocham" - a ja ci wierzyłam,
bo kobiety tak łatwo wierzą nawet kłamliwym słowom.
Prosiłeś "czekaj" - czekałam bez końca,
wciąż ufna, choć już niecierpliwa.

Dziś wiem, że nie przyjdziesz.
Być może sam nie wiedziałeś, że kłamiesz...

W otwarte okno wpada chłodny wiatr.
Jesień niesie echo wybrzmiałej miłości.
Może nigdy nie umiałeś kochać?
Tęskne nitki babiego lata
czepiają się przekwitłych nawłoci.
Czy ja też tak staram się zaczepić?

Październik odpływa z babim latem.
Na niebie lśnią tysiące gwiazd,
ale żadna nie wróży mi szczęścia...

Choszczno, 16.10.2021 r.
Fot. Pixabay



czwartek, 30 grudnia 2021

ZŁA KARMA

 





Zła karma - © Elżbieta Żukrowska

Ona do niego biegła, ona na niego czekała
każdego dnia, a wieczorem bywało, że zapłakała...
Nocą patrzyła w gwiazdy - która to ta specjalna?
Lecz wbrew przepowiedni nie wróci miłość dawna.
Wytarła oczy chusteczką, zasznurowała serce -
nie chce już więcej kochać, żadnej miłości nie chce.
Ukryta w swoim pokoju nie przyzna się do zawodu,
a kiedy wyjdzie do ludzi - uśmiechnie się bez powodu.
Dostała mocno po nosie, bo niepotrzebnie ufała.
Po co do niego lgnęła? I po co darmo ufała...?

Choszczno, 10.10.2021 r.
fot. Pixabay

środa, 29 grudnia 2021

BRZYDKIE MYŚLI I PIĘKNA NADZIEJA

 



Brzydkie myśli i piękna nadzieja - © Elżbieta Żukrowska

Świat się kretyńsko zmienia na gorsze.
Posiwiałe głowy smucą się tym życiem.
Już nie dla nich wyścig po tę wielką forsę
- zmęczenie materiału - bez siły się sypiesz.

Poprawia poduszkę, byle lec południem.
niech odpoczną ręce, nogi, wreszcie całe ciało.
Pracowała uczciwie jak wczoraj, tak co dnia,
powinna protestować - dość już z siebie dała.

Może by tak obłoki oglądać na niebie,
pomyśleć o niebieskich migdałach troszeczkę,
pozwolić na relaks - tak zadbać o siebie,
nie myśleć o pracy, a iść na ławeczkę.

Magia marzeń... Same przyjemne spojrzenia.
Plany, które szybko obleką się w światło.
Nadzieje mające szansę na spełnienie.
Odpoczynek w cichości, chociaż nie jest łatwo.

Choszczno, 9.10.2021 r. 
fot. Pixabay


wtorek, 28 grudnia 2021

NA MOICH WŁOSACH...

 





Na moich włosach... - © Elżbieta Żukrowska

Na moich włosach motyl usiadł,
nie rusz, niech dalej lśni jak klejnot,
jak barwna brosza z kapelusza
i jak nadzieja, gdy jest ze mną.

We mnie. W sercu. W każdym oddechu.
Nadzieja, wiara, miłość - konieczne do życia.
Motylek ledwie usiadł, a ruszyła w pośpiechu
lawina dobrych myśli, gotowych nadzieją posypać.

Świat tylko czasem daje to, co ma najlepszego.
Często trzeba wydzierać pazurami dobro.
A przecież w nas tyle tęsknoty do tego,
co świetliste, miękkie, jedwabne jak szczodrość.

Wszystkim ludziom potrzeba pozytywnych uczuć,
one odsuwają gdzieś w przepaść nieszczęście.
A wtedy i złośliwość losu ginie w mrocznym buszu
i życie się staje piękniejsze, barwniejsze. 

Choszczno, 6.10.2021 r.
fot. z internetu

poniedziałek, 27 grudnia 2021

UWIERZYLIŚMY...

 





Uwierzyliśmy... - © Elżbieta Żukrowska

Uwierzyliśmy oboje, że to nasze chwile,
że jesteśmy tu dla siebie, że blisko i czule,
ale ludzkie złe języki to złowrogie szepty,
postawiły wrogie tamy, nieszczęście orzekły.

Zostałeś w moim sercu, jesteś w wielu myślach.
Bywa, że przychodzisz nocą - by się chociaż przyśnić.
Masz jak zawsze ciepłe ręce i spragnione usta.
To zupełnie tak jak moje - zbieżność w wielu punktach.

Potem łkam długo w poduszkę, moją powiernicę,
lecz nie wypowiadam głośno tych tajemnych życzeń.
A i serce, wciąż szalone, w piersiach się szamocze,
jest samotne, zalęknione, chwila, a wyskoczy!

Dni są trudne, bez pociechy, i nic się nie zmienia.
O nadziei nie pamiętam, znikąd pocieszenia.
Sen to tylko jest namiastka, myśli czarne płyną.
Były święta, była Gwiazdka, smutek pełznie dymem...

Choszczno, 13.12.2021 r.
fot. Pixabay

piątek, 24 grudnia 2021

POWIEM SPOKOJNIE...

 




Powiem spokojnie... - © Elżbieta Żukrowska

Powiem spokojnie - wcale nie rozpaczam,
kiedy mój partner na deszcz wychodzi.
A to dlatego, że zawsze wraca,
dziś albo jutro, za kilka godzin.

Bez niego nic się u mnie nie dzieje,
nie tylko umie trzymać za rękę,
przynosi kawę, cudnie się śmieje,
a pod prysznicem śpiewa piosenkę.

I chociaż gwoździ nie trzeba wbijać,
wiem, że potrafi poskręcać meble,
wytrzepie dywan, schody umyje,
zrobi zakupy w razie potrzeby.

Ja mu usmażę stos naleśników
albo golonkę zrobię prymową.
Wieczorem jestem - tak bez uników -
jego rozkoszną drugą połową.

O tym, że kocha - mówi mi rzadko,
ale nie musi tego słowami,
bo każda czynność staje na świadka,
ile uczucia jest między nami. 

Choszczno, 19.12. 2021 r.
fot. Pixabay

czwartek, 23 grudnia 2021

POCZEKAMY - ZOBACZYMY

 





Poczekamy - zobaczymy - © Elżbieta Żukrowska

Przyszedł wieczór, więc czarujesz,
całując mnie przy tym czule.
Obiecujesz, że już z rana
zadziałasz bez przynaglania.
Nie tylko wyrzucisz śmieci
i śniadanie zrobisz dzieciom.
Powycierasz z szafek kurze,
by odciążyć mnie na dłużej.
Ścierką będziesz dzielnie machał,
stare pudła na dół tachał,
tu pomożesz, tam przytrzymasz,
od grymasów się powstrzymasz.
Wyszorujesz też łazienkę,
niechaj cała pachnie pięknie.
Tak szeptałeś czule, mile,
całując mnie przy tym w szyję.

A ja na to - mój kochany,
gdy dom będzie już zadbany,
ja spokojna, wypoczęta,
to otworzę swe rączęta.
Gdy już spełnisz obiecanki
chętnie wpuszczę cię do bramki.
Jednak teraz się nie spinaj,
zobaczymy, czy dotrzymasz. 

Choszczno, 22.12.2021 r.
fot. własna

środa, 22 grudnia 2021

WIARA CZYNI CUDA

 





Wiara czyni cuda

Będę zdrowa będę szczęśliwa
będę kochana i zakochana
dóbr materialnych jakoś nie pragnę
lecz własny domek nawet dość marny...
i jeszcze autko zawsze na chodzie
i bez debetu  życie na co dzień
wieczorkiem chętnie kropelkę wina
potem sen długi i wypoczynek
aby ten nowy a jasny dzionek
przyniósł marzenia szybko spełnione

Zatem od wiary dużo zależy.
Tymczasem...

Dość mam zmywania brudnych talerzy
dość tych zakupów w zbyt ludnych sklepach
no i przecieka mi toaleta
Jakaś się dziura w bucie zrobiła
wszystko bez sensu - bolesny wymiar

Jakby nie patrzeć - forsa potrzebna
nie na frykasy i meble z drewna
ale na zwykłe życie bez troski
tymczasem bywa skaranie boskie
i te problemy już mnie przerosły
Jest "słony" pasztet - byle do wiosny
Lecz prawda taka - nie ma co ściemniać -
wiosna nie będzie nic uprzyjemniać
A wniosek z tego dość smutny płynie 
(ale rym się zgubił) -
"jak się nie ma co się lubi
tu się lubi co się ma"
Kiedy szczęście się zagubi
w garnku pusto w oku łza 

Choszczno, 20.12.2021 r.
fot. własna
Jeszcze parę garści cebuli zostało.... :)

wtorek, 21 grudnia 2021

BĘDĘ ZAKOCHANA

 





Będę zakochana... - © Elżbieta Żukrowska

Pospiesznie i bez mojej zgody
znów jesteś w zagmatwanych myślach.
Tak wiele wątków! Niewygodnych...
Nic nie odrzucam - niech się wyśnią.

Często przegrywam roniąc łezki,
bo stojąc w lustrze szukam cienia.
Twojego cienia - smugi, iskry.
Wszystko daremnie - ciebie nie ma.

A mimo tego gdzieś nadzieja
chce, bym wierzyła - będzie zmiana.
Powrócisz tu. Wszystko posklejasz.
Ja dalej będę zakochana.

Choszczno, 20.12.2021 r.
fot. z internetu

poniedziałek, 20 grudnia 2021

MIĘTA NA CAŁE ŻYCIE

 



Mięta na całe życie - © Elżbieta Żukrowska

Stoisz długo przed lustrem i szorujesz zęby...
Później przyjemnie pachniesz "zimną" miętą. 
To mi coś przypomina... Tamte lato, kiedy
siedziałam w lesie spłakana z poranioną piętą. 

Nie było liści babki, za to dzika mięta,
którą tak troskliwie ranę okładałeś.
Obciąłeś swą skarpetkę, by ten opatrunek
trzymał pachnące listki, nieco uciskając.

Nad nami las szumiał i śpiewały ptaki,
kukułka długie życie obojgu wróżyła.
Dołem kwitły zawilce, dalej malin krzaki,
obiecałeś nazbierać, gdy przyjdzie ich chwila. 

Lecz jakoś nigdy tam nie wróciliśmy,
nie zrywaliśmy malin ani poziomek. 
Za to wspólną drogę długą odbyliśmy - 
czterdzieści lat minęło, tak jak jeden dzionek...

Stoisz długo przed lustrem...

Choszczno, 19.12. 2021 r.
fot. Pixabay

niedziela, 19 grudnia 2021

ŚWIĘTA Z MIŁOŚCIĄ

 


Święta z miłością - © Elżbieta Żukrowska

"Żyj chwilą" - powiadasz, chociaż mroźne cienie
ścigają po niebie ponure obłoki.
"Żyj chwilą" - przecież ciągle nie wiesz
jakie jutro dla ciebie, i życia uroki.
"Żyj chwilą" - zapal światła i ustrój choinkę.
Magia Świąt się zaczęła, a ma chwilę ledwie.
Malutką chwileczkę... bo ona zanika
wraz z zapachem świerczka, makowca, piernika,
wraz z lśnieniem bombeczek.
Póki możesz - żyj tą świąteczną chwilą,
oczu nie zamykaj, kochaj całym sercem.
Nawet będąc w przedświątecznym biegu
nie ustawaj w miłości, do niej bliskich przebudź.
Święta to wysiłek dla całej rodziny,
a warto zawalczyć o dobre nastroje.
Są tylko raz w roku, więc niech nam nie ginie
tradycja z kolędą i opłatkiem przy stole.
W ten dzień trzeba włożyć odświętną sukienkę,
a panowie - krawat do jasnej koszuli.
Ktoś z rodziny pstryknie pamiątkowe zdjęcie,
by uwiecznić ten moment,
w którym razem żeśmy byli,
śpiewaliśmy i w oczy patrzyli.
Z miłością.

Choszczno, 18.12.2021 r.
fot. z internetu


piątek, 17 grudnia 2021

ZE MNĄ BĄDŹ

 





Ze mną bądź - © Elżbieta Żukrowska

Jeszcze na chwilę daj mi swoje ręce - 
ja je rozgrzeję w moich ciepłych dłoniach.
Ty zamknij oczy i zanuć piosenkę,
wiem, me kochanie, żeś dziś roztargniona.

Ja twoje smutki natychmiast odsunę,
w moich ramionach znajdziesz ukojenie.
Świat się nie kończy, więc się dłużej nie truj,
przecież spokojem z tobą się podzielę. 

Twoje serduszko już spokojniej bije,
oddychaj głębiej, tu jesteś bezpieczna. 
Oprzyj policzek na moim ramieniu,
powiedz, że dobrze, nie bądź dłużej smętna.

Choszczno, 17.12.2021 r.
fot. z internetu

czwartek, 16 grudnia 2021

POCAŁUNEK W CZOŁO

 



Pocałunek w czoło - © Elżbieta Żukrowska

Wierzy, że pokocha... Może już kocha?
Całuje ją w czoło i bierze na ręce.
Jest atłasowa pościel lub wygodna sofa.
A dziewczynie z piersi chce wyskoczyć serce.

Ręce drżą, usta szukają warg czułych.
Pocałunek w czoło teraz o wiele za mało. 
Sama bliskość mężczyzny, napięte muskuły
rozpalają pospiesznie słabe nagle ciało.

Lecz on się wcale do zbliżeń nie śpieszy.
Oswaja ze sobą i uczy pragnienia.
Delikatnym dotykiem jak nadzieją cieszy,
choć sam rozpalony do krwi swojej wrzenia.

Przecież nie przynagla, a raczej łagodzi.
Uspokaja dziewczęce rozedrgane ciało. 
Pocałunek w czoło na pewno nie zwodzi,
poświadcza szacunek, dbałość lub może nieśmiałość.

Choszczno, 16.12.2021 r.
fot. Art. graphik


KSIĘŻYC I MÓJ KOCHANY

 





Księżyc i mój kochany - © Elżbieta Żukrowska

Dobranoc miła, chodź już spać,
wszak późna jest godzina.
Ale jak spać, gdy tysiąc gwiazd
swój taniec rozpoczyna?

Kochanie chodź, poduszka jest
zmęczona tym czekaniem. 
Lecz jak tu spać, gdy nowy blask
zasłonkę chce przełamać?

Księżyc na niebie jasno lśni,
pełnia - sen nie dla wszystkich.
A ty namawiasz - do mnie idź
bez ciebie wszak nie zasnę.

Księżyc powoli płynie w mrok
i drapie się po głowie.
Jakiś z daleka słychać krok,
ktoś inny spać nie może.

Kochana śpij, już czas na sen,
przytulę ciebie słodko.
O tak, mój miły, tego chcę,
choć księżyc patrzy w okno. 

Gdy się pochylasz do mych ust,
gdy słowa szepczesz czułe,
w twoich ramionach dla mnie są
te najszczęśliwsze chwile.

Choszczno, 15.12.2021 r.
fot. z internetu



środa, 15 grudnia 2021

WIECZORNE ROZWAŻANIA

 





Wieczorne rozważania - © Elżbieta Żukrowska

Minął czas patrzenia w oczy. 
Teraz tylko praca, praca.
Choć bym chciała to odwrócić - 
to ON tyłem się odwraca.

Cóż? Przyznaję się do winy:
zbrzydłam, za mocno przytyłam,
suknie szare, rajtki z klinem,
buty zwykłe, bo szpilki zgubiłam.

Wiadro, szczotka, jakieś miski,
jeszcze garnki i patelnie -
teraz taki mój świat wszystek.
Brzmi to smutno i mizernie.

Wcale już się nie zawzinam
i nie szukam wielkiej zmiany.
Dobrze, gdy w ciszy usypiam,
marudzeniem nie szarpana.

Czy ja marzę o miłości?
Cóż jest miłość? Zapomniałam...
Czasem książka, czasem gości,
ot, wytchnienia chwila miła.

Miłość? Bywa w książkach, filmach. 
Tak słyszałam i czytałam. 
Ale dla mnie taka chwila
już od dawna nie istniała.

Cicha przystań najważniejsza,
bez awantur i przemocy. 
Co przyniesie jutro? - Nie wiem.
Życie i tak się potoczy. 

Choszczno, 15.12.2021 r.
fot.  własne

poniedziałek, 13 grudnia 2021

ZA I PRZECIW

 



Za i przeciw - © Elżbieta Żukrowska

Znamy tę historię przybysza ze Wschodu.
Bezlitośnie czyni mordy wśród narodów.
Zdjęcia trumien, tragedie, brak leków na niego.
On radośnie się mnoży, zmienia kształt. Dlaczego?

Część ludzi się śmieje, większość rozpacz gnębi.
Oto sąsiad, wszak młody, a odszedł do cieni.
Wreszcie - hura! - szczepionka, nie całkiem skuteczna,
lepsza taka niż żadna! Szczepią - na razie bez dziecka.

A wirusik, cwaniaczek, ogromne ma żniwa.
Ta kuzynka umiera, tamta ledwie żywa...
Szczepić się, czy nie szczepić - wciąż szumi pytanie.
Ludzi pragną życia, więc nie brzmi banalnie.

Lecz - o dziwo! - część ludzi nie chce zaszczepienia,
wierząc, że są odporni, że ich się nie ima.
Maski wciąż na twarzach i zakazów fura,
ale "ja się nie zaszczepię, niepewna mikstura".

I dopiero gdy śmierć z bliska zajrzy w oczy,
buchną żale niewczesne i rozpacz się toczy.
Choć było się "anty", to się pragnie życia,
lecz dla wielu zbyt późno, bo już zgasła świeca.

Niestety, wirusa nawet srogi mróz nie rusza.
Nic mu pustynna burza, spiekota, czy susza.
Zaszczepieni z nadzieją, że jakoś przetrwają,
że chociaż najbliższych nie pozarażają. 

"Może się wykaraskam, mimo że choruję,
chyba z nieba łaska, bo się lepiej czuję".
A w przychodniach czekają z uśmiechem dziewczyny,
niech nie siedzą daremnie, gdy my w domach śpimy.

Zastrzyk - chwila niewielka, to drobne ukłucie
może dla ciebie znaczyć wiele - aż życie.
Pewien mój znajomy szczepił się nie będzie,
bo mu kolor skóry pozmienia się wszędzie... 

Głupota goni głupotę. Wciąż nowe wymysły,
a słowa zachęty jakoś nie rozbłysły. 
I pisz tu wiersze o antyszczepionkowcach,
skoro żaden z nich nie wie, że jest czarną owcą.

Choszczno, 11.12.2021 r. 
fot. Pixabay

niedziela, 12 grudnia 2021

PIES I PAN

 





Pies i pan - © Elżbieta Żukrowska

Wyszedł pan na spacer, a pies go prowadzi,
bo ten pan to już dziadek, trzeba go pilnować.
Stąpa bardzo ostrożnie, ledwie sobie radzi,
na szczęście psisko mądre, można nań rachować.

Nie wyprzedza pana, nie napina smyczy,
czasem tylko drzewo znaczy swoim śladem.
Pan to dobry człowiek, dzieli się zdobyczą
- smacznym kąskiem ze sklepu i swoim obiadem.

Teraz pies uważa, bo chodniki śliskie,
chociaż ktoś tu piasku garstkę na nie rzucił.
Lecz śnieg ciągle z nieba, przysypuje wszystko,
a upadek pana bardzo by psa smucił.

Zatrzymał się przy ławce - może pan usiądzie,
ale gdzież tam - jest zimno, cała ławka w śniegu,
szurając butami pan dalej wędruje,
zwolnił psa ze smyczy, zachęca do biegu.

Pies trzy razy przyniósł rzucony mu patyk,
jednak woli zostać blisko nogi pana.
Chętnie by pohasał, lecz stróż z niego mądry,
załatwił swoje potrzeby i już się nie oddala. 

Choszczno, 12.12.2021 r.
fot z internetu

JEŚLI UKOŁYSZESZ

 



Jeśli ukołyszesz - © Elżbieta Żukrowska

Gdy kołysać będziesz,
gdy zamkniesz naszą ciszę, gdy całując ręce
będziesz szeptał swą czułość - delikatne słowa...
Wiem, mój drogi, pamiętam - tak byś mnie całował,
jak kiedyś to robiłeś, jak nadal to robisz,
i otwierasz niebo, w cudowności zdobisz...
A ja cię kocham bardzo, to aż nie przystoi,
by z takim oddaniem ja tak do ust twoich,
do ramion, do bliskości...
Powstaje poemat o naszej miłości.
Może to tak trzeba, by
wikłając się w miłość i wielkie oddanie,
szeptać zostań do świtu, zostań.
Czy dla mnie zostaniesz?

Choszczno, 12.12.2021 r.
fot. desert rose

czwartek, 9 grudnia 2021

TEN GRUDZIEŃ COŚ MI PRZYPOMINA

 





Ten grudzień coś mi przypomina... - © Elżbieta Żukrowska

Skrzypiały kroki w ostrym mrozie,
słońce się skrzyło w białym puchu,
dzieci na sankach, a na łozie
zmarznięty wróbel tkwił bez ruchu.

Dzwonki dźwięczały kiedy konie
w radosnym pędzie przed saniami.
Choinki w oknach, bombki na nich,
kuchnie pachniały piernikami.

Później garść siana pod obrusem,
na nim talerzyk z opłatkami,
zaintonował ktoś kolędę,
śpiewali wszyscy, choć niezgrani.

Może nie było tam prezentów
i pomarańczy nikt nie kupił,
a miłość rosła z serdeczności -
i takie święta ja pamiętam.

Choszczno, 9.12.2021 r.
fot. własne

środa, 8 grudnia 2021

DZIĘKUJĘ ŻE JESTEŚ


 





Dziękuję że jesteś - © Elżbieta Żukrowska

Usypiam z głową na twojej piersi
w ciepłym objęciu miłości
najlepsze miejsce dla odpoczynku
lubię się tu umościć

Twoje ramiona to bezpieczeństwo
i czułość nade wszystko
a ja spragniona jestem zawsze
i bardzo lubię być tak blisko

Noc szary świt lub dzień w rozkwicie
ja czerpię z ciebie siły do życia
jak tlen ożywczy dziś dla mnie jesteś
nawet nie musisz kochać goręcej

Ochroń przed ludźmi 
nie chcę szarpaniny
domysłów szeptów i wrogich spojrzeń
Osłoń mnie proszę
bez ciebie ginę
i już na zawsze tak ze mną zostań

Choszczno, 8.12.2021 r.
fot. art.graphiK




wtorek, 7 grudnia 2021

W MYŚLACH...

 





W myślach... - © Elżbieta Żukrowska

W myślach jest wiersz -
samotny przemytnik nadziei
na skromną miłość
która czasem łzą się mieni

i wśród cichych akordów
niezwykłej muzyki
oczekuje kolorów
drżących ozdobników

Jest wiersz - samotny podróżnik
przemytnik nie gasnącej
tęsknoty ostrożnej

Zadumana dziewczyna
w zapomnianych wierszach
odnajduje słowa
tej miłości pierwszej

Ale jest i ostatnia
a w zasadzie będzie
gdy w zamkniętych oknach
zgaśnie świecy grzebień 

Choszczno, 7.12.2021 r.
fot. własne

sobota, 4 grudnia 2021

MELANCHOLII POWIEW

 





Melancholii powiew - © Elżbieta Żukrowska

Już zapomniałam, jak się wiersze pisze...
Co z interpunkcją? Gdzie piękne przenośnie?
Dziś w mojej głowie taka dziwna cisza...
Czy magia Pegaza jeszcze kiedyś dotknie?

Czy zza firanki, zza deszczowej szyby, 
wykwitnie znowu bukiet świeżych frezji?
Czy zapach kwiatów mój umysł ożywi
i poprowadzi prosto w świat poezji?

Cisza i spokój. Rankiem zapach kawy.
Czasami wiersze znajomych, przyjaciół.
Tak pięknie wszyscy piszą... A ja... nie ma obawy,
może gdy wystukam, to muza wybaczy...

Że niepięknie, nieskładnie, że nigdy na szczytach,
że słowa zwyczajne, bez zawrotnych wirów.
Bo i życie moje zwyczajne, bez plątania w mitach,
toczy się wolno po równi pochyłej.

Choszczno, 4.12.2021 r.
fot. własne

poniedziałek, 29 listopada 2021

*** (Przebiegnę nocą...)

 


*** -  © Elżbieta Żukrowska

Przebiegnę nocą tysiąc dróg
aniołom będę bielić skrzydła
i z gwiazd pozbieram wszystek blask
ale i tak nie będę twoja
Wypłaczę rzekę trudnych łez
zdobędę to co niemożliwe
ale i tak rozpadnie się 
nadzieja na prawdziwą miłość
Otworzę dłonie zamknę serce
prawdopodobnie też oślepnę
ale to nie zatrzyma mgły
zabłądzę w niej nim spotkam ciebie

Choszczno, 29.11.2021 r.
fot. Pixabay

poniedziałek, 8 listopada 2021

O, MÓJ MIŁY PANIE!





O, mój miły panie! - © Elżbieta Żukrowska

Nie dałeś gwiazdki z nieba, a ja nie mam siły.
Pewnie dłużej nie będziemy razem się bawili!
Kwiatki już przekwitły, wieńca wić nie będę,
może tylko bliżej koło ciebie siądę. 
potrzymasz mnie za rączkę, ja zajrzę ci w oczy,
będę cię podziwiała, bo jesteś uroczy.
Dla ducha pogody zaserwuję herbatkę,
na dworze zimno, nie trzeba ochłody.
Soczek malinowy do herbatki wleję,
będzie nam pachniało, buzia się zaśmieje. 

Lecz ty kręcisz nosem na mą propozycję.
Wiem, już sobie znalazłeś inne dziewczę. Śliczne.
Do niej chcesz w pośpiechu, już zakładasz buty.
A ja tu zostaję i to z miną strutą.
Nie, płakać nie będę. A ledwie wylecisz
powrzucam twoje rzeczy do worka na śmieci. 
Posprzątam mieszkanie i lustro umyję,
by w nim nie było twej twarzy na malutką chwilę.
Wszystkie dobre wspomnienia zamknę w puzdereczku -
to na stare lata - i schowam w biureczku.
A złe na śmietnik natychmiast wymiotę
i tak zakończę tę trudną robotę. 

Choszczno, 8.11.2021 r.
fot. z internetu