Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
piątek, 6 lipca 2018
STARE I NOWE
Stare i nowe...
Nie mam ci nic do powiedzenia,
trudno wojować o minione,
na miedzy kiedyś grusza była,
teraz już jest wykorzeniona...
Wiosną do lasu szła pasterka,
miała nie więcej niż pięć gąsek,
dziś wielkie stada za siatkami,
gęsiarka zaś na rurze pląsa...
Na rynku Żyd, co Mośkiem zwany,
handlował każdą jedną rzeczą,
dziś stoją tam "amerykany",
w których i anyż też znajdziecie.
"Się porobiło - jęknie Kzmirz -
czas się odmierza ewolucją".
I choć najlepiej to nie zabrzmi
- czasem najprościej jest przykucnąć...
© Elżbieta Żukrowska 28.06.2018.
fot. z internetu
sobota, 24 września 2016
Jak to pewnego dnia było - 7 -SPACEROMANIA
Zdarzyło się naprawdę 7- SPACEROMANIA
Dzień za dniem i nagle się okazuje... że nic ode mnie nie zależy.
Dzień za dniem i nagle się okazuje... że nic ode mnie nie zależy.
Gdy jestem w kuchni, coś tam szykuję, kroję, pichcę - słowa opowiadania płyną w myślach całkiem wartką rzeczką. Wystarczy, że zbliżę palce do klawiatury - już uciekły, pierzchły tak pospiesznie, że nawet ich nie pamiętam. Opowiadanie sączy się powolnie, a nie umiem odtworzyć tego, co mi w tej kuchni mignęło ekspresem... To znaczy ciągle wiem, o czym chciałam opowiedzieć - jednak nie brzmi to już tak dowcipnie. Zaczynając od początku powinnam powiedzieć głośno i wyraźnie:
ODZYSKAŁAM WOLNOŚĆ
Spacerkiem wędruję uliczkami miasta. Zatrzymuję się, by złapać głębszy oddech. Odkrywam nowe sklepy! Nie miałam pojęcia o ich istnieniu! I co najdziwniejsze - nie spotykam znajomych... Myślę o tym z niepokojem. Gdzie się podziali? Przecież zawsze miałam ich dużo. Na krótkim odcinku było kilka "dzień dobry", a teraz wcale... Czyżbym nie rozpoznawała ludzi? Albo oni mnie? Coś się wydarzyło? O czymś nie wiem? W sklepach też nie jestem rozpoznawana... Dziwne...
Zamieniam uliczki na park. Gdyby nie kaczki, które można obserwować z ciekawością - a zawsze coś się tam dzieje - też wiało by nudą. Mało ludzi. Starszych pań nie ma wcale. Panowie dokarmiający kaczki chlebem, grupa przedszkolaków na marudnym spacerku. Pierwsza i ostatnia para ustrojone w odblaskowe kamizelki. Oczywiście dwie panie do opieki nad niewielką gromadką. Kilka młodych osób z kijkami do chodzenia - szybki krok, równe, mocne tempo. Obserwuję to z pewnym zdumieniem, nawet zaskoczeniem - to nie są grupy, tylko pojedyncze, samotne zmagania. W gruncie rzeczy przyszłam do parku by swobodnie popisać, ułożyć początek, może cały pierwszy rozdział. Jednak pochłonęła mnie obserwacja. No i ptaki. Tak pięknie śpiewają! Nie chcę wyłączyć się dla innych czynności. Pisać mogę przecież w domu.
Na inny spacer wybrałam tzw. czerwone boisko - to znaczy zielone miejsce najbliżej mego mieszkanka. Zabrałam ze sobą wiersze Kazimierza N. - jest w nich tak wiele spokoju! Myślę, że są mi najbliższe. Pewnie mogłabym sama tak napisać. Podobne zwroty i sformułowania. Jednakowo układające się myśli. Prawie. To "prawie" powoduje, że wiersze napisał Kazimierz. N., a nie ja... No tak - przecież nie umiem tak miękko i ciepło... Od razu po otrzymaniu tomiku przeczytałam go ciurkiem dwa razy. Od tego czasu upłynęło kilka miesięcy... Jeśli dobrze pamiętam - były tam i "krzyczące" wiersze - ale dużo łagodniejsze niż bywa mój wierszowy krzyk. Teraz smakuje wiersze Kazimierza powoli. Delektuję się nimi. Ogromnie żałuję, że nie mogę być na Jego spotkaniu autorskim... te odległości...
Deszcz położył kres spacerom. Ale nie narzekam. Mam tak obolałe stopy, że nie gardzę przypadkowym wypoczynkiem. Konieczny jest masaż stóp - nie lubię, jednak robię. I czekam na lepszą pogodę. Mam też czas na czytanie. Na ekranie - wiersze, a jeśli książka papierowa - to proza. Poza tym trochę się uczę. Samodzielne wyszukiwanie informacji w internecie przychodzi mi z trudem - nie poddaję się, bo to jedyna dla mnie w tej chwili droga do koniecznych wiadomości. I tak przydał by się mentor, ktoś w realnym świecie, co by ostro (ale i życzliwie) ocenił moje postępy w tej utajnionej (póki-co) dziedzinie. W każdym razie o nudzie, mimo deszczu, nawet mowy być nie może! Gorzej - gdzieś wysoko nad głową czasem popłakuje dziecko, takie małe, albo szczeka pies. Odgłosy w naturalny sposób odrywają mnie od pracy. Dzieckiem się martwię i psa też na swój sposób przeżywam.
Dobrze iść na spacer... a czasem w konkretne miejsce z góry zakładając, że będzie to czas na kontemplację, na modlitwę, na wyciszenie... W nozdrza się wkrada jedyny w swoim rodzaju zapach kadzidła, znajomo pobrzękują dzwoneczki, organy brzmią niewypowiedzianym pięknem... Przez kolorowe witraże wpada uśmiechnięte słońce i dość figlarnie kładzie barwne plamy na włosach i ubraniach ludzi lub na jasnych kostkach posadzki. Z obrazu patrzy Jezus - dobrymi, kochającymi oczami. Trzy ornaty pobłyskują w migotliwym słońcu - to wiatr porusza gałęzie wysokich drzew rosnących tuż przy murze kościoła. Jest we mnie cichutki spokój - to po niego tu przyszłam...
Choroba zatrzymuje mnie w domu... To już ponad tydzień. Przykra sprawa. Jednak dziś po południu będę u specjalisty, który orzeknie, co dalej.
Na szczęście - nie szpital. Kuruję się w domu. Nudnawo. Dobrze, że mam internet. Za dwa dni skończą się nudy i będę miała pełne ręce roboty. Aż się boję, czy osłabiona trzecim już antybiotykiem sprostam wyzwaniu. Po prawdzie nie mam innego wyjścia. Ale i pomocnika brak...
Wydaje się, że gdy towarzyszy mi pogodny nastrój - wiersze omijają mnie tzw. szerokim łukiem. Czyżbym mogła pisać tylko wtedy, gdy łza pod powieką? Właśnie ostatnio mam dużo uśmiechu na twarzy - i to mimo choroby. Wczoraj i dziś towarzyszy mi złudzenie niedzieli. Takie uporczywe.
Dopisuję tu zdanie po zdaniu od dłuższego już czasu - i chyba pora pomyśleć o zakończeniu. Wstrzymam się jeszcze do zakończenia choroby... ale ona na razie ani myśli ustąpić! Jutro będą pełne dwa tygodnie... A w aparacie czekają jakieś zapomniane zdjęcia - trzeba je tu dodać... Ba! Właśnie baterie uległy wyładowaniu...
© E. Żuk. wrzesień 2013.
Zamieniam uliczki na park. Gdyby nie kaczki, które można obserwować z ciekawością - a zawsze coś się tam dzieje - też wiało by nudą. Mało ludzi. Starszych pań nie ma wcale. Panowie dokarmiający kaczki chlebem, grupa przedszkolaków na marudnym spacerku. Pierwsza i ostatnia para ustrojone w odblaskowe kamizelki. Oczywiście dwie panie do opieki nad niewielką gromadką. Kilka młodych osób z kijkami do chodzenia - szybki krok, równe, mocne tempo. Obserwuję to z pewnym zdumieniem, nawet zaskoczeniem - to nie są grupy, tylko pojedyncze, samotne zmagania. W gruncie rzeczy przyszłam do parku by swobodnie popisać, ułożyć początek, może cały pierwszy rozdział. Jednak pochłonęła mnie obserwacja. No i ptaki. Tak pięknie śpiewają! Nie chcę wyłączyć się dla innych czynności. Pisać mogę przecież w domu.
Na inny spacer wybrałam tzw. czerwone boisko - to znaczy zielone miejsce najbliżej mego mieszkanka. Zabrałam ze sobą wiersze Kazimierza N. - jest w nich tak wiele spokoju! Myślę, że są mi najbliższe. Pewnie mogłabym sama tak napisać. Podobne zwroty i sformułowania. Jednakowo układające się myśli. Prawie. To "prawie" powoduje, że wiersze napisał Kazimierz. N., a nie ja... No tak - przecież nie umiem tak miękko i ciepło... Od razu po otrzymaniu tomiku przeczytałam go ciurkiem dwa razy. Od tego czasu upłynęło kilka miesięcy... Jeśli dobrze pamiętam - były tam i "krzyczące" wiersze - ale dużo łagodniejsze niż bywa mój wierszowy krzyk. Teraz smakuje wiersze Kazimierza powoli. Delektuję się nimi. Ogromnie żałuję, że nie mogę być na Jego spotkaniu autorskim... te odległości...
Deszcz położył kres spacerom. Ale nie narzekam. Mam tak obolałe stopy, że nie gardzę przypadkowym wypoczynkiem. Konieczny jest masaż stóp - nie lubię, jednak robię. I czekam na lepszą pogodę. Mam też czas na czytanie. Na ekranie - wiersze, a jeśli książka papierowa - to proza. Poza tym trochę się uczę. Samodzielne wyszukiwanie informacji w internecie przychodzi mi z trudem - nie poddaję się, bo to jedyna dla mnie w tej chwili droga do koniecznych wiadomości. I tak przydał by się mentor, ktoś w realnym świecie, co by ostro (ale i życzliwie) ocenił moje postępy w tej utajnionej (póki-co) dziedzinie. W każdym razie o nudzie, mimo deszczu, nawet mowy być nie może! Gorzej - gdzieś wysoko nad głową czasem popłakuje dziecko, takie małe, albo szczeka pies. Odgłosy w naturalny sposób odrywają mnie od pracy. Dzieckiem się martwię i psa też na swój sposób przeżywam.
Dobrze iść na spacer... a czasem w konkretne miejsce z góry zakładając, że będzie to czas na kontemplację, na modlitwę, na wyciszenie... W nozdrza się wkrada jedyny w swoim rodzaju zapach kadzidła, znajomo pobrzękują dzwoneczki, organy brzmią niewypowiedzianym pięknem... Przez kolorowe witraże wpada uśmiechnięte słońce i dość figlarnie kładzie barwne plamy na włosach i ubraniach ludzi lub na jasnych kostkach posadzki. Z obrazu patrzy Jezus - dobrymi, kochającymi oczami. Trzy ornaty pobłyskują w migotliwym słońcu - to wiatr porusza gałęzie wysokich drzew rosnących tuż przy murze kościoła. Jest we mnie cichutki spokój - to po niego tu przyszłam...
Choroba zatrzymuje mnie w domu... To już ponad tydzień. Przykra sprawa. Jednak dziś po południu będę u specjalisty, który orzeknie, co dalej.
Na szczęście - nie szpital. Kuruję się w domu. Nudnawo. Dobrze, że mam internet. Za dwa dni skończą się nudy i będę miała pełne ręce roboty. Aż się boję, czy osłabiona trzecim już antybiotykiem sprostam wyzwaniu. Po prawdzie nie mam innego wyjścia. Ale i pomocnika brak...
Wydaje się, że gdy towarzyszy mi pogodny nastrój - wiersze omijają mnie tzw. szerokim łukiem. Czyżbym mogła pisać tylko wtedy, gdy łza pod powieką? Właśnie ostatnio mam dużo uśmiechu na twarzy - i to mimo choroby. Wczoraj i dziś towarzyszy mi złudzenie niedzieli. Takie uporczywe.
Dopisuję tu zdanie po zdaniu od dłuższego już czasu - i chyba pora pomyśleć o zakończeniu. Wstrzymam się jeszcze do zakończenia choroby... ale ona na razie ani myśli ustąpić! Jutro będą pełne dwa tygodnie... A w aparacie czekają jakieś zapomniane zdjęcia - trzeba je tu dodać... Ba! Właśnie baterie uległy wyładowaniu...
© E. Żuk. wrzesień 2013.
piątek, 26 sierpnia 2011
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
FACETOM WSTĘP WZBRONIONY !!! --- JARZĘBINA CZERWONA - SŁAWA PRZYBYLSKA
Słucham Sławy Przybylskiej i... się rozmarzyłam... Ale akurat tu nie będę opowiadać o moich marzeniach. Opowiem o tym, co się zdarzyło.
Mieszkałam w innym miasteczku. Miałam innych przyjaciół. Basia była u mnie prawie codziennym gościem - jak nie pracowałam. Początek lat siedemdziesiątych. Przybiegała do mnie w czasie pracy na kawkę i coś słodkiego. Mieszkała pod miasteczkiem. Całą rodziną chodziliśmy w jej stronę na niedzielne spacery. Tak to było.
Aż przez kilka dni pod rząd Basia nie przyszła. Zaniepokoiłam się, ale nie za bardzo. Po za tym byłam ogromnie zajęta. Miałam małe dziecko, uczyłam się jak szalona i ... pisałam swoją powieść życia. O wielkiej i (obowiązkowo!) nieszczęśliwej miłości. Dobijałam do końca. Właśnie uśmierciłam skrzypka z filharmonii - zmarł na gruźlicę, a jego cudna żona odchodziła od zmysłów i serce pękało jej z bólu - wszystko na raz. Fabuła straszliwie banalna, ale takie są fakty.
Dziecko właśnie w południe usnęło, a ja spłakana niemożebnie - wszak za każdym razem, do dziś, przeżywam ogromnie mocno każde moje pisanie i tuzin chusteczek muszę mieć w pogotowiu, a tu stuk-puk do drzwi (małe dziecko, nie wolno dzwonić!) - Basia!!! Chwilę się wzajemnie wypytujemy.
ZBIEŻNOŚĆ
Aż przez kilka dni pod rząd Basia nie przyszła. Zaniepokoiłam się, ale nie za bardzo. Po za tym byłam ogromnie zajęta. Miałam małe dziecko, uczyłam się jak szalona i ... pisałam swoją powieść życia. O wielkiej i (obowiązkowo!) nieszczęśliwej miłości. Dobijałam do końca. Właśnie uśmierciłam skrzypka z filharmonii - zmarł na gruźlicę, a jego cudna żona odchodziła od zmysłów i serce pękało jej z bólu - wszystko na raz. Fabuła straszliwie banalna, ale takie są fakty.
Dziecko właśnie w południe usnęło, a ja spłakana niemożebnie - wszak za każdym razem, do dziś, przeżywam ogromnie mocno każde moje pisanie i tuzin chusteczek muszę mieć w pogotowiu, a tu stuk-puk do drzwi (małe dziecko, nie wolno dzwonić!) - Basia!!! Chwilę się wzajemnie wypytujemy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
