środa, 13 kwietnia 2022

WIERSZE ?

 




Wiersze? - © Elżbieta Żukrowska

Dla kogo dzisiaj poezję pisać?
Kto chce ją czytać?
Wszak proza życia zamęcza ludzi,
za gardło chwyta.
A ta poezja, tak górnolotna,
teraz nie bawi.
Za trudne życie, aby uniosła
obłokiem marzeń.
Do tego jeszcze często bywają 
za ciężkie buty.
Może potrzeba czegoś innego
wśród strzał zatrutych.
Może myśleniu wróci rozsądek,
stawi do pionu,
gdyż są wartości ponadczasowe
 - STRZEC SWEGO DOMU.

fot. własne

wtorek, 12 kwietnia 2022

Cz. 42. Koniec września 1975 r. Walizeczka i psineczka

 
STEFCIA Z WIERZBINY - © Elżbieta Żukrowska

Cz. 42. Koniec września 1975 r. Walizeczka i psineczka

- Tu jest dziesięć tysięcy dolarów – spokojnie tłumaczył mężczyzna. - Proszę, aby pani to gdzieś przełożyła, bo ta walizeczka to moje służbowe wyposażenie i zabieram ją ze sobą. Może wody? - zapytał spojrzawszy na starszą panią.
- Tak, wody... Proszę wziąć walizeczkę i iść za mną – starała się wziąć w garść, trzęsły się jej nie tylko ręce, ale i nogi. Wskazała drzwi do swojego pokoju. - Chwila. Naprawdę muszę napić się wody. Zaraz wracam.
W kuchni połknęła także tabletkę na uspokojenie. A następnie w swoim pokoju otworzyła sekretarzyk, wyjęła leżące tam papiery i poprosiła, aby mężczyzna przełożył pieniądze.
- To nie wszystko – powiedział z miłym uśmiechem. - Są jeszcze precjoza dla panny Steffi, jak mówi Liam. - Z wewnętrznej kieszeni wieka walizeczki wyjął płaskie etui i też je otworzył. Na czarnym aksamicie zalśniły klejnoty. - To jest zielony ametyst oprawiony w białe i żółte złoto. Rzecz unikatowa i bardzo cenna, warta na pewno ponad pół miliona złotych. Naszyjnik, bransoleta, dwie pary kolczyków, druga ametystowa bransoleta ze złotym zegarkiem. I pierścionek. Miały być dwa pierścionki, ale pan Liam w końcu powiedział, że ten drugi da pannie Steffi osobiście, chyba jako zaręczynowy. W etui na dnie są także certyfikaty. To chyba wszystko. Liam powiedział, że dolary są celowo w niskich nominałach, aby nie było kłopotu z ich spieniężeniem. Z tego samego powodu banknoty są używane. To tyle... Jak się pani czuje? Dobrze, to przełożę te pieniądze. A później, jeśli pani pozwoli, umyję ręce i wproszę się na pani kawę.
Babcia Stefania nadal miała kłopoty z mówieniem. Starała się opanować i choć trzęsącymi rękoma, to jednak ugościła włoskiego „kuriera”, do końca nie poznawszy nawet jego nazwiska.
- Będzie pani pewnie rozmawiała z wnuczką przez telefon – stwierdził podając jej rękę na pożegnania. - Radzę nie podawać kwoty i ani słowem nie wspominać o klejnotach. Telefony często są na podsłuchu.
- Posłucham tej rady.
- Kobiety czasem chcą przekazać wiadomość w zakamuflowany sposób. Proszę tego nie robić. To wszystko są sposoby znane odpowiednim służbom... Jest pani sama w domu... Radziłbym jakoś się zabezpieczyć. Jakieś dodatkowe zamki w drzwiach.. Proszę coś wymyślić, jeśli nie dziś to w najbliższym czasie. Prawdę powiedziawszy nie trzymałbym takiej gotówki w domu.
- Muszę wytrzymać do powrotu syna. A to, że jestem chwilowo sama, to doskonały powód na założenie dodatkowych zamków.
- Jeszcze jedna rada, ale to jeśli chodzi o złodziei. Nigdy, przenigdy nie trzyma się całej gotówki w jednym miejscu. Jednakże nie znam miejsca do ukrycia tak wielkiej kwoty w domu. Do widzenia.
- Do widzenia. I jeszcze raz dziękuję. Szczęśliwej drogi panu życzę.
Mężczyzna włączył silnik i wolno, ostrożnie wycofał się z podwórka. Jeszcze nie znikł jego samochód, a już obok „objawiała się” Teresa. Niosła maleńką skrzynkę warzyw.
- Kto to był? Znaki dyplomatyczne. Ho, ho, ho!
- Znajomy Beli. Nikogo nie zastał u nich w domu – skłamała gładko i przejęła z rąk Teresy skrzyneczkę. - Dzięki. - „A swoją drogą to nie śpieszyłaś się z tymi warzywami”.
- I tak ni stąd, ni zowąd znał adres na Cichą? Ciekawe...
W kuchni pani Stefania zaczęła od nastawienia zupy na cielęcej kostce. Przypomniała sobie o dużej walizce i poszła do salonu. Gdy otworzyła, zobaczyła dużo bieli. Wyjmowała kolejno rzeczy i układała na kupki – ręczniki duże, małe i całkiem lilipucie, dwa szlafroki, kilka kompletów pościeli łącznie z prześcieradłami, a pod nimi sześć białych i delikatnych jak mgiełka koszulek nocnych, także białych. „Ma chłopak gest”. Biorąc pod uwagę pieniądze – to więcej niż gest. W zasadzie zabezpieczył Stefcię do końca życia... „Wszystko by jej oddał – pomyślała z czułością. - Och, byle wyzdrowiał. Panie Boże, czuwaj nad nim. Nie dopuść do najgorszego!”.
Wróciła pani Maria.
- Oooo! - Cóż więcej mogła powiedzieć? - Piękne! I jakie delikatne. To zapewne będzie luksusowy hotel. Doskonały materiał i bardzo piękne zdobienia – podziwiała dotykając tkanin.- I te szlaki z napisami... „Hotel Steffi”... I tyle bocianów! I jaskółek.
- Też tak myślę.
- Był może już telefon z Włoch?
- Niestety, jeszcze nie. Czekam z niepokojem. Ale teraz muszę do kuchni i do łazienki. Tu obiad, tam pranie, na szczęście nasza stara „frania” jest w dobrej formie - zażartowała. - Na obiad szczawiowa z jajkiem, ziemniaki i pulpeciki ze słoika. Wiem, że o tej porze roku nie powinno się robić szczawiowej... Jaką zrobić surówkę?
- Dla mnie surówka niepotrzebna, bo lubię drugie danie popijać taką kwaskową zupą. To mi wystarczy.
- Ja też. A Piotruś pewnie będzie chciał kiszone ogórki.
- Księżycowe – uśmiechnęła się pani Maria.
- Tak. Księżycowe. To idę. Później posprzątam te prezenty.
- Słyszałam, że ksiądz proboszcz jest umierający.
- Tak. Wiem o tym od pana Władysława.
- Bardzo lubiłam rozmowy z nim... Ale to już się skończyło, choć... nigdy nic nie wiadomo.
Babcia Stefania właśnie odcedzała ziemniaki, gdy przyjechał Hubert.
- Wszystko w porządku, babciu – oznajmił. - Wstawię auto do garażu i pójdę do siebie.
- Myślę, że na razie nie wstawiaj. Chciałam cię prosić, byś pojechał do Karolinki, bo Mieczysław ma szczeniaka dla Piotrusia. Miałbyś jeszcze siły, by tam pojechać? Piotruś zaraz wraca ze szkoły...
- Dobrze, babciu. Pod warunkiem, że mnie jednak nakarmisz, bo pięknie obiadowo u ciebie pachnie... A do mamy zadzwonię, niech się nie martwi. Odpocznę chwilę i będę mógł jechać. Na razie lecę do toalety...
Wrócił Piotrek. Na wiadomość o psie odtańczył w kuchni jakiś szalony taniec. Babcia go zignorowała, a Huberta zapytała o ślusarza.
- Po co ci dodatkowe zamki? - zdziwił się wnuk.
- Jakoś mi tak nieswojo pod nieobecność Edzia. Drzwi wejściowe mają dwa zamki, ale te do piwnicy i na werandę tylko po jednym. To mi nie zapewnia poczucia bezpieczeństwa. Teraz to bym nawet wstawiła kraty w oknach – dodała niby żartobliwie, ale naprawdę wolałaby, aby były. Jednak montowanie krat byłoby ostentacją, więc lepiej nie. Lecz co tam zamki, jak tak łatwo można wybić szybę w oknie i swobodnie wejść do domu?
Zjedli obiad razem z panem Smulczyńskim i panią Marią. Młodzi pojechali do Karolinki, pani Maria poszła się położyć, Smulczyński wrócił do pracy. A pani Stefania też – musiała trzykrotnie wypłukać uprane rzeczy, część od razu powiesiła do suszenia na dworze, a znacznie większą część, bo pościel, obrusy i ścierki zamoczyła w zimnej wodzie – niech czekają do jutra. Rano ugotuje krochmal, wykrochmali wszystko i natychmiast powiesi, aby do wieczora wyschło. Dziś jej dłonie aż płonęły od wykręcania tych dużych sztuk. To nie była lekka praca. Zasłużyła na solidny odpoczynek. Poszła do swego pokoju i natychmiast przypomniała sobie o tej „górze pieniędzy”. Schować? Gdzie je ma schować? Wróciła do kuchni po świeżą, wykrochmaloną, aż sztywną ściereczkę i osłoniła nią dolary. Z wierzchu przycisnęła ściereczkę kilkoma książkami. W razie niespodziewanego otwarcia sekretarzyka przynajmniej nie będzie ich widać. Zamknęła sekretarzyk na kluczyk. Gdzie go położyć? Zawsze tkwił w zameczku... Wsunęła go pod kupkę chusteczek do nosa. Wreszcie może się położyć i głęboko myśleć o schowkach na te pieniądze. Bolały ją plecy po pracy, a na myśl o pieniądzach pojawił się ból głowy. Rozpostarła na łóżku owczą skórę, tę od Stefci, i na niej się położyła, okrywając nogi kocem. Myśli miała rozbiegane – przecież drzwi do domu nie są zamknięte nawet na jeden klucz! Wstała, pozamykała wewnętrzne zamki, ale już się nie położyła, bo zadzwonił telefon – Edzio!
Mówił, że dolecieli szczęśliwie, z lotniska odebrała ich siostra Liama i od razu zawiozła do „wypasionego” hotelu. Bela nawet nie chciał wejść do środka, bo to nie na ich kieszenie, im potrzebny jakiś skromny pensjonacik. Ze śniadaniem. Ale dziewczyna powiedziała, aby nie martwili się o koszty, bo to sprawa Rybbingów. Po pobieżnym rozlokowaniu się poszli do szpitala. Poszli, bo to całkiem po sąsiedzku, jakieś trzy minuty spacerkiem. Najważniejsze jest to, że Liam nadal żyje, ale to życie ledwie się w nim tli. Oni, bracia, widzieli go ledwie przez szybkę. Stefcia była w środku i uprosiła lekarza, by pozwolił jej zostać. Oczywiście poznali rodziców Liama. Ojciec to kropka w kropkę Liam. Natomiast matka... Hm... Lepiej nie mówić. Ładna kobieta, ale wygląda na zołzę. Oczywiście jest struta chorobą Liama. Siostra jest do Liama bardzo podobna. W sumie miła dziewczyna. Stefcia została w szpitalu, a oni dwaj wrócili. Teraz się rozpakują i trochę odpoczną, później znów pójdą do szpitala. Muszą wyciągnąć Stefcię na jakiś posiłek.
- Wiesz, jakie są rokowania?
- Żadne. I to jest najsmutniejsze. Sytuacja zmienia się z godziny na godzinę. Raz jest nieco lepiej, raz dużo gorzej. On chyba ma słabe serce, ale to tylko moje domysły. Ojciec wierzy, że on z tego wyjdzie. Bardzo się ucieszył, że Stefcia przyjechała. Mówił, że to dla Liama będzie najlepsze lekarstwo. Więc siedzi z nim ta nasza mała bidulka. Ona jest jak ścięta mrozem. Sama rozpacz...
- Edziu, dbajcie o to, by jadła, bo ona z sił opadnie. Jakby nie dała rady jeść normalnych posiłków, to chociaż nie pije dużo świeżo wyciśniętych soków. A wieczorem aplikujcie jej dużo lodów, bo są kaloryczne – doradziła.
- A ten facet z przesyłką był?
- Tak. Nawiózł tu nam szlafroków, ręczników i bielizny pościelowej. To z tego nowego hotelu. Chyba to są próbki. Wszędzie napisy „Hotel Steffi”. Piękne i dobrej jakości.
- U ciebie, mamo, wszystko w porządku?
- Tak. Ale chcę dodatkowych zamków w drzwiach. Jakoś się sama boję być w domu.
- A pani Maria?
- Jest pani Maria, oczywiście. Edziu – dodała bardzo ściszając głos – przecież to kaleka. A we mnie też już nie ma siły. Natomiast Piotruś to jeszcze dziecko, mimo wszystko. Chcę dodatkowych zamków. Do kogo się tu zwrócić?
- Zamek każdy chłop ci założy, żadna filozofia. Jednak najpierw trzeba dobry kupić. Taki naprawdę dobry. Ja się na tym nie znam. Może porozmawiaj z Puszczykiem? To stary ślusarz i siedzi w temacie od lat.
- Andrzej Puszczyk? Toż to mój kolega z młodości... Przejdę się jutro do niego.
- A swoją drogą to masz rację, mamo. Do nas do domu można wejść mając ledwie spinkę do włosów. Popieram. Niech założy jakieś dobre, sprawdzone zamki. Te stare też niech wymieni na lepsze. Na drzwi od werandy koniecznie trzy, tak jak do drzwi wejściowych.
- A do piwnicy?
- Też trzy. Jak już wymieniać, to wszystkie. U ludzi kurniki są lepiej zabezpieczone niż nasz dom.
- Zatem uzgodniliśmy.
- Mamo... Ja nawet nie zapytałem, czy ty masz pieniądze na dom. Całkiem mi to z głowy wyszło. Weź ode mnie z biurka, chyba wiesz, gdzie trzymam...
- Dobrze. Na razie mam, ale nie wiem, ile te zamki mogą kosztować. To w sumie dziewięć zamków.
- Nie oszczędzaj na zamkach, nie warto. Coś jeszcze? Bo marzę o tym, aby się położyć.
- Jak Stefcia wróci to niech do mnie zadzwoni. Chcę usłyszeć jej głos. Po głosie poznam jak się ona czuje... A, Piotrek z Hubertem pojechali do Karolinki po psa.
- O! To się młody ucieszył! Mamo, ale ty weź od razu tabletkę, tę od Beli.
- Tam jest napisane, że raz dziennie, z rana...
- Weź od razu, na wszelki wypadek. Cały dom jest na twojej głowie, musisz się dobrze czuć. A od jutra będziesz brać jedną z rana. Jednak teraz weź od razu. Licho nie śpi. Obiecujesz?
- Tu nie ma co obiecywać. Zaraz połykam. Pozdrów Belę. A Stefcia niech koniecznie zadzwoni. Kobiety inaczej patrzą, na pewno więcej powie mi o Liamie niż wy razem wzięci. A, i majtki sobie kup!
Ona też chciała się położyć. Ale najpierw połknęła tabletkę przeciwuczuleniową. „Boże, dziękuję Ci, że ten chłopak żyje. Wyprowadź go z tego nieszczęścia na prostą drogę”. Wreszcie się położyła. Jednak myśli nie chciały tak od razu się uspokoić. Dopiero gdy zahaczyła nimi o Tomka – jakby doznała pewnej ulgi. Musi zadzwonić do niego i opowiedzieć o Liamie, na pewno jest ciekaw. Zaczęła wspominać dawne czasy, dzieciństwo synów, a nawet wojnę... Nie, nie, wojny nie chciała. Lepiej ich śluby. Tak nieliczne były te momenty, gdy miała ich trzech jednocześnie... Podobni do siebie, a jednak każdy inny, i całkiem różne charaktery. Belę cały czas wołał świat, pędził gdzieś, dom był dla niego za ciasny! Edzio szedł przez życie cichutko, tak aby go nikt nie widział, nikt nie słyszał, a Tomek był cały na zewnątrz – dla ludzi. Aż dziw, że starczało mu czasu na rodzinę. Dla wszystkich trzech rodzina była bardzo ważna, jednak dla Tomka chyba równoprawna z jego pacjentami. A może tylko tak się jej zdawało z daleka? Gdy ona, matka, była chora, rzucił wszystko i przyjechał ją ratować. Czy gdyby teraz pojechał do Włoch, mógłby uratować Liama? Co za bzdura! Tam nad Liamem pochylały się utytułowane głowy, gdzie jej Tomkowi do takich medycznych sław! Jednakże nie dawali sobie rady! W Wierzbinie lekarze nie dawali sobie rady z tymi bakteriami, jakimi została zarażona w Egipcie, a jej Tomek poradził sobie... Kiedyś wspomniał jej, że chyba ma w rękach jakiś dar, że pod jego dotykiem chory zdrowieje. Wyciągnął młodą dziewczynę z nowotworu, tego akurat był pewny. A jeśli to był cud? Mógł być cud. Innym razem wspomniał przez telefon, że nie może dłużej rozmawiać, bo musi lecieć już do łóżeczka jakiegoś chorego dziecka. Nie pamiętała co dzieciakowi było, ale Tomek czuwał nad nim przez trzy doby niemal bez przerwy. I uratował chłopczyka. Jeszcze mimochodem wspominał o ciężkich przypadkach, przez które nie może akurat teraz przyjechać do matki. W zasadzie niemal na okrągło miał kogoś śmiertelnie chorego... A jeśli Tomek rzeczywiście ma taki dar w rękach? Kto to może wiedzieć? Gdy ona sama była chora godzinami trzymał swoje dłonie na jej brzuchu i życie do niej wróciło. Z dnia na dzień czuła się lepiej. Mówił, że przyjechał ją uzdrowić. Żartował? A jeśli naprawdę uzdrawiał? Ach, uzdrawiał, czy nie – przecież do Włoch nie pojedzie. Nie miał nawet paszportu. Nic nie można było zrobić. Rozmyślania o Tomku odsunęły z jej głowy obraz pieniędzy i wreszcie usnęła.
Wrócili Hubert i Piotrek z pieskiem. Podniosła się wrzawa i śmiech. Później zajrzał Smulczyński, naoliwił jej zamek w drzwiach do piwnicy, dostał pół chleba i poszedł do domu. Babcia Stefania przypomniała sobie o „rozbebeszonym” neseserze, poskładała wszystko do niego z powrotem i Piotrek odniósł neseser do pokoju Stefanii. Wrócił ład, lecz nie spokój. Psiaka było wszędzie pełno, obwąchiwał całe mieszkanie na dole i zostawiał „mokre ślady”, a Piotrek był zaskoczony tym, że to on ma sprzątać. Nie tylko sprzątać – ale także gotować jedzenie dla psa.
- Ale ja nie umiem!
- To musisz się nauczyć, bo inaczej twój pies umrze z głodu! I nie chcę go widzieć w salonie! Nie będzie mi tu sikał na dywan! Jak zmądrzeje, to od czasu do czasu pozwolę mu wchodzić.
- Musisz mu uszyć legowisko – podpowiedział Hubert.
- To znaczy CO? - babcia zrobiła „wielkie oczy”.
- Piotrek, przynieś mi jakąś bardzo starą i za małą na ciebie bluzę dresową.
A kiedy już Piotrek przyniósł, Hubert tłumaczył babci, jak ją wypchać, jak przyszyć rękawy, by z bluzy zrobiło się prawie okrągłe legowisko, obwiedzione usztywnionym rantem rękawów. Sprawa okazała się dla babci prosta i obiecała, że zajmie się tym jak najszybciej, nawet ma jakieś stare, byle jakie jaśki wypełnione watą, które rozpruje i poświęci dla psa. A w rękawy włoży zniszczone ręczniki.
- Później całość przykryj starym kocykiem, czymś łatwym do prania, może też być stary ręcznik – instruował dalej Hubert.
- Dobrze, legowisko zrobię, ale psem zajmować się nie będę! - zbuntowała się babcia.
- Chyba jednak od tego nie uciekniesz, bo Piotrek za długo jest w szkole, psinka tyle nie wytrzyma bez sikania... No patrz, znowu kałuża! Ganiaj po szmatę Piotruś.
- No nie wiem... To mi się wcale nie podoba! - narzekała babcia. - I smycz jakąś trzeba mu kupić. Albo chociaż kawałek mocnego sznurka... A skąd ty tyle o tym wszystkim wiesz?
- Moi koledzy mają psy, czasem tam chodzę i widzę.
- To mi przepis na zupę dla psa przynieś. A właśnie – jak on ma na imię?
Ale Piotrek jeszcze nie wiedział. - Myślę nad tym. Nie spodziewałem się przecież szczeniaka. Ale fajny jest, co nie?
Rzeczywiście szczeniak był sympatyczny. Czarny, na grubych i dość długich łapach, na pewno nie należał do psich miniaturek. Oprócz inteligentnego spojrzenia brązowych, niemal czarnych oczu, miał też temperament, co udowadniał swoją niesamowitą ruchliwością. Ale ręce Piotra i tak wydawały mu się najwygodniejszym legowiskiem, kiedy na chwilę zapragnął wypoczynku. Od pierwszej chwili garnął się do niego, jakby to on sam wybrał Piotra na swego pana.
- O, mamy nowego lokatora – powiedziała pani Maria wjeżdżając do salonu.
- I w ten sposób zniknie cisza i spokój w naszym domu – pokiwała głową babcia. - Piotruś, wyjdź z nim na dwór, niech tam trochę posika, a ja zrobię kolację dla wszystkich.
- Mnie już nie uwzględniaj, babciu. Ja już lecę do domu – oznajmił Hubert. - I jeszcze jedno, Piotruś: nie pozwalaj, by ci psa dziewczyny zagłaskały na śmierć. Najlepiej przez jakiś czas nie chwal się kolegom. No i koleżankom. Niech on wrośnie w ten dom i niech zrozumie, że ty jesteś jego panem. W zasadzie tylko ty powinieneś go karmić. Pamiętaj o tym. Miski się myje za każdym razem i często zmienia wodę. O, miski też trzeba kupić. Pamiętaj – nie pozwalaj obcym głaskać psa. A zupę z samochodu wziąłeś?
- Jaką zupę? - zainteresowała się natychmiast babcia.
- Babcia Helenka dała słoik psiej zupy. To na dziś i na jutro rano starczy, ale później trzeba ugotować. I żadnych kurzych kości!
- Uf... To się cieszę, że dziś nic nie muszę gotować, bo po prawdzie jestem tym praniem bardzo zmęczona. Na szczęście, mimo kontaktu z psem, nie kicham i nie puchnę. Może będzie dobrze choć w tej jednej sprawie. Ale tak czy tak nie mam zamiaru go dotykać.
To z całą pewnością nie był nudny dzień. A jeszcze się nie skończył.


c.d.n.
fot. własne

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

CZEKAM NA CIEBIE

 




Czekam na ciebie - © Elżbieta Żukrowska

Dobrej nocy, mój kochany, dzień już odszedł.
Mały księżyc lśni na niebie, nie chce gwiazd.
A obłoczki, jak puch biały, lekko płyną,
lecz wysoko, na granacie, nie ma nas... 

Dobrej nocy, mój jedyny, zgaszę światło.
Marzeń sennych, najpiękniejszych, dziś mi brak.
Ale kiedy ty ustami drogę znaczysz
w sieć mych myśli może wpadnie jedna z gwiazd.

Jeśli ranek błyśnie słońcem w moje okno,
sprawdzę ogród, może krople rosy lśnią,
jak brylanty, ulubione przez dziewczyny,
kiedyś powiesz, że ja jestem właśnie twą. 

Choszczno, 11.04.2022 r. 
fot. Z internetu

Kilka uwag o pisanej powieści

 


Na marginesie  STEFCI Z WIERZBINY

Czy ktoś jeszcze pamięta, jak się zaczynała moja opowieść o Stefci?

W cz.1. Hania Jędruś przyjechała do Stefci z sałatką i winem. Pojawił się też Piotr.
W cz. 8. Stefcia miała dziwny sen.
W Cz.9. była rozmowa ze stryjem Belą przed wyborami.
Cz.19. poświęciłam psu imieniem Harry.
W cz. 20. Hania już była po zawale.
Cz. 21 to opowieść o Piotrze.

Mniej więcej po napisaniu cz.10. napisałam zakończenie powieści, które - po namyśle - jeszcze rozszerzę. 
Dopiero po tej cz. 10, a może nawet 11. powstał szkic-plan całości. Łącznie około 20 punktów. I wiecie co się stało? Do tej pory z mojej listy zrealizowałam raptem 4. punkt... To kiedy ja wszystko skończę? - a właśnie tworzę odcinek 55. I już wiem, że nie uniknę rozszerzenia treści, jakichś pobocznych wątków itp. Pisanie w odcinkach to ćwiczenie cierpliwości w moich Czytelnikach. Nie ma takiej możliwości, abym jeden odcinek napisała w ciągu jednego dnia... Ale pisanie w odcinkach to jednocześnie wymuszanie na sobie samej wielkiej systematyczności, to uparte dążenie do celu, jakim jest napisanie magicznego słowa KONIEC. 
Nie chcę Was martwić, ale zakończone (na dziś)  54 odcinki to około 1/4 powieści, a od kilku miesięcy naprawdę ciężko i długo dzień dnia nad nią pracuję. No, kilka dni mi wypadło, bo byłam chora. Ale staram się, staram każdego zdrowego dnia! 
W okresie około świątecznym opublikuję kilka odcinków - co drugi dzień. A po napisaniu 55. - wrócę (chyba) do czasów bardziej współczesnych, a więc znów będzie coś o pandemii, ale czasów wojny w Ukrainie moja STEFCIA Z WIERZBINY już nie obejmie. 
fot. z internetu


niedziela, 10 kwietnia 2022

Cz.41. Koniec września 1975 r. Wierzbina. Nudny dzień

 





STEFCIA Z WIERZBINY - © Elżbieta Żukrowska

Cz.41. Koniec września 1975 r. Wierzbina. Nudny dzień.

Stefcia zniosła swój neseser na dół – lekki był: kilka ciuszków i bielizna. Koszula nocna, kapcie, zapasowe buty-czółenka, trochę kosmetyków. Dokumenty (łącznie z tłumaczeniami) i pieniądze miała w torebce. Źle się czuła, bo na tydzień przed czasem dostała miesiączkę i to wyjątkowo bolesną. W ostatniej chwili założyła na szyję szmaragdy. Udało się jej spleść włosy tak, jak nauczył ją Kamil. Dobrze wyglądała, tyle, że była zbyt blada. Chwilę zastanawiała się nad kapeluszem. To Kamil powiedział, że ma wyglądać rewelacyjnie. Jeśli to jest rewelacyjnie... Nie, nic więcej nie mogła zrobić. Zatem kapelusz.
- Jak wyglądam? - zapytała babcię, która krzątała się przy kawie i śniadaniu.
Babcia przyjrzała się jej krytycznie.
- W porządku. Ale musisz coś zjeść. Wczoraj nie tknęłaś kolacji. Nie możesz o pustym żołądku. Edzio już zjadł. Siadaj. A ja idę rzucić okiem na twój pokój, bo może coś zapomniałaś.
- Zdjęłam pościel do prania, bo w nocy poplamiłam..,
- Dobrze. Zajmę się tym później. A... jak się czujesz?
- Chyba kiepsko, ale będzie lepiej. To przez tę miesiączkę. Ta wiadomość... To rozwaliło mnie od środka. Ale mam tabletki od doktora i swoją pabialginę. Będzie dobrze.
Na piętrze pani Stefania wyjęła z szafy czarną sukienkę wnuczki i starannie ją złożyła. Po zastanowieniu odszukała stosowny do niej żakiecik – też czarny. Spakowała to razem i zaniosła do pokoju syna. Edwarda nie było, czyli był przy samochodzie. Okrywając pakuneczek połą swetra przemknęła do niego do garażu. Dopiero zaczynało się rozwidniać. Poranek był chłodny.
- Dla Stefci. Schowaj w swoim bagażu, ale jej nic nie mów.
- Jasne.
Gdy odjeżdżali przykazywała im jeszcze, by dzwonili do niej, gdy tylko będą mieli jakieś wieści o Liamie. Za kierownicą siedział Edward. Stefcia usiadła z tyłu. Według planu pojechali pod dom Beli, zabrać jego i Huberta, który miał wrócić do domu jako kierowca. Edward nie chciał zostawiać auta na postoju, bo w sumie nikt nie wiedział, kiedy ten powrót nastąpi.
Później pani Stefania zajęła się porządkowaniem kuchni, salonu, pokoju syna i Stefci. A wszystko jak najciszej, bo pani Maria i Piotrek jeszcze spali. Odkurzaczem przejedzie się później, gdy ta dwójka już wstanie. Teraz podlała kwiaty doniczkowe i otuliwszy się grubym szalem wyszła na werandę. Dzień wstawał słoneczny, pogodny. Siedziała prawie bezmyślnie, bo czemuś nie mogła się nawet modlić. Pamiętał, że ma ktoś przyjechać z przesyłką od Liama, ale nie snuła domysłów na temat zawartości. Miała nadzieję, że jej ukochana trójka doleci bezpiecznie do Rzymu. Wiedziała, że Liam budował hotel w Pineto. Kiedyś razem z synem sprawdziła na mapie gdzie to Pineto jest. Wiedziała, że droga z Rzymu do tego miasteczka zajmie od dwóch do trzech godzin. Ale teraz Liam był w klinice w Rzymie. Podobno w najlepszej. Kto to jednak może wiedzieć? Zapewne w Pineto nie było szpitala... Zapewne przewieziono Liama helikopterem... Jak się on dziś czuje? Miał mieszkać w jakimś hoteliku w tym Pineto. Nie, to nie hotelik, a pensjonat. Szperała w pamięci... co jeszcze wiedziała? Po co mu całe piętro pensjonatu? - zapytała wtedy Stefcię. Bo i wspólnik Liama też tam mieszkał, ten, który teraz miał wakacje. Zapewne powiadomili go już o wypadku i do tej pory zdążył przyjechać. Przecież ktoś cały czas musi się zajmować budową. Nie mogła sobie przypomnieć nazwiska tego wspólnika, ani nawet imienia. Natomiast włoski kierownik budowy brzmiał jakoś znajomo, jakby z polska, jego od razu zapamiętała: Allesandro Angeli. Jakoś tak, albo bardzo podobnie. Lindell – przypomniała sobie nazwisko wspólnika, na zasadzie skojarzenia z powszechnie znaną „Anią z Zielonego Wzgórza”. Ale imię? Pamiętała tylko, że „trzeszczało w zębach”. Zrobiło się jej chłodno. Rozejrzała się po ogrodzie. O, to z całą pewnością nie był dzień na podziwianie przyrody. Zresztą zieloność ogrodu już z wolna przygasała. Trawniki nie lśniły szmaragdem jak to bywa wiosną. A zamiast śpiewających małych ptaszków zbyt często krakały wrony. Edzio mówił, że w jakimś PGR-ze wyłożono dla wron zatrute jaja i to skutecznie podziałało na ich populację. Jednak wron wciąż było dużo. Czy nadal wykładano takie jaja? Westchnęła ciężko. Jest starą, zmęczoną kobietą. I choć nadal nie boi się pracy, to jednak takie przeżycia jak te, które dotykały Stefcię – dotykały także ją i przyczyniały się do psychicznego zmęczenia. Jakże bardzo pragnęła spokoju! Zwykłego spokoju. Bez tego miotania się od przykrości do przykrości, Chciałaby powiedzieć – co to mnie obchodzi! Ale nie mogła. To wszystko dotykało ją do żywego! Miała więcej wnuczek i wnuków, kochała je wszystkie. Na szczęście żadne z nich nie cierpiało. Jednak Stefcia...? O, jakże bolało ją serce. Biedne dziecko. Ciężko zdobywa tę swoją dorosłość. Już kiedyś zastanawiała się wraz z Edziem, co za klątwa dotyka jej Stefcię. Zamiast tych wszystkich prezentów od Liama sto razy lepszy by był zwyczajny spokój. Nawet nudny, ale spokój. No nic, chyba już pora obudzić Piotrusia. Podniosła się z fotelika. Zobaczyła, że do domu zbliża się Smulczyński. Ukłonił się jej z daleka, a kiedy był całkiem blisko, powiedział, że ich stary, emerytowany proboszcz jest umierający.
- O mój Boże – westchnęła. _ co się stało?
- Starość. Ma już osiemdziesiąt dziewięć lat.
- A skąd pan wie, że umierający?
- Od sąsiadki. Jej wnuk jest ministrantem. Na wczorajszej wieczornej mszy modlono się w intencji proboszczulka... Taki dobry, spokojny człowiek... I tyle dobrego zrobił dla parafii... Tak ciężko kiedyś walczył o remont kościoła. I dopiął swego.
- Tak... To nawet nie są takie odległe czasy... Hm... Całe nasze życie to droga do Piotrowej bramy... O ile zostaniemy tam wpuszczeni. Może zrobię kawy, co?
Smulczyński zastanawiał się przez chwilę.
- A pani Tereska już jest?
- Nie, jeszcze nie ma.
- To idę do pani na chwilę...
Zrobiła dwie kawy zaparzone w szklance, a dla Piotrka kakao. Nie miała ciasta, wczoraj zostało zjedzone do ostatniego okruszka. Zaraz będzie musiała coś upiec, najlepiej murzynka, bo prosty i szybki, a może będzie musiała poczęstować południowego gościa... Rozmawiając ze Smulczyńskim robiła kanapki dla wnuka, a i przed mężczyzną położyła kilka na talerzyku. „Je, aż mu się uszy trzęsą” - zapewne znów bez śniadania...

  • Zapomniałem wczoraj kupić chleba - przyznał się mężczyzna. - Czasem mi się tak zdarza...
    - I nie idzie pan rano kupić? Przecież sklepy są od szóstej...
    - A jakoś nie.
    - I co? Na głodno aż do obiadu? To sił do pracy panu zabraknie.
    - Stosuje trzy łyżeczki cukru.
    - Co to znaczy?
    - Biorę łyżeczkę cukru i popijam letnią wodą. Potem następną i następną. Trzy mi wystarczają.
    - Typowy mężczyzna – popatrzyła na niego ze zgrozą w oczach. I dorobiła więcej kanapek.
    Nie musiała budzić Piotrka, wstał „sam z siebie” - słyszała szum wody w łazience i jakieś głośne szurania. Chwilę później młody zbiegł na dół już z torbą z książkami. Przecedziła mu kakao przez sitko, bo nie lubił kożuchów. Koło talerza z kanapkami położyła zawinięte w folię kanapki do szkoły.
    - Jakieś nowiny, babciu? - zapytał po grzecznym „dzień dobry”.
    - Nie, nie było żadnych wiadomości. Na razie bez zmian.
    - O której może być telefon?
    - Myślę, że dopiero po piętnastej. Samolot ma międzylądowanie w Paryżu, więc to trochę potrwa.
    - Boisz się?
    - Nie, Piotrusiu – pogładziła wnuka po włosach, choć wiedziała, że on tego nie lubi. - Jestem dobrej myśli. Trzeba ufać Panu Bogu.
    - Ja dziś wracam o wpół do drugiej. Jak bym się trochę zagadał z kolegami to nie bądź na mnie złą.
    - Oby to nie było zbyt długie „zagadanie się”. Pamiętałeś o stroju na WF?
    - Tak. Mam wszystko.
    Babcia Stefania usiadła na swoim miejscu przy stole. Obaj mężczyźni bez pośpiechu kończyli śniadanie. Ona piła kawę i też jadła – pół kromki chleba ze szwedzkim masłem. Lubiła smak tego masła i nie chciała go psuć żadnym tam obłożeniem. Ogarniała myślą, co ma w pierwszej kolejności do zrobienia – kupić chleb i mleko. I to zaraz po wyjściu Piotrusia do szkoły, bo później robienie ciasta i czekanie na tego nieznanego gościa. I na telefon od swoich. Tomek też by mógł zadzwonić. Zawsze była głodna wiadomości od najmłodszego syna. Ale o tej porze nie zadzwoni – jest w pracy, w przychodni. Sama do niego przekręci pod wieczór. Może jeszcze kupi jakąś gazetę i zapałki?
    - To ja już lecę, babciu. Jak potrzebujesz jakieś zakupy, to spisz na kartce i postaram się po lekcjach kupić. Do widzenia – mówi szybko, ale naczynia po swoim śniadaniu zdążył odnieść do zlewu.
    - Ja też już pójdę. Bardzo dziękuję za śniadanie.
    - Panie Władeczku, na obiad proszę jak zawsze i od razu mówię, by po pracy też pan zaszedł, bo może nie zauważę, jak pan będzie wychodzić, a mam dla pana zadanie.
    - Coś się stało?
    - Nic ważnego. Tylko zamek w drzwiach do piwnicy nie chce się gładko otwierać.
    - To może ja od razu...
    - Nie, nie. Po pracy. A teraz, póki pani Maria śpi – ja też wychodzę.
    Po podwórku już się kręcili obcy – sklepikarze kupujący zieleninę do swoich sklepików. Ostatnio Edward zabronił im wjazdu na podwórko, więc ustawiali się w rządku na ulicy. Dla Teresy to był najtrudniejszy moment dnia. Wydawała towar, pracownicy ładowali go na taczki i odwozili do samochodów. Teresa biegała tam i sam z notatnikiem w ręku, zapisywała, czasem kazała swemu pracownikowi coś dowieźć, a potem podstawiała notes odbiorcy do podpisu i wyrywała dla niego kopię zapisu. Irytowała się, gdy ktoś chciał tylko jedną skrzynkę „drobiazgu” ( pięć kilogramów marchwi, kilogram pietruszki, po dziesięć pęczków różnej zieleniny i skrzynkę kapusty), ale było tak całkiem często. Druga fala odbiorców pojawiała się już po piętnastej, byli to ci, którzy mieli daleko, a chcieli mieć towar na wczesny ranek. Teraz mieli czas i zdarzało się, że marudzili nad jakością towaru. Teresa znów była cała w nerwach, bo przecież wszystko było świeże! Rozliczenie robiła raz w tygodniu, w sobotę i oczekiwała, że w poniedziałek dostanie pieniądze, ale od czasu do czasu ktoś zawalał sprawę. Ostatnio się zbuntowała – będą pieniądze – będzie świeży towar. Edward szedł ludziom bardziej na rękę, jednak on rzadko wydawał warzywa. Gdy były jakieś popularne imieniny zamawiano także kwiaty, ale to było wielkie rozdrobnienie, Teresa nie lubiła sprzedawać po kilka róż, goździków, frezji lub gerber. Kwiaty były na giełdę. W końcu ustąpiła na tyle, że zawsze u niej można było kupić goździki. Sprzedawał wtedy wiązanki nawet pojedynczym osobom – pięć goździków, gałązka paprotki, wstążeczka i lśniący, przezroczysty celofan. Marszczyła czoło, gdy przychodziło dziecko i prosiło o jednego goździka „bez przybrania”. Choć była wredna – wiele razy dawała je smarkaterii bez pieniędzy. Babcia Stefania o tym wiedziała...
    Wróciła z zakupów (chleb dla Smulczyńskiego!), pomyła naczynia po śniadaniu, zrobiła ciasto i wstawiła je do piekarnika. Usłyszała, że pani Maria już się krząta u siebie, więc znów zrobiła kawę i położyła na stole produkty potrzebne do śniadania. Pani Maria raz jadła ledwie pół kromki, innym razem dwie, albo też czasem dwie bułeczki, to znów tulko skubnęła trochę ciasta. Dziś ciasta jeszcze nie było, chociaż po kuchni już się unosił miły, kakaowy zapach.
    - Będę zaraz odkurzać mieszkanie, to i pani pokój też bym odkurzyła, jeśli można.
    Odkurzyła cały dom, gdzie było można to zmyła podłogi, zdjęła bieliznę pościelową z łóżka Edwarda i namoczyła pranie. Nuda. Zwyczajne codzienne czynności. Jutro niech Smulczyński zabije jedną kaczkę, a ona ugotuje czerninę – już planowała dzień następny. Ani Stefcia, ani Piotrek czernili nie jadali. Edzio jadł wszystko – bez grymasów. Tak samo Bela. A Tomek? Nie pamiętała... Nie lubił miętowej herbaty... I zupy pomidorowej z ryżem.
    Do kuchni zajrzała Tereska, zapytała, jakie warzywa dziś będą potrzebne. Szczaw bardzo ładnie „odbił”, więc ona poleca, bo to już ostatni tego roku. Czy kwiaty też babci przynieść? Są pierwsze chryzantemy i resztka frezji. I trochę róż. Jutro jedzie na giełdę z różami, więc tych najładniejszych nie da. Zabiera też te z Karolinki. Już kazała je ściąć. Wojtek będzie za kierownicą, bo na Edzia to już całkiem nie można liczyć.
    - Przecież wiesz, że musiał jechać do Włoch – przerwała monolog babcia.
    - Włochy, Włochy – powiedziała lekceważąco Teresa, unosząc obie ręce do góry i tym gestem podkreśliła swoją dezaprobatę. - Dobrze, że akurat Wojtek może jechać.
    Nie zapytała o zdrowie Liama, chociaż wiedziała o wypadku. Cała Tereska.
    Ciasto się nie udało. Tak ładnie wyrosło, a gdy wyjęła z piekarnika – po chwili zapadło się na środku – zakalec! Zrobić następne, czy wysłać Smulczyńskiego do cukierni? Nie ma co myśleć – znów wyjmowała z szafki konieczne produkty – zrobi keks. Ale dlaczego z tego murzynka wyszedł zakalec? Telefon. Odebrała szybko.
    - Jest Piotruś? - pytał dziadek z Karolinki.
    - W szkole.
    - To dobrze. Mam szczeniaka. Cały czarny, tak jak Piotrek chciał.
    - O, to się nasz wnusio ucieszy!
    - Edka chyba nie ma...?
    - Nie ma. Pojechał do Włoch.
    - Jakoś dostarczę psiaka, może ktoś od nas będzie jechał do Wierzbiny. Jak nie dziś, to jutro.
    - Mogę wysłać Huberta, gdy wróci z Warszawy.
    - Dobry pomysł.
    - A co u was słychać?
    - Wszystko w porządku. Róże uszykowane, może Terasa przyjeżdżać. W zasadzie mogę podać pieska przez Teresę.
    - Lepiej nie. Wiesz, jaka ona jest.
    - Ano wiem. A co u ciebie? No i co z Liamem?
    - Wczoraj się pogorszyło. Oni dziś polecieli do Rzymu, więc teraz czekam na telefon.
    - Będzie dobrze. A jak ty się czujesz?
    - Już dobrze.
    - A było źle?
    - Od czasu do czasu boli mnie głowa. Wczoraj bolała wyjątkowo mocno.
    - Za dużo myślisz. I nie przemęczaj się . Zwolnij obroty. Nie wszystkiego musisz robić sama. I nie musisz się wszystkim przejmować.
    - Pozdrów Helenkę. Zdrówka wam życzę.
    Pożegnali się. „Nie musisz wszystkiego robić sama”? Nikogo innego nie ma! Przez szybkę w drzwiczkach kuchenki sprawdziła, jak rośnie ciasto – chyba dobrze. Chodziła po domu i wietrzyła kolejne pokoje. U Piotrusia zostawiła otwarte okno aż do jego powrotu. Dzień nadal był rześki, pachnący już jesienią. Przysiadła na werandzie. Jeszcze dziesięć minut, a ciasto powinno być gotowe... Nudny dzień przeznaczony na czekanie... Oby na końcu były dobre wiadomości...
    - Pani Stefanio, wychodzę na spacer!
    - Powodzenia!
    - Może coś trzeba kupić?
    - Nie, nie trzeba.
    - Wrócę gdzieś za dwie godziny, jak zwykle.
    Później pani Stefania wyjęła keks z piekarnika i bardzo ostrożnie postawiła go na blacie. Jeśli i ten opadnie... Ale nie opadł. Gdy nieco wystygł wyjęła go na specjalny długi talerz, a po lekkim przestudzeniu bardzo cienką stróżką zrobiła trochę czekoladowych kresek – tak dla ozdoby. Oczekiwanie na obcego gościa przeciągało się. Powinna zrobić pranie, ale nie chciała tego teraz zaczynać. Najpierw gość. Później obiad i jednocześnie pranie. A następnie znów czekanie. Usiadła przy stole w kuchni i przeglądała gazetę. W zasadzie czytała same nagłówki. Pożary w Warszawie... Mój Boże! Spłonął niedawno dom towarowy, a trzy dni później asfaltowa jezdnia na moście. Podpalenia? Bardzo możliwe... Cały czas są polityczne tarcia. A wytyczne na VII Zjazd PZPR i tak ważniejsze od pożarów – ma być zmiana w konstytucji... Co ją to wszystko obchodziło? Nic a nic! Ale Edzio w cichości czterech ścian narzekał na podatek od szklarni, który musiał w tym roku zapłacić. Duży dodatkowy podatek.... Bał się, że za to nowe auto też będzie musiał zapłacić jakieś extra pieniądze – niby za wzbogacenie się, bo władza rzekomo chciała zwiększyć świadczenia socjalne dla ludności... Jakoś nikomu się jednak nie polepszało. Na co te pieniądze poszły? Bo jednak nie do szarego, przeciętnego Kowalskiego.
    Spojrzała na zegar – dochodziła jedenasta. To teraz tamten pan może być w każdej chwili. I był – dwadzieścia minut później, wjechał na podwórko i zatrzymał się bardzo blisko ścieżki do domu. Pani Stefania wyszła mu naprzeciw.
    - Czekałam na pana – powiedziała, podając nieznajomemu rękę. Na samochodzie były znaki dyplomatyczne. Patrzyła ciekawie na obcego – mógł mieć niespełna pięćdziesiąt lat. Wyglądał na Włocha – ciemne włosy, brązowe oczy, lekko oliwkowa cera. Szczupły, średniego wzrostu.
    - Czyli dobrze trafiłem. Pani Stefania Żak? - mówił z obcym akcentem. Włoskim?
    - Tak. Jestem babcią młodej Stefanii Żak, która dziś pojechała do Włoch do Liama Rybbinga – powiedziała to wszystko po to, aby nieznajomy upewnił się, że trafił we właściwe miejsce. - Zapraszam do środka.
    - Może najpierw bagaż.
    Wyjął z bagażnika duży neseser oraz znacznie od niego mniejszą skórzaną walizkę. Jak się później okazało walizka była metalowa, a skóra stanowiła tylko jej opakowanie.
    - Wypije pan kawę albo herbatę? - zapytała gospodyni.
    - Tak, ale najpierw załatwmy sprawę przesyłek. Ta duża, chociaż ciężka, jest mało ważna. Natomiast druga... - położył ją na stole w salonie i zaczął rozpinać pokrowiec, a następnie kluczykiem otworzył metalowe zamki. Wreszcie uniósł wieko.
    Pani Stefania jęknęła i osunęła się na fotel.

fot. własne

sobota, 9 kwietnia 2022

Cz. 40. Jesień 1975 r. W Wierzbinie - a to się narobiło...



STEFCIA Z WIERZBINY - © Elżbieta Żukrowska

Cz.40. Jesień 1975 r. W Wierzbinie – a to się narobiło...

- Ślub? Jaki ślub? Co to za pomysł? - Edward nie mógł uwierzyć w to, co mówi jego ukochana córeczka. Już i tak „poszła na całość” zakochując się w obcokrajowcu, ale ślub po dwóch-trzech miesiącach znajomości to zdecydowanie przegięcie! - Wybij to sobie z głowy! Żadnego ślubu nie będzie! Ja rozumiem, że musisz do niego jechać. Rozumiem, że w takiej strasznej chwili chcesz być blisko kochanej osoby. Ale ślub? Nie, nawet nie ma mowy. Sama wcześniej mówiłaś, że pobierzecie się dopiero wtedy, gdy skończysz studia.
Edward poderwał się z krzesła i zaczął krążyć po kuchni. Jego matka siedziała nieruchomo z rękoma na podołku, a Stefcia kończyła wycierać naczynia umyte po obiedzie.
- Zrobię wszystkim herbatę – burknęła pod nosem. Nie umiała odpowiedzieć na zarzuty ojca. Pomysł ze ślubem wyszedł od Rybbingów, nie od niej. Nalała wody do czajnika i podpaliła pod nim gaz. Musiała mieć zajęte ręce. Ustawiała szklanki na tacy, wkładała do nich torebeczki z herbatą, wyjmowała z szufladki łyżeczki. To ją uspokajało. Odrywało myśli od Liama. I od jutrzejszej podróży do Włoch. Tyle razy już latała samolotem, a teraz się bała. Bała się każdego nowego dnia, a w szczególności telefonu z Włoch.
- I co dalej? Weźmiesz ślub, przerwiesz studia i poświęcisz się pielęgnowaniu Liama?To nie może być rozwiązanie! Przecież on, nawet jeśli przeżyje, to może zostać kaleką na całe życie! Chcesz się przywiązać do inwalidzkiego wózka? Siostra miłosierdzia, psia krew!
- Tato, nie wiem, co przyniesie jutrzejszy dzień, a chcesz, abym planowało to, co będzie za rok? Nie wiem, tato. Nawet dzisiejszy telefon od Rybbingów może wszystko zmienić. Nie gorączkuj się tak, nie irytuj. Jeśli będzie tak trzeba, to zostanę z Liamem nawet wtedy, gdy pozostanie kaleką. To nie podlega dyskusji. Koniec.
- Ona ma rację – odezwała się babcia prostując plecy. Na razie owcza skóra podarowana jej przez Stefcię nie dała jeszcze rezultatów, plecy nadal często bolały. Może to nadmiar pracy? Ostatnio prawie nie odpoczywała, cały czas miała czymś zajęte ręce. - Nie wybiegaj myślą za daleko. Przyjdzie czas – przyjdzie rada. A Stefcia tak czy inaczej skończy studia, tego jestem pewna. Gdyby ten ślub w jakiś sposób miał pozytywnie wpłynąć na chorego, to ja będąc na miejscu Stefci wcale bym się nie wahała. Ja ją rozumiem. Dla kochanego mężczyzny kobieta jest w stanie wszystko poświęcić. Samą siebie. I nie ma się co na to oburzać, bo już tak jesteśmy – my, kobiety – skonstruowane.
- Mamo! Co też ty opowiadasz! Przed Stefcią całe życie...
- No właśnie – całe życie – nie dała sobie przerwać pani Stefania. - I co? Chcesz, aby ona całe życie pluła sobie w brodę, że mogła coś zrobić dla tego chłopaka, nawet poprzez ślub uratować mu życie, a tego zaniechała? Nie, w żadnym wypadku nie możesz im bronić tego ślubu.
- Babciu, tato – Stefcia postawiła tacę ze szklankami na stole i ciężko usiadła obok babci – od przeznaczenia się nie ucieknie. Co ma być, to będzie. Dziś mam wrażenie, że moje życie zawsze będzie pod górkę i pod wiatr – mówiąc to miała na myśli śmierć matki i krakowski napad zimą. A nawet to, że ojciec niedawno tak „latał po babach”. Chociaż – na szczęście – ostatnio się uspokoił. Nocował w domu. Chociaż tyle. - Widocznie już tak mi sądzone, że za bary z losem... Nie będę chować głowy w piasek.
- A jeśli on na całe życie zostanie kaleką? - nie dawał za wygraną ojciec.
- Powiem, że widocznie tak musiało być. Tato, koniec z tym dzieleniem włosa na czworo. Siadaj i wypij z nami herbatę. Już się spakowałeś?
- Doszedłem do wniosku, że mam za mało bielizny. I wszystko jakieś sprane, zniszczone. Nigdy wcześniej nie zwracałem na to uwagi – powiedział odsuwając krzesło i siadając na wprost matki.
- Chyba masz rację, ale w tech chwili nic się nie da zrobić. Najwyżej będziesz musiał kupić coś sobie we Włoszech – zasmuciła się matka. Spojrzała na ścienny zegar. - Nakładaj buty i bierz kluczyki od samochodu. Mamy jeszcze pół godziny czasu, sklep pani Małgosi powinien być jeszcze otwarty. Jedziemy – powiedziała do syna. - Herbatę wypijemy później.
- No i dobrze, bo podkoszulki, takie do ludzi, to też chyba są tylko ze dwie – zgodził się Edward.
Stefcia została sama. Pani Maria zapewne była na popołudniowym spacerze. A ona została, by czekać na telefon. Była już spakowana, tylko zamknąć neseser. Wczoraj zastanawiała się nad tym, czy wziąć ze sobą swój letni biały kostium. W razie konieczności mogłaby ubrać się w niego do ewentualnego ślubu. Ślub w szpitalu... Zrezygnowała z kostiumiku – ubranie wcale nie będzie ważne. Zapakowała za to czerwoną sukienkę, ulubioną sukienkę Liama. Babcia to widziała i kręciła przecząco głową. A Stefcia po namyśle spakowała jeszcze sukienkę z żakietem w kolorze écru – na wszelki wypadek.
- Ty na wszelki wypadek to weź ze sobą coś czarnego. Licho nie śpi – powiedziała wówczas, stojąc w drzwiach pokoju wnuczki.
- Pewnie powinnam, ale nie zrobię tego. Nie będę kusić losu. On musi żyć. Musi wyzdrowieć. Babciu, ja go kocham. To jest jedyna miłość mego życia. Sama mówiłaś, że Żakowie kochają tylko raz. Nie będzie mi potrzebny żaden czarny ciuch. Nie. I koniec.
- Och, dziecko, dziecko... Obyś miała rację. Obojgu wam tego życzę z całego serca. - I wyszła, po cichu zamykając drzwi.
Stefcia usłyszała, że pani Maria wjechała wózkiem do salonu. Zawsze była zażenowana tym, że na kółkach wózka wnosi do domu piasek. Robiła, co mogła, aby się jego pozbyć. Gdy było sucho – nawet przez chwilę jeździła po trawniku przed werandą. Stefcia poszła do niej, zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. O tej porze powinna zjeść coś lekkiego.
- Nie, nie będę jadła – powiedziała pani Maria. - muszę tylko umyć ręce. Ale chętnie wypiję herbatę.
- Gorącą czy przestudzoną?
- O, masz nawet przestudzoną?
- Jest jeszcze dosyć ciepła, jednak już nie wrzątek. Zrobiłam dla babci i taty, ale ich poniosło po jakieś ostatnie zakupy. Zaraz wrócą. Nawet nie zdążyli swych herbat posłodzić. Zapraszam.
- A ja ty się, dziecko, czujesz? - zapytała pani Maria po powrocie z łazienki. Zajęła swoje miejsce przy stole, a Stefcia podsunęła jej herbatę.
- Nie wiem – odpowiedziała ze smutkiem. Zwiesiła głowę na pierś i też usiadła przy stole, jak najbliżej telefonu. - Jestem pełna niepokoju... Dobrze, że już jutro jedziemy, że zobaczę Liama, że zobaczę wszystko na własne oczy. Te ostatnie minuty przed telefonem są najgorsze...
- Byłam w parku. Polska jesień jest przepiękna! Na razie jest mało kolorowych liści, bo jeszcze nie było przymrozków. Ale to już niedługo – powiedziała pani Maria bez związku.
- Proszę – niech się pani opiekuje moją babcią, bo ona na pewno wszystko mocno przeżywa, tylko nam nie pokazuje, jak bardzo jest jej trudno. Niech pani będzie przy niej, niech z nią rozmawia, byle tylko nie zasklepiła się w żałości i smutku. Ja mam ciągle nadzieję, że Liam wyzdrowieje. Pewnie już nigdy nie będzie tak sprawny jak dawniej. Ale wyzdrowieje. Będzie żył.
- A ty pamiętaj i dzwoń do domu jak najczęściej, nawet dwa razy dziennie, a już koniecznie, gdy będą jakieś zmiany w stanie zdrowia twego chłopaka.
- Tak, oczywiście. Tego nawet nie musiała mi pani przypominać.
Później siedziały w ciszy. Telefon nie dzwonił. Zegar tykał miarowo. Nic się nie działo. Minęła osiemnasta. Wróciła pani Stefania z synem – po nieudanych zakupach. Oczywiście nie było żadnej bielizny, za to kupili dwie białe koszule do garnituru i dwie kolorowe koszulki polo.
- Te polówki – powiedziała babcie – to pewnie po drugim praniu będą już na szmaty do podłogi, taka tandeta... A jak się pani czuje? Telefonu pewnie jeszcze nie było...
Stefcia znów nalewała wodę do czajnika i podpalała pod nim gaz. Babcia umyła ręce w kuchni i wyjęła z lodówki ciasto z owocami. Zaczęła je kroić na zgrabne kawałki. I w tej chwili odezwał się telefon. Stefcia rzuciła się do słuchawki. Ale to nie był ten oczekiwany – z Włoch.
Mężczyzna mówił z obcym akcentem. Nie przedstawił się. Najpierw upewnił się, że ona to Stefania Żak, a następnie powiedział, że ma dla niej przesyłkę od pana Liama Rybbinga. Nie mógł wcześniej dostarczyć, bo brał udział w karambolu w Alpach i dopiero wczoraj przyjechał do Polski. Ale obie przesyłki są nienaruszone. „Obie przesyłki?” Przyjedzie jutro około jedenaste, może dwunastej w południe. Ma podróż służbową aż za Przemyśl, więc będzie mu niemal po drodze.
- Ale mnie nie będzie – powiedziała Stefania. - Jutro wylatuję rano do Włoch, bo Liam miał wypadek i jest w szpitalu. W domu będzie moja babcia.
- Czy jest to osoba godna zaufania? Jedna z przesyłek jest niezwykle cenna...
- Oczywiście, że jest!
- Czy jest pani tego absolutnie pewna?
- Najzupełniej.
- A kiedy pani wraca?
- Tego nie wiem. Może za tydzień. Nie wiem. Stan Liama jest bardzo ciężki.
- Czyli mam obie przesyłki zostawić pod opieką pani babci?
- Tak. Pod jej opieką będą całkowicie bezpieczne.
Mężczyzna milczał przez chwilę.
- No dobrze – powiedział w końcu. - Prawdę powiedziawszy zawartość tych walizek jest dla mnie... Dobrze. Jutro je przywiozę. Adres mam, więc nie powinienem błądzić. Proszę powiedzieć swojej babci, aby w tym czasie koniecznie była w domu, bo nie mógłbym dalej jechać z takim bagażem, a powrót do Warszawy zająłby mi zbyt wiele czasu. A jestem z kimś umówiony.
- Jak się pan nazywa?
Znów chwila milczenia.
- Nie, nie, bez nazwisk. To do jutra. Do widzenia.
Stefcia powoli odłożyła słuchawkę. Przekazała co najważniejsze rodzinie.
- Cały Liam. Nieprzytomny, a znów chce mnie czymś zaskoczyć...
Zagwizdał czajnik i tym razem babcia zajęła się herbatą. - On jest niesamowity – powiedziała znad kuchennego blatu, gdzie ustawiała świeże szklanki.
- Cały Liam... - szepnęła Stefcia. - Obiecał mi próbki tkanin do hotelu i jakiś szlafrok. Ale musiał wymyślić coś więcej, skoro jest tam coś cennego, bo przecież nie pościel i ręczniki! Zresztą i tak tego nie zobaczę. Babciu, ty przejrzysz wszystko dokładnie, a później powiesz mi przez telefon. Bardzo mnie zaciekawił.
- On cię szalenie rozpuścił! - zauważył ojciec. - Nigdy nie słyszałem o chłopaku, który by tyle upominków przysyłał dziewczynie. Chyba mu się przewróciło w głowie. Żaden z Polaków nie byłby taki szczodry. A teraz jeszcze coś cennego.... Brylanty? Będę musiał kupić sejf dla ciebie – puścił do córki oczko.
Ale Stefci wcale nie było do żartów. Telefon znów milczał. Kiedy wreszcie zadzwonił – dochodziła dwudziesta. Liamowi się pogorszyło... Stefania zaniosła się niepohamowanym płaczem, a później nagle pociemniało jej w oczach i nieprzytomna osunęła się na podłogę.
Ojciec miał przejąć słuchawkę, jednakże córka leżąca na podłodze... Słuchawka wypadła mu z ręki. W tym momencie do kuchni wpadł brudny i zasapany Piotrek. Natychmiast ogarnął sytuację i podniósł słuchawkę. Przedstawił się niezdarnie i łapczywie łapiąc powietrze powiedział łamanym angielskim:
- Stefii leżeć na podłoga. Pan telefonować do Bela Żak, numer... On mówić po angielsku.
- …
- Bela Żak, numer... On jechać do Italii i tato, i Steffi. Bela Żak, numer.... Bela Żak numer.... Pan telefonować już. Bardzo, bardzo już. Tak... Tak... Tak...
- …
- Tomorrow. Steffi she passed out – najwyraźniej powtórzył za rozmówcą i chyba rozumiał, co powtarza.
W tym czasie Edward z matką usiłowali ocucić Stefcię. Ojciec przeniósł ją na kanapę do salonu, a matka jakimś specyfikiem smarowała jej czoło i skronie.
- Stefciu, no Stefciu. Obudź się, dziecino... Edziu, dzwoń po lekarza!
Później Piotrek słyszał, jak ojciec rozmawia z zaprzyjaźnionym lekarzem podniesionym głosem.
- A co to mnie obchodzi? Szybko! Mam tu armagedon. Weź ze sobą jakieś leki. Wytrzeźwiejesz w samochodzie. Pospiesz się, do cholery!
Lekarzowi udało się doprowadzić Stefcię do przytomności, ale czy rzeczywiście docierało do niej, co się z nią dzieje? Żakowie nie wiedzieli, co Stefcia usłyszała przez telefon - możliwe, że Liam już nie żyje... Babcia Stefania tym samym specyfikiem posmarowała swoje czoło, ona także była bliska omdlenia, a na razie potężny ból głowy uziemił ją w fotelu. Nie mogła poruszyć głową, bo nowa fala bólu zdawała się być silniejsza od minionej. Lekarz jedną i drugą Stefanię karmił tabletkami, mierzył co chwilę puls i patrzył w źrenice.
Przyjechał Bela.
Porażony stanem bratanicy i matki znacznie okroił wiadomości z Włoch, a nawet pozwolił sobie na konfabulację – Liamowi wprawdzie się pogorszyło, ale żyje i jest nadzieją, że dalej będzie żył. Dopiero jego słowa podziałały na Stefcię, otrząsnęła się z szoku i przytomnie zapytała – co dalej?
- A dalej wszystko tak, jak zaplanowaliśmy. Jutro lecimy do Włoch.
Pani Maria nie wtrącała się do niczego, jedynie z drzwi swego pokoju obserwował rozwój wydarzeń. Teraz zrobiła dla wszystkich herbatę, a Piotrek, już umyty, zaniósł ją na dużej tacy do salonu. Sam z siebie wrócił do kuchni po ciasto, nakroił kopiasty talerz i też dostarczył na stół w salonie. O talerzykach deserowych nie pamiętał. Zadbała o nie pani Maria. Wydawało się, że nikt nie tknie tego poczęstunku, a jednak wszystko zniknęło szybko, jedynie obie Stefanie nic nie zjadły, ale herbatę wypiły, bo też obie czuły w ustach gorycz po medykamentach. Steffi dostała także dwa zastrzyki, pani Stefania tylko jeden.
Siadając do samochodu Bela powiedział do odprowadzającego go brata, że jest mała nadzieja na to, by Liam dożył rana. Po odjeździe Beli Edward usiadł na schodach domu i zapłakał. Nad swoją jedyną córką.

fot. własne

piątek, 8 kwietnia 2022

LUDZKA BESTIA

 




Ludzka bestia - © Elżbieta Żukrowska

Ludzka bestia rodem prosto z Rosji...
A wpajano nam,
że w każdym człowieku jest pierwiastek dobra.
Nie w każdym.
To jest wschodnia dzicz,
szczęśliwa gdy zadaje cierpienie,
gdy rozszarpuje ciała dzieci,
gwałci i morduje...
To nie są zwierzęta - nie ubliżajmy zwierzakom -
to diabły wcielone,
żądne krwi.

Zdradziliście ludzką cywilizację 
- bądźcie na wieki potępieni!

Moja sympatia dla Rosjan właśnie umarła.

Choszczno, 8.04. 2022 r. 

poniedziałek, 4 kwietnia 2022

ZAPROSZENIE

 

5.04.2022 r. o godz. 19,00 na antenie Bookradio.pl zapraszamy Państwa do wysłuchania audycji Nie wiem co to poezja. Gościem programu będzie Pani Elżbieta Żukrowska, poetka i pisarka.

ROZMYŚLANIA NAD RANEM





 Rozmyślania nad ranem - © Elżbieta Żukrowska

Czas rozwiał mgiełkę mojej miłości,
dlaczego była taka nietrwała?
Tęsknoty znikły, zmienił się koloryt.
I tylko barwa nieba została...

Kwiaty od dawna kupuję sama,
kawę też piję w kuchni samotnie.
Wspomnienie krążą w niewoli myśli,
lecz wszystko teraz smutne, ulotne.

Włosy czas srebrzył przez wszystkie lata,
serce zbierało głębokie blizny.
Było i dobro, ale nietrwałe,
zbladło, rzucone na życia pryzmy.

Okno już nie chce cieszyć nadzieją,
nawet gdy ptaki rankiem śpiewają.
Samotność daje się często we znaki,
a w oczach słone łzy się zbierają. 

Choszczno, 4.04.2022 r.
fot. z internetu


niedziela, 3 kwietnia 2022

NIE MA JUŻ...


 Nie ma już... - © Elżbieta Żukrowska

Nie ma już spacerów po Polach Elizejskich,
nie ma spojrzeń na Łuk Triumfalny.
W myślach pozostały śpiewy dziewcząt wiejskich,
polskich, znajomych od zawsze, w utęsknieniu niezmiernym.

I szum brzóz samotnych lub stareńkiej wierzby,
co się w muzykę przemienia w dźwiękach najczystszych
i zapisuje w nokturnach i etiudy rzeźbi.
to taka polska, tak swojska muzyka, ze wspomnień cienistych...

Bo muzyka jest modlitwą czystszą od poezji,
płynie strzeliście w nieba błękity,
a polce pianisty chętne do drżącej ekspresji,
łagodnieją nagle i dają szept cichy...

Fryderyku...
Patrz, on ma iskry w palcach
- mówią przyjaciele
z zapartym tchem słuchając szalonego scherza. 
Ta muzyka nie może być bardziej doskonała!
I płyną dźwięki po polsku liryczne i bez ustanku świeże.
Doskonale skrojona etiuda.
Najtrudniejszy jest pierwszy dźwięk,
perlistość szesnastek.
Polskie echo w każdej nucie - tęsknota miłości.
Polski sen...

Choszczno, 7.10.2021 r. 
fot. własne

czwartek, 31 marca 2022

NIE WIERZYSZ...

 



Nie wierzysz... - © Elżbieta Żukrowska

Nie wierzysz w przyjście wiosny
a jednak nasłuchujesz
bo może ptaszek zaćwierka
inny mu w górze zawtóruje
I tym śpiewem serdecznym 
przegnają wiatry i chłody
a bez wybuchnie nam kwiatem
żonkilem narcyzem młodym
Bratki już po rabatach
mrugają do nas rozkosznie
krokusy w tak pięknych szatach
czekają na ciepły podszept 

Choszczno, 31.03.2022 r.
fot. Nina Jakubiszyn

niedziela, 27 marca 2022

WIOSENNA NOC...

 




Wiosenna noc... - © Elżbieta Żukrowska 

Wiosenna noc - usnęło szczęście
ptaszek mu śpiewa kołysankę
ty zbierasz rozmącone myśli
powtarzasz słów najlepszą mantrę

Gdy gwiazdy już zbledną na niebie
a nowy dzień jutrznia rozjarzy
odnajdziesz znów tak blisko siebie
ten słodki głos i chwilę marzeń

Wyciągniesz rękę jak po swoje
bo wszystko będzie najprawdziwsze
zapachnie maj kwiatowym zdrojem
dziewczyny się ustroją ślicznie...

Choszczno, 27.03.2022 r.
fot. internet

sobota, 26 marca 2022

*** (Ten list...)



Ten list, którego nie napisałeś...
Ta miłość, której nie wyznałeś...
I moja spóźniona łza....
Ten szum, co przemknął ponad nami,
Ten zapach bzu, dłoni aksamit.
Myśl zaplątana w snach...
Zdejmij pajęczą nitkę białą.
Zapomni o tym, co się stało.
Pozostał wspólny dach...
Choszczno, 26.03.2022 r.
Fot. własne

piątek, 25 marca 2022

SŁAWA UKRAINIE


 



Sława Ukrainie - © Elżbieta Żukrowska

Nad miastem niebo jasne, czyste,
a w szarym krzewie śpiewa ptak.
Zieleń chce pokryć listki wszystkie,
ale mu ciepła ciągle brak.

Na niebie ślady samolotów,
dziś takie gęste, że aż strach,
a smutne krzaczki żywopłotu
marudzą, że im żółci brak.

Lecz niebieskości i żółcienie
już się zebrały na sztandarach,
by wybrzmieć SŁAWA UKRAINIE
i wszystkim Ukraińcom sława!

Za tyle łez i krwi przelanej,
za trud wasz wielki i cierpienie
niechaj sztandary poruszane
śpiewają SŁAWA UKRAINIE!

Choszczno, 24.03.2022 r.
fot. z internetu


czwartek, 24 marca 2022

POETA SIĘ CIESZYŁ...

 





Poeta się cieszył... - © Elżbieta Żukrowska

Poeta się cieszył, bo znów wiersz uskrobał. 
Niby nic takiego - rozmowa z gwiazdami. 
W zasadzie monolog, wybacz mu kolego,
szeptał tajemnicę i bił się z myślami.

Skarżył się na ludzi, bo go nie czytają,
stracił czytelników wczoraj lub rok temu.
Taka nędza życia, wybacz mu kolego,
każdy przecież robi wszystko po swojemu. 

A te wiersze skromne, o życiu, miłości,
o tym co szarpie duszę,  tylko w imię czego?
Świt pogasił gwiazdy i poeta zamilkł.
Zamyślił, posmutniał. Wybacz mu, kolego.

Choszczno, 24.03.2022 r.
fot. własne

sobota, 19 marca 2022

INFORMACJA O POWIEŚCI

 
MOI DRODZY CZYTELNICY -

- będzie przerwa w publikowaniu powieści. Może tylko dwa tygodnie, a może aż miesiąc. Piszę ją cały czas, jednak nie tak szybko, jakbym chciała. Zatem bardzo proszę o wyrozumiałość i cierpliwość. 
A kwiaty są dla Was. 


piątek, 18 marca 2022

Cz. 39. Wrzesień 1975. W Polsce


 
STEFCIA Z WIERZBINY - © Elżbieta Żukrowska

Cz.39. Wrzesień 1975 r. W Polsce

Przedwieczorny telefon z Włoch nie przyniósł żadnych pocieszających wiadomości, chyba że „stan bez zmian” uznać za w miarę dobrą. Ręce w gipsie, miednica w usztywniających bandażach, rdzeń kręgowy nie został przerwany, bo nogi reagują na bodźce. Założono mu gorset usztywniający. Ale jest cały czas nieprzytomny. Krwiaka w głowie nie można usunąć operacyjnie. Trzeba mieć nadzieję, że się wchłonie. Pani Rybbing mówiła chaotycznie, czasem z rozpędu przechodziła na język szwedzki. Wreszcie się rozpłakała i oddała słuchawkę mężowi. Ten wprawdzie zapytał nawet, jak się Stefcia czuje, ale dalej mówił jeszcze bardziej chaotycznie niż żona. Podkreślał, że stan Liama jest prawie agonalny, że nie ma wielkich nadziei. Chwilami jego głos przechodził w szept lub w ogóle zanikał. Z tego, co mówił wynikało, że Stefcia ma przywieźć ze sobą dokumenty konieczne do zawarcia związku małżeńskiego we Włoszech, przetłumaczone przez tłumacza przysięgłego na język angielski, szwedzki i włoski. Może Liamowi wróci przytomność, a wtedy wzięcie ślubu tak go uraduje, że szybciej wróci do zdrowia. „Skąd ja w Wierzbinie znajdę tłumaczy przysięgłych? Ślub? Jaki ślub? Panu Rybbingowi najwyraźniej pomieszało się w głowie!”.
Jednak następnego dnia Stefcia wstała na tyle rano, by odwieźć ojca do pracy, a potem sobie zatrzymała samochód na objazd urzędów i tłumaczy. Zrobi co będzie mogła.
Wypiła z babcią i panią Marią kawę. Profesor jeszcze spał, bo pisał prawie do rana (dziś miał wracać do Krakowa na egzaminy poprawkowe).
Przymusiła się do zjedzenia kromki chleba ze szwedzkim masłem i plasterkiem swojskiego pomidora. Zadzwoniła do Ady oraz Kamila. Ada podobno coś wczoraj „czuła”, a Kamil zobowiązał Stefcię, by zadzwoniła do niego z Włoch i podała tamtejsze namiary, bo on przecież niedługo jedzie ze Stasiem do Rzymu. Może się spotkają. Może będzie w czymś pomocny. Te rozmowy, a następnie cały szereg odwiedzin po różnych urzędach nie pozwoliły Stefci rozpaść się na kawałki. Musiała być przytomna i konkretna, stryja Beli nie było, a więc załatwianie wszystkiego spadło na nią. Nauczyła się tak z marszu znajdować właściwe słowa by przekonać urzędnika, iż „niemożliwe” jest tylko czymś w rodzaju zapadni w urzędniczej głowie, czarną dziurą. Pytała wprost ile kosztuje usunięcie słowa „niemożliwe” i – o dziwo – żaden urzędnik się o to nie obraził. Kładła na biurko banknot o wysokim nominale, ale tak, by urzędnik to widział i przykrywała go swoją dłonią. Urzędnikom świeciły się oczy. Cofała swoją dłoń i dostawała dokumenty w czasie szybszym niż ekspresowo. „To był czas de-lux-torpeda” - powiedziała później Adzie i Kamilowi. Zabrakło jedynie dokumentów przetłumaczonych na język szwedzki – takiego tłumacza przysięgłego Wierzbina nie miała. Babci i ojcu o ewentualnym ślubie nie powiedziała, bo bała się, że może coś źle zrozumiała i tylko ośmieszy się przed najbliższymi. Ponadto stryj Bela, prócz kilku podpisanych in blanco kartek, zabrał ze sobą jej paszport, a i ten dokument należało przetłumaczyć, ale już była z tłumaczami umówiona. Kamil obiecał jej namiary na tłumacza języka szwedzkiego, co oznaczało, że musiała jechać do Krakowa. Nie miała czasu na płacz i na tonięcie z żalu. „Żdi mienia, a ja wiernus” - twoja wiara i czekanie mnie ocali – czyż nie tak mówił wiersz? Nie, nie podda się rozpaczy i zwątpieniu.
A później była wiadomość, że Liam przeszedł jakąś bardzo ciężką, rozległą operację, jeśli dobrze zrozumiała, to chyba usunięto mu śledzionę i jeszcze coś operowano, nie mogła się połapać w medycznym nazewnictwie. I mimo wszystko stan „prawie agonalny”... Głos załamanej i rozhisteryzowanej matki Liama... Nie, ona, Stefcia, nie będzie rwać włosów z głowy, bo będzie dobrze. Musi być dobrze. Jej najcudowniejszy Liam musi wyzdrowieć. MUSI! Krwiak się cofnie i przestanie uciskać mózg. A wtedy Liam odzyska przytomność. „Liam, moje kochanie, mój jedyny, Liam! Wracaj do mnie jak najszybciej! Wracaj, moja miłości!”. Zaszlochała krótko, boleśnie.
Kamil podał żądane namiary telefonicznie, ale wymógł na Steffi obietnicę, że go odwiedzi. Zapewne i tak będzie musiała poczekać na tłumaczenie, więc będzie miała godzinę lub dwie wolnego czasu. Zapewnił przy tym lekko żartobliwie, że będzie kawa i kremówki. Jeśli Stefcia zechce, to zadba też o jej włosy.
- Kamil! A jakie znaczenie mają teraz włosy?
- Bardzo duże. Stanowią także o twoim samopoczuciu. Chcesz lecieć do Włoch jak czarownica? Musisz wyglądać najlepiej, jak to tylko jest możliwe. Zmartwienie, zmartwieniem, ale gdy Liam wreszcie otworzy oczy, to ma zobaczyć prześliczną dziewczynę. Swoje marzenie. Swój długi sen. Nie waż mi się nie dbać o siebie. To jest rozkaz – jak w wojsku! Pamiętaj o tym.
Takie słowa były jej bardzo potrzebne. Postawiły ją do pionu – żadnego mazanie się, żadnych łez. „Mój kochany, czekam na ciebie jak w tym wierszu. Czekam z całych sił!”. Po przyjeździe do Krakowa i spotkaniu z tłumaczką wpadła w ramiona Kamila i – przytulona mocno przez niego – rozpłakała się histerycznie. Po raz pierwszy tak się rozmazała, nie umiała, nie dała rady nad sobą zapanować. Gładził ją po plecach i szeptał dobre słowa.
- Przepraszam, przepraszam – zaszeptała i ona, przyjmując pudełko z chusteczkami higienicznymi. - Nie chciałam tak płakać, nie chciałam histeryzować. Jesteś pierwszą osobą, która mnie objęła i przytuliła, i pewnie dlatego tak bardzo się rozsypałam. Już dobrze, już panuję nad sobą. Już jest w porządku – mówiła, nadal pochlipując i ocierając twarz.
Ktoś przyniósł kawę i ciastka. Usiedli oboje.
- Chcesz o tym opowiedzieć? - zapytał Kamil.
- Nie. To nie ma sensu. Tak samo, jak sam wypadek też nie ma sensu. Strasznie mi gorzko. Jest mi niewiarygodnie szkoda Liama i zmiata mnie na ziemię ta całkowita bezradność. Bo nic nie można zrobić. Czekanie nie jest moją najmocniejszą stroną. Już bym tam chciała być. Jest we mnie jakaś wiara, że moja obecność, mój dotyk, mogłyby go uzdrowić. To oczywiście kompletna bzdura. Ale pragnę tam być jak najszybciej.
- Rozumiem cię i jest mi bardzo przykro. Ale zjedz ciastko, nie możesz stracić sił. Wiem, że je lubisz. Nie za mocna ta kawa? A tak w ogóle, to co zamierzasz teraz zrobić?
Stefcia poprawiła się w fotelu i wzięła do ręki widelczyk. Chwilę obracała go w palcach, zanim odpowiedziała:
- Lecę do Włoch razem z ojcem i stryjem. Może nas trochę dużo, ale zależy mi, aby tato był przy mnie. W ostatnich latach zbyt często byliśmy rozdzieleni. Natomiast stryj zna kilka języków i nie pozwoli, by nam się stała krzywda. Bywał za granicą wielokrotnie, jest otrzaskany ze światem, zobaczy to, czego ani ojciec, ani ja byśmy nie dostrzegli. W zasadzie powinnam lecieć sama, ale żaden z nich do tego nie dopuści. Nie mówiąc już o babci. No i ten ewentualny ślub... Aż mam ciarki na plecach...
- A kto ten ślub wymyślił?
- Pani Rybbing. Kamil, myślisz, że ona tak poważnie? A jeśli – to czy powinnam...?
Kamil przeczesał palcami swoje włosy i zapatrzył się w okno.
- A co stoi na przeszkodzie? Przecież go kochasz – powiedział sięgając po filiżankę z kawą.
- Sądzisz, że miłość jest wystarczającą motywacją? Przecież myśmy nie zdążyli się poznać!
- Boisz się, czy to jest chłopak także na niepogodę?
- No właśnie...
- Ale z drugiej strony zrobisz wszystko, aby on wyzdrowiał?
- Całym sercem!
- Powiem ci bardzo brutalnie – w ostateczności są rozwody. Ale kto wie, jak zadziała na niego zawarcie małżeństwa? A nuż wpłynie dodatnio na proces zdrowienia. Tak czy tak – on musi być przytomny. To jest teraz najważniejsze. Tylko z przytomnym możesz wziąć ślub. Gdybym był na twoim miejscu nie wahałbym się ani chwili. Może być nawet ślub cywilny w szpitalu. Są konsulaty, właściwi urzędnicy, czasem załatwienie sprawy sprowadza się do wysokości wynagrodzenia, ale zapewne i we Włoszech są jakieś standardy, cenniki i tak dalej.
- Kamil, ja nie potrafię trzeźwo myśleć. Miotam się w sobie od miłości do jakiegoś absurdalnego przerażenia. Nie poznaję samej siebie!
Kamil pogładził jej rękę leżącą na stoliczku. - Ty nie czujesz wsparcia rodziny – powiedział smutnie.
- Po tamtym napadzie na mnie czułam się cholernie samotna. Nikt mnie nie przytulił, nie przygarnął, nie pocieszał, nie mówił, że będzie dobrze. Przez wszystko musiałam przejść sama. Stryj kupił mi kapelusik z woalką, abym mogła schować twarz... Tato nie siedział przy mnie i nie trzymał mnie za rękę. Później wyłożył słoną kasę na szwedzką klinikę – to fakt. Ale w pewnym sensie i tak mu się zwróciło, bo ma teraz dobre, nowe auto. A aż takich pieniędzy to on na mnie nie wyłożył. - Przerwała i zamyśliła się na moment. - Powiedz mi, dlaczego wszystko ciągle sprowadza się do pieniędzy? Chciałabym żyć w kraju, gdzie w ogóle pieniądze nie istnieją.
- A masz pieniądze na tę podróż?
- Tak. Liam mnie już wcześniej zabezpieczył. Jakby przewidział, że będę potrzebować większej sumy. Te korale też są od niego. Przysłał mi na imieniny...
- Czy to nie są przypadkiem szmaragdy?
- Tak. To szmaragdy. Mój zielony talizman od Liama.
Wzięła w dwa palce koraliki i uniosła je do ust.
- Bardzo go kocham. Bardzo kocham mego Liama. Czasem muszę to sobie mówić głośno....
- Steffi, zjedz to ciastko. Za chwilę zabiorę się osobiście za twoje włosy. Z tego co widzę, są w całkiem dobrym stanie – powiedział przesypując czarne pasmo w palcach. - Bałem się, że lato i słońce zrobią większe zniszczenie... Nałożę odżywkę, a mam taką specjalną dla ciebie... I podetnę je o dwa centymetry, Tyle wystarczy. Na co jeszcze oczekuję moja najmilsza klientka? - zakończył z sympatycznym uśmiechem.
- Chciałabym, abyś nauczył mnie splatać je w jakiś węzeł nad karkiem. Nie wiem, jak by to miało wyglądać, ale... Długie włosy czasem mi przeszkadzają, a ze względu na Liama z całą pewnością ich nie zetnę. Koński ogon jest trochę za prostacki... Dobry w Polsce, albo gdzieś na plaży. We Włoszech chciałabym wykazać się większą finezją. Kiedyś kobiety zaplatały takie koszyczki z warkoczyków na uszach, pamiętasz? A ja bym chciała takie coś nad karkiem. Ale to może być dla mnie za trudne...
- Jak zjesz ciastko, to weźmiemy się do roboty. I wszystkiego cię nauczę. To wcale nie jest trudne, nawet gdy sama musisz się tak uczesać. Pokażę ci dwie proste fryzury, a obie – jestem tego pewien – są w zakresie twoich możliwości. Dziś zmiękczę twoje włosy, aby były bardziej podatne na samodzielne układanie. A twój ojciec już wie o tym ewentualnym ślubie? - zapytał z zaskoczenia.
- No właśnie nie. I nie wiem, czy mam powiedzieć.
- Myślę, że tak. Niech się oswoi z tą myślą. Może przy okazji sam coś wymyśli? Steniulka, nie jesteś sama. Pamiętaj o tym. Mimo wszystko masz rodzinę. I przyjaciół też. No, głowa do góry i uśmiech proszę!


c.d.n. - ale jeszcze nie wiem kiedy. 
Na razie będzie przerwa w prezentowaniu następnych odcinków.

------------------------------ 
fot. tapeciarnia

środa, 16 marca 2022

Cz.38. Wrzesień 1975. Wierzbina


 STEFCIA Z WIERZBINY - © Elżbieta Żukrowska

Cz. 38. Wrzesień 1975 r. Wierzbina

Telefon w kuchni dzwonił długo, natarczywie. Profesor Rafalski szykował się już do wyjazdu z Wierzbiny, zbierał swoje drobiazgi, porządkował notatki. Pani Stefania i jego żona były na zewnątrz... Edward Żak oczywiście był w pracy, a Stefcia miała w tym dniu zakończenie praktyki w tej swojej „budowlance”. Zatem odebrał telefon, choć zrobił to bardzo niechętnie. Generalnie nie lubił telefonów. A później aż usiadł ze słuchawką w ręku, wysłuchał dość długiej przemowy w języku angielskim, po chwili kazał powtórzyć wiadomość. Zanotował numer telefonu. Zadał kilka pytań. Drżały mu ręce, w zasadzie cały się trząsł. Poprosił o powtórzenie wiadomości raz jeszcze i obiecał, że przekaże wszystko Stefci. Jak najskrupulatniej. Chyba doznał szoku. Nie mógł uwierzyć! Liam, ukochany narzeczony jego drogiej studentki, był w stanie agonalnym we włoskiej klinice. Spadł ze schodów wewnątrz budynku. Schody były jeszcze niezabezpieczone poręczą. Połamana miednica i ręce. Prawdopodobnie złamany kręgosłup. Rozbita głowa. Stan agonalny – powtarzał zbielałymi ustami. Stefcia ma przyjechać do Włoch najszybciej, jak to będzie możliwe. Najlepiej z osobą towarzyszącą. Może z ojcem. Zawiadomić, kiedy będzie. Na lotnisku będzie czekał samochód. I jak on ma to przekazać Stefci? No jak? To taka wiadomość, że nawet żonie i pani Stefani trudno powiedzieć...
Kobiety wracały przez werandę, bo tam by podjazd dla wózka inwalidzkiego. Jego żona trzymała na kolanach koszyczek z jajkami. Słyszał, jak wesoło rozmawiają, śmieją się. Wystarczyło jedno spojrzenie na profesora, aby babcia Stefania pojęła, że coś się stało.
- Pozwoliłem sobie odebrać telefon. Był z Włoch – przepraszająco powiedział Rafalski. Kiedy już zaczął mówić, jego słowa zmieniły się w potok.
Babcia usiadła przy stole i milczała. Była wstrząśnięta.
- Zrobię herbatę – zaofiarowała się pani Maria. Jej też trzęsły się ręce. - Biedna Stefcia. Chyba melisa będzie najodpowiedniejsza...
- Muszę zadzwonić do Beli – powiedziała babcia Stefania. Była zadziwiająco opanowana. - Może jeszcze nie wyjechał do tego Mozambiku czy tam Namibii...
Bela natychmiast przyjechał, a Rafalski jeszcze raz zrelacjonował rozmowę. Babcia Stefcia zadzwoniła do Edwarda, on tez zjawił się w kilkanaście minut potem. Ze szkoły wrócił Piotrek. Chyba on najbardziej był poruszony wiadomością – uwielbiał Liama. Jak powiedzieć o wszystkim Stefci? To był dopiero problem.
- Ja jej wszystko powiem – zadecydowała babcia, pozornie najbardziej ze wszystkich opanowana. - Ale obiadu dziś nie będzie. Nie mam do tego głowy. Jest trochę wczorajszej zupy, dla wszystkich nie wystarczy. Można otworzyć jakiś słoik z mięsem...
- Mamo, daj spokój. Komu się chce jeść w takiej chwili! - prychnął zdenerwowany Edward.
- Wszystkim. Jedzenie wnosi spokój i pozytywne myślenie. Może jakiś ryż do tego mięsa, bo ręce tak mi latają, że nie dam rady obrać ziemniaków.
- Mamo, spokojnie. Skoro tak, to zawołam Halinkę. A ty, Piotrek, przynieś jakiś słoik z piwnicy. Chodźmy do salonu. Zaraz przyniosę herbatę. I uspokójmy się. Na nic nie mamy wpływu. Można się tylko modlić. I czekać – kontynuował Edward. On też już się wziął w garść. Wiedział, że matka tylko z pozoru jest spokojna. Zaniósł tacę z herbatą do salonu i poszedł po pracownicę. Kazał jej przygotować obiad według swojego pomysłu z mięsem ze słoika. Podkreślił, że ma być i zupa, i ziemniaki i dobra surówka. I niech nie przychodzi do salony z pytaniami. Niech sama znajdzie w szafkach to, co będzie potrzebne.
Siedzenie w salonie w oczekiwaniu na powrót Stefci było jak swoista tortura. Rozmawiali. Gdybali. Po osiemnastej miał być następny telefon.
- Jutro z rana muszę jechać do konsulatu po wizy. I odwołać ten wyjazd do Somali. Do Włoch polecimy we trójkę: ty, Stefcia i ja. Od razu załatwię bilety na samolot. Mamo, ty będziesz musiała spakować Stefcię, bo ona na pewno nie będzie miała do tego głowy – zadecydował Bela. - Lepiej sobie zrób spis na kartce, bo ze dwa dni potrwa, zanim będą wizy. Nawet moje „chody” nie pomogą.
- A jaka tam jest teraz temperatura? Co mam jej spakować?
- Młody, wysportowany, zręczny mężczyzna... - nie mogła się powstrzymać pani Maria.
- Cuda też się zdarzają. Trzeba ufać. Trzeba wierzyć – cicho powiedział profesor.
Piotrek wtulił się w fotel z oczyma pełnymi łez.
Stefcia wróciła do domu uśmiechnięta, z pięknym bukietem róż. W kuchni zostawiła siatkę z blaszką po serniku.
- A gdzie babcia? - zapytała panią Halinkę.
- Jest w salonie.
- Mamy gości?
- Ja tam nie wiem – odburknęła kobieta znad garnka, właśnie doprawiała zupę.
- Mogę panią prosić o wstawienie kwiatów do wody? O, ten wazon będzie odpowiedni.
Tanecznym krokiem weszła do salonu. Po ogólnym „dzień dobry” podeszła do babci i ją ucałowała.
- Sernik był przepyszny! Bardzo ci dziękuję. Chwalono cię pod niebiosa! Ale... co to za zebranie? - zreflektowała się nagle. Nie czekając na odpowiedź wyjęła z torebki niewielką kryształową miseczkę. - Zobaczcie, jak mnie pięknie pożegnali. Dostałam też kwiaty... O co chodzi? Co się stało? Mówcie!
- Steniusiu, może chodźmy do twego pokoju – powiedziała podnosząc się z fotela babcia. - Tam porozmawiamy.
- Nie, nie – zatrzepotała rękoma Stefcia i usiadła na wprost ojca.
Pani Halinka zapukała do drzwi:
- Już jest obiad. Gdzie podać?
- Zjemy w kuchni, bo po co nosić tyle naczyń – zadecydowała pani Maria.
- Tato, babciu – mówcie!
- Twój Liam miał wypadek. Leży w dość ciężkim stanie w szpitalu. Oczywiście we Włoszech. Pojedziesz do niego – oświadczył spokojnie Edward. Głos mu się lekko łamał, przeżywał nie tyle nieszczęście Liama, co bał się o córkę. Są wiadomości, od których można oszaleć. Wiedział, jak bardzo Stefcia kocha swego narzeczonego.
- Jak ciężki to jest stan? - rzeczowo zapytała Stefcia.
- Powiedziałbym, że... bardzo ciężki – dodał Edward.
- Skąd wiecie?
- Dzwonił ojciec Liama – wtrącił się profesor. - Ja z nim rozmawiałem. Z młodym jest źle. Ma połamaną miednicę, ręce, poważny uraz głowy i uszkodzony kręgosłup. Po osiemnastej pan Rybbing zadzwoni ponownie. Było też coś o narządach wewnętrznych, ale nie zrozumiałem. Wypadek zdarzył się dziś rano. Nadal robią Liamowi badania. Po południu będzie wiadomo coś więcej. Możliwe, że będzie już po jakichś operacjach. Na razie trudno mówić o rokowaniach.
Stefcia siedziała wstrząśnięta, nieruchoma, jak martwa. Jej twarz zmieniła się w twardą maskę. Na chwilę zasłoniła ją dłońmi.
- Chodźmy do kuchni – babcia znów podniosła się z krzesła i wszyscy poszli w jej ślady.
- Jak to możliwe, że ja nic nie poczułam? - zdziwiła się Stefcia, wchodząc za innymi do kuchni. Nie zapytała, jak doszło do wypadku – stan zdrowia Liama był najważniejszy.
- Jeszcze jedno nakrycie, pani Halinko. Zje pani z nami – zadecydował Edward.
- I dla pana Smulczyńskiego. Niech go ktoś zawoła – poprosiła babcia.
Stefcia nie mogła jeść. Już zupa „rosła” jej w ustach. Ale nakazała sobie jedzenie, bo musi być silna. Jeszcze nie ogarniała całości, trudno było uwierzyć w ten wypadek. Jej Liam... Jej słoneczny, ciepły, radosny Liam... Jej szczęście, jej serce, jej wszystko! Liam – najpiękniejszy ze znanych jej światów. W ciężkim stanie. Nałożyła sobie garstkę ziemniaków, odrobinę mięsa i sosu. O surówce całkiem zapomniała, ale pani Halinka posunęła jej salaterkę. Stefcia gryzła, gryzła, gryzła i nie mogła przełknąć. W duchu upomniała siebie surowo – nie jest nikomu potrzebna jako rozmemłana i chlipiąca dziewczyna. To właśnie jest taki moment, że musi być silna i zdyscyplinowana – dla Liama. Dla babci i dla ojca. Dla wszystkich najbliższych. Patrzą na nią i obserwują, gotowi rzucić się na ratunek. Zatrzepotała powiekami, by rozgonić napływające łzy. Nie będzie płakać. Nie będzie! Siłując się z sobą zjadła cały obiad. Nikt nie będzie się nad nią litował. Jest silna. Poradzi sobie. Da radę. Dla Liama. Jest Żakówną! Ale na razie czuła w sobie pustkę i miała wrażenie, że rozpada się na milion kawałków... Liam! LIAM! Chwilę po tym obejmowała ją tak ogromna fala bólu, że zdawało się, iż zemdleje przy stole.
Po obiedzie poszła do siebie, by się uspokoić, ochłonąć, popatrzeć na zdjęcia Liama – bo nie mogła w wyobraźni zobaczyć jego twarzy. Boże – co to ma znaczyć? W głowie lęgły się tysięczne pytania o stan zdrowia ukochanego, ale odpowiedzi przecież nie było, bo na tym etapie być nie mogło. Jedno pytanie było bardziej przygnębiające od drugiego, niepewność szarpała jej serce. Ze zdjęciami w dłoni usiadła po turecku na łóżku, a następnie rozłożyła zdjęcia przed sobą. Patrzyła i przypominała sobie szczęśliwe chwile. Od czasu do czasu któreś zdjęcia podnosiła bliżej oczu. Liam roześmiany, z roziskrzonym wzrokiem, a tu tak zawadiacko uśmiechnięty. Uśmiechnięty, uśmiechnięty, uśmiechnięty! Echo tłukło się w głowie... Liam. Jej Liam. Miłość życia! Liam! Bolesny skowyt serca...! LIAM!
Zamiast „co dalej” była długa niewiadoma. Miała wrażenie, że zapada się w głęboki mrok, że ogarnia ją przytłaczająca czerń, brakowało jej powietrza, a klatkę piersiową ściskała boleśnie żelazna obręcz...
Delikatne pukanie do drzwi i do środka wsunął się Piotruś. Usiadł obok siostry i objął ją ramionami, trochę niezdarnie cmoknął w policzek. Patrzył na zdjęcia.
- Taki fajny facet... Co teraz będzie? - zapytał swoim dawnym, dziecięcym głosikiem.
- Liam wyzdrowieje i znów będzie wszystko dobrze.
- Wierzysz w to?
- Tak.
- Bo wiesz, ja przyszedłem ci powiedzieć o pewnym wierszu. Pani Maria mi go przeczytała po rosyjsku, a potem przetłumaczyła na polski. To jest wiersz o czekaniu i o wierze, która ocala. Jeśli będziesz mocno wierzyła, że Liam wyzdrowieje i do ciebie wróci – to tak się stanie. Bo wiara ocala. Wiara wszystko może.
- Chyba wiem, o którym wierszu mówisz: „Żdi mienia, a ja wiernus, tolko oczeń żdi”, czy tak?
- Tak. To ten wiersz. Wierz, czekaj i ocal Liama. Będę ci pomagał ze wszystkich sił!

c.d.n.
fot. własne