poniedziałek, 3 października 2022

STEFCIA Z WIERZBINY - tom II - Cz.6.


 

STEFCIA Z WIERZBINY - tom II - © Elżbieta Żukrowska

Cz. 6. (62.) Czerwiec 1976 r. Göteborg – polskie dziewczyny

Viggo wpadał do Wiktora każdego wieczoru i trzymał pieczę nad remontem. Grażyny na razie nie było, nawet nie zaglądała do pubu. Przypuszczał, że dzień dnia biegała za pracą.
Po czterech dniach pokoik u Wiktora nadawał się do zamieszkania. Miał nawet niewielkie okienko, gdyż okazało się, że kiedyś tam było, ale zostało zamurowane, więc je przywrócono. A na korytarzu wydzielono miejsce na małą łazienkę z prysznicem, umywalką i muszlą ustępową, i już fachowiec nad tym pracował. To było więcej, niż oczekiwała Steffi i spodziewała się Grażyna. Konserwator z hotelu „R&R” naprawił dwa stoliki i prawie wszystkie krzesła, a z pozostałych materiałów zrobił sześciopoziomowy regalik z okrągłymi blatami. Ktoś obiecał kanapę, ktoś miał na zbyciu szafę, ale okazała się za duża, więc wymyślono stelażyk do wieszania ubrań na ramiączkach. Wystarczyło dodać jakąś serwetkę, wazonik z kwiatami, a na ścianę obrazek i pokoik nabrałby przytulnego wyglądu. Wiktor podarował niewielki dywanik i od razu w sypialni zrobiło się przytulniej. Mimo otwartego okna pokoik pachniał farbami i... świeżością. Tylko pracy nadal nie było, chociaż Grażyna dzień dnia obchodziła wszystkie pobliskie ulice w jej poszukiwaniu.
Zamieszkała „u siebie”, mimo tego, że dopiero kończono prace w łazience i malowano korytarz prowadzący do jej pokoiku. Bo korytarz miał być teraz salonem. Naprawdę! Miała łóżko i pościel oraz tych kilka mebelków. Brakowało jej książek – zawsze lubiła czytać. Jednak i tak oświetlenie było koszmarne, więc z czytania wieczorami nic by nie wyszło. Zatem udzielała się w pubie, by pracą płacić za wynajem. I za życzliwość Wiktora, bo – trzeba to przyznać – troszczył się o dziewczynę niemal jak o siostrę, podrzucał jej nawet owoce, bo „ciężarna musi mieć witaminy”, a widział, że Grażyna w zasadzie nic sobie nie kupuje, w każdym razie nie przynosi do domu żadnych zakupów. Ona zaś, kręcąc się po sali, nadal podpytywała chłopaków o pracę dla siebie. Dach nad głową to jednak nie wszystko... Miała mapę Göteborga, zakreśliła na niej ołówkiem okręg i obchodziła wewnątrz niego wszystkie ulice. Pytała i pytała. Nie ominęła żadnych drzwi sklepu lub innego ogólnie dostępnego miejsca – na przykład fryzjera, apteki, pracowni krawieckiej i złotnika. Zero. Zwiększyła promień koła i szukała dalej. W zasadzie nic więcej nie mogła zrobić. Poza tym oszczędzała, nie kupowała sobie nic z wyjątkiem jabłek lub bananów. Wieczorami w pubie dożywiała się krakersami i orzeszkami. Wiktor nabrał zwyczaju wołać ją z rana na kawę. Z rana – to już raczej było po dziesiątej. Tak naprawdę z rana załatwiał milion spraw związanych z prowadzeniem pubu, telefony, dostawcy, odbiór piwa i innych produktów. Słyszała, jak z głośnym tupotem w pośpiechu zbiega na dół. Odwracała się na drugi bok i spała dalej. A w zasadzie leżała i myślała nad swoim losem. Pieniądze od Karola ściskał mocną ręką, bo w razie czego miałaby za co kupić bilet powrotny. Czy to już czas myśleć o powrocie? Może jednak powinna... I ma wracać jak pies z podkulonym ogonem? Lecz co więcej może zrobić?
Schodząc do pubu zakładał białą ojcowską koszulę i kusą ciemną spódniczkę. Wiedziała, że ma zgrabne nogi, niech sobie chłopaki popatrzą. Bała się nosić brudne szklanki na tacy, więc nosiła w misce. Wycierała na mokro blaty stolików, opróżniała popielniczki, uśmiechała się do gości, chociaż wcale nie było jej do śmiechu. Na zapleczu zdejmowała ojcowską koszulę, zostawała w koszulce i myła dokładnie szklanki i kieliszki. Teraz Wiktor już każdego wieczora miał szkło na czas. Jeśli tylko przywieziono frytki - Wiktor zawsze pamiętał o niej. Nie chodziła już głodna, ale czasami wspominała kuchnię babci... Jej zawiesiste zupy, sałatki idealne do bułeczek, podsmażane kopytka i gołąbki...
- Wiktor, a gdybym ja coś ugotowała dla twoich gości? - zapytała któregoś wieczora. - Albo tylko dla nas dwojga?
- A umiesz?
- Co tylko chcesz. W zasadzie chyba umiem wszystko.
- Nie żartujesz?
- Zaczęłabym od sałatki jarzynowej albo od kiełbasek przysmażonych z cebulką. Mogą też być klopsiki w pikantnym sosie, a nawet fasola z kiełbaskami na ostro, taka w sosie pomidorowym. Za rybami nie przepadam, ale też umiem zrobić, tyle, że by się mocno nasmrodziło... Tylko wcześniej należałoby kupić odpowiednie produkty, jednorazowe talerzyki i widelczyki. Teraz jest pora na młodą kapustę, więc może taką zasmażaną z kiełbaskami? Od tego bym zaczęła. Garnki masz. Większość narzędzi też jest. Może tylko podostrzyłbyś noże i bym spróbowała, co? Musiałbyś jednak sam obliczyć ile kosztuje taka porcja, bo tego ja nie umiem. Niestety, jeszcze przyprawy... Patrzyłam – to co w szafkach już od dawna jest zwietrzałe i do wyrzucenia.
- Pomyślę nad tym – obiecał, a ona poszła na taras ze swoją miską na brudne szklanki. Śmiano się z niej, że zbiera do miski, ale nic sobie z tego nie robiła, wolała do miski niż wywrotkę z tacą pełną szkła.
Na drugi dzień przyszły do pubu wszystkie trzy dziewczyny i usiadły na tarasie. Kelner przyniósł im owocowe drinki – cztery! A po chwili przyszłą do nich Grażyna.
- Ale ślicznie wyglądasz! - pochwaliła ją Iga.
- Bo w białym wszystkim dziewczynom do twarzy – zawołał jakiś chłopak z sąsiedztwa.
Grażyna podziękowała mu uśmiechem, ale dalszą konwersację prowadziły już po polsku. Co w pracy? Jak tam ich żandarm w spódnicy? W jakich parach pracują? Jak się okazało rozdzielono je. Zmiany były w zasadzie codziennie. A Berit zawsze i wszystko widziała – niestarty kurz z parapetu, ślady małych paluszków na samym dole lustra, nieopróżniony kosz na śmieci - „a była tam tylko jedna papierowa chusteczka do nosa”.
- Ona nie patrzy, a wszystko widzi. Kontroluje nas na każdym kroku. Ale jest sprawiedliwa i darmo się nie czepia – podsumowała Elwira.
- A miałyście już propozycje, te niewymowne, od facetów?
- Ja miałam – przyznała Iga. - Od Japończyka. Chociaż na dobrą sprawę nie wiem, czy to była propozycja. Ile razy koło mnie przechodzi, to puszcza oczko.
- Może on ma tylko taki nerwowy tik – zasugerowała Ada.
- Może. Dlatego nie wiem, czy to już propozycja, czy tylko taka zabawa.
- Ale uważajcie! Podobno w niektórych hotelach podstawia się takich różnych przystojniaczków, aby wyczuć jakie są pokojówki – przypomniała Grażyna.
- E, tam. Stefcia i Liam są zbyt prostolinijni.
- Teraz ich nie ma, wszystkim zarządza David – Elwira odstawiła szklankę z drinkiem. - A ty? Wypytujesz nas, a nie mówisz, jak tobie się tu mieszka.
- Jest cicho, spokojnie i wygodnie. Bałam się, że nad barem będzie głośno, bo przecież muzyka i tańce. Ale prawie tego nie słyszę. Wiktor przykazał mi znikać z pubu przed północą, bo ciężarna musi się wysypiać. Dziś mu zaproponowałam, że będę codziennie gotować jakieś jedno danie. Co mi każe. Ale on to zbył milczeniem.
- A umiesz? - zdziwiła się Ada.
- Tak. W domu często gotowałam. I lubię to. Ale nie mogę się narzucać.
- O, idzie Viggo – ucieszyła się Iga.
- To mój przyjaciel – z dumą podkreśliła Grażyna.
Viggo kolejno dziewczyny wyściskał i wycałował.
- Dlaczego taż rzadko przychodzicie?
- Praca, praca, praca – wyjaśniła Elwira.
- Byłyście już na górze, zobaczyć jak mieszka nasza przyszła mateczka?
- Jeszcze nie zdążyłyśmy, ale mamy to w planie – odpowiedziała Ada. - Siadaj z nami, chłopaku. Będzie nam trochę raźniej.
- Nie mogę. Mam awarię w kuchni. Wpadłem tylko po kumpla. Bawcie się dobrze i przybywajcie tu zdecydowanie częściej. Wiktor będzie zachwycony! - cmoknął każdą w policzek i już go nie było.
A dziewczęta podjęły przerwany wątek. Były zadowolone, że mogą tak beztrosko posiedzieć i pogadać. Wreszcie zdecydowały, że idą obejrzeć „włości” Grażyny. Zawołały kelnera, ten jednak nie przyjął od nich pieniędzy, kazał iść do Wiktora.
- Liam otworzył dla was konto. Za nic nie musicie płacić – wyjaśnił właściciel pubu.
- Ale jak to? - nie mogła zrozumieć Iga.
- Dla ciebie też, Grazy – dodał Wiktor.
- Wytłumacz – poprosiła Ada.
- Zapisuję wasze należności, a za wszystko płaci Liam. Tak mi nakazał, a z Liamem, a w szczególności ze Steffi, nie ma żartów i się nie dyskutuje. Za odnowienie tej graciarni, za łazienkę i salon też oni płacą. Ja kupiłem jedynie farby.
- O matuchno... - jęknęła Grażyna. A ona w duchu myślała, że tamtych dwoje to skąpiradła.
- Idziecie na górę? Filip za chwilę przyniesie wam herbatę i coś do herbaty, więc czasem nie biegajcie nago, aby mi chłopaka nie zauroczyć. Albo nie zgorszyć – zażartował jeszcze Wiktor.
- Już prędzej on by nas zgorszył! - odcięła się Elwira.
A na górze były zmiany, ale trzy dziewczyny nie miały o tym wyobrażenia, bo wcześniej tu nie były. Wielki korytarz na piętrze został oddzielony grubymi, szarymi kotarami, zawieszonymi tuż przy drzwiach do mieszkania Wiktora i ciągnącymi się aż do samych schodów. A zaraz za kotarami był ten niby salon Grażyny. Trochę ciemny, bo małe okienko nie dawało dużo światła, poza tym był już zmierzch. Grażyna pstryknęła włącznikiem na ścianie przed kanapą – zapaliła się pod sufitem pojedyncza żarówka w skromnym kloszu. Po lewej stronie na środku ściany stała szara kanapa bez narzuty, na wprost niej okrągły stolik, taki jak w barze, i trzy krzesła. W głębi, w prawym kącie, prostokąt łazienki z drzwiami tuż przy ścianie sypialni Grażyny. A w sypialni też ubożuchno – po lewej stronie łóżko rodem z hotelu, też bez narzuty, za to z równo złożoną pościelą. Przy wezgłowiu łóżka jedno z krzeseł i stolik. Drugie krzesło było w kącie po prawej stronie drzwi, a na nim plecaczek. Obok niego stelaż z kilkoma wieszakami zapełnionymi ubraniami Grażyny – nie wiele tego było. Na ścianie na wprost łóżka niewielkie, gołe okienko, teraz szeroko otwarte. A w prawym kącie regalik z okrągłymi blatami, na których leżała bielizna Grażyny, zaś na samej górze torebka. Przy regale następne dwa krzesła. Koło łóżka niewielki dywanik, raczej chodnik, utrzymany w szarościach i beżach. Ściany w obu pomieszczeniach były kremowo-żółte.
- Rewelacji to tu nie widzę – powiedziała niemal szeptem Iga. - Jednak masz kąt do spania i święty spokój.
- Najgorzej, że mam tylko jeden ręcznik i w zasadzie już powinnam go uprać. Nigdy nie prałam ręczników ręcznie... Upierze mi się?
- Może namocz go wcześniej.
- A czym się będę wycierać?
- No tak, to jest problem, a nawet nie możemy cię wspomóc, bo same nie mamy nic w zapasie. A Berit o nic nie będę prosić, co innego rozmowa ze Stefcią. Może Wiktor coś ci pożyczy na chwilę?
- Gdzie można kupić tani ręcznik? Czy są tu jakieś tanie sklepy jak w Ameryce? Najlepiej z używaną odzieżą?
- Może popytaj tę dziewczynę, która tu sprząta.
- Tak zrobię. No nic, siadajcie. Zaraz ma być herbata. Każdego dnia jestem czymś zaskakiwana. Wzrusza mnie dobroć i przychylność ludzi. Niestety, to się nie przekłada na pracę, a jej potrzebuję najbardziej.
Przyszedł Filip. Herbatę miał w termosie. Na tacy były jeszcze filiżanki, cukier i pojedyncza łyżeczka.
- Musi wam ta jedna wystarczyć – błysnął bielą zębów. Odstawił tacę na brzeg kanapy. - Coś wam przyniosę od Wiktora, jeden moment.
Rzeczywiście wrócił po dwóch minutach z talerzem trójkącików z ciasta francuskiego, nadzianych morelami, a może brzoskwiniami. Prócz tego położył na stoliku dużą tabliczkę gorzkiej czekolady.
- To życzę smacznego – powiedział, chwycił tacę i już go nie było.
- Muszę powiedzieć, że fajne chłopaki tu pracują. Ten drugi, Moris?, jest trochę poważniejszy, ale przystojniak jakich mało! No i sam Wiktor... Gęba niby paskudna, ale ta klata, te bary... I co za uda! Cud-malina! A jak popatrzy, to aż ciary na plecach! - zachwyciła się Ada nalewając herbatę do wszystkich filiżanek.
- Facet nie musi być piękny. Ważne aby miał to coś! Znam się na tym – oznajmiła Iga. - Wiktor to bez wątpienia ma!
- Jakoś ci nie do końca wierzę, jeśli chodzi o owo znanie się – Ada „przewróciła oczami”.
- Ale musi ci być tu trochę smutno samej, co? - Elwira zwróciła się do Grażyny.
- W zasadzie w dzień na smutki wcale nie mam czasu, bo albo latam za pracą, albo pomagam w barze. Dopiero gdy się kładę, osaczają mnie czarne myśli. Przede wszystkim ta, czy już mam wracać do domu – odpowiedziała Grażyna smutnie się uśmiechając. - Tylko że ja nie mam domu. Nie mam do czego wracać.
- Nie możesz jeszcze wracać – zaprotestowała Iga. - Chłopaki napracowali się nad tym twoim lokum. Gdybyś teraz odjechała, byliby bardzo zawiedzeni.
- Pewnie tak, ale ja muszę patrzeć na to, co jest dobre dla mnie, a nie dla chłopaków. W ostatnim czasie tyle przeszłam, tyle doświadczyłam, że mi na kilka lat takich „dobroci” wystarczy!
- A ja myślę, że bez protekcji nie dostaniesz żadnej roboty. Ktoś musi cię polecić. Poczekaj na Stefcię. Ona, choć niby taka surowa, na pewno coś wymyśli. - Ada wierzyła w swoją przyjaciółkę.
- Myśmy nawet przepytywały dziewczyny pracujące w hotelu, czy czasem nie wiedzą o jakiejś pracy dla ciebie. Bodaj na kilka dni, ale... – Iga bezradnie rozłożyła ręce.
- Ada ma rację – wtrąciła Elwira – bez protekcji nie dostaniesz żadnej roboty. Tacy są Szwedzi.
- No, dosyć tego biadolenia – zaprotestowała Grażyna. - Ty, Aduś, opowiedz mi, jak ci było mieszkać w hotelu u Stefci. Dziewczyny wiedzą, a ja nic a nic.
- O, trzeba uważać! Te ciastka się bardzo kruszą, a ty pewnie nie masz odkurzacza! - zasmuciła się Iga, bo sporo okruszków spadło na podłogę.
- Nie mam, to prawda. Ale Wiktor dał mi stary podkoszulek na szmaty i jakoś sobie radzę.
- Muszę wam powiedzieć, że Stefcia i Liam jakby mieli nieustający miesiąc miodowy. Są w sobie niesamowicie zakochani. Nie pokazują tego przy ludziach, jak choćby w pubie, ale w domu to jest zupełnie coś innego – zaczęła opowieść Ada.
- To znaczy, że cały czas się migdalą? Tego nam nie mówiłaś! - zdumiała się Elwirka.
- Ależ skąd! To nie na tym polega! A ty mi nie przerywaj, bo tracę wątek.
- Dobrze, dobrze, już mów.
- Oni się ciągle dotykają. Albo trzymają za ręce. Patrzą na siebie. Właśnie - Liam co chwila całuje jej ręce. Wiecie, on nie bardzo może wstawać, więc Stefcia mu ciągle coś do rąk podaje – kawę, gazetę, książkę, obojętnie co. Wyprzedza jego myśli. A on, jeśli się kładzie w salonie na kanapie, to tak, by mieć głowę na jej kolanach. Telewizja ich nie interesuje. Oni ze sobą rozmawiają. Rozumiecie? ROZMAWIAJĄ! Stefcia się uczy szwedzkiego, codziennie z rana przychodzi taki nauczyciel, a później ona dopytuje się o wiele słów u Liama. On poprawia jej wymowę. Ona opowiada mu co w hotelu, bo każdego dnia siedzi nad rachunkami, wie wszystko o kuchni, o dostawcach, o pokojówkach, i o gościach. O gościach przede wszystkim. Pojęcia nie mam, skąd ona to wszystko wie. Na przykład, że którejś pokojówki matka albo dziecko akurat się gorzej czuje, że David ma jakieś problemy z samochodem, a także jakieś inne, no wszystko. Tak jakby spojrzała na człowieka, prześwietliła go oczami i już wie, jak ma zareagować, co powiedzieć. Potrafi opieprzyć tak, że niby już kapcie pospadały, a w ostatniej chwili tchnąć otuchę w pracownika i postawić go do pionu, ale do uśmiechniętego pionu. Przecież ona ma tyle lat, co my. Skąd ona to wszystko wie i umie? Zachowuje się tak, jakby na hotelarstwie zjadła zęby! Prawda – obiadów przy mnie nie gotowała, ale już o siódmej piętnaście były jajka na bekonie i kawa. Jest właścicielką. Nie musi wstawać wcześnie, ale wstaje. Sprząta! Szoruje łazienkę na wysoki połysk! Tylko z odkurzaczem przychodzi pokojówka, ale to na wezwanie, nie codziennie. Dwukrotnie widziałam posłańca z kwiatami, ale to zapewne sprawa Liama, tak myślę. Chciałoby się powiedzieć, że ona jest cały czas otwarta na Liama, a Liam na nią. Nigdy nie spotkałam takiego małżeństwa. Nigdy! Ani młodego, ani starego. Oni oboje są zanurzeni w miłości!
- A o ślub kościelny pytałaś? - nie wytrzymałą Elwira.
- Nie tyle pytałam, co się po prostu zgadało. Ojciec Stefci remontuje dom. I jak się upora z remontem to ślub kościelny będzie w Wierzbinie, bez względu na to, czy Liam będzie stał, czy siedział. Najlepiej jakby to było za rok w czerwcu – tak pragnie Stefcia. Lecz co przyniesie życie? Wielka niewiadoma – jak zawsze.
- Ale to piękne – taka wielka miłość... - rozmarzyła się Grażyna.
- No... - bardzo inteligentnie przytaknęła Elwira.
I wszystkie cztery zaśmiały się jednocześnie.
- Kiedy ludzie mówią – zaczęła Iga – że jedno za drugiego oddałoby życie, to nie bardzo w to wierzę. Ale w przypadku tych dwojga to chyba prawda.
- Masz rację – przytaknęła Ada. - Wiecie, ja tam byłam krótko, a jeszcze latałam do pracy i do was. Tak wiele to raczej nie widziałam. Jednak rozmawialiśmy. Byłam z nimi. Słuchałam, jak jedno drugiemu przekazuje codzienne wiadomości... To ich zaangażowanie, ta ich bliskość, to nastawienie na siebie – zdumiewające i bardzo piękne. Gdybym z Danielem tak mogła... A chciałabym, oj, chciała! Dać z siebie maksimum, niczego w zamian nie oczekując... To takie piękne. I aż wzruszające. I ten ich obecny wyjazd. Stefcia chciała wyrwać Liama z monotonii, a on chciał jej pokazać fiordy. Nie wiadomo, kto czego bardziej dla drugiego pragnął.
- To aż takie cukierkowe jest. Może się im za jakiś czas znudzić – odezwała się pesymistka Elwira. - A ciekawe jak oni się kochają... To znaczy fizycznie, skoro Liam ma tak zharatany kręgosłup...
- Elwirka! - oburzona Iga uderzyła koleżankę lekko po ramieniu.
- Dosyć tego obgadywania Stefci i Liama. Oni tam zamiast się kochać, to mają głęboką czkawkę. A tak w ogóle to już chyba czas na nas, co dziewuszki? - zapytała Ada zbierając filiżanki ze stolika.
- Zostaw. Zaraz Filip wpadnie i wszystko zabierze. On umie ganiać z takimi naczyniami – powiedziała Grażyna.
- Chyba masz rację. Ja to się zaraz mogę na schodach wyłożyć – przytaknęła Ada.
- Zejdę z wami na dół. Może coś jeszcze pomogę na zapleczu. Po tej naszej rozmowie myślę, że już nie będę latać w poszukiwaniu pracy. Co ma być, to będzie – Grażyna też podniosła się z krzesła. - Ktoś mi mówił o pracy w zieleni miejskiej, ale to bardzo daleko i ta odległość mnie powstrzymuje. I podobno trzeba mieć zgodę na pracę w Szwecji.
- Tak. Od tej zgody trzeba będzie zacząć. Stefcia powinna wiedzieć, co i jak. Wstrzymaj się jeszcze kilka dni, do jej powrotu.


c.d.n. 
fot. własne

niedziela, 25 września 2022

STEFCIA Z WIERZBINY - tom II Cz. 5.


 
STEFCIA Z WIERZBINY - ton II - © Elżbieta Żukrowska

Cz. 5. (61.) Czerwiec 1976 r. Göteborg - Grażyna Orzeszyńska

Steffi i Liam już uzgodnili datę wyjazdu do Norwegii, a Liam „załatwił” transport, czyli jacht. Tymczasem w Göteborgu niektóre rzeczy działy się za ich plecami – Grażyna.
Grażyna poczuła, że jej nadzieja na pracę umiera. To też uradowała się, gdy przypadkowa klientka w sklepie zaproponowała jej sprzątanie mieszkania, niestety, tylko na kilka dni. Aż je po prostu sprzątnie. Zawiozła ją na miejsce samochodem – Grażynie wydało się to dość daleko, ale było uzgodnione, że ją później kobieta odwiezie do tego samego sklepu, skąd ją zabrała, więc milczała. Mieszkanie w sześciorodzinnym budynku na drugim piętrze. Po drodze dowiedziała się, że jest pięć pokoi, duża kuchnia, łazienka i obszerny hol. Ale od samego wejścia powiało grozą. Takiego brudu Grażyna w życiu swoim nie widziała. Jak na śmietnisku! Pod nogami walały się ubrania, gazety, książki i butelki, jakieś opakowania po różnych produktach, szczotki do włosów, jakieś klucze do majsterkowania – jednym słowem było tam wszystko. Podobnie na każdym meblu mającym kawałek powierzchni, na której można było cokolwiek postawić – na stole, krzesłach, na fotelach kanapie, parapetach bardzo brudnych okien, niemytych pewnie od pięciu lat. Do tego wszystkiego dochodziła warstwa kurzu i pajęczyna. Podobnie wyglądała kuchnia z zaschniętymi garnkami na płycie kuchennej i zeschniętymi na wiór kwiatkami pod parapetem. Grażyna nie czekając na przyzwolenie przeszła się po całym mieszkaniu, otworzyła każde drzwi. Tylko jeden pokój musiał być niedawno używany, na łóżku leżała czysta, ale skotłowana pościel, z boku stała nierozpakowana, za to otwarta torba. Grażyna miała wrażenie, że ktoś szczotką wymiótł z podłogi tak z grubsza śmieci i zostawił to obok pod drzwiami. Zaduchu w pomieszczeniach nie było, więc właścicielka zdążyła wszystko dobrze przewietrzyć. Łazienka była w miarę czysta, w tym sensie, że muszla i umywalka nosiły ślady świeżego szorowania, a wszystkie śmieci zgarnięte były pod jedną ścianę. Generalnie w głowie się nie mieściło, że ktoś mógł zostawić po sobie taki chlew. Grażyna oceniła, że na każde pomieszczenie musi mieć dwa dni, jeśli chce zrobić to porządnie. Czyli łącznie szesnaście dni pracy, plus siedemnasty na ewentualne dopieszczenie czegoś tam.
- Nie żartuj, moja panno. Trzy dni i ani dnia dłużej! - zawołała oburzona właścicielka.
- Tu jest zbyt brudno, aby zrobić to w trzy dni. Same wyrzucanie śmieci pewnie zajmie cały dzień. Nie mogę się podjąć takiej pracy na trzy dni. To jest nierealne.
- Przecież ja dobrze zapłacę!
- Dobrze, to znaczy ile?
Kiedy kobieta wymieniła kwotę, Grażyna zaśmiała się jej w twarz.
- Za takie pieniądze to niech pani wynajmie Szwedkę, bo Polka nie będzie tu sprzątać. Proszę mnie odwieźć.
- No dobrze, pięć dni, a ja dołożę trochę pieniędzy.
- Siedemnaście i dużo więcej pieniędzy, nie trochę.
- Nie, to niemożliwe.
- Więc proszę mnie odwieźć. Teraz.

- Chwileczkę, muszę zadzwonić – powiedziała właścicielka i znikał za drzwiami tego najbardziej czystego pokoju.
Jej nieobecność przeciągała się. Grażyna bezceremonialnie zrzuciła rzeczy z krzesła na podłogę i przysiadłą na brzeżku. Czuła się brudna przez samo przebywanie w takim syfie. Chciało się jej pić i już była głodna. Z rana wypiła tylko kawę, a chodząc zjadła jedno jabłko. To trochę za mało, jak na ciężarną. W zasadzie powinna zjeść tylko pół jabłka, a drugą połówkę zostawić na popołudnie. Miała sobie jeszcze kupić bułkę, najlepiej wczorajszą, czerstwą i przez to nieco tańszą. I też tak podzielić na pół. Starała się być poza domem w chwili, gdy dziewczęta jadły kolację. Nic od nich nie chciała, z wyjątkiem tej porannej kawy. A jak nie poza domem – to w łóżku, by przespać głód. Była wściekła sama na siebie za tą „wycieczkę” do Szwecji. W Polsce wszystko wydawało się takie proste, byle dojechać na miejsce. Nie wyobrażała sobie, że będzie tak wielki problem ze znalezieniem pracy. Wydawało się jej, że praca na nią czeka na każdym zakręcie. Nie czekała. Powinna spisać sobie adresy innych hoteli i kolejno je odwiedzić. Takie zadanie postawiła sobie na jutro. Gdzieś przecież musi na nią czekać praca. Los i do niej musi się uśmiechnąć! Ale na razie siedziała w brudnym salonie i nie wiedziała, co dalej. Zza drzwi nie dochodziły żadne głosy. Może już przestało to babsko rozmawiać? Ona siedzi już co najmniej piętnaście minut. Dość tego. Wstała i zapukała energicznie, ale kobieta się nie odezwała. Grażyna, ze struchlałym sercem nacisnęła klamkę i ostrożnie otworzyła drzwi. Kobieta zwinięta w kłębek leżała na łóżku. Chyba spała.
- Obiecała pani mnie odwieźć – powiedziała głośno Grażyna, ale nie było żadnej reakcji, więc podeszłą bliżej i potrząsnęła kobietę za ramię.
Kobieta otworzyła oczy i popatrzyła na nią nieprzytomnie.
- Proszę mnie odwieźć – powiedziała stanowczo Grażyna.
Właścicielka zamachała rękoma i odwróciła się na drugi bok.
- Idź sobie – wymruczała niewyraźnie.
- W takim razie proszę mi dać pieniądze na taksówkę.
- Pieniądze? Jakie pieniądze? Ja nie mam żadnych pieniędzy. Poczekaj na mego syna. On cię odwiezie.
- O rzesz ty suko – powiedziała ze złością Grażyna. Ale po polsku. I dalej po angielsku, podnosząc przy tym głos: – Już dawaj pieniądze, ty naciągaczko! Pieniądze na taksówkę. Ale już!
Kobieta naciągnęła kołdrę na głowę.
- A by cię pokręciło! - zawołała Grażyna poprawiając pasek torebki i zbierając się do wyjścia. Mocno trzasnęła drzwiami sypialni, ale drzwi zewnętrzne zamknęła zwyczajnie. Usiadła na schodach, nie wiedziała, gdzie jest i jak się dostać do mieszkania dziewcząt. Albo chociaż do pubu. Dramat! Przytuliła się do ściany, a z oczu popłynęły jej łzy. Z trudem opanowała się. Wyjęła mapę i zapukała do najbliższych drzwi. Wyszła kobieta w średnim wieku, z małym dzieckiem na ręku. Grażyna wyjaśniła o co jej chodzi, a kobieta wskazała jej drogę.
- Od tego miejsca jest autobus, ale najpierw trzeba iść pieszo jakieś trzy kilometry. A ta Mery to ma coś z głową. Nie jesteś tu pierwsza. Syn niby się nią opiekuje, ale też ma problemy z myśleniem. Dobrze, że go nie było, bo by cię jeszcze zgwałcił. To taka byle jaka rodzina.
- A lekarze, opieka społeczna, jakieś komisje...
- Nie znam się na tym.
- Dziękuję pani.
- A ty pewnie szukasz pracy?
- Tak. Słyszała pani...
- Nie, w tym ci nie pomogę. Siedzę w domu z dzieckiem córki, nie mam kontaktów.
- Dziękuję i do widzenia.
Żadna droga nie wydała się jej tak daleka, jak te trzy kilometry w upale. Ale przystanek znalazła. Teraz pozostało czekać na autobus. Gdzie się kupuje bilety? Ile kosztuje bilet? Nie miała pojęcia. Za przystankiem był sklep, a w jego cieniu ławeczka. Usiadła. Piekły jej stopy. I bardzo chciała pić. Mimo tego nie weszła do sklepu. Miała jeszcze trochę pieniędzy, ale wiedziała, że nie może wydać na zwykłe zachcianki. Nagle, boleśnie, zatęskniła za domem. Może jednak matka dałaby się ugłaskać? Niepotrzebnie odpyskowała matce, skoro wiedziała, że matka ma rację. Zawsze miała. Od początku mówiła, aby się nie zadawała z tym... I zostawił ją w ciąży, drań! Na co liczyła? Na ożenek? Chciała uciec od matki, nigdy się specjalnie nie dogadywały. Ale matka to matka. Dziś nie ma takich facetów, jakim był jej ojciec. Zmarł niemal w przeddzień jej matury. Był dentystą. Chyba się czymś zaraził, krótko chorował. Maturę zdała, ale nie dostała się na studia medyczne, jak chciała jej matka. Więc niech będzie filologia angielska, matce się wydawało, że to też takie eleganckie studia... Powinna przysiąść fałdów i zabrać się za tłumaczenie książek, ale nie mogła znaleźć tam dojścia. Miała rentę po ojcu, jakoś wiązała koniec z końcem nie oglądając się na matkę. A ta, gdy się na nowo zakochała, to stała się wręcz nieznośna! Świata za tym swoim ślicznym nie widziała. I dorosła córka w domu zaczęła jej przeszkadzać. Ale dom był po ojcu, więc miała do niego prawo. Gdy wróci do Polski jeszcze się o dom upomni. Nie puści tego płazem. Ot, mamuśka, co z domu wygania.
W cieniu było całkiem przyjemnie. Odpoczywała. Powoli mijało zdenerwowanie. Kto wie, może jeszcze nie raz nabierze się na taką „pracę” bez pracy. Gdyby jeszcze nie ten kawał drogi przed nią... Ależ ma gimnastykę w ciąży! I co jej nie pasowało w tej Polsce? Zachciało się Szwecji i super zarobków... Teraz ma za swoje. Nie, matki nie przeprosi. W zasadzie za co ma przepraszać? Za to, że zaszła w ciążę? To babska rzecz. Gdyby matka była dobrą matką, to by się o nią zatroszczyła, wspomogła, chociaż przytuliła. A ona kazała Grażynie iść precz. „W tym domu nie ma miejsca dla takiej latawicy jak ty!”. Do samej siebie miała największy żal – w końcu wcale tego Heńka nie kochała. Zagrały hormony? I tak głupio wpadła! Ponad rok ze sobą chodzili i nigdy się nie wydał, że jest żonaty. Miał mało czasu, to prawda. Ale i ona nie miała go za dużo, więc jakoś się dogadywali. Był bardziej „osobą towarzyszącą” nisz kochasiem. Lubił studenckie towarzystwo,
te wszystkie wyjścia do klubów i do kawiarni. Popisywał się. Brylował. Był duszą towarzystwa. A teraz ona musi za wszystko płacić swoim życiem. Czy będzie w stanie pokochać to dziecko? Na razie nic nie czuła do tej „fasolki”, która rozwijała się w jej łonie. Nic a nic. Chłopczyk? Dziewczynka? A jakie to ma znaczenie. Najgorsze jest to, że to dziecko Heńka, a ona, Grażyna, dziś Henryka nienawidzi. Nie, to nie jest nienawiść. Ma do niego żal. Czy taka niechęć może się przenieść na dziecko?
Na końcu ławki usiadł może pięćdziesięcioletni pan. W ręku trzymał dużą butelkę soku. Ależ by się napiła! Jeszcze godzina lub dwie, nie umrze z pragnienia. Musi wytrzymać. Jednak mężczyzna pochwycił jej spojrzenie i wyciągnął do niej rękę z odkręconą butelką. Zagadał po szwedzku.
- Nie rozumiem. Mówię po angielsku. I po polsku.
- Napij się, jeśli masz ochotę – powiedział mężczyzna dziwnie przekręcając słowa, ale go zrozumiała.
- Ślicznie dziękuję – bardzo chętnie się napiję – odpowiedziała i przyłożyła butelkę do ust. Nigdy w życiu nie piła czegoś równie dobrego! Po prostu nie mogła przestać pić. - Byłam bardzo spragniona. Przepraszam, że tak dużo panu wypiłam.
- Wypij do końca, na zdrowie. To wyjątkowa mieszanka soków. Chyba kupię ci jeszcze jedną taką butelkę, a druga dla siebie. W śródmieściu nie mają tego soku.
Więc jednak są dobrzy ludzie – pomyślała Grażyna, gdy mężczyzna zniknął w sklepie.
- Czekasz na autobus? - zapytał podając jej następną butelkę.
- Tak, czekam. Bardzo panu dziękuję. W zasadzie jestem bez pieniędzy i dlatego nie mogłam sobie nic kupić.
- A gdzie chcesz jechać?
Grażyna objaśniła mężczyznę przy pomocy mapy.
- To daleko, ale jadę w tamtą stronę samochodem i mógłbym cię zabrać. O ile nie boisz się jeździć z nieznajomymi.
- Boję się. Właśnie przeżyłam nieprzyjemną przygodę. Szukam pracy, a trafiłam na jakąś pomyloną kobietę, która mnie tu przywiozła. Pracy nie dostałam, muszę wrócić do swoich. Przy tym jestem w ciąży.
- Mnie nie musisz się bać. Nic ci nie zrobię, a odwiozę do domu. Mieszkam na wsi, przyjechałem do syna, ale on będzie wolny dopiero po trzeciej, więc mam trochę czasu. Wyglądasz na bardzo zmęczoną. O, tu masz moją wizytówkę, z adresem i numerem telefonu. Jestem Karol. Na wsi mam niewielki sad jabłoniowy. Ale pracy dla ciebie też nie mam. Będę potrzebował ludzi dopiero we wrześniu i w październiku. Lecz nawet wtedy to nie będzie praca dla kobiety w ciąży. Teraz zajedziemy po drodze do jakiegoś baru, to cię trochę podkarmię, bo wyglądasz także na głodną. Nie wszyscy Szwedzi są źli. Schowaj dobrze tę wizytówkę, bo się może przydać. Gdybyś naprawdę znalazła się w czarnej dziurze, to zadzwoń do mnie. Na pewno ci pomogę. Kogoś mi przypominasz... Przez pamięć tamtej osoby zrobię teraz co w mojej mocy. Chodź, dziecko. A jak ty się nazywasz?
- Grażyna Orzeszyńska.
- Och, tego nawet nie potrafię wymówić!
- Zapisze to panu na kartce, mam notes ze sobą. Ale na razie jestem bez adresu i bez telefonu. I to nie tylko tutaj, ale także w Polsce.
- Dlaczego?
- Przez to, że jestem w ciąży, matka kazała mi opuścić dom.
- A ojciec?
- Tato od pięciu lat nie żyje.
- Wsiadaj. Tak jak mówiłem, zatrzymamy się przy znajomym barze. Nie będzie elegancko, za to bardzo smacznie.
Zjadła wielki talerz kurczaka w wielowarzywnym pikantnym sosie, z górą mączno-ziemniaczanych kluseczek, podobnych do polskich kopytek. I miseczkę sałatki. Dawno się tak nie objadła!
W czasie posiłku rozmawiali. Karol pytał o dom i o to, jak dotarła do Szwecji. A Grażyna otworzyła się – mówiła więcej, niż chciała, tak to później w myślach oceniła. O matce w zasadzie nie powiedziała zbyt wiele. Mówiła głównie o czasach dzieciństwa, o swojej cudownej babci Broni, matce swego ojca. Zanim poszła do szkoły – spędzała z babcią czas od wiosny do późnej jesieni. To babcia Bronia nauczyła ją wszystkiego, co powinna umieć kobieta – gotować, sprzątać, szyć, chodzić przy kurach i dbać o warzywnik. Mieszkała na wsi, a Grażyna, gdy już poszła do szkoły, jeździła do niej kiedy tylko mogła, nie tylko na wakacje. Matka niemal przymusowo wysyłała ją na kolonie, a gdy była starsza – także na obozy. Ale reszta wakacji była u babci, która stała się jej najlepszą przyjaciółką i powiernicą. Grażyna miała na wsi także koleżanki, ale najlepiej było jej z babcią. Później ojciec zaczął zabierać babcię na „zimowy odpoczynek” do Krakowa. Kurki zostawały pod opieką sąsiadki. A babcia wygrzewała się w cieple kaloryferów. I na dobre uczyła już Grażynkę szycia. Dziewczynce największą trudność sprawiało wszywanie rękawów do sukienek, ale i to opanowała. Bardzo lubiła gotować razem z babcią. Zupy, sałatki, różne pasty do chleba, mnogość dań bezmięsnych, bo babcia chciała jeść jak najtaniej, za to bardzo smacznie. Grażynka miała do tego talent. Bardzo szybko chwyciła zasady doskonałego przyprawiania potraw, bo babcia wyjaśniała, jakie zioła do czego.
Śmierć babci była dla niej wstrząsającym wydarzeniem, długo nie mogła dojść do siebie. Gdy później odszedł także ojciec – jakoś łatwiej to zniosła, już tak nie dramatyzowała, nie łkała całymi nocami w poduszkę. Ale nie pozwoliła matce wyrzucić jego rzeczy – to była ich pierwsza bardzo poważna awantura. Grażyna wykorzystywała ubrania ojca, po przeróbce nosiła wiele rzeczy. Na przykład ze spodni szyła sobie spódniczki. I nawet teraz, jadąc do Szwecji, zabrała do plecaka trzy białe koszule po ojcu, bo wyobrażała sobie, że noszone na wierzch do spódnicy ukryją jej powiększający się brzuszek. Prawdę powiedziawszy na razie nie było go wcale widać.
Posiłek był skończony. Opowiadanie też. O Henryku nie wspomniała nawet słowem, a mężczyzna nie zapytał o ojca dziecka.
- Nie potrzebujesz iść do toalety? Jest za tamtą kotarą – mężczyzna wskazał Grażynie drogę. Gdy wróciła – stał przy ladzie bufetowej i rozmawiał. Widząc ją natychmiast przerwał rozmowę, wziął z lady pokaźnych rozmiarów torbę, pożegnał się i ruszyli do samochodu. - A może coś potrzebujesz, to powiedz mi śmiało – powiedział tuż przed drzwiami. - Tu zaraz jest sklep. Mógłbym coś kupić...
- Nie, nie, bardzo dziękuję. Już i tak wiele pan dla mnie zrobił. Jestem panu bardzo wdzięczna.
- Nie pan. Karol jestem.
- Oczywiście... Karolu.
W samochodzie rozmawiali niewiele, bo mężczyzna był skupiony na jeździe. Ale gdy dojechali na miejsce i Grażyna wskazała mu dom, Karol znów zaczął zadawać pytania. Nie, nie będzie tu mieszkać, co najwyżej kilka dni. Wszystko wskazuje na to, że zamieszka nad pubem, ale boi się nawet sprawdzić, jak tam postępują prace. A gdyby on chciał ją znaleźć za miesiąc lub dwa, to gdzie ma szukać? Chyba jednak w pubie – podała adres, pub nosił nazwę „Wstąp na Jednego”. Właścicielem jest Wiktor i u niego może o nią pytać. A dziewczyny będą tu mieszkać do końca wakacji, najdalej do końca września. One też powinny coś o niej wiedzieć. Ale pracują na zmiany, nawet mają dyżurne nocki. Zatem niech powie i dziewczynom, i temu Wiktorowi o nim, o Karolu, aby się nie dziwiły, gdy będzie o nią pytać.
- To idziemy – zadecydował mężczyzna i pierwszy wysiadł z auta. Zabrał ze sobą ciężką torbę z baru i zapomnianą przez Grażynę butelkę soku. Wszedł za dziewczyną do mieszkania i postawił wszystko na blacie w kuchni. - Jak się domyślasz, jest tu trochę jedzenia. Zajmij się nim, aby się nie podusiło – zaśmiał się cicho, jakoś bardzo miło. - A tu masz kilka
öre na dobry początek.
- Za jedzenie bardzo dziękuję, ale pieniędzy nie mogę przyjąć!
- Potraktuj to jako pożyczkę. Na razie mogą ci być bardzo potrzebne, więc raczej... Powodzenia, miła Polko. Myśl pozytywnie, a wszystko będzie dobrze. Trzymaj się. Będę o ciebie pytał za jakiś miesiąc lub dwa. Cześć.
- Bardzo ci dziękuję. Za wszystko. Mam nadzieję, że będę mogła oddać ci te pieniądze. Cześć.
Ale po chwili usłyszała dzwonek do drzwi – Karol.
- Coś jeszcze ci powiem – wszedł do środka. - Teraz mi się przypomniało. W Göteborgu jest takie duże miejskie gospodarstwo, hodujące kwiaty i krzewy na miejskie skwery i ogrody. Zajmuje kilkanaście hektarów. Z tego, co wiem, to tam zawsze jest praca. Umiesz chodzić przy zieleni? Lubisz grzebać w ziemi?
- Owszem – umiem i lubię.
- Teraz już nie mam czasu, więc cię tam nie zawiozę, ale popytaj w swoim pubie, może ktoś by cię tam podwiózł, bo to dość daleko. Jestem pewien, że tam byś dostała pracę. Ale musisz mieć zgodę na pracę w Szwecji, a ty pewnie takiej nie masz. Myślę, że szef pubu powinien wiedzieć, jak się to załatwia. Więc próbuj i... powodzenia! No to cześć.
- Dziękuję, Karolu. Także za to, że się o mnie troszczysz.
I Karol poszedł.
A ona rozpakowała torbę. Mniej więcej było tam po kilogramie smażonych ryb, smażonego kurczaka i smażonych kiełbasek z cebulką. Prócz tego góra klopsików w gęstym sosie i niesamowicie dużo kluseczek, które tak bardzo jej smakowały. Wszystko było jeszcze gorące, a więc nie do zapakowania do lodówki. Na razie więc przykryła gorące jedzenie kilkoma ściereczkami, na wierzch położyła złożony w kilkoro ręcznik kąpielowy. Może nie wystygnie do powrotu dziewcząt. Było jeszcze dwanaście bułeczek... Przeliczyła i schowała pieniądze – to było tyle, co półmiesięczna wypłata! Może wreszcie los się do niej uśmiechnie i dostanie pracę. Może to ten dzień, w którym wszystko zmienia się na lepsze?
Wzięła prysznic i się przebrała, bo miała wrażenie, że po wizycie u tej strasznej kobiety cała jest brudna, łącznie z ubraniem. Dziewczyny zrobią oczy na widok takiej góry jedzenia! Ale o pieniądzach postanowiła nie mówić. I tak będą ją podejrzewać o najgorsze, wiedziała z góry. Nie będzie się tym martwić. Nie dziś!
Przyszły i było bardzo dużo achów i ochów, a następnie totalne obżarstwo. Grażyna poprosiła, aby nie brały jej soku. Chciały wiedzieć, skąd ma to wszystko. I do tego takie pyszne!
- Tajemnica! Jedzcie, chwalcie kucharza, a mnie o nic nie pytajcie.
- A tam! Nie rób tajemnicy!
- No dobrze, uchylę wam rąbka. To wszystko jest za sprawą pana Karola. Obiecał, że mnie tu jeszcze odwiedzi, więc gdyby o mnie pytał...
- Jaki pan Karol?
- Tajemnica.
- Dostałaś pracę? - nareszcie Ada zadała właściwe pytanie.
- Niestety, nie. Ale idę dziś do Wiktora, dowiem się co z mieszkaniem. O ile dobrze liczę, to po jutrze wracasz do tego mieszkanka.
- Tak, już pojutrze. Stefcia z Liamem płyną do Norwegii.
- Ja też bym chciała mieć taką górę pieniędzy – westchnęła Elwira kończąc posiłek.
- Każdy by chciał. Ale i tak dzielą się z innymi szczodrą ręką – odpowiedziała Ada. - Słyszałam, że dziś albo jutro dostarczą ci jakieś spanko i to, co udało się wyczarować z tych połamanych mebli Wiktora. Będziesz miała ładniej niż my. I łazienkę ci robią. A jak dobrze pójdzie, to nawet salon będziesz miała.
- Nie zmyślaj, Ada. Tam jest za mało miejsca na salon. Ale łazienka? Tym to mnie bardzo ucieszyłaś.
- Stefcia dziś szukała w piwnicy jakichś szmat dla ciebie i chyba „Pod Różą” coś znalazła. Będziesz miała apartament! Poszłabym z tobą do pubu, ale jestem za bardzo zmęczona. Nasz hotelowy ekonom nieźle dał nam dzisiaj w kość.
- Ja też się dziś nachodziłam tak, że muszę najpierw poleżeć, jeśli mi pozwolicie. Chociaż godzinkę – poprosiła Grażyna, a dziewczyny błyskawicznie zrobiły jej miejsce na kanapie. Rozmawiały, opowiadały o hotelu, ale Grażynie prawie natychmiast zamknęły się oczy. Nawet nie zdążyła pomyśleć o „swoim” pokoiku nad pubem Wiktora – spała.

c.d.n.
fot. własne


środa, 21 września 2022

STEFCIA Z WIERZBINY - tom II - cz.4. Czerwiec 1976 r.



 

Cz. 4. (60.) Czerwiec 1976 r. Rewolucje w Göteborgu

Rozsiedli się w gwarnym pubie. Steffi jak zwykle obok Liama. Ada na wprost, pozostałe dziewczyny po bokach. Chwilę trwało, zanim podszedł do nich spocony kelner. Był tylko jeden na całą salę -cz.4 Kto chciał być obsłużony szybciej – sam podchodził do baru, a tam obsługiwał Wiktor, właściciel, mocno z Liamem zaprzyjaźniony. Większość gości chciała siedzieć na tarasie, ale i tam brakowało wolnych miejsc, a tu, dla „paczki” Liama Wiktor trzymał zamówiony okrągły stolik. Stoliki były niewielkie, ot, aby postawić kilka szklanek. Z boku baru był mikroskopijny podest, gdzie przy muzyce z magnetofonu zazwyczaj kręciło się kilka par. Sam pub był ciemny, a światła w kinkietach ledwie się jarzyły. Między kinkietami wisiały strzępy sieci rybackich i sztuczne, plastikowe wodorosty, na dodatek mocno już zakurzone. Z całą pewnością nie był to lokal pierwszej kategorii, a jednak ściągał do siebie dużo gości, zwykle starych bywalców. Wiktor miał dobre, zimne piwo i nie oszukiwał na alkoholu robiąc drinki. Do zjedzenia były słone paluszki i krakersy oraz solone orzeszki. Czasem, absolutnie wyjątkowo, podgrzewał coś z puszki lub słoika. Jeśli klienci byli wyjątkowo namolni, a on sam miał dobry humor, dzwonił do zaprzyjaźnionej restauracji, skąd przywożono mu duży pojemnik frytek z niewielkimi kąskami panierowanego mięsa, wszystko porcjowane, w zgrabnych, tekturowych pudełeczkach. Sprzedawał je w mgnieniu oka i dziwił się sam sobie, że nie zamawia tego dzień dnia.
Steffi od początku nieznacznie obserwowała Grażynę i Elwirę. Grażyna wprawdzie nie sprawiała wrażenia zagubionej dziewczyny, za to była małomówna, a także powściągliwa w gestach. Nie strzelała oczami po gościach, tak jak to robiła Iga. W restauracji ledwie dziobała widelcem w talerzu. Jedynie surówkę zjadła do czysta. Wyglądała na zmęczoną. Natomiast Elwira zerkała tu i tam ciekawie, jednakże chyba nie wszystko po angielsku rozumiała, bo nie włączała się do rozmowy. Słuchała, czasem o coś pytała Igę. Ale ta nie miała czasu odpowiadać, zajęta bieżącą konwersacją.
Steffi zrobiło się żal ciężarnej Polki. Przypuszczalnie źle ją oceniła... Obiecała sobie w duchu, że pomoże dziewczynie, choć jeszcze nie wiedziała, jak. Była pewna, że i Liam się zaangażuje - miał zamiar zapytać Wiktora o mieszkanie i pracę dla Grażyny. Wiedział, że Wiktor nie ma nikogo na zmywaku, a dopiero po dwudziestej drugiej przychodzi Eve, kobieta do sprzątania, i to ona w pierwszej kolejności myje szkło. Czasem o tej porze już brakowało szklanek na drinki i któryś z kelnerów mył kilka-kilkanaście, sztuk. A sprzątanie było dopiero po wyjściu ostatniego gościa. Wiedział też, że właściciel zajmuje całe piętro nad barem i spodziewał się, że przyjaciel ma tam wolne pokoje. W każdym razie nie zaszkodzi zapytać. Taki był plan.
Tymczasem dziewczyny obgadywały chłopaków, z których wielu przychodziło przywitać się z Liamem, a on przy okazji przedstawiał im Polki. Po dwudziestej drugiej napłynęła duża fala nowych gości, a wśród nich pojawił się także Viggo i Thorsten. Steffi dawno ich nie widziała, to też były mocne uściski i głośne wykrzykniki. Wiktor wyciągnął zza lady dwa stołki i zawołał Thorstena po odbiór. Nie uszło uwagi Steffi, że na widok Wiktora Grażynie zaiskrzyły oczy, ale natychmiast to ukryła. A może tylko się jej zdawało?
Rozmowa przy stoliku się ożywiła. Dziewczyny wyraźnie prostowały plecy. Nawet Ada. Steffi, nawijając włosy na palec, pochyliła się do Liama:
- Czy ty widzisz to, co ja? - zapytała go po szwedzku.
- Wpadł lisek do kurnika, ale kurki wcale nie uciekają. Masz chęć na jeszcze jednego drinka?
- Raczej nie. Za jakąś godzinę któryś z naszych chłopców przyjedzie po nas. Porozmawiasz z Wiktorem?
- Cały czas jest bardzo zajęty, ale może podjadę do niego wózkiem, jak myślisz? Wcale nie ma czasu do nas podejść.
W tym momencie Eve, czyli dziewczyna około trzydziestki, zadbana i zgrabna, ale niezbyt urodziwa, stanęła za barem, a sam Wiktor gdzieś wyszedł. Przy barze natychmiast się zaroiło, a dziewczyna obsługiwała wszystkich ze śmiechem, wśród głośnych pokrzykiwań. Gdy po chwili wrócił Wiktor – skierował się wprost do ich stolika. Zgonił ze stołka Viggo i sam na nim usiadł.
- Nogi mnie bolą – poskarżyła się po szwedzku. - Mów, co się dzieje, Liam. Co za interes masz do mnie? Za chwilę przywiozą frytki i będzie jeszcze większy młyn. Chcecie frytki?
- Ta dziewczyna – Liam wskazał na Grażynę – szuka pracy i mieszkania. Polka swobodnie mówiąca po angielsku. I podobno nie boi się żadnej pracy, ale jest w początkach ciąży i nie wolno jej dźwigać.
Wiktor przez dłuższą chwilę przyglądał się Grażynie. Ona tylko raz podniosła na krótko na niego oczy i zaraz znów wpatrzyła się w blat stolika.
- Kiepska sprawa. O żadnej pracy nic nie wiem, a o mieszkaniu tym bardziej.
- Przestań, chłopie! Masz całe piętro nad barem i nie masz wolnego pokoju? Do kogo ta mowa! Nie zmyślaj!
- Do swego mieszkania jej nie wezmę, bo od czasu do czasu nie jestem sam... Chyba rozumiesz.
- Wiktor, pomyśl przez chwilę... Proszę.
- Zazi ma bar przy porcie. Trzeba by do niego zadzwonić. Ale to nie miejsce dla ciężarnej kobiety. Nie, nie. To odpada.
- Mieszkanie – przypomniał Liam. - Nie masz nic wolnego poza swoim mieszkaniem? Żadnej rupieciarni?
- Och, mam taką graciarnię, ale ona nie ma nawet okna, nie mówiąc już o toalecie. Nie, to nie wchodzi w rachubę.
- A co tam masz w tej graciarni? - nie dawał za wygraną Liam.
- Jakieś stare pudła, to chyba jeszcze pozostałość po kawiarni... Już nie pamiętam, co w nich jest. I trochę połamanych mebli. Ale daj spokój, Liam. Tam nie ma nawet łóżka i szafy. To rupieciarnia. Kurz i pajęczyny. To nie dla dziewczyny.
- Rozumiem, że cała zawartość może się znaleźć na śmietniku i nikt po tym nie będzie płakał, czy tak? - upierał się Liam. - Pokaż to pomieszczenie mojej żonie.
- Zwariowałeś! To nie jest mieszkalny lokal! Tam nie ma nawet okna!
- Co ci szkodzi? Pokaż Steffi. A jak ten pokój jest duży?
- Jakieś blisko cztery metry na trzy. Ale mogę się mylić. Nie ma okna i nie ma toalety!
- To sobie kupi nocnik. Steffi idź z nim i popatrz tak po polsku. Wiesz o co mi chodzi.
Poszli. Oglądanie zajęło im kilka minut.
- I co? - niecierpliwił się Liam.
- Bardzo źle – powiedziała Stefcia po szwedzku. - Jest strasznie dużo kartonów do wyniesienia. Z kilku połamanych stolików zapewne dałoby się zrobić jeden, a może nawet dwa. Podobnie z połamanych krzeseł. Jest bardzo dużo pajęczyny, ale tu wystarczy szczotka na kiju. Jednak ściany i tak trzeba umyć a później pomalować. Wtedy się zrobi do rzeczy. Ale sama Grażyna tego nie ogarnie. Najgorzej z toaletą. Nie będzie wieczorami ganiać do ubikacji w samej bieliźnie. Wszyscy podpici będą ją nagabywać. Wodę do mycia może sobie przynieść na górę, ale później trzeba ją znieść i wylać. Raz kiedyś mogłaby się wykąpać u Igi, ale nie za często. Brak łóżka i jakiejkolwiek szafy. Oczywiście podłoga jest całkiem goła, choć chyba w dobrym stanie. Można to pomieszczenie potraktować jako wyjście awaryjne. Ja bym się dla siebie na nie nie zdecydowała. Tak to wygląda. Dla mnie najgorsze jest to, że tam nie ma okna. Wprawdzie jest w pobliżu na korytarzu, ale to nie to samo. Musimy szukać dalej.
- Znajomy mojego dziadka szuka kogoś do pomocy – wtrącił się niespodziewanie Thorsten. - Pewnie nawet dałby mieszkanie. Ale to jest na wsi. Jego żona jest niepełnosprawna, a on sam też już ledwie ciągnie. Trzeba sprzątnąć, ugotować, poprać, zrobić zakupy. Podać leki obojgu. To bardzo trudna praca. Przychodzi do nich pielęgniarka, ale im trzeba czegoś więcej. Po zakupy jeździ się samochodem
- Załatwiają się pod siebie? - rzeczowo spytała Steffi.
- Kobieta - niestety – tak.
- I co wtedy dziadek robi?
- Dzwoni po pielęgniarkę.
- To chyba też nie przejdzie. Szukajmy dalej.
- O, przywieźli frytki. Dla was dziś na koszt firmy. Zaraz Filip poda. Ja muszę za bar.
Ale gdy frytki zostały rozsprzedane Wiktor znów przyszedł do Liama. Naradzali się we czwórkę po cichu, a Steffi wtajemniczyła dziewczęta w sedno wcześniejszej rozmowy.
- To jakaś nora! - przeraziła się Grażyna.
- Wolisz spać pod mostem? - zapytała zgryźliwie Ada.
- Muszę to zobaczyć – powiedziała gniewnie Grażyna.
- Na razie nikt cię tam nie zaprasza, więc siedź cicho i nie podskakuj – warknęła do niej rozeźlona Iga. - Liam się stara, a ty kręcisz nosem. Jak się nie podoba to spieprzaj do Polski i nie zawracaj nam głowy. I tak przez ciebie mamy same kłopoty.
- Spokojnie, dziewczyny. Jeszcze i tak nie wiadomo, co z tego wyniknie – łagodziła Steffi.
Nagle Thorsten wyłączył muzykę, a Viggo gwizdnął przeraźliwie na palcach. Wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę.
- Panowie, jest taka sprawa. Są tu trzy dziewczyny chętne do całowania. I Wiktor dziś dla niektórych z was ma darmowe piwo. Powiedziałem darmowe? No, nie do końca. Najpierw trzeba jedno pomieszczenie opróżnić z kartonów. Wiktor pokaże, gdzie je trzeba zanieść. A Steffi pokaże wam to pomieszczenie. Natomiast dziewczyny... Chodźcie tu z krzesłami i siadajcie w rządku pod barem. Chłopaki noszą, a wy całujecie. Ale tak z sercem... to znaczy może być z języczkiem. Ty nie, chłopcze, jesteś za bardzo biały, a tam można się pobrudzić.
Ale ten jeden chłopak już zdejmował koszulę i świecił gołym torsem – A tak może być?
W mgnieniu oka ustawiła się grupka chętnych. Z pracy zrobiła się zabawa. Ada, choć zwolniona z całowania, oświadczyła, że nie jest gorsza i też ustawiła się z krzesłem. Chłopców było tak dużo, że nie wszyscy zrobili po dwa kursy. A dziewczyny nastawiały usta. Może dla dziewcząt nie były to najmilsze pocałunki, bo panowie byli już mocno nasączeni alkoholem, ale dla dobra sprawy Polki dzielnie je zniosły. Później Steffi przekazała Eve zwitek banknotów, a ta obiecała, że do rana wysprząta to siedlisko kurzu i pajęczyny. Liam uzgodnił z Wiktorem, że najszybciej jak to będzie możliwe podeśle jutro do pubu hotelowego konserwatora, a on oceni, które stoły i krzesła da się uratować. Co będzie dalej – to się dopiero zobaczy. Zapewne będzie można znaleźć w hotelu jakieś zdezelowane łóżko. Najgorzej zapowiadało się mycie ścian i malowanie. Jednakże pierwszy krok został uczyniony.
- Tu chyba sama Grażyna też by się mogła przyłożyć, przecież ma dwie ręce – warknęła po polsku Iga, nadal zła.
- Ja kupię farby – krzyknął zza baru Wiktor. - Jednak malować nie będę, bo nie mam czasu.
- Ja mogę to zrobić – wyrwał się jakiś chłopak z sali. - Ale nie za darmo. Ile mi zapłacisz? Mogę umyć i pomalować, ale sprzątać po robocie nie będę.
- Dogadamy się – odpowiedział Wiktor, patrząc na Liama, a ten potakująco skinął głową.
- Czyli nie mamy okna, nie mamy toalety i brakuje bodaj najnędzniejszej szafy – podsumowała całość Steffi. - Musisz sobie kupić nocnik, Grażynko – dodała żartobliwie.
- Zrobię to z samego rana – uśmiechnęła się wreszcie Grażyna.
- Ile czasu może zająć ten remont? - zapytała Steffi nachylając się do Liama. Znów grał magnetofon i znów tańczył kilka par. Poproszono do tańca także Elwirę i Adę.
- Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to mniej niż tydzień. W najlepszym wypadku cztery dni.
- A później pojedziemy do Norwegii.
- Tak. I niech już nic po drodze się nie wydarzy! Mam dość niespodzianek. W zasadzie jestem zmęczony i chciałbym już do domu. Zadzwonię po samochód. Trzeba odwieźć dziewczyny.
- A gdzie one mieszkają? Bo ja mogę je odwieźć, jeśli gdzieś w mieście – zaofiarował się Viggo.
- Ale nie później niż o dwunastej. One jutro pracują – powiedziała surowo Steffi i podała adres.
- Dobra, wiem gdzie to jest.
- I ta jedna jest w ciąży, więc pamiętaj – dla niej opieka specjalna – dorzucił Liam.
Dziewczyny pracowały w hotelu „Pod Różą”, a Berit była z nich zadowolona, o czym informowała Steffi telefonicznie. Gdyby Grażyna znalazła jakąś pracę, Steffi mogłaby jechać z Liamem do Norwegii... Tym bardziej, że w „dużych” hotelach, a także w hotelu u Any wszystko było w porządku, zaś - ku radości Steffi - starsi Rybbingowie wyjechali na lato do Pineto. A w zasadzie pożeglowali swoim jachtem. W sprawach zawodowych wszystko się dobrze układało. Nadal każdego ranka miała naukę szwedzkiego, potem razem z Davidem siedziała ze dwie godziny w biurze zajmując się bieżącymi sprawami hotelu, w tym w szczególności rachunkami, a następnie zabierała Liama na długi spacer – o ile tylko nie padał deszcz. Wiosna była bardzo piękna, więc nie chciała tracić żadnego dnia. Liam tak lubił te spacery!
Z Wierzbiny też przychodziły dobre wiadomości – ojciec zaczął już remont dachu, Piotrek należał do najlepiej uczących się w swojej klasie, babcię jakby mniej bolał kręgosłup. Natomiast Bela wyjechał do Afryki. Ta ostatnia wiadomość może nie była najlepsza, ale bardzo zrozumiała – wraz z dwoma innymi kolegami pojechali szukać tych zaginionych niemal przed rokiem.
Jednakże remont dachu oznaczał, że babcia z ojcem nie będą mogli przyjąć u siebie pani Marii z mężem.
- A gdybym zabrała ich do Pinetto? - zapytała Steffi. - Nie wydaje mi się, aby ich było stać na taki wyjazd, więc to by był prezent od nas. Co o tym myślisz? Zmieściliby się wszyscy w naszym apartamencie.
- To twoja decyzja, którą całym sercem popieram. W końcu stać nas na to. Rozmawiałem dziś z Wiktorem. On na poważnie zastanawia się nad zatrudnieniem Grażyny, co bardzo mnie ucieszyło. Oby się na to zdecydował, byłbym spokojniejszy. A gdybym tak jeszcze otworzył u niego konto dla pozostałych twoich przyjaciółek? One tam nie przychodzą, bo może pracują na drugą zmianę, ale też na pewno nie mają jeszcze pieniędzy. Wolałbym, aby nie traciły kontaktu z Grażyną. Ta dziewczyna i tak jest teraz bardzo osamotniona. Co ty na to? Mam nadzieję, że nie będą za bardzo szaleć... - Liam zaśmiał się cicho.
- Masz wielkie serce, mój ukochany mężu. Zrób to jak najszybciej, a ja zawiadomię Adę. I jedziemy do Norwegii... Ale jak jedziemy? Czym? Och, to nie będzie takie proste!
- Popłyniemy. Będziesz miała wspaniałą wycieczkę po norweskich fiordach. Wrócisz oczarowana!
- Przede wszystkim chciałabym, abyś ty wypoczął i się odprężył. Pooddychał innym powietrzem. Spotkał się z ciekawymi ludźmi. I przestał żyć sprawami hotelu.
- Chyba to się nie uda. Znów były skargi na kucharza. A żadnych kursów dla niego nie znalazłem. David mówi, że pewnie nawet by na taki kurs nie pojechał, bo ma jakąś skomplikowaną sytuację w domu. Gdyby kurs był na miejscu, to może-może. Ale poza Göteborg to on się nie ruszy. - A co dziś nie zagrało?
- Naleśniki... Jakaś kobieta wdarła się do kuchni i cisnęła mu tymi naleśnikami w twarz. Bardzo nieprzyjemna sytuacja... Nie wiem, co mam zrobić.
- Nie martw się. Ja to załatwię. Po pierwsze trzeba mu zabronić smażenia naleśników. I to z marszu. Teraz. Natychmiast. A ja jutro sama zrobię naleśniki takie, że palce lizać. Nawet lepsze niż te, które przygotowuję dla ciebie.
- Przecież nie jesteś kucharzem!
- Od jutra będę! A zacznę od telefonu do babci. Ona mi powie, co i jak. Od jutra goście będą się zabijać o nasze naleśniki. A ty się postaraj o jakąś łódkę dla nas.
I zrobiła! Kucharzowi nie pozwoliła zbliżyć się do miski z ciastem. Za to pomagał jej młody chłopak, Seven. Był u nich zatrudniony jako kuchenny chłopak na posyłki, choć był po szkole gastronomicznej. A stary kucharz Berg zgrzytał zębami, jednak przy Steffi bał się odezwać. Zrobiła ciasto na czternastu jajach dodanych do jednego kilograma mąki. Prócz tego sól i mleko. I sto gramów rozpuszczonego, przestudzonego masła. Potrzebna jest niewielka kostka słoniny do smarowania patelni. Później pół godziny czekania, by rozkleił się gluten. I można smażyć. Ale tylko na zamówienie. Placki muszą być świeżutkie, cieniutkie i chrupiące.
- Zobacz, jak się to robi. Najpierw próbujesz odrobinę surowego ciasta, czy dobre jest na sól. W razie potrzeby – dosalasz. Jeśli ciasto za gęste – dolewasz trochę mleka. Ciasto musi być rzadkie. Patelnia na ogień. A gdy już mocno ciepła – smarujesz słoniną. Trzeba ją nadziać na widelec, by nie poparzyć sobie rąk. Upuszczasz kilka kropli ciasta na patelnię, by ocenić, czy jest odpowiednio nagrzana. Ma skwierczeć, ale nie za mocno, bo spalisz placki. Musisz wybrać sobie chochelkę, którą zawsze będziesz nabierał ciasto. Robisz najcieńszy placek jak to będzie możliwe. I chwilę spokojnie czekasz. A później, gdy się lekko zrumieni od spodu, przewracasz placek. Kucharze robią to jednym podrzutem patelni. Ja tak nie umiem. Ale ty próbuj, z biegiem czasu się nauczysz. Jak się przyrumieni z drugiej strony, to zdejmujesz placek i znów smarujesz patelnię słoniną. Nie ma mowy o oleju. Zapomnijcie o oleju. Naleśniki smaży się wyłącznie na słoninie. Zostawiam ci recepturę po angielsku. Chyba sobie poradzisz. Usmaż kilka placków. A ja teraz zrobię farsz. Dobry twaróg, dobra śmietana, wanilia i cukier puder. To trzeba zmiksować na gładką masę. Tu, na kartce masz proporcje. Twaróg bywa różny. Czasem trzeba go odrobinę posolić, czasem trzeba dać więcej cukru. Musi być pysznie. Inaczej szkoda zachodu. Kładziesz zawinięty naleśnik na talerz i posypujesz cukrem pudrem przez siteczko. Za kilka dni wymyślimy inne nadzienia, a na razie wprawiaj się w tym.
Prawdę powiedziawszy cała kuchnia była na baczność, bo takiej szefowej jeszcze nie znali! Ale między sobą wiedzieli, że chłopakowi, to jest Sevenowi, należała się odpowiedzialna robota. Nareszcie się doczekał!
- Berg – zwróciła się Steffi do głównego kucharza. - Ty mi teraz chłopaka od tej roboty nie odrywaj i daj mu swobodnie pracować. Będzie miał czas, to pomoże innym. Także tobie. Ty jesteś u nas specjalistą od drobiu i ryb. Nikt nie robi tak dobrej pieczonej kaczki czy gęsi. Twoje ryby nie mają sobie równych. Ale zupy... To czysta rozpacz. Chłopaki, który z was chce się zająć zupami?
- Może ja? - nieśmiało odezwał się szczuplutki chłopaczek, na oko dwudziestoletni.
- Jakie zupy umiesz zrobić tak z marszu?
Chłopak trochę się jąkał, ale kilka wymienił.
- A co myślisz o zupach-krem?
- Jadłem wielokrotnie, ale sam nigdy nie przygotowywałem.
- Przygotujesz na jutro trzy litry zupy-krem z brokułów i mnie zawołasz na degustację. Gdyby nie było brokułów, to może być kalafior albo szparagi. Zawsze pamiętaj o odłożeniu warzyw do dekoracji zupy – wiesz – ugotowana marchewka i zielona pietruszka z koperkiem to podstawa. Do tego kleks śmietany lub jogurtu. Chyba jeszcze pamiętasz ze szkoły, co? Ponadto zrobisz kilka innych zup, takich jak zawsze. Eddie, ty na razie cen nie zmieniaj, ale przygotuj się do tego na poniedziałek. Zobaczymy, jakie będą różnice cenowe, może nie warto robić zamieszania. Berg, a ty dalej pilnuj, by produkty były najwyższej jakości. Podsumowując – Berg mięsa i ryby, Seven naleśniki, ale dojdą ci także kluski i pierogi, a ty – jak ty masz na imię? - aha, Vincent, twoje są super smaczne zupy. Eddie pilnujesz cen. Potrzebne będą jeszcze sosy i warzywa. Musi być większa różnorodność sałatek. Tu też mogli by błysnąć młodzi, bo na pewno sporo pamiętają ze szkoły. Ale zaczynajcie od małych porcji, aby wyczuć, co gościom smakuje najbardziej. Jakoś to będziecie musieli między sobą podzielić. I nie zapominajcie, że kuchnia ma lśnić czystością. ZAWSZE!
- O matko! Ale nam pani robi rewolucję! - sapnął następny młodzieniaszek.
- Rewolucję? Raczej budzę was ze snu. A jak ty masz na imię?
- Jerzy.
- To ty jesteś od surówek i sałatek. Ale rozmawiaj z Bergiem i kolegami, aby twoje surówki pasowały do serwowanych ryb i mięs. Pamiętajcie też, że u nas często jedzą dzieci.
- Powinna być grupa dań na słodko – wtrącił Berg.
- Ależ masz rację. Popracujcie nad tym. Ustalcie nowe menu. Jutro do was zajrzę. Ach, jutro będzie także Greg, wtajemniczcie go we wszystko, dobrze? U was musi wszystko grać. Ruszcie mózgami. Proponujcie zmiany. Ja chętnie zaakceptuję dobre pomysły. To do jutra.

c.d.n.
fot. Władysław Zakrzewski

piątek, 16 września 2022

STEFCIA Z WIERZBINY - tom II


 

Stefcia z Wierzbiny - tom II - © Elżbieta Żukrowska

Cz. 3. (59.) Maj 1976 r. Göteborg i polskie dziewczyny

- Mów!
- Kiedy się boję...
- A przywieźć mi czwartą dziewczynę na głowę to się nie bałaś?
- Bałam się jak cholera! Ale o wszystkim dowiedziałam się dopiero w samolocie.
- Chryste Panie! A co ja mam teraz zrobić?
- Stefcia, będzie dobrze. Najwyżej weźmiemy ją na swoje utrzymanie. Ona zna perfekt angielski, przecież jest po filologii angielskiej. Ona znajdzie sobie pracę. Za tydzień lub dwa odłączy się od nas. Ja... Ja... No, nie mogłam się wykręcić. Ona jest w ciąży, nie mogłam zostawić jej samej.
- Co? Jeszcze i w ciąży? Boże, ratuj mnie! Liam mnie zabije!
- Jak z nim porozmawiam, to on wszystko zrozumie i nawet pomoże...
- Ty jesteś chora! Upadłaś na głowę! Załatwiłam wam pracę. Znalazłam mieszkanie w dobrym miejscu. Wynegocjowałam doskonałą cenę, a nawet zapłaciłam z góry za trzy miesiące. A wy mi taki numer? Iga, to się w głowie nie mieści! Za kogo ty mnie masz? I jeszcze ta ciąża... Co ja mam teraz zrobić? Jak mam o tym powiedzieć Liamowi? Nawet ta kobieta może was wyrzucić z mieszkania! Jezu! Tego się po tobie nie spodziewałam! Iga, czy ty w ogóle sobie zdajesz sprawę w jakiej sytuacji mnie postawiłaś? Pierwszy raz ściągam moje koleżanki, by im pomóc, a one robią mi taki numer! To się w głowie nie mieści! Iga, to nie jest Polska! Tu się takich spraw nie mota. Nie zwala się komuś na głowę swoich problemów! Jestem tak zdenerwowana, że nie mogę usiąść za kierownicą. Muszę najpierw ochłonąć. Jak mogłaś mi to zrobić? Jak mogłaś?
Iga się rozpłakała, chwyciła Steffi w objęcia, chowając na jej ramieniu twarz.
- Wybacz mi, ale nie zostawiaj samej. Błagam!
Steffi odpowiedziała mocnym uściskiem. Wiedziała, że bywają dramatyczne sytuacje. Teraz właśnie została wkręcona!
- Ładujcie się do auta. Zawiozę was najpierw na stancję, chociaż były inne plany. Porozmawiam z właścicielką mieszkania, może się zgodzi za stosowną opłatą... Ale narozrabiałyście! Ja za chwilę też wsiądę. Muszę chwilę pomyśleć i ochłonąć.
Sytuacja wyglądała następująco:
Grażyna zaszła w ciążę i matka, gdy tylko się dowiedziała, wyrzuciła ją z domu. Miała właśnie nowego męża i sama była w ciąży. Grażyna uprosiła ją, by chociaż pozwoliła mieszkać jej w domu do czasu obrony pracy magisterskiej. Zgodziła się, ale ani dnia dłużej. Grażyna spakowała co ważniejsze rzeczy i wyniosłą je do koleżanki. Po obronie spakowała niewielki plecak – te resztki, na których jej zależało – w tym najszersze swoje ciuszki. Zostawiła na stole w kuchni klucze i zatrzasnęła za sobą drzwi. Matki nie było w domu. A dla niej nie było już do domu powrotu. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Pojechała tramwajem do Igi z nadzieją, że będzie mogła przenocować kilka nocy. I dowiedziała się, że Iga jedzie do Szwecji. Nie, nie poprosiła ją o zabranie ze sobą. Miała rozejrzeć się za pracą. Może nawet gdzieś na prowincji, byle z mieszkaniem. Tu, w Polsce. Jednakże słowo „Szwecja” zapaliło latarenki w jej głowie. Przez trzy miesiące pracy w Szwecji mogłaby się trochę odkuć. Wiedziała, że Iga jej ze sobą nie zabierze, chyba że zostanie postawiona przed faktem. Sama zaproponowała, że pojedzie kupić bilety, ma czas, a one są zajęte likwidowaniem mieszkania w Krakowie. Miała trochę swoich pieniędzy, jednak za mało, aby kupić bilet. Musiała dopożyczyć. Udało się. Teraz kupiła cztery bilety, ale o swoim nikomu nie powiedziała. Gdy przyszedł czas wyjazdu zaproponowała, że odprowadzi je na lotnisko. Po pożegnaniu przepuściła kilka osób w kolejce i sam się ustawiła do odprawy. Dziewczyny już się za nią nie oglądały, więc kiedy zajęła w samolocie miejsce obok nich były ogromnie zaskoczone. Przyznała się do ciąży i do tego, że musi jakoś na siebie zarobić, a do domu już nie może wrócić. Jedzie razem z nimi, a w Szwecji się zobaczy. Może w ostateczności przenocuje gdzieś na dworcu i wróci do domu z powrotem. Inna sprawa, że nie miała pieniędzy na powrotny bilet, ale do tego się nie przyznała.
- Porozmawiamy ze Stefcią, może nie będzie tak źle – pierwsza obecność Grażyny zaakceptowała Ada.
Iga siedziała naburmuszona i wściekła – w końcu Grażyna była jej bliską kuzynką, cioteczną siostrą, ich matki były rodzonymi siostrami. Ale na razie dusiła ją wściekłość. To Stefcia robi im przysługę, a one zwożą jej Grażynę, jako swój nadbagaż??? To było grubo nie w porządku wobec przyjaciółki. Tak się nie robi!
- Nie zdziwię się, jak Stefcia wyrzuci nas na zbity pysk! - powiedziała z irytacją.
- I będzie miała rację – przytaknęła Ada.
Elwira wolała się nie odzywać, ale i jej by było bardzo przykro, gdyby w wyniku podstępu Grażyny dostały wilczy bilet. Tak bardzo liczyła na szwedzki zarobek! Reakcja Steffi nikogo nie zaskoczyła – miała prawo być wściekła! Teraz trzeba jednak jakoś wybrnąć z sytuacji. Tymczasem ich przyjaciółka chodziła wokół samochodu i czekała, aż jej przejdą najgorsze dygotki. Wreszcie usiadła za kierownicą.
- Miałam inne plany na dziś, teraz muszę je trochę zmienić. Najpierw zawiozę was na stancję. Zobaczycie mieszkanie, mam nadzieję, że się wam spodoba. Ale tam nie ma czwartego łóżka do spania... Zostawię was, a sama znajdę właścicielkę i pogadam z nią. Za jakieś dwie godziny przyjedzie ktoś po was i zabierze do naszego hotelu na powitalną kolację. Nie ubierajcie się czasem wyskokowo, tak jak teraz jesteście ubrane będzie dobrze. Porozmawiam z Liamem i zobaczę, co się da załatwić. Nie przewidywaliśmy zatrudnienia dodatkowej osoby nawet na zmywaku. Mamy komplet. Ale porozmawiamy ze znajomymi. Twoja ciąża jest tu pewnym problemem. - To wszystko Steffi wygłosiła niemal jednym tchem, nie dopuszczając Grażyny do głosu, choć ta kilka razy usiłowała wpaść jej w słowa. Za każdym razem zarabiała kuksańca od siedzącej obok niej Igi. Steffi uruchomiła samochód. Później przez całą drogę nie odezwała się do dziewcząt ani jednym słowem, za to one pod koniec się rozgadały, komentując ulice, sklepy i przechodniów.
Wreszcie dojechały.
Steffi kazała im zabrać z auta swoje bagaże, a sama ruszyła do drzwi. Miała trzy komplety kluczy, po jednym dla dziewcząt. Otworzyła i weszła nie oglądając się na podróżniczki. Grażyna miała tylko plecak i ona pierwsza szła za Steffi.
- Auto jest nie zamknięte – przypomniała Elwira, gdy już wszystkie znalazły się w nowym lokum.
- Tu nie ma złodziei – odpowiedziała Steffi. Patrzyła po twarzach przybyłych, ciekawa ich reakcji.
Dwa pokoje i kuchnia. Łazienka. Przy większym pokoju niewielki balkonik. A na środku pokoju deska do prasowania i żelazko – powitalny prezent od Steffi. Była wciąż tak zła, że nie powiedziała, że to prezent od niej. Poszła od razu do kuchni i nastawiła wodę.
- Komu kawa, komu herbata? - zapytała normalnym głosem. - Lodówkę macie wstępnie zaopatrzoną. W łazience są podstawowe artykuły, na czele z papierem toaletowym. Pralnia jest w piwnicy, są jakieś kolejki, same musicie to wyniuchać, co i jak. Pamiętajcie, że w Szwecji kolejka to rzecz święta, nie grymasić i się nie wciskać bez kolejki, bo są specjalne listy i trzeba się ich trzymać. Pościel macie wypożyczoną z hotelu „Pod Różą”, tam będziecie pracowały już od jutra, tyle, że na drugą zmianę, a więc macie być w pracy o dziesiątej przed południem. Pracujecie przez dwanaście godzin, chyba że pani dyżurna zwolni was wcześniej. Nie przynieście mi wstydu. Mówiłam, że wszystkie znacie angielski. Elwira, powiedz coś po angielsku.
- Dlaczego jesteś taka surowa, zupełnie inna, niż mówiła Ada? - zapytała po angielsku Elwira.
- Bo jeszcze nie doszłam do siebie. Zafundowałyście mi niezły szok. Ja chcę kawę. Która zrobi? - usiadła, bo wciąż drżały jej nogi. Jak ma powiedzieć o tym wszystkim Liamowi? Nie bała się męża, ale było jej straszliwie wstyd. Tak się nie robi! Nie robi! Nie robi! - Nie ma czwartej pościeli i łóżka. Tę noc musicie się jakoś przemęczyć, a jutro coś wymyślimy, o ile właścicielka nie wyrzuci nas na zbitą twarz, bo i tak też może być. A ty, Grażynko, powiedz mi teraz, jak chcesz szukać pracy dla siebie? Jak się za to zabierzesz?
- Może przejdę się po sklepach i popytam, czy nie potrzebują ekspedientki. I po pubach, może potrzebują kogoś na zmywak. Czasem w takiej rozmowie ktoś coś poleci. Nawet jakiś zakład przemysłowy, na przykład szycie żagli. Umiem szyć na maszynie.
- Na takiej przemysłowej? A może do sortowni śledzi czy innych halibutów? - nie wytrzymała Iga. - Wytrzymasz w takim specyficznym zapachu? O pracy zgodnie z kwalifikacjami nawet nie masz co marzyć. Już prędzej jakaś budka z lodami czy niewielka piekarnia.
- Wezmę to, co mi się trafi. Na pewno nie będę wybrzydzać – zapewniła Grażyna, poprawiając włosy związane w koński ogon.
- Ale fajny balkonik – cieszyła się Elwira zaglądając we wszystkie kąty mieszkania.
- Czasem tam prania nie wieszajcie – upomniała Steffi.
- Mam domowy sernik, mama upiekła specjalnie dla ciebie i dla Liama – powiedziała Ada, stawiając przed Steffi kawę. - Weźmiesz teraz, czy mam go dostarczyć do hotelu?
- Może ukrój dziewczętom po kawałku, a resztę zabiorę dla Liama. On uwielbia polski sernik. Wiecie, że on nadal jest chudy jak patyk? Wydawało się nam, że mając dużo mnie ruchu może zacząć gwałtownie tyć, a on nadal ma niedowagę. Byliśmy niedawno w tym jego północnym hotelu i Ana, to jest tamtejsza zarządzająca i kucharka w jednej osobie, aż załamała nad Liamem ręce. Takiego chudego jeszcze go nie widziała.
- Ja mam dla Liama buteleczkę żubrówki – pochwaliła się Iga.
- Przykro mi, ale ja nic nie mam. Wcale nie miałam tego głowy. Bardzo przepraszam – szepnęła zażenowana Elwira.
- A ja mam! Mój znajomy w ostatniej chwili wcisnął mi paczkę polskich kabanosów. Czy Liam lubi polską kiełbasę? - zapytała Grażyna.
- Ty lepiej trzymaj ją dla siebie, byś z głodu nie padła zanim dostaniesz pracę – syknęła ze złością Iga.
Ada wydzieliła bardzo małe porcje sernika i stawiając je na stole powiedziała:
- To tak, jakby sam Liam was częstował. Jedzcie i chwalcie.
- O, Liam na pewno nie jest taki skąpy, jego kawałki by były trzy razy większe – zapewniła ze śmiechem Steffi.
Nareszcie jakiś śmiech, właściwie zalążek śmiechu, a wystarczyło, by rozluźnić atmosferę.
- To pamiętajcie – mniej więcej za dwie godziny przyjedzie po was prawdopodobnie Cristel, bądźcie gotowe. - Ja już muszę do Liama. Tylko to ciasto, Ado...
- Zaniosę je do samochodu.
- Super.
Gdy już były przy samochodzie, Ada zapytała:
- Nadal się wściekasz?
- Może nie tyle się wściekam, co mi wstyd za moje rodaczki. Jak ja teraz Liamowi spojrzę w oczy? Zupełnie nie wiem, jak mu o tym wszystkim powiedzieć. Jest mi za Grażynę nieprawdopodobnie wstyd. Ale co się stało, to już się nie odstanie. Ty ją znałaś wcześniej?
- Spotkałam ją u Magdy może ze trzy razy i wydawała się do rzeczy. Lecz ciąża bardzo zmienia kobiety. Jest mi jej tak zwyczajnie, po babsku żal.
- Ale tak spadać komuś na głowę...? To jest... Szkoda słów. Co ja mam teraz zrobić? Nie przyjmę jej do pracy. Nie mogę.
- Wiem i rozumiem. Ona tego po prostu nie przemyślała. Zabrakło czasu. Chyba nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić. A zaszyć się w jakiejś pipidówce i uczyć angielskiego... Wiesz, jak nauczycielom teraz nędznie płacą. Może zadziałała chęć pokazania matce, że i bez jej pomocy sobie poradzi? A swoją drogą niezłą zołza musi być z tej matki.
- Ada, zrobię, co będę mogła. Ale u siebie nie dam jej pracy, nawet gdyby w cudowny sposób zwolniło się jakieś miejsce. Nie i już. Niech nie myśli, że trudne życie, że jej ciąża stawia mnie pod ścianą. To nie jest maleńka dziewczynka, a dorosła osoba.
- Myśmy z nią dużo w samolocie rozmawiały. W zasadzie to ona by chciała zagranicznego męża. Najlepiej przy tym przystojnego i bogatego. Bo ona ma wymagania! I absolutnie nie wierzę w to, że przyjmie pierwszą z brzegu pracę. Iga jej powiedziała, że dłużej niż przez tydzień nie będzie jej niańczyć, więc niech się spręża, choćby miała buty zdeptać. Lecz po jej minie widziałam, że nie będzie aż taka do roboty wyrywna. Szczególnie na zmywak, albo do opieki nad starszą osobą, bo i o tym myślałyśmy.
- Co by nie było – nie mam zamiaru świecić za nią oczami. A wy nie litujcie się za bardzo, bo ona wygląda mi na bardzo cwaną babę, a takich nie lubię.
- Cwana i ciąża?
- A skąd wiesz, że nie myślała, że na dziecko złapie chłopa? A on to kto?
- W zasadzie to nie wiem. Akurat o tym, nie chciała mówić. Podkreślała, że stało się i trudno. I tak sama poniesie konsekwencje.
- Co za głupia dziewucha! Chociaż go kochała?
- Właśnie chyba nie bardzo. Teraz jakoś wcale po nim nie rozpacza. W zasadzie to chyba jest wściekła, że musi urodzić. Tak dało się wyczuć między wierszami.
- Polska głupia dziewucha z zaścianka... Co za wstyd! Ale daję ci słowo, że zrobię, co w mojej mocy, uczciwie, by znaleźć jej jakąś pracę. Tylko się nad nią za bardzo nie rozczulajcie. Mnie się wydaje, że nie jest tego warta. A ta deska do prasowania i żelazko to prezent ode mnie. Aha, załóż szpilki. Wieczorem pójdziemy do pubu. A nuż widelec Grażynka pozna tam swego mężusia? Dziewczynom nie mów nic o pubie. Okey?
- Dzięki za prezenty. I za pełną lodówkę też. Zwrócimy ci kasę z pierwszych zarobków. Masz wielkie serce i cieszę się, że jesteś moją przyjaciółką.
- Drobiazg. A kiedy wasz ślub, to jest twój i Daniela?
- Nie spieszymy się. Odkładamy pieniądze. Może wspomagając się kredytem za kilka lat kupimy jakieś małe mieszkanie. Prawdę powiedziawszy przy mojej mamie jest nam bardzo wygodnie. A ona całym sercem polubiła Daniela. Dosłownie jak syna - na szczęście.
- No, to na razie. Ale obyś nie przeciągnęła struny.
Liam czekał na Steffi przy recepcji, rozmawiał z pracownikami. Na jej widok cały się rozpromienił i wstał z inwalidzkiego wózka. Podszedł do niej i objął mocnym uściskiem, pocałował kilka razy. Nie mieli zwyczaju afiszować się ze swymi uczuciami, teraz pracownicy, nieco zażenowani, niby to odwracali wzrok, jednak patrzyli ukradkiem. Steffi postawiła ciasto na ladzie i sama objęła mocno Liama.
- Stało się coś? – zapytała szeptem.
- Tak. Kocham cię tak, że aż boli. I nie mogłem się ciebie doczekać. To się stało.
- To chodźmy do domu. Ada dała dla ciebie ciasto. Liam... Ja też bardzo cię kocham. Bardzo, bardzo.
- To siadaj mi na kolanach i pojedziemy do nas.
Czasem w domu siadała tak na kolanach Liama, ale nigdy przy ludziach!
- Szybciej – przynaglił Liam. - I nie zapomnij o cieście.
W windzie całowali się namiętnie, łapczywie, gwałtownie!
- Jestem bardzo ciebie głodny!
W mieszkaniu pospiesznie zrzucali z siebie ubrania, by jak najszybciej skóra dotknęła do skóry. Liam bardzo dbał o to, by z tych miłosnych zmagań Steffi wychodziła zawsze głęboko zaspokojona, szczęśliwa. Choć bardzo się starał – nic więcej nie mógł zrobić. Jego żona nadal była dziewicą. Ubolewał nad tym, że nic więcej nie może jej dać. Tyle razy mieli nadzieję, że wreszcie dziś... I znów fiasko i ogromna rozpacz w Liama oczach...
- Kocham cię – mimo wszystko szeptał do niej najczulej.
- Kocham cię, mój jedyny – odpowiadała z pełnym przekonaniem. Nie mówiła mu o tym, ale też cierpiała. Obiecała przecież, że będzie jego najlepszym lekarstwem... A nie była. Nie była! Tak bardzo chciała, aby on czuł się spełniony jako mężczyzna! - Jesteś moim światem, moim szczęściem, moim niebem. Kocham cię najgłębiej, jak to jest możliwe – do krwi, do kości... Jesteś przez to w każdym zakamarku mego serca. Kocham cię aż do omdlenia, do braku tchu.
- Moja najdroższa! Moja ukochana ponad wszystko! - przytulał ją, a ona gładziła jego ciało i całowała najsłodziej, najbardziej namiętnie. Ale to nie niosło ukojenia, nie zaspakajało jego pragnień. Chwytał jej twarz w dłonie i okrywał pocałunkami. A jednocześnie wiedział, że jego miłość była najsmutniejsza na świecie – bezradna, pusta jak pęknięty dzban... I cóż z tego, że zagarnia ją pod siebie, że kładzie się na niej, że szepcze to wszystko, co zebrało się w głębi serca... To nic nie znaczy. Już nic nie znaczy. Dla niego. Dla niej. Nic z sobą nie niesie... Mgła...Mgła...
Któregoś dnia wróciła nieco wcześniej, niż mu zapowiedziała i zastała Liama ze śladami łez na twarzy. O nic nie pytała, bo i tak wszystko było aż nazbyt oczywiste – jej ukochany cierpiał i nigdy przy niej się nie skarżył. Objęła go wtedy, przytuliła, on zareagował gwałtownym wtuleniem się w jej ramiona. Dopiero po długiej chwili szepnął – dobrze, że już jesteś. Nie był w stanie zaakceptować swojej seksualnej ułomności. Brakowało mu ekstazy, jaką daje spełniona miłość. Wiedział, jak pięknie może być, a nie mógł tego osiągnąć. Pragnął Steffi tak bardzo, tak boleśnie, tak... Nie znajdował słów. Czasem – na zimno – rozmawiali o impotencji, o wykonanych telefonach, o daremnym dobijaniu się do fachowców – a jakby ich ze Szwecji wymiotło! Raz czy dwa miała ochotę tupnąć nogą i zażądać wyjazdu do Polski. Jakoś wierzyła, że w Polsce są odpowiedni lekarze. Coś ją powstrzymywało, nie naciskała. Ale on cierpiał! I to zapewne bardziej, niż mogła sobie wyobrazić.
Powinni powiedzieć o wszystkim Halvarovi. A może nawet Edwardowi i Beli. Szczególnie Beli. Dla niego nie było spraw nie do załatwienia.
- Powiemy im? Nie możesz być z tym problemem dłużej sam! Musi być jakieś rozwiązanie. Może tylko my nie widzimy tego rozwiązania. Może nam coś podpowiedzą – sugerowała, gdy Liam odsunął się od niej zniechęcony i załamany. - Twoje cierpienie... Kocham cię, Liam. Musimy coś z tym zrobić. A skoro nie dajemy sobie rady sami – musimy naszych bliskich poprosić o pomoc.
- Może masz rację. Ale dajmy sobie jeszcze trochę czasu, miesiąc lub dwa.
- Dobrze. Do końca sierpnia. Nie mogę patrzeć jak się męczysz i cierpisz. Próbowaliśmy już wszystkiego. Mam wrażenie, że im bardziej się spinasz – tym jest gorzej.
- Chyba masz rację. Staram się być rozluźniony i swobodny, jednak ulegam narastającej nadziei i... sama wiesz, co jest dalej.
Wiedziała. Miewał erekcję – ale bardzo mizerną. A gdy się zapalał – wszystko obumierało. Zagryzał usta z niewypowiedzianego, psychicznego bólu. Ostatnio często żałował, że nalegał na ślub, przez co uwięził Steffi przy sobie. Żałosny egoista – jakim prawem myślał tylko o sobie? Z zazdrością patrzył na obce dzieci. Chciał mieć dziecko! Chciał mieć dziecko ze Steffi. Chciał być mężem i ojcem. Takim prawdziwym. Ale o ojcostwie już nawet głośno nie wspominał. A tymczasem matka dwa razy pytała, czy Steffi jest w ciąży.
- Nie mówmy już o tym. Lepiej opowiedz, jak tam twoje przyjaciółki – poprosił Steffi.
- Jedna wielka katastrofa.
- Przecież przyjechały. Przyniosłaś ciasto. Właśnie – może zjemy po kawałku? - był zmęczony, ale też głodny.
- Przyjechało ich aż w nadmiarze. Jest jeszcze czarta dziewczyna. Doprawdy nie wiem, co z nią zrobić. Wcisnęła się im na siłę. Połapały się dopiero w samolocie – zaczęła Steffi i opowiedziała „za porządkiem” całą historię.
- Co za tupet! - zdumiał się Liam, nakładając sobie następny kawałek ciasta. - Ale ciasto jest wyśmienite! Masz zamiar tej dziewczynie pomóc? Jak ona ma na imię? - bo nie zapamiętałem.
- Grażyna. I do tego ta ciąża.
- Musimy jej pomóc.
- Jestem przeciwna. Niech sobie sama radzi. Postawiła wszystkich pod ścianą.
- Ale jest w ciąży. Nie, nie możesz być dla niej aż tak bardzo surowa.
- Ty wiesz, że mieliśmy tylko dwa miejsca, zgodziliśmy się jednak na trzy osoby. A teraz dochodzi czwarta. My musimy dbać o swoich pracowników. A tu dochodzi taka cwana damulka i natychmiast musimy jej pomagać. W zasadzie to mi bardzo szkoda Igi. To ona świeci oczyma za tę swoją kuzynkę.
- Coś jej znajdziemy, Steffi. Musimy coś znaleźć. I tak nam będzie łatwiej, niż jej.
- Masz bardzo dobre serce, mój ukochany mężu. Dobrze, skoro tak mówisz, to się zaangażuję w sprawę. Ale nie chcę, aby pracowała w naszym hotelu. Nie ufam jej. Przebierzesz się do kolacji?
- Obmyję się i zmienię koszulę. A ty? Może dziś wreszcie założysz czerwoną sukienkę? Proszę cię, Steffi...
- Koniecznie? - przekomarzała się robiąc zabawne minki.
- Tak, tak, tak! Wiesz, że później idziemy do pubu.
- Dla ciebie wszystko! - ucałowała męża, przebrała się i poprawiła makijaż. - I jak?
- Wyglądasz przepięknie! Lubię gdy się dla mnie ubierasz. Teraz nie mogę oderwać od ciebie oczu. Tyle czasu czekałem, aż będzie odpowiednia aura, byś mogła nałożyć tę sukienkę. Jest wspaniale! Fantastycznie! Chodź! Muszę cię znowu ucałować.
Poszli do restauracji przed czasem, bo nie chcieli, aby dziewczęta były zdezorientowane czekaniem na nich. Lepiej, aby to oni czekali. Wkrótce przyszły. Liam witał się nie wstając z wózka. Patrzył na nie z ciekawością. Widać było, że to są Polki – piękne, kwitnące młodością i urodą. Oczywiście jego Steffi była najpiękniejsza... I te jej długie, dziś rozpuszczone włosy... Jedyna... Ukochana... Aż serce zaciska się w przypływie nagłego bólu. Przecież wziął leki, więc nie powinno...
Początkowo rozmowa się nie kleiła. Dziewczyny były sztywne. Elwira najwyraźniej najpierw układała sobie zdanie w myśli, zanim je wypowiedziała głośno. Grażyna milczała. Iga usiłowała opowiadać o podróży, ale dopiero gdy Steffi zapytała Adę o obronę pracy magisterskiej – dziewczyny zaczęły prawdziwie rozmawiać. Wciąż powściągliwie, ale jednak. Liam do trzech zwracał się przez „pani”, jedynie do Ady mówił po imieniu. Iga, która kilka razy zwróciła się do niego po imieniu, powstrzymała się od swobodnego „ty” i też zaczęła do Liama mówić przez „pan”. Steffi obserwowała to z pewnym rozbawieniem. Oczekiwał, kiedy wreszcie padną jakieś słowa na temat sytuacji Grażyny.
Do posiłku kelner nalewał wino, ale Liam powiedział do niego coś po szwedzku i kieliszek Grażyny został napełniony sokiem. Steffi udała, że tego nie zauważa. Podobnie Ada.
- A ty dodzwoniłaś się do tej naszej gospodyni? - zapytała dla zmiany tematu i odwrócenia uwagi.
- Nie ma jej w domu. Dzwoniłam kilka razy, lecz nikt nie odbierał. Liam, jeśli się zgodzisz, to Ada przenocuje dziś u nas. Co ty na to?
- A mogę zaprotestować? Lubię nago chodzić po mieszkaniu, to dla Ady może być krępujące... A nawet szokujące.
- Mój Daniel też lata nago gdy tylko mamy nie ma w domu. Mężczyźni chyba to uwielbiają! - odpowiedziała żartem Ada.
- Skoro moja nagość nie przeszkadza, to zapraszamy całym sercem – nieco poważniej powiedział Liam.
- Trzeba będzie twoje rzeczy przewieźć do nas – zauważyła Steffi. - Jeśli Samson jest wolny, to moglibyście to załatwić przed pójściem do pubu. Przynajmniej, Aduś, zobaczysz jak mieszkamy. Od jutra czeka was harówka i to bardzo ostra. Berit jest bardzo wymagająca, więc nie liczcie na taryfę ulgową tylko z tego względu, że się znamy, że wy też jesteście Polkami.
- Kto to jest Berit? - zapytała Elwira.
- Żandarm w spódnicy, czyli wasza nadzorczyni. Pierwszy dzień to będzie bardziej nauka niż praca, ale nie sądzę, by Berit chciała pokazywać i uczyć czegoś dwa razy. Jest bardzo wymagająca. Dziewczynki wy moje, wiem, że nie muszę wam tego mówić, ale to tak dla porządku: pójście do łóżka z gościem oznacza natychmiastowy wypad z hotelu. Bez prawa powrotu. I oczywiście nie ma żadnego donoszenia na innych pracowników, bo my się na to nie nabieramy. Każda pilnuje swojej działki i stara się ze wszystkich sił. Czasem zdarza się, ale nie za często, że goście zostawiają pieniądze na stoliku. Taki ekwiwalent za super miłą obsługę, coś jak napiwek dla kelnera. To są wasze osobiste pieniądze, z nikim się nimi nie dzielicie, chyba że pracujecie we dwie. Co innego, gdy ktoś zostawi portfel, jakieś cenne drobiazgi typu złote spinki do koszuli, zegarek, obrączka, a zdarza się nawet teczka lub walizka – to z tym już trzeba do Berit albo do recepcji, zawsze z podaniem numeru pokoju. Raz mieliśmy kilka kosztownych sukien w szafie, innym razem zabawki dziecięce. Pamiętajcie – koniecznie numer pokoju. W tym nie wolno się pomylić. Najlepiej poinformować recepcję telefonicznie i ktoś do pokoju przyjdzie. A ponadto - jak w każdym przedsiębiorstwie – szef ma zawsze rację. W tym wypadku Berit. Zatem... radzę nie drażnić lwa.
- I w tym momencie zaczęłam się bać! - jęknęła Iga.
- I słusznie – przytaknął Liam. - Z Berit nie ma żartów. Tak jeszcze dla waszej informacji – dodał po chwili – my nie zawsze jesteśmy na miejscu. Często wyjeżdżamy nawet na kilka dni, a bywa, że i tygodni. Mam nadzieję, że do tego czasu pani, pani Grażyno, znajdzie dla siebie jakiś lokal, a Ada będzie mogła wrócić na swoje miejsce. Właśnie na dniach mamy zamiar wyjechać do Norwegii. Myślę, że pani rozumie naszą sytuację. Pomieszkiwanie Ady u nas nie może przeciągnąć się w nieskończoność.
Po tej przemowie Grażyna aż spąsowiała.
- Tak. Rozumiem – bąknęła przez zaciśnięte zęby.
- Dziękuję za to, co dla nas robicie – odważyła się odezwać Iga. - Bardzo to doceniamy. Za zaistniałą sytuację całą odpowiedzialność ponosi Grażyna i tylko ona powinna odczuć konsekwencje. Miejmy nadzieje, że dopisze jej szczęście. Nie chcemy państwu siedzieć na karku.
- W Szwecji są nieco inne obyczaje niż w Polsce – zauważyła ugodowo Steffi.

cdn.
fot. Łukasz Żukrowski

środa, 7 września 2022

STEFCIA Z WIERZBINY

 



STEFCIA Z WIERZBINY - tom II - © Elżbieta Żukrowska

Cz. 2. (58.) Wiosna 1976 r. Kalix, stare sprawy i rodzina Any

Wszyscy znajomi Stefci szukali dla niej i Liama odpowiedniego lokalu w Krakowie – bo przecież musiała skończyć studia. Szkoda zmarnować naukę z minionych lat. Mieszkanie miało być bez schodów – i to był problem nie do przeskoczenia. Nawet gdyby chcieli zamieszkać w hotelu z windami – tam też było przynajmniej kilka schodów do pokonania. Dramat. Steffi na razie o tym nie mówiła Liamowi, nie chciała go zasmucać wiadomością o koniecznym rozstaniu. A przy tym wcale nie chciała się z nim rozstawać! Było w niej mocne przekonanie, że nie wolno im się rozstawać na dłużej, niż na kilka dni. A tu w perspektywie był cały rok akademicki. Jak to pogodzić? Raczej w ogóle zrezygnuje ze studiów – powoli dojrzewała do tej decyzji.
Liam sam zaczął rozmowę na ten temat.
- Masz jakiś pomysł na zamieszkanie w Krakowie? Hotel, wynajęte mieszkanie, a może kupno domku gdzieś w pobliżu twojej uczelni.
- Moi znajomi już szukają dla nas odpowiedniego mieszkania, ale wszędzie są schody. Raczej zrezygnuję z dalszej nauki. Nie muszę mieć studiów.
- To prawda, że nie musisz, ale czułbym się bardzo podle, gdybyś nie skończyła ich przeze mnie, mając już tak blisko do celu. I tak już straciłaś cały rok.
- Za to podszkoliłam się w angielskim, całkiem nieźle mówię po szwedzku, trochę po włosku, i zyskałam sporą wiedzę na temat hotelarstwa.
Liam niespodziewanie zachichotał:
- A o tym szwedzkim nadal nikt nie wie! Będziesz mogła podsłuchiwać nasz personel.
- Oooo! Jednak na tym to aż tak bardzo mi nie zależy. Ale za to w sklepach jest mi o wiele wygodniej.
- Przy tobie to ja też musiałem się podciągnąć w angielskim.
- I bardzo dobrze!
- Też tak sądzę. Steffi, a może byśmy kupili jakąś kamienicę w centrum Krakowa i ją odrestaurowali?
- Zapewne jest to możliwe, ale taki remont zająłby przynajmniej ze dwa lata, zatem nie możemy tego brać pod uwagę.
- Masz rację.
- Dzwoniłeś do tej kliniki w Szwajcarii?
- Tak. Nadal nikt nie odbiera. Może zmienili numer?
- Pojedźmy w najbliższy piątek do kliniki profesora Kiliana. Może nam coś podpowie. To daleko od Göteborgu, więc nie powinno być „przecieków”, wiesz, co mam na myśli.
Liam bardzo się bał, że po Göteborgu rozniesie się wiadomość o jego impotencji i dlatego nie szukał pomocy u miejscowych lekarzy. „Zasada ograniczonego zaufania” - mówił do Steffi, a ona go rozumiała. Teraz zapalił się do wyjazdu na północ kraju.
- A może, skoro będziemy już tak daleko, pojechalibyśmy jeszcze dalej, do Kalixu.
- Co tam jest?
- Mój niby-hotel, takie maleństwo dla facetów spragnionych przygody. Dawno tam nie byłem, chyba już ze trzy lata. Pojechalibyśmy na kilka dni. To rodzinne strony mojego ojca. On jeździ tam przynajmniej raz w roku i teraz pewnie też by tam chętnie pojechał.
- Nie mam nic przeciwko temu, ale wtedy musiał byś zdradzić ojcu swoją tajemnicę.
- Zastanowię się. Może już czas, abym mu powiedział?
- A on powie twojej mamie? Czy dochowa tajemnicy?
- Ufam mu. Nie zdradzi mego sekretu.
- Ty decydujesz. Dowie się też o moim szwedzkim, bo może już na to czas, nie sądzisz?
- Nie musimy jechać w ten piątek. Daj mi trochę czasu. Zobaczymy, jaka będzie pogoda. To bardzo daleko. Moglibyście na zmianę prowadzić samochód. Tak, ojcu możesz się przyznać do znajomości języka, będzie tym mile zaskoczony.
- A ciebie taka daleka podróż nie umęczy? Boję się o ciebie.
- Ale chcę jechać. Tak, chcę jechać. Będę sobie leżał na tylnej kanapie. Pojedziemy do Kalixu, a po drodze zawadzimy o klinikę profesora Kiliana. To jest bardzo dobry pomysł.
- Nigdy mi nie opowiadałeś o tamtym hoteliku. Jak to się stało, że w ogóle go masz?
- Jeździliśmy tam na męskie eskapady, trochę żeglowaliśmy, łowiliśmy ryby, biwakowaliśmy. Bardzo stare, odległe czasy. Można powiedzieć, że wyrywaliśmy się spod skrzydeł rodziców, aby popić i pohulać, jak to takie niedorostki. Lubiłem tam jeździć. Oprócz hoteliku jest tam niewielkie pole namiotowe, co woleliśmy bardziej od wygodnych pokoi. Jest specjalny krąg na ognisko, na którym smażyliśmy ryby i kiełbaski. Ustawialiśmy na trójnogu taki duży płaski wok na ryby, a kiełbaski smażyliśmy na patykach. No i było dużo piwa. Do tego żarty, śmiechy, głośne rozmowy, czasem trochę się darliśmy, choć nazywaliśmy to śpiewem. Jakoś dość szybko z tego wyrosłem, ale moi koledzy nadal tam jeżdżą, choć nie tak często jak dawniej.
Później Liam się rozgadał i zaczął opowiadać o trudnej drodze ojca, smarkacza przybyłego z dalekiej i biednej północy, który zaczynał naukę w Sztokholmie nie mając grosza przy duszy, ani spokojnego dachu nad głową. Uczył się, pracował i nigdy nie zapomniał, jak to jest być biednym. Zawsze parł do przodu. Szybko zrozumiał, że praca fizyczna nie przyniesie mu dostatecznych profitów – co najwyżej pozwoli przetrwać. Prawdziwy dobrobyt daje praca głową. Mówił, że mózg to najważniejszy mięsień człowieka, trzeba go ciągle rozwijać i ćwiczyć. Skromne domostwo po rodzicach i dziadkach zamienił w maleńki hotelik. Dodał do tego wysłużoną łajbę, odremontował niewielką przystań i ściągnął na północ wędkarzy. Ale ten hotelik ledwie wiązał koniec z końcem i na dodatek wymagał częstej obecności. A tymczasem ojciec Liama skończył studia i dostał dobrze płatną pracę w administracji państwowej, gdzie zaskakująco szybko piął się w górę urzędniczej kariery. Miał kilku przyjaciół, z których dwóch już się ożeniło i szukało dla siebie dobrego domu. We czterech kupili rozpadający się dom w Göteborgu i w kilka miesięcy go wyremontowali. Harowali przy tym w pocie czoła, czasem tylko wzywali fachowców do pomocy. Choć nie wszystko już było skończone – do domu wprowadzili się dwaj żonkosie. Halvar znalazł tu dobrze płatną pracę i poznał Kaisę – pracowała w księgowości w jednym z hoteli. Gdy dom wreszcie nadawał się do zamieszkania – pobrali się i zajęli jedno z mieszkań. Kaisa miała trochę pieniędzy i za jej namową Halvar kupił następny dom do remontu. Tylko we dwoje z ruiny zrobili bardzo ładne miejsce do życia. Przeprowadzili się, ale nie potrzebowali aż całego domu, więc piętro wynajęli dwom rodzinom. Ciułali pieniądze, zbierali grosz do grosza. Kupili następny dom do remontu. Tu już pracowali fachowcy, bo Halvar był za bardzo pochłonięty pracą, awansował na kierownicze stanowisko, często musiał wyjeżdżać. Znalazł dla żony lepszą pracę, jednak ona chciała pracować w hotelu i gdy tylko nadarzyła się okazja – wróciła do hotelarstwa. Właściciele byli starymi ludźmi i Kaisa musiała nie tylko być księgową, ale często zarządzała całym hotelem. Oboje z Halvarem chcieliby ten hotel kupić. Wreszcie przyszedł taki dzień, że mogli to zrobić. Kaisa była bardzo sroga i wymagająca. Zaczęła od zwolnienia sporej grupy osób, bo trzeba było zacząć od zaciskania pasa. Oboje z Halvarem często sami oporządzali pokoje po gościach, sprzątali, sami dokonywali wszystkich napraw. Halvar często niedosypiał, ale nie rezygnował z pracy w administracji państwowej. Przynajmniej kilka razy w roku jeździł do Kalixu, zarządził odnowienie budynku, a jednocześnie podsyłał tam zapalonych wędkarzy, by z tych mizernych dochodów mieć pieniądze na podatki i zadbanie o obiekt. Był już gotów z niego zrezygnować, tym bardziej, że trafiał mu się kupiec. A jednak żal mu było odciąć się od stron ukochanych w dzieciństwie. Rozmyślał o tym siedząc nad kuflem piwa w miejscowym barze. Może powierzył opiekę nad domem niewłaściwym ludziom? I co może więcej zrobić, by przyciągnąć turystów-wędkarzy? Kaisa mówiła wyraźnie – sprzedaj! Sprzedaj, zanim nie pociągnie nas w dół. Nie chciała dokładać do hoteliku. Ale wybuchła wojna i kupiec się wycofał. Ojciec wstąpił do wojska, bo chociaż Szwecja była neutralna, to tej neutralności trzeba było bronić. Był ranny aż trzy razy. Ten trzeci raz unieruchomił go na długo. Do dziś ma ślady poparzenia na lewym boku. Zasłonił sobą dowódcę i uratował mu w ten sposób życie. Dostał mnóstwo odznaczeń i profitów finansowych. A matka była już w ciąży z nim, z Liamem, swoim czwartym dzieckiem. Żartowano, że jest dzieckiem z ojcowskiej przepustki. Tymczasem w Kalixie mieszkała cała gromada Żydów, uchodźców z Danii. Matka, choć było jej bardzo ciężko, na prośbę męża wysłała tam drewno na dobudowanie skrzydła domu, większego niż stara część budynku. I tak domostwo jest teraz w kształcie litery L. W zasadzie dobudowali go sami mieszkańcy-uchodźcy, ktoś miejscowy trochę pomógł. W starej części rozbudowano kuchnię, która dziś jest jednocześnie kuchnią, jadalnią i salonem, ulubionym miejscem spotkań mieszkańców. Całością opiekuje się Ana z mężem i niepełnosprawnym umysłowo synem. Ten syn ma około trzydziestu pięciu lat. Jest bardzo pomocny matce, uwielbia ciężko pracować, ale trzeba przy nim być i kierować jego pracami. Ana z rodziną zajmuje dwa pokoje w starej części domu, jest bardzo wdzięczna za przygarnięcie jej i opiekę. Prowadzi świetną kuchnię i opiekuje się gośćmi. Jest bardzo pracowita i zaradna.
- I to już wszystko – zakończył Liam.
- A teraz to jest twoje.
- Tak. Kiedy nabyłem pierwszy hotel, to znaczy „R&R”, w dokumentach połączyłem go z hotelikiem w Kalixie i tak już zostało. Ojciec przepisał tamtą posiadłość na mnie.
- Twoje rodzeństwo się nie buntowało?
- To nie jest jakaś nadzwyczajna posiadłość, raczej kula u nogi. Nikt tego nie chciał, a rodzicom i tak było za ciężko.
- A jak ty doszedłeś do tego, że kupiłeś hotel?
- Poszedłem drogą ojca. Tyle, że wśród moich przyjaciół był jeden magik od cyferek. On nie chciał pracować fizycznie, za to inwestował pieniądze moje i moich przyjaciół. Robił to bardzo umiejętnie, choć nie obyło się bez kilku wpadek. Ale – jak już mówiłem – nigdy nie inwestowałem wszystkich pieniędzy. Taką zasadę mam do dziś. Znasz takie powiedzenie, że pieniądz robi pieniądz? I to jest najprawdziwsza prawda. Hotel „Pod Różą” kupiłem okazyjnie. Zawsze trzeba patrzeć, co się dzieje w branży.
- A hotel w Pineto?
- To moje marzenie. I się spełniło. Teraz już dla ciebie.
- To jest olbrzym. Nie wiem, czy podołam...
- Już sobie dajesz radę. Adam mówi, że nigdy nie miał tak dobrego ucznia, że błyskawicznie uczysz się szwedzkiego. Liliana chwali ciebie za włoski. Ojciec mówi, że zaraz będziesz wiedziała o hotelarstwie więcej od niego, a ja to potwierdzam. Umiesz przewidywać i nie boisz się rozsądnego ryzyka. Rozsądnego, bo przecież nie szalejesz, ale też nie wahasz się, nie namyślasz długo. W moim przekonaniu postępujesz tak, jakbyś sprawy już wcześniej miała ogarnięte, dobrze przemyślane i tylko czekała na stosowną chwilę, aby działać. Czy tak właśnie jest?

- Czasami. Ale tylko czasami. Na przykład z tą wymianą urządzeń kuchennych w „R&R”. Bałam się, by nie doszło do wypadku. Albo i do poważnego zatrucia. W Polsce mamy Sanepid, on często wpada na kontrole i czepia się każdej rdzawej plamki.
- No właśnie. A teraz u nas wszystko lśni czystością i nowością. Będzie dobrze. To rodzaj inwestycji w przyszłość.
- Ale kucharza też trzeba zmienić. Jemu się chyba pozmieniały smaki, bo ostatnio nie najlepiej gotuje. Z czego to może wynikać?
- Może porozmawiam z nim?
- Może... Zapytaj Davida, co o tym sądzi. Nie chciałabym starego pracownika wyrzucać na bruk. Ale on musi iść z duchem czasu. A może go wysłać na jakiś kucharski kurs? Są takie w Szwecji? Niechby się podszkolił w nowym. Ile on ma lat?
- Jest blisko sześćdziesiątki.
- Nie można pozwolić by marnował produkty, albo gotował nie dość smacznie...
- Masz kogoś z Polski?
- Nie. Natomiast moje koleżanki proszą o pracę na dwa- trzy miesiące, najlepiej jako pokojówki.
- Zatrudnisz je?
- Waham się. Adę mogę od razu. Ale nie chciałabym, aby mieszkała w naszym hotelu. Musiałaby coś sobie znaleźć.
- Pogadaj z tymi dziewczynami z Polski. Może któraś przygarnie ją do siebie.
- Zatrudnianie znajomych jest bardzo kłopotliwe. Po pracy będą rozmawiać na mój temat. Nie chcę tego! Ja tu jestem twoim zastępcą i nie chcę, aby mnie obgadywano.
- Weź Adę do siebie i porozmawiaj z nią otwarcie. Możesz dać jej pracę na trzy miesiące, bo i tak musimy wysyłać ludzi na urlopy.
- Jeśli znajdę dla niej lokum poza hotelem to tak zrobię. Ona szuka dla mnie w Krakowie. A tam wszędzie schody, schody i schody. Są sprawy nie do rozwiązania.
- Gdyby można było postawić dom w trzy miesiące – natychmiast bym go zbudował w Krakowie. Ale mamy za mało czasu.
- Nie rozstanę się z tobą aż na rok. Nawet nie ma mowy. Najwyżej zrezygnuję ze studiów. Jak widzisz moja droga i tak zaczęła odbiegać od rachunkowości i bankowości.
- A może zamiast do Kalixu pojechalibyśmy do twojej Wierzbiny? To najmilsze miejsce na ziemi.
- Możemy jechać i tu i tu, byleś tylko ty wytrzymał takie podróżowanie. Teraz w Göteborgu nie mamy żadnych pilnych spraw, wszystko jest poukładane.
- Wszystko, z wyjątkiem kucharza.
- Ano tak... Może zadzwoń do taty, powiedz mu o naszych planach. Niech nie będzie zaskoczony.
- A do Polski też byśmy go zabrali?
- Oczywiście. Tylko muszę się dowiedzieć, jak postępują prace z remontem. Pamiętasz o tym, że chcę babcię i Piotrka wywieźć w lipcu do mego hotelu?
- Popieram całym sercem.
- Dobrze. To teraz wiem, czego się trzymać.
Steffi przystała w końcu aż na trzy swoje koleżanki – Adę, Igę i Elwirę (też dziewczyna z jej roku, który już przestał być jej rokiem). Znalazła im mieszkanie w sąsiedztwie hotelu „Pod Różą”, zresztą tam miały na początku pracować, a docelowo „to się zobaczy”. Niech znają jej dobre serce! Wszystkie trzy „broniły się” w maju, wtedy też miała zapaść ostateczna decyzja co do terminu przyjazdu. One chciały jak najszybciej, bo liczyła się kasa. Iga żartobliwie upominała się o chłopaków, Elwira prosiła o szczegółową listę rzeczy, jakie ma zabrać ze sobą, Ada zwyczajnie pięknie podziękowała. I dodała, że Daniel zgrzyta zębami. A Steffi uprzedziła wszystkie trzy, że raczej nie będzie miała dla nich zbyt dużo czasu.
- Wrzucę was na głęboką wodę i będziecie musiały sobie radzić. Ale odbiorę was z lotniska i zawiozę na kwaterę.
Razem z Liamem doszła do wniosku, że najważniejszy jest wyjazd do Kalixu, bo po drodze była klinika profesora Kiliana – to był ich priorytet. Ich główny cel. Liam po zastanowieniu przyznał, że jeśli będzie to konieczne, przyzna się ojcu do impotencji. Może jednak uda się tego uniknąć. Nie chciał odbierać ojcu przyjemności wyprawy w rodzinne strony. Matki nikt nie zapraszał, a ona, na szczęście, sama się nie wpraszała. David co miesiąc wysyłał auto do hoteliku z zamówionymi przez Anę produktami. Wprawdzie w Kalixie były sklepy, ale panowała drożyzna. Tylko ryby były tanie. I teraz też wysłał co tam Ana chciała, i jeszcze więcej, bo będzie miała gości. Niech trzyma dla nich dwa pokoje. Ana nie wiedziała, że Liam miał wypadek, ani o tym, że się ożenił. Cicho jęknęła do słuchawki.
- Liam jest na wózku inwalidzkim, więc postarajcie się o jakiś drewniany podest, by mógł wjechać do domu.
- W razie potrzeby, to mój Young wniesie go do domu razem z wózkiem. Jest silny jak niedźwiedź!
Samochód Liama został załadowany, ledwie udało się tam wcisnąć wózek inwalidzki. Halvar miał całą masę pudeł i pudełeczek, a na wierz dołożył skrzynkę sadzonek bratków i sporą paczkę ze starannie zapakowanymi różami – też do posadzenia. Tłumaczył, że Ana uwielbia kwiaty, a jej syn – słodycze. Bagaż Steffi i Liama trzeba było upchnąć w kabinie, ale nie był on wielki, więc się udało.
Jednakże młodych Rybbingów spotkała przykra niespodzianka – profesor Kilian już nie żył, a jego żona przeniosła się do swojej siostry aż do Sydney. Kropka. Klinika nadal działała i miała taki sam profil, jednak właścicielem był Anglik, który Steffi nie przypadł do gustu. Mimo tego Liam zapytał o specjalistów od impotencji, bo a nuż... Anglik obiecał zorientować się w temacie i za jakiś czas zadzwonić. W tej sytuacji Halvar nadal nie dowiedział się o przypadłości syna.
Natomiast dowiedział się, że Steffi wspaniale mówi po szwedzku, był zaskoczony, że zrobiła tak wielkie postępy!
Steffi była zachwycona drogą na północ – Szwecja była piękna, choć tak bardzo różna od Polski. Sam Kalix zrobił na niej dobre wrażenie – piękne, kolorowe, niewielkie miasteczko, zadbane domy i obejścia. I wszechobecny zapach morza. Duuużo wiatru.
Ana z mężem i synem czekała na nich przed domem, położonym dość daleko od miasteczka, otoczonym wysokim żywopłotem zamiast zwyczajnego płotu. To też się Steffi podobało. Cała trójka była w koszulach w kratkę i w kamizelkach z mnóstwem kieszeni. Ana, już koło sześćdziesiątki, średniego wzrostu, z lekką nadwagą, miała jasnobrązowe włosy okalające rumianą twarz, z której patrzyły ciekawie szare oczy. Jej mąż włosy miał całkiem białe, twarz ogorzałą i oczy szare, głęboko osadzone, aż wydawało się, że wpadają w głąb czaszki. Był bardzo wysoki i przeraźliwie chudy. Natomiast syn miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i pewnie ze dwadzieścia kilogramów nadwagi. Schowany nieco za rodzicami zacierał ręce z niecierpliwości. Widać było, że cala trójka bardzo na Rybbingów czekała.
Obejście należało do tych najbardziej zadbanych. Do domu wiodła ścieżka wyłożona wielkimi kamiennymi płytami, wygładzonymi przez wiele lat użytkowania. Po prawej stronie ścieżki był rząd róż w wielkich donicach. Po lewej wąski pasek zieleni i żwirowa dróżka dojazdowa, zakończona niewielkim zadaszonym parkingiem. Stało tam auto Any. Po obu stronach drzwi do domu – ławeczki. Dom w połowie był z kamienia, a wyżej z drewna pomalowanego na ciemny, czerwony kolor, właściwie na wiśniowy. Tylko ościeżnice drzwi i okien lśniły bielą.
Powitanie było bardzo serdeczne, ciepłe, jak w Polsce – uściski rąk i przytulenia, ale bez całowania. Liam przedstawił wszystkim Steffi, z dumą podkreślając, że to jego ukochana żona. Rozładowano samochód. Ana cieszyła się z kwiatów, Young już się niecierpliwił – chciał dobrać się do słodyczy. Był w tym zupełnie jak dziecko. Ale na razie musiał nosić wszystko do kuchni, a Halvar objaśniał, co i dla kogo, bo każdy coś od niego dostał. Były też rzeczy do hotelowej kuchni – zestaw kubeczków i inne drobiazgi, o których Ana nawet w telefonach nie wspomniała, a Halvar się domyślił i kupił.
Później odpoczywano przy wielkim stole, popijając kawę lub herbatę i jedząc pyszne domowe ciasto. Do kuchni przyszli tez hotelowi goście i rozmowa stała się ogólna. Young objadał się wafelkami, Halvar pamiętał, które są jego ulubione. Ale Ana czuwała nad ilością zjadanych smakołyków. Powiedziała, że nie może dopuścić, by syn miał nadmierną nadwagę, wprawdzie dużo pracuje (ostatnio narąbał mnóstwo drzewa), ale jeśli jego waga przekroczy sto dwadzieścia kilogramów, to koniec z kolacjami. Pytała też, jak oni sobie radzą i czy Steffi sama gotuje.
- W zasadzie gotuję bardzo rzadko. To nawet wygodne mieć podane gotowe jedzenie. Ale pewnie niedługo całkiem zapomnę, co i do czego w kuchni, bo wcześniej też nie byłam zapaloną kucharką – śmiała się Steffi. - Wyspecjalizowałam się tylko w lanych kluseczkach na mleku, bo Liam je bardzo lubi, a powinien nieco przytyć. Jeszcze nie wrócił do wagi sprzed wypadku.
- Opowiedzcie o tym wypadku – poprosił Niklas. - No i kiedy był wasz ślub. David nic nam nie mówił.
Opowiadał Halvar, Liam się tylko uśmiechał i często brał Steffi za rękę. Miała wrażenie, że jej obecność dodaje mu sił. Najwyraźniej był bardzo zmęczony, powinien się już położyć, jednak ta rozmowa była w jakiś sposób dla niego ważna i na razie nie chciał iść do pokoju. Ana była bystra, widziała więcej niż inni, to ona zdecydowała, by przynieść z piętra kanapę i ustawić ją w kuchni. Youngowi pomogli przy tym Norwegowie, a Liam z westchnieniem ulgi wyciągnął się na wysoko ułożonych poduszkach. Choć wszyscy wiedzieli, że Rybbingowie przyjechali na krótko, nikt nie narzekał, na konieczność przyniesienia kanapy.
Na drugi dzień Ana od rana sadziła bratki. Do nowych róż musiała dokupić donice i ziemię, po które pojechała wraz z synem, a za nimi Halvar ze Steffi. Pokazywał jej miasteczko zachowując się tak, jakby całe stanowiło jego własność.
Później była kawa i śniadanie ze słodkimi bułeczkami. Ale obok dużo ryb w różnych postaciach – te świeżo usmażone z wczorajszego połowu, obok w słoiczkach paprykarze, pasztety, sałatki rybno-warzywne, miska masła i gorący jeszcze chleb, który Ana ledwie wyjęła z piekarnika.
- Kiedy ty to wszystko zdążasz zrobić? - dziwiła się Steffi.
- Jeśli ryby są sprawione, to idzie szybko. Ryby nie wymagają długiej obróbki. Więcej czasu zajmuje zamykanie w słoikach. Mięsa prawie nie jemy, więc te rybne zapasy momentalnie znikają w naszych żołądkach – śmiała się Ana.
Halvar oprowadził Steffi po całej posesji, która szeroką łączką schodziła w dół nad samą wodę, gdzie była niewielka przystań i w tej chwili stały zakotwiczone dwie nieduże łodzie. Kilka desek pomostu lśniło nowością. Usiedli tam na chwilę chociaż, mimo słońca, było chłodno, bo wiał północny wiatr. Łączka służyła za pole namiotowe. Young chwalił się, że to on posadził żywopłot okalający łączkę, a także oddzielający od siebie miejsca na rozbicie namiotów – co zapewniało ewentualnym mieszkańcom odrobinę prywatności, dyskrecji.
Mieli zostać w hoteliku jeszcze jeden dzień, więc Halvar wynajął łódź i popłynęli dość daleko w morze. Nawet Liam zapragnął płynąć z nimi. I Young wraz z ojcem, Niklasem. Kiedyś Niklas spędzał całe dnie na morzu, ale teraz tracił wzrok i już nie wypływał. Taka wspólna wycieczka radowała całą piątkę oraz sternika, dawnego kolegę Halvara. Od niego dowiedział się, że zmarło dwóch jego kolegów, a przecież miało dokładnie tyle samo lat, co on...
- Pewnie i mnie trzeba się już szykować do tej drogi dalekiej – powiedział, kiedy siedzieli przy dużym stole w kuchni.
W hoteliku było wówczas czterech Norwegów, tyle samo Węgrów i trzech Rosjan. Węgrom udał się połów, więc się chwalili i radośnie opowiadali o walkach z rybami. Wszyscy mężczyźni kręcili się po kuchni zaskakująco swobodnie, jedli, rozmawiali, pytali, co słychać w świecie. Ana cały czas coś pitrasiła i donosiła na stół – były to głównie ryby, ale także duszone warzywa, wszystko bardzo smaczne, co szczególnie doceniła Steffi.
- Jeszcze trochę, a przekonasz się nawet do zupy rybnej – żartował Liam.
- Nigdy nie jadłam. Nie miałam odwagi nawet spróbować.
Wędkujący znosili do kuchni Any bogate połowy, ale tylko Węgrzy sami przygotowywali złowione przez siebie ryby i pakowali wszystko do słoików. Mieli swój Balaton, jednak tam żyły inne ryby. Steffi zauważyła, że Rosjanie przy stole zachowują się bardzo niechlujnie, lecz nikt nie zwrócił im uwagi. Po odejściu wokół ich miejsc pozostał śmietnik. Ana natychmiast to posprzątała, a Young starannie zamiótł podłogę.
- Oni tak zawsze? - zapytała Steffi.
- Zawsze – przytaknęła Ana. - Niczego nie szanują. Nawet jedzenia. A ich pokoje to jak chlew – dodała ze smutkiem. - Kiedyś zwróciłam uwagę, to usłyszałam, że pewnie chciałabym dostawać pieniądze za darmo... Teraz już nic nie mówię.
- A często masz Rosjan?
- Na szczęście nie więcej niż dwa razy w roku. Zawsze przyjeżdżają w kilka osób. Raz przywieźli ze sobą dwie dziewczyny. Wtedy myślałam, że wyrzucę ich na zbitą twarz. Teraz już z dziewczynami nie przyjmuję. Nawet w ogłoszeniach jest, że to męski hotel.
- Nie boisz się tak sama między mężczyznami?
- Jest mój mąż i syn. To moi obrońcy – poklepała obu po ramionach. - Gorzej, że on gwałtownie traci wzrok – wskazała na męża. - Podobno nic się nie da zrobić... To znaczy można, ale operacja jest dla nas za droga... Więc już tak musi być.
Steffi zobaczyła, jak Liam z ojcem wymienili szybkie spojrzenia – wiedziała, że pomogą, nie musieli nic jej mówić. Ana, pochylona nad stołem tego nie dostrzegła.
- Trzeba naprawić starą wędzarnię, albo nawet zbudować nową, większą – zauważył Halvar. - Widzę, że są obfite połowy, szkoda, by się tyle dobra marnowało.
- Miałem się za to zabrać tej wiosny, ale chyba nie dam rady – smutnie powiedział Niklas. - Czasem jest taki dzień, że prawie wszystko widzą, a później już tylko mgła.
- Coś poradzimy na tą twoją mgłę, rozpytam się po lekarzach co i jak – uśmiechnął się Liam, a stary człowiek tylko zakołysał głową. - Ostatnio macie duże obłożenie. Nie za ciężko ci, Ano?
- Young mi dużo pomaga, sprząta, zmienia pościel, nawet nauczył się prasować. Ale pracy jest dużo. Jedna osoba powinna cały czas być w kuchni. No i o obejście trzeba dbać, aby schludnie wyglądało. Young zaczyna dzień od zamiatania wokół domu. Jak napiszę na kartce, to i zakupy zrobi. To dobry i pracowity chłopak. Pojedzie rowerem, a jak dużo śniegu to przejdzie się pieszo. Bez niego bym sobie nie poradziła. W hotelu najczęściej jest nie więcej niż pięciu przyjezdnych. Taki najazd jak obecnie należy do rzadkości.
- A ile tu jest wszystkich miejsc? - zaciekawiła się Steffi.
- Dwadzieścia cztery. Szesnaście w czteroosobowych pokojach, a reszta dwójki. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio były wszystkie zajęte, może za trzy lata temu? Wtedy musiałam nająć kogoś do pomocy, ale nawet we dwie nie dawałyśmy rady. Może trochę za bardzo rozpuszczam moich gości. Wiedzą, że przez cały dzień jest coś dobrego do zjedzenia. Ale też o różnych porach wracają z wędkowania. Proszę, aby do kuchni przynosili już sprawione ryby i większość tak robi. Później mężczyźni moczą się w saunie, piją piwo i zagryzają rybami. Teraz czasami sąsiad wędzi nam ryby. Takie tu jest życie. Jest zimno, ludzie uciekają do cieplejszych miejsc. Ale ja nie mogłabym mieszkać w innym miejscu. Poza tym tu jest dobrze mojemu synowi. Może być swobodny, pracuje i nikt się z niego nie naśmiewa. Tylko co będzie, gdy zabraknie mu nas starych? Aż boję się o tym myśleć. Przeniesienie go w inne, na dodatek zamknięte miejsce, to dla niego pewna śmierć...
- Pan Bóg wie, co robi i jakoś to urządzi, że będzie dobrze – cicho powiedział Niklas na chwilę przytulając żonę.
- A my już jutro z rana wyjeżdżamy – powiedział Halvar, aby zmienić temat.
- Zapakuję trochę słoików, już wiem, co wam najbardziej smakowało. Kaisa też lubi moje przetwory. Z rana sąsiad ma przynieść wędzone ryby, pewnie jeszcze gorące, to też weźmiecie sobie i dla Kaisy. I chleb upiekę, ten z całymi ziarnami i orzechami, bo Steffi on najbardziej smakował. Maneski obiecał przynieść z wieczora swojskie masło, prawda, że jest pyszne? To też wam zapakuję.
- Tak obładowana wyjeżdżałam zazwyczaj na studia do Krakowa – pochwaliła się Steffi. - Babcia dokładała jeszcze to, jeszcze tamto, bo niczego z tych domowych specjałów nie mogło mi zabraknąć.
Podobało się jej, że nikt się nie wymawia od przyjęcia prezentów od Amy – wiedzieli, że to część jej niewielkich radości.

c.d.n.
fot. własne