Cz.
4. (60.) Czerwiec 1976 r. Rewolucje w Göteborgu
Rozsiedli się w gwarnym pubie. Steffi jak zwykle obok Liama. Ada na
wprost, pozostałe dziewczyny po bokach. Chwilę trwało, zanim
podszedł do nich spocony kelner. Był tylko jeden na całą salę -cz.4 Kto chciał być obsłużony
szybciej – sam podchodził do baru, a tam obsługiwał Wiktor,
właściciel, mocno z Liamem zaprzyjaźniony. Większość gości
chciała siedzieć na tarasie, ale i tam brakowało wolnych miejsc, a
tu, dla „paczki” Liama Wiktor trzymał zamówiony okrągły
stolik. Stoliki były niewielkie, ot, aby postawić kilka szklanek. Z
boku baru był mikroskopijny podest, gdzie przy muzyce z magnetofonu
zazwyczaj kręciło się kilka par. Sam pub był ciemny, a światła
w kinkietach ledwie się jarzyły. Między kinkietami wisiały
strzępy sieci rybackich i sztuczne, plastikowe wodorosty, na dodatek
mocno już zakurzone. Z całą pewnością nie był to lokal
pierwszej kategorii, a jednak ściągał do siebie dużo gości,
zwykle starych bywalców. Wiktor miał dobre, zimne piwo i nie
oszukiwał na alkoholu robiąc drinki. Do zjedzenia były słone
paluszki i krakersy oraz solone orzeszki. Czasem, absolutnie
wyjątkowo, podgrzewał coś z puszki lub słoika. Jeśli klienci
byli wyjątkowo namolni, a on sam miał dobry humor, dzwonił do
zaprzyjaźnionej restauracji, skąd przywożono mu duży pojemnik
frytek z niewielkimi kąskami panierowanego mięsa, wszystko
porcjowane, w zgrabnych, tekturowych pudełeczkach. Sprzedawał je w
mgnieniu oka i dziwił się sam sobie, że nie zamawia tego dzień
dnia.
Steffi od początku nieznacznie obserwowała Grażynę
i Elwirę. Grażyna wprawdzie nie sprawiała wrażenia zagubionej
dziewczyny, za to była małomówna, a także powściągliwa w
gestach. Nie strzelała oczami po gościach, tak jak to robiła Iga.
W restauracji ledwie dziobała widelcem w talerzu. Jedynie surówkę
zjadła do czysta. Wyglądała na zmęczoną. Natomiast Elwira
zerkała tu i tam ciekawie, jednakże chyba nie wszystko po angielsku
rozumiała, bo nie włączała się do rozmowy. Słuchała, czasem o
coś pytała Igę. Ale ta nie miała czasu odpowiadać, zajęta
bieżącą konwersacją.
Steffi zrobiło się żal ciężarnej
Polki. Przypuszczalnie źle ją oceniła... Obiecała sobie w duchu,
że pomoże dziewczynie, choć jeszcze nie wiedziała, jak. Była
pewna, że i Liam się zaangażuje - miał zamiar zapytać Wiktora o
mieszkanie i pracę dla Grażyny. Wiedział, że Wiktor nie ma nikogo
na zmywaku, a dopiero po dwudziestej drugiej przychodzi Eve, kobieta
do sprzątania, i to ona w pierwszej kolejności myje szkło. Czasem
o tej porze już brakowało szklanek na drinki i któryś z kelnerów
mył kilka-kilkanaście, sztuk. A sprzątanie było dopiero po
wyjściu ostatniego gościa. Wiedział też, że właściciel zajmuje
całe piętro nad barem i spodziewał się, że przyjaciel ma tam
wolne pokoje. W każdym razie nie zaszkodzi zapytać. Taki był
plan.
Tymczasem dziewczyny obgadywały chłopaków, z których
wielu przychodziło przywitać się z Liamem, a on przy okazji
przedstawiał im Polki. Po dwudziestej drugiej napłynęła duża
fala nowych gości, a wśród nich pojawił się także Viggo i
Thorsten. Steffi dawno ich nie widziała, to też były mocne uściski
i głośne wykrzykniki. Wiktor wyciągnął zza lady dwa stołki i
zawołał Thorstena po odbiór. Nie uszło uwagi Steffi, że na widok
Wiktora Grażynie zaiskrzyły oczy, ale natychmiast to ukryła. A
może tylko się jej zdawało?
Rozmowa przy stoliku się
ożywiła. Dziewczyny wyraźnie prostowały plecy. Nawet Ada. Steffi,
nawijając włosy na palec, pochyliła się do Liama:
- Czy
ty widzisz to, co ja? - zapytała go po szwedzku.
- Wpadł
lisek do kurnika, ale kurki wcale nie uciekają. Masz chęć na
jeszcze jednego drinka?
- Raczej nie. Za jakąś godzinę
któryś z naszych chłopców przyjedzie po nas. Porozmawiasz z
Wiktorem?
- Cały czas jest bardzo zajęty, ale może podjadę
do niego wózkiem, jak myślisz? Wcale nie ma czasu do nas podejść.
W tym momencie Eve, czyli dziewczyna około trzydziestki,
zadbana i zgrabna, ale niezbyt urodziwa, stanęła za barem, a sam
Wiktor gdzieś wyszedł. Przy barze natychmiast się zaroiło, a
dziewczyna obsługiwała wszystkich ze śmiechem, wśród głośnych
pokrzykiwań. Gdy po chwili wrócił Wiktor – skierował się
wprost do ich stolika. Zgonił ze stołka Viggo i sam na nim usiadł.
- Nogi mnie bolą – poskarżyła się po szwedzku. - Mów, co
się dzieje, Liam. Co za interes masz do mnie? Za chwilę przywiozą
frytki i będzie jeszcze większy młyn. Chcecie frytki?
- Ta
dziewczyna – Liam wskazał na Grażynę – szuka pracy i
mieszkania. Polka swobodnie mówiąca po angielsku. I podobno nie boi
się żadnej pracy, ale jest w początkach ciąży i nie wolno jej
dźwigać.
Wiktor przez dłuższą chwilę przyglądał się
Grażynie. Ona tylko raz podniosła na krótko na niego oczy i zaraz
znów wpatrzyła się w blat stolika.
- Kiepska sprawa. O
żadnej pracy nic nie wiem, a o mieszkaniu tym bardziej.
-
Przestań, chłopie! Masz całe piętro nad barem i nie masz wolnego
pokoju? Do kogo ta mowa! Nie zmyślaj!
- Do swego mieszkania
jej nie wezmę, bo od czasu do czasu nie jestem sam... Chyba
rozumiesz.
- Wiktor, pomyśl przez chwilę... Proszę.
- Zazi ma bar przy porcie. Trzeba by do niego zadzwonić. Ale to
nie miejsce dla ciężarnej kobiety. Nie, nie. To odpada.
-
Mieszkanie – przypomniał Liam. - Nie masz nic wolnego poza swoim
mieszkaniem? Żadnej rupieciarni?
- Och, mam taką
graciarnię, ale ona nie ma nawet okna, nie mówiąc już o toalecie.
Nie, to nie wchodzi w rachubę.
- A co tam masz w tej
graciarni? - nie dawał za wygraną Liam.
- Jakieś stare
pudła, to chyba jeszcze pozostałość po kawiarni... Już nie
pamiętam, co w nich jest. I trochę połamanych mebli. Ale daj
spokój, Liam. Tam nie ma nawet łóżka i szafy. To rupieciarnia.
Kurz i pajęczyny. To nie dla dziewczyny.
- Rozumiem, że
cała zawartość może się znaleźć na śmietniku i nikt po tym
nie będzie płakał, czy tak? - upierał się Liam. - Pokaż to
pomieszczenie mojej żonie.
- Zwariowałeś! To nie jest
mieszkalny lokal! Tam nie ma nawet okna!
- Co ci szkodzi?
Pokaż Steffi. A jak ten pokój jest duży?
- Jakieś blisko
cztery metry na trzy. Ale mogę się mylić. Nie ma okna i nie ma
toalety!
- To sobie kupi nocnik. Steffi idź z nim i popatrz
tak po polsku. Wiesz o co mi chodzi.
Poszli. Oglądanie
zajęło im kilka minut.
- I co? - niecierpliwił się Liam.
- Bardzo źle – powiedziała Stefcia po szwedzku. - Jest
strasznie dużo kartonów do wyniesienia. Z kilku połamanych
stolików zapewne dałoby się zrobić jeden, a może nawet dwa.
Podobnie z połamanych krzeseł. Jest bardzo dużo pajęczyny, ale tu
wystarczy szczotka na kiju. Jednak ściany i tak trzeba umyć a
później pomalować. Wtedy się zrobi do rzeczy. Ale sama Grażyna
tego nie ogarnie. Najgorzej z toaletą. Nie będzie wieczorami ganiać
do ubikacji w samej bieliźnie. Wszyscy podpici będą ją nagabywać.
Wodę do mycia może sobie przynieść na górę, ale później
trzeba ją znieść i wylać. Raz kiedyś mogłaby się wykąpać u
Igi, ale nie za często. Brak łóżka i jakiejkolwiek szafy.
Oczywiście podłoga jest całkiem goła, choć chyba w dobrym
stanie. Można to pomieszczenie potraktować jako wyjście awaryjne.
Ja bym się dla siebie na nie nie zdecydowała. Tak to wygląda. Dla
mnie najgorsze jest to, że tam nie ma okna. Wprawdzie jest w pobliżu
na korytarzu, ale to nie to samo. Musimy szukać dalej.
-
Znajomy mojego dziadka szuka kogoś do pomocy – wtrącił się
niespodziewanie Thorsten. - Pewnie nawet dałby mieszkanie. Ale to
jest na wsi. Jego żona jest niepełnosprawna, a on sam też już
ledwie ciągnie. Trzeba sprzątnąć, ugotować, poprać, zrobić
zakupy. Podać leki obojgu. To bardzo trudna praca. Przychodzi do
nich pielęgniarka, ale im trzeba czegoś więcej. Po zakupy jeździ
się samochodem
- Załatwiają się pod siebie? - rzeczowo
spytała Steffi.
- Kobieta - niestety – tak.
- I
co wtedy dziadek robi?
- Dzwoni po pielęgniarkę.
-
To chyba też nie przejdzie. Szukajmy dalej.
- O, przywieźli
frytki. Dla was dziś na koszt firmy. Zaraz Filip poda. Ja muszę za
bar.
Ale gdy frytki zostały rozsprzedane Wiktor znów
przyszedł do Liama. Naradzali się we czwórkę po cichu, a Steffi
wtajemniczyła dziewczęta w sedno wcześniejszej rozmowy.
-
To jakaś nora! - przeraziła się Grażyna.
- Wolisz spać
pod mostem? - zapytała zgryźliwie Ada.
- Muszę to
zobaczyć – powiedziała gniewnie Grażyna.
- Na razie nikt
cię tam nie zaprasza, więc siedź cicho i nie podskakuj –
warknęła do niej rozeźlona Iga. - Liam się stara, a ty kręcisz
nosem. Jak się nie podoba to spieprzaj do Polski i nie zawracaj nam
głowy. I tak przez ciebie mamy same kłopoty.
- Spokojnie,
dziewczyny. Jeszcze i tak nie wiadomo, co z tego wyniknie –
łagodziła Steffi.
Nagle Thorsten wyłączył muzykę, a
Viggo gwizdnął przeraźliwie na palcach. Wszystkie głowy zwróciły
się w jego stronę.
- Panowie, jest taka sprawa. Są tu
trzy dziewczyny chętne do całowania. I Wiktor dziś dla niektórych
z was ma darmowe piwo. Powiedziałem darmowe? No, nie do końca.
Najpierw trzeba jedno pomieszczenie opróżnić z kartonów. Wiktor
pokaże, gdzie je trzeba zanieść. A Steffi pokaże wam to
pomieszczenie. Natomiast dziewczyny... Chodźcie tu z krzesłami i
siadajcie w rządku pod barem. Chłopaki noszą, a wy całujecie. Ale
tak z sercem... to znaczy może być z języczkiem. Ty nie, chłopcze,
jesteś za bardzo biały, a tam można się pobrudzić.
Ale
ten jeden chłopak już zdejmował koszulę i świecił gołym torsem
– A tak może być?
W mgnieniu oka ustawiła się grupka
chętnych. Z pracy zrobiła się zabawa. Ada, choć zwolniona z
całowania, oświadczyła, że nie jest gorsza i też ustawiła się
z krzesłem. Chłopców było tak dużo, że nie wszyscy zrobili po
dwa kursy. A dziewczyny nastawiały usta. Może dla dziewcząt nie
były to najmilsze pocałunki, bo panowie byli już mocno nasączeni
alkoholem, ale dla dobra sprawy Polki dzielnie je zniosły. Później
Steffi przekazała Eve zwitek banknotów, a ta obiecała, że do rana
wysprząta to siedlisko kurzu i pajęczyny. Liam uzgodnił z
Wiktorem, że najszybciej jak to będzie możliwe podeśle jutro do
pubu hotelowego konserwatora, a on oceni, które stoły i krzesła da
się uratować. Co będzie dalej – to się dopiero zobaczy. Zapewne
będzie można znaleźć w hotelu jakieś zdezelowane łóżko.
Najgorzej zapowiadało się mycie ścian i malowanie. Jednakże
pierwszy krok został uczyniony.
- Tu chyba sama Grażyna też
by się mogła przyłożyć, przecież ma dwie ręce – warknęła
po polsku Iga, nadal zła.
- Ja kupię farby – krzyknął
zza baru Wiktor. - Jednak malować nie będę, bo nie mam czasu.
- Ja mogę to zrobić – wyrwał się jakiś chłopak z sali. -
Ale nie za darmo. Ile mi zapłacisz? Mogę umyć i pomalować, ale
sprzątać po robocie nie będę.
- Dogadamy się –
odpowiedział Wiktor, patrząc na Liama, a ten potakująco skinął
głową.
- Czyli nie mamy okna, nie mamy toalety i brakuje
bodaj najnędzniejszej szafy – podsumowała całość Steffi. -
Musisz sobie kupić nocnik, Grażynko – dodała żartobliwie.
- Zrobię to z samego rana – uśmiechnęła się wreszcie
Grażyna.
- Ile czasu może zająć ten remont? - zapytała
Steffi nachylając się do Liama. Znów grał magnetofon i znów
tańczył kilka par. Poproszono do tańca także Elwirę i Adę.
- Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to mniej niż tydzień. W
najlepszym wypadku cztery dni.
- A później pojedziemy do
Norwegii.
- Tak. I niech już nic po drodze się nie
wydarzy! Mam dość niespodzianek. W zasadzie jestem zmęczony i
chciałbym już do domu. Zadzwonię po samochód. Trzeba odwieźć
dziewczyny.
- A gdzie one mieszkają? Bo ja mogę je
odwieźć, jeśli gdzieś w mieście – zaofiarował się Viggo.
- Ale nie później niż o dwunastej. One jutro pracują –
powiedziała surowo Steffi i podała adres.
- Dobra, wiem
gdzie to jest.
- I ta jedna jest w ciąży, więc pamiętaj
– dla niej opieka specjalna – dorzucił Liam.
Dziewczyny
pracowały w hotelu „Pod Różą”, a Berit była z nich
zadowolona, o czym informowała Steffi telefonicznie. Gdyby Grażyna
znalazła jakąś pracę, Steffi mogłaby jechać z Liamem do
Norwegii... Tym bardziej, że w „dużych” hotelach, a także w
hotelu u Any wszystko było w porządku, zaś - ku radości Steffi -
starsi Rybbingowie wyjechali na lato do Pineto. A w zasadzie
pożeglowali swoim jachtem. W sprawach zawodowych wszystko się
dobrze układało. Nadal każdego ranka miała naukę szwedzkiego,
potem razem z Davidem siedziała ze dwie godziny w biurze zajmując
się bieżącymi sprawami hotelu, w tym w szczególności rachunkami,
a następnie zabierała Liama na długi spacer – o ile tylko nie
padał deszcz. Wiosna była bardzo piękna, więc nie chciała tracić
żadnego dnia. Liam tak lubił te spacery!
Z Wierzbiny też
przychodziły dobre wiadomości – ojciec zaczął już remont
dachu, Piotrek należał do najlepiej uczących się w swojej klasie,
babcię jakby mniej bolał kręgosłup. Natomiast Bela wyjechał do
Afryki. Ta ostatnia wiadomość może nie była najlepsza, ale bardzo
zrozumiała – wraz z dwoma innymi kolegami pojechali szukać tych
zaginionych niemal przed rokiem.
Jednakże remont dachu
oznaczał, że babcia z ojcem nie będą mogli przyjąć u siebie
pani Marii z mężem.
- A gdybym zabrała ich do Pinetto? -
zapytała Steffi. - Nie wydaje mi się, aby ich było stać na taki
wyjazd, więc to by był prezent od nas. Co o tym myślisz?
Zmieściliby się wszyscy w naszym apartamencie.
- To twoja
decyzja, którą całym sercem popieram. W końcu stać nas na to.
Rozmawiałem dziś z Wiktorem. On na poważnie zastanawia się nad
zatrudnieniem Grażyny, co bardzo mnie ucieszyło. Oby się na to
zdecydował, byłbym spokojniejszy. A gdybym tak jeszcze otworzył u
niego konto dla pozostałych twoich przyjaciółek? One tam nie
przychodzą, bo może pracują na drugą zmianę, ale też na pewno
nie mają jeszcze pieniędzy. Wolałbym, aby nie traciły kontaktu z
Grażyną. Ta dziewczyna i tak jest teraz bardzo osamotniona. Co ty
na to? Mam nadzieję, że nie będą za bardzo szaleć... - Liam
zaśmiał się cicho.
- Masz wielkie serce, mój ukochany
mężu. Zrób to jak najszybciej, a ja zawiadomię Adę. I jedziemy
do Norwegii... Ale jak jedziemy? Czym? Och, to nie będzie takie
proste!
- Popłyniemy. Będziesz miała wspaniałą wycieczkę
po norweskich fiordach. Wrócisz oczarowana!
- Przede
wszystkim chciałabym, abyś ty wypoczął i się odprężył.
Pooddychał innym powietrzem. Spotkał się z ciekawymi ludźmi. I
przestał żyć sprawami hotelu.
- Chyba to się nie uda.
Znów były skargi na kucharza. A żadnych kursów dla niego nie
znalazłem. David mówi, że pewnie nawet by na taki kurs nie
pojechał, bo ma jakąś skomplikowaną sytuację w domu. Gdyby kurs
był na miejscu, to może-może. Ale poza Göteborg to on się nie
ruszy. - A co dziś nie zagrało?
- Naleśniki...
Jakaś kobieta wdarła się do kuchni i cisnęła mu tymi naleśnikami
w twarz. Bardzo nieprzyjemna sytuacja... Nie wiem, co mam zrobić.
- Nie martw się. Ja to załatwię. Po pierwsze trzeba mu
zabronić smażenia naleśników. I to z marszu. Teraz. Natychmiast.
A ja jutro sama zrobię naleśniki takie, że palce lizać. Nawet
lepsze niż te, które przygotowuję dla ciebie.
- Przecież
nie jesteś kucharzem!
- Od jutra będę! A zacznę od
telefonu do babci. Ona mi powie, co i jak. Od jutra goście będą
się zabijać o nasze naleśniki. A ty się postaraj o jakąś łódkę
dla nas.
I zrobiła! Kucharzowi nie pozwoliła zbliżyć się
do miski z ciastem. Za to pomagał jej młody chłopak, Seven. Był u
nich zatrudniony jako kuchenny chłopak na posyłki, choć był po
szkole gastronomicznej. A stary kucharz Berg zgrzytał zębami,
jednak przy Steffi bał się odezwać. Zrobiła ciasto na czternastu
jajach dodanych do jednego kilograma mąki. Prócz tego sól i mleko.
I sto gramów rozpuszczonego, przestudzonego masła. Potrzebna jest
niewielka kostka słoniny do smarowania patelni. Później pół
godziny czekania, by rozkleił się gluten. I można smażyć. Ale
tylko na zamówienie. Placki muszą być świeżutkie, cieniutkie i
chrupiące.
- Zobacz, jak się to robi. Najpierw próbujesz
odrobinę surowego ciasta, czy dobre jest na sól. W razie potrzeby –
dosalasz. Jeśli ciasto za gęste – dolewasz trochę mleka. Ciasto
musi być rzadkie. Patelnia na ogień. A gdy już mocno ciepła –
smarujesz słoniną. Trzeba ją nadziać na widelec, by nie poparzyć
sobie rąk. Upuszczasz kilka kropli ciasta na patelnię, by ocenić,
czy jest odpowiednio nagrzana. Ma skwierczeć, ale nie za mocno, bo
spalisz placki. Musisz wybrać sobie chochelkę, którą zawsze
będziesz nabierał ciasto. Robisz najcieńszy placek jak to będzie
możliwe. I chwilę spokojnie czekasz. A później, gdy się lekko
zrumieni od spodu, przewracasz placek. Kucharze robią to jednym
podrzutem patelni. Ja tak nie umiem. Ale ty próbuj, z biegiem czasu
się nauczysz. Jak się przyrumieni z drugiej strony, to zdejmujesz
placek i znów smarujesz patelnię słoniną. Nie ma mowy o oleju.
Zapomnijcie o oleju. Naleśniki smaży się wyłącznie na słoninie.
Zostawiam ci recepturę po angielsku. Chyba sobie poradzisz. Usmaż
kilka placków. A ja teraz zrobię farsz. Dobry twaróg, dobra
śmietana, wanilia i cukier puder. To trzeba zmiksować na gładką
masę. Tu, na kartce masz proporcje. Twaróg bywa różny. Czasem
trzeba go odrobinę posolić, czasem trzeba dać więcej cukru. Musi
być pysznie. Inaczej szkoda zachodu. Kładziesz zawinięty naleśnik
na talerz i posypujesz cukrem pudrem przez siteczko. Za kilka dni
wymyślimy inne nadzienia, a na razie wprawiaj się w tym.
Prawdę powiedziawszy cała kuchnia była na baczność, bo takiej
szefowej jeszcze nie znali! Ale między sobą wiedzieli, że
chłopakowi, to jest Sevenowi, należała się odpowiedzialna robota.
Nareszcie się doczekał!
- Berg – zwróciła się Steffi
do głównego kucharza. - Ty mi teraz chłopaka od tej roboty nie
odrywaj i daj mu swobodnie pracować. Będzie miał czas, to pomoże
innym. Także tobie. Ty jesteś u nas specjalistą od drobiu i ryb.
Nikt nie robi tak dobrej pieczonej kaczki czy gęsi. Twoje ryby nie
mają sobie równych. Ale zupy... To czysta rozpacz. Chłopaki, który
z was chce się zająć zupami?
- Może ja? - nieśmiało
odezwał się szczuplutki chłopaczek, na oko dwudziestoletni.
- Jakie zupy umiesz zrobić tak z marszu?
Chłopak trochę
się jąkał, ale kilka wymienił.
- A co myślisz o
zupach-krem?
- Jadłem wielokrotnie, ale sam nigdy nie
przygotowywałem.
- Przygotujesz na jutro trzy litry
zupy-krem z brokułów i mnie zawołasz na degustację. Gdyby nie
było brokułów, to może być kalafior albo szparagi. Zawsze
pamiętaj o odłożeniu warzyw do dekoracji zupy – wiesz –
ugotowana marchewka i zielona pietruszka z koperkiem to podstawa. Do
tego kleks śmietany lub jogurtu. Chyba jeszcze pamiętasz ze szkoły,
co? Ponadto zrobisz kilka innych zup, takich jak zawsze. Eddie, ty na
razie cen nie zmieniaj, ale przygotuj się do tego na poniedziałek.
Zobaczymy, jakie będą różnice cenowe, może nie warto robić
zamieszania. Berg, a ty dalej pilnuj, by produkty były najwyższej
jakości. Podsumowując – Berg mięsa i ryby, Seven naleśniki, ale
dojdą ci także kluski i pierogi, a ty – jak ty masz na imię? -
aha, Vincent, twoje są super smaczne zupy. Eddie pilnujesz cen.
Potrzebne będą jeszcze sosy i warzywa. Musi być większa
różnorodność sałatek. Tu też mogli by błysnąć młodzi, bo na
pewno sporo pamiętają ze szkoły. Ale zaczynajcie od małych
porcji, aby wyczuć, co gościom smakuje najbardziej. Jakoś to
będziecie musieli między sobą podzielić. I nie zapominajcie, że
kuchnia ma lśnić czystością. ZAWSZE!
- O matko! Ale nam
pani robi rewolucję! - sapnął następny młodzieniaszek.
- Rewolucję? Raczej budzę was ze snu. A jak ty masz na imię?
- Jerzy.
- To ty jesteś od surówek i sałatek. Ale
rozmawiaj z Bergiem i kolegami, aby twoje surówki pasowały do
serwowanych ryb i mięs. Pamiętajcie też, że u nas często jedzą
dzieci.
- Powinna być grupa dań na słodko – wtrącił
Berg.
- Ależ masz rację. Popracujcie nad tym. Ustalcie nowe
menu. Jutro do was zajrzę. Ach, jutro będzie także Greg,
wtajemniczcie go we wszystko, dobrze? U was musi wszystko grać.
Ruszcie mózgami. Proponujcie zmiany. Ja chętnie zaakceptuję dobre
pomysły. To do jutra.
c.d.n.
fot. Władysław Zakrzewski
środa, 21 września 2022
STEFCIA Z WIERZBINY - tom II - cz.4. Czerwiec 1976 r.
piątek, 16 września 2022
STEFCIA Z WIERZBINY - tom II
Stefcia z Wierzbiny - tom II - © Elżbieta Żukrowska
Cz.
3. (59.) Maj 1976 r. Göteborg i polskie dziewczyny
-
Mów!
- Kiedy się boję...
- A przywieźć mi
czwartą dziewczynę na głowę to się nie bałaś?
- Bałam
się jak cholera! Ale o wszystkim dowiedziałam się dopiero w
samolocie.
- Chryste Panie! A co ja mam teraz zrobić?
- Stefcia, będzie dobrze. Najwyżej weźmiemy ją na swoje
utrzymanie. Ona zna perfekt angielski, przecież jest po filologii
angielskiej. Ona znajdzie sobie pracę. Za tydzień lub dwa odłączy
się od nas. Ja... Ja... No, nie mogłam się wykręcić. Ona jest w
ciąży, nie mogłam zostawić jej samej.
- Co? Jeszcze i w
ciąży? Boże, ratuj mnie! Liam mnie zabije!
- Jak z nim
porozmawiam, to on wszystko zrozumie i nawet pomoże...
- Ty
jesteś chora! Upadłaś na głowę! Załatwiłam wam pracę.
Znalazłam mieszkanie w dobrym miejscu. Wynegocjowałam doskonałą
cenę, a nawet zapłaciłam z góry za trzy miesiące. A wy mi taki
numer? Iga, to się w głowie nie mieści! Za kogo ty mnie masz? I
jeszcze ta ciąża... Co ja mam teraz zrobić? Jak mam o tym
powiedzieć Liamowi? Nawet ta kobieta może was wyrzucić z
mieszkania! Jezu! Tego się po tobie nie spodziewałam! Iga, czy ty w
ogóle sobie zdajesz sprawę w jakiej sytuacji mnie postawiłaś?
Pierwszy raz ściągam moje koleżanki, by im pomóc, a one robią mi
taki numer! To się w głowie nie mieści! Iga, to nie jest Polska!
Tu się takich spraw nie mota. Nie zwala się komuś na głowę
swoich problemów! Jestem tak zdenerwowana, że nie mogę usiąść
za kierownicą. Muszę najpierw ochłonąć. Jak mogłaś mi to
zrobić? Jak mogłaś?
Iga się rozpłakała, chwyciła
Steffi w objęcia, chowając na jej ramieniu twarz.
- Wybacz
mi, ale nie zostawiaj samej. Błagam!
Steffi odpowiedziała
mocnym uściskiem. Wiedziała, że bywają dramatyczne sytuacje.
Teraz właśnie została wkręcona!
- Ładujcie się do auta.
Zawiozę was najpierw na stancję, chociaż były inne plany.
Porozmawiam z właścicielką mieszkania, może się zgodzi za
stosowną opłatą... Ale narozrabiałyście! Ja za chwilę też
wsiądę. Muszę chwilę pomyśleć i ochłonąć.
Sytuacja
wyglądała następująco:
Grażyna zaszła w ciążę i
matka, gdy tylko się dowiedziała, wyrzuciła ją z domu. Miała
właśnie nowego męża i sama była w ciąży. Grażyna uprosiła
ją, by chociaż pozwoliła mieszkać jej w domu do czasu obrony
pracy magisterskiej. Zgodziła się, ale ani dnia dłużej. Grażyna
spakowała co ważniejsze rzeczy i wyniosłą je do koleżanki. Po
obronie spakowała niewielki plecak – te resztki, na których jej
zależało – w tym najszersze swoje ciuszki. Zostawiła na stole w
kuchni klucze i zatrzasnęła za sobą drzwi. Matki nie było w domu.
A dla niej nie było już do domu powrotu. Nie wiedziała, co ze sobą
zrobić. Pojechała tramwajem do Igi z nadzieją, że będzie mogła
przenocować kilka nocy. I dowiedziała się, że Iga jedzie do
Szwecji. Nie, nie poprosiła ją o zabranie ze sobą. Miała
rozejrzeć się za pracą. Może nawet gdzieś na prowincji, byle z
mieszkaniem. Tu, w Polsce. Jednakże słowo „Szwecja” zapaliło
latarenki w jej głowie. Przez trzy miesiące pracy w Szwecji mogłaby
się trochę odkuć. Wiedziała, że Iga jej ze sobą nie zabierze,
chyba że zostanie postawiona przed faktem. Sama zaproponowała, że
pojedzie kupić bilety, ma czas, a one są zajęte likwidowaniem
mieszkania w Krakowie. Miała trochę swoich pieniędzy, jednak za
mało, aby kupić bilet. Musiała dopożyczyć. Udało się. Teraz
kupiła cztery bilety, ale o swoim nikomu nie powiedziała. Gdy
przyszedł czas wyjazdu zaproponowała, że odprowadzi je na
lotnisko. Po pożegnaniu przepuściła kilka osób w kolejce i sam
się ustawiła do odprawy. Dziewczyny już się za nią nie oglądały,
więc kiedy zajęła w samolocie miejsce obok nich były ogromnie
zaskoczone. Przyznała się do ciąży i do tego, że musi jakoś na
siebie zarobić, a do domu już nie może wrócić. Jedzie razem z
nimi, a w Szwecji się zobaczy. Może w ostateczności przenocuje
gdzieś na dworcu i wróci do domu z powrotem. Inna sprawa, że nie
miała pieniędzy na powrotny bilet, ale do tego się nie przyznała.
- Porozmawiamy ze Stefcią, może nie będzie tak źle –
pierwsza obecność Grażyny zaakceptowała Ada.
Iga
siedziała naburmuszona i wściekła – w końcu Grażyna była jej
bliską kuzynką, cioteczną siostrą, ich matki były rodzonymi
siostrami. Ale na razie dusiła ją wściekłość. To Stefcia robi
im przysługę, a one zwożą jej Grażynę, jako swój nadbagaż???
To było grubo nie w porządku wobec przyjaciółki. Tak się nie
robi!
- Nie zdziwię się, jak Stefcia wyrzuci nas na zbity
pysk! - powiedziała z irytacją.
- I będzie miała rację
– przytaknęła Ada.
Elwira wolała się nie odzywać, ale
i jej by było bardzo przykro, gdyby w wyniku podstępu Grażyny
dostały wilczy bilet. Tak bardzo liczyła na szwedzki zarobek!
Reakcja Steffi nikogo nie zaskoczyła – miała prawo być wściekła!
Teraz trzeba jednak jakoś wybrnąć z sytuacji. Tymczasem ich
przyjaciółka chodziła wokół samochodu i czekała, aż jej
przejdą najgorsze dygotki. Wreszcie usiadła za kierownicą.
- Miałam inne plany na dziś, teraz muszę je trochę zmienić.
Najpierw zawiozę was na stancję. Zobaczycie mieszkanie, mam
nadzieję, że się wam spodoba. Ale tam nie ma czwartego łóżka do
spania... Zostawię was, a sama znajdę właścicielkę i pogadam z
nią. Za jakieś dwie godziny przyjedzie ktoś po was i zabierze do
naszego hotelu na powitalną kolację. Nie ubierajcie się czasem
wyskokowo, tak jak teraz jesteście ubrane będzie dobrze.
Porozmawiam z Liamem i zobaczę, co się da załatwić. Nie
przewidywaliśmy zatrudnienia dodatkowej osoby nawet na zmywaku. Mamy
komplet. Ale porozmawiamy ze znajomymi. Twoja ciąża jest tu pewnym
problemem. - To wszystko Steffi wygłosiła niemal jednym tchem, nie
dopuszczając Grażyny do głosu, choć ta kilka razy usiłowała
wpaść jej w słowa. Za każdym razem zarabiała kuksańca od
siedzącej obok niej Igi. Steffi uruchomiła samochód. Później
przez całą drogę nie odezwała się do dziewcząt ani jednym
słowem, za to one pod koniec się rozgadały, komentując ulice,
sklepy i przechodniów.
Wreszcie dojechały.
Steffi
kazała im zabrać z auta swoje bagaże, a sama ruszyła do drzwi.
Miała trzy komplety kluczy, po jednym dla dziewcząt. Otworzyła i
weszła nie oglądając się na podróżniczki. Grażyna miała tylko
plecak i ona pierwsza szła za Steffi.
- Auto jest nie
zamknięte – przypomniała Elwira, gdy już wszystkie znalazły się
w nowym lokum.
- Tu nie ma złodziei – odpowiedziała
Steffi. Patrzyła po twarzach przybyłych, ciekawa ich reakcji.
Dwa pokoje i kuchnia. Łazienka. Przy większym pokoju niewielki
balkonik. A na środku pokoju deska do prasowania i żelazko –
powitalny prezent od Steffi. Była wciąż tak zła, że nie
powiedziała, że to prezent od niej. Poszła od razu do kuchni i
nastawiła wodę.
- Komu kawa, komu herbata? - zapytała
normalnym głosem. - Lodówkę macie wstępnie zaopatrzoną. W
łazience są podstawowe artykuły, na czele z papierem toaletowym.
Pralnia jest w piwnicy, są jakieś kolejki, same musicie to
wyniuchać, co i jak. Pamiętajcie, że w Szwecji kolejka to rzecz
święta, nie grymasić i się nie wciskać bez kolejki, bo są
specjalne listy i trzeba się ich trzymać. Pościel macie
wypożyczoną z hotelu „Pod Różą”, tam będziecie pracowały
już od jutra, tyle, że na drugą zmianę, a więc macie być w
pracy o dziesiątej przed południem. Pracujecie przez dwanaście
godzin, chyba że pani dyżurna zwolni was wcześniej. Nie
przynieście mi wstydu. Mówiłam, że wszystkie znacie angielski.
Elwira, powiedz coś po angielsku.
- Dlaczego jesteś taka
surowa, zupełnie inna, niż mówiła Ada? - zapytała po angielsku
Elwira.
- Bo jeszcze nie doszłam do siebie. Zafundowałyście
mi niezły szok. Ja chcę kawę. Która zrobi? - usiadła, bo wciąż
drżały jej nogi. Jak ma powiedzieć o tym wszystkim Liamowi? Nie
bała się męża, ale było jej straszliwie wstyd. Tak się nie
robi! Nie robi! Nie robi! - Nie ma czwartej pościeli i łóżka. Tę
noc musicie się jakoś przemęczyć, a jutro coś wymyślimy, o ile
właścicielka nie wyrzuci nas na zbitą twarz, bo i tak też może
być. A ty, Grażynko, powiedz mi teraz, jak chcesz szukać pracy dla
siebie? Jak się za to zabierzesz?
- Może przejdę się po
sklepach i popytam, czy nie potrzebują ekspedientki. I po pubach,
może potrzebują kogoś na zmywak. Czasem w takiej rozmowie ktoś
coś poleci. Nawet jakiś zakład przemysłowy, na przykład szycie
żagli. Umiem szyć na maszynie.
- Na takiej przemysłowej?
A może do sortowni śledzi czy innych halibutów? - nie wytrzymała
Iga. - Wytrzymasz w takim specyficznym zapachu? O pracy zgodnie z
kwalifikacjami nawet nie masz co marzyć. Już prędzej jakaś budka
z lodami czy niewielka piekarnia.
- Wezmę to, co mi się
trafi. Na pewno nie będę wybrzydzać – zapewniła Grażyna,
poprawiając włosy związane w koński ogon.
- Ale fajny
balkonik – cieszyła się Elwira zaglądając we wszystkie kąty
mieszkania.
- Czasem tam prania nie wieszajcie – upomniała
Steffi.
- Mam domowy sernik, mama upiekła specjalnie dla
ciebie i dla Liama – powiedziała Ada, stawiając przed Steffi
kawę. - Weźmiesz teraz, czy mam go dostarczyć do hotelu?
-
Może ukrój dziewczętom po kawałku, a resztę zabiorę dla Liama.
On uwielbia polski sernik. Wiecie, że on nadal jest chudy jak patyk?
Wydawało się nam, że mając dużo mnie ruchu może zacząć
gwałtownie tyć, a on nadal ma niedowagę. Byliśmy niedawno w tym
jego północnym hotelu i Ana, to jest tamtejsza zarządzająca i
kucharka w jednej osobie, aż załamała nad Liamem ręce. Takiego
chudego jeszcze go nie widziała.
- Ja mam dla Liama
buteleczkę żubrówki – pochwaliła się Iga.
- Przykro
mi, ale ja nic nie mam. Wcale nie miałam tego głowy. Bardzo
przepraszam – szepnęła zażenowana Elwira.
- A ja mam!
Mój znajomy w ostatniej chwili wcisnął mi paczkę polskich
kabanosów. Czy Liam lubi polską kiełbasę? - zapytała Grażyna.
- Ty lepiej trzymaj ją dla siebie, byś z głodu nie padła
zanim dostaniesz pracę – syknęła ze złością Iga.
Ada
wydzieliła bardzo małe porcje sernika i stawiając je na stole
powiedziała:
- To tak, jakby sam Liam was częstował.
Jedzcie i chwalcie.
- O, Liam na pewno nie jest taki skąpy,
jego kawałki by były trzy razy większe – zapewniła ze śmiechem
Steffi.
Nareszcie jakiś śmiech, właściwie zalążek
śmiechu, a wystarczyło, by rozluźnić atmosferę.
- To
pamiętajcie – mniej więcej za dwie godziny przyjedzie po was
prawdopodobnie Cristel, bądźcie gotowe. - Ja już muszę do Liama.
Tylko to ciasto, Ado...
- Zaniosę je do samochodu.
-
Super.
Gdy już były przy samochodzie, Ada zapytała:
- Nadal się wściekasz?
- Może nie tyle się wściekam, co
mi wstyd za moje rodaczki. Jak ja teraz Liamowi spojrzę w oczy?
Zupełnie nie wiem, jak mu o tym wszystkim powiedzieć. Jest mi za
Grażynę nieprawdopodobnie wstyd. Ale co się stało, to już się
nie odstanie. Ty ją znałaś wcześniej?
- Spotkałam ją u
Magdy może ze trzy razy i wydawała się do rzeczy. Lecz ciąża
bardzo zmienia kobiety. Jest mi jej tak zwyczajnie, po babsku żal.
- Ale tak spadać komuś na głowę...? To jest... Szkoda słów.
Co ja mam teraz zrobić? Nie przyjmę jej do pracy. Nie mogę.
- Wiem i rozumiem. Ona tego po prostu nie przemyślała. Zabrakło
czasu. Chyba nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić. A zaszyć
się w jakiejś pipidówce i uczyć angielskiego... Wiesz, jak
nauczycielom teraz nędznie płacą. Może zadziałała chęć
pokazania matce, że i bez jej pomocy sobie poradzi? A swoją drogą
niezłą zołza musi być z tej matki.
- Ada, zrobię, co
będę mogła. Ale u siebie nie dam jej pracy, nawet gdyby w cudowny
sposób zwolniło się jakieś miejsce. Nie i już. Niech nie myśli,
że trudne życie, że jej ciąża stawia mnie pod ścianą. To nie
jest maleńka dziewczynka, a dorosła osoba.
- Myśmy z nią
dużo w samolocie rozmawiały. W zasadzie to ona by chciała
zagranicznego męża. Najlepiej przy tym przystojnego i bogatego. Bo
ona ma wymagania! I absolutnie nie wierzę w to, że przyjmie
pierwszą z brzegu pracę. Iga jej powiedziała, że dłużej niż
przez tydzień nie będzie jej niańczyć, więc niech się spręża,
choćby miała buty zdeptać. Lecz po jej minie widziałam, że nie
będzie aż taka do roboty wyrywna. Szczególnie na zmywak, albo do
opieki nad starszą osobą, bo i o tym myślałyśmy.
- Co
by nie było – nie mam zamiaru świecić za nią oczami. A wy nie
litujcie się za bardzo, bo ona wygląda mi na bardzo cwaną babę, a
takich nie lubię.
- Cwana i ciąża?
- A skąd
wiesz, że nie myślała, że na dziecko złapie chłopa? A on to
kto?
- W zasadzie to nie wiem. Akurat o tym, nie chciała
mówić. Podkreślała, że stało się i trudno. I tak sama poniesie
konsekwencje.
- Co za głupia dziewucha! Chociaż go
kochała?
- Właśnie chyba nie bardzo. Teraz jakoś wcale po
nim nie rozpacza. W zasadzie to chyba jest wściekła, że musi
urodzić. Tak dało się wyczuć między wierszami.
- Polska
głupia dziewucha z zaścianka... Co za wstyd! Ale daję ci słowo,
że zrobię, co w mojej mocy, uczciwie, by znaleźć jej jakąś
pracę. Tylko się nad nią za bardzo nie rozczulajcie. Mnie się
wydaje, że nie jest tego warta. A ta deska do prasowania i żelazko
to prezent ode mnie. Aha, załóż szpilki. Wieczorem pójdziemy do
pubu. A nuż widelec Grażynka pozna tam swego mężusia? Dziewczynom
nie mów nic o pubie. Okey?
- Dzięki za prezenty. I za pełną
lodówkę też. Zwrócimy ci kasę z pierwszych zarobków. Masz
wielkie serce i cieszę się, że jesteś moją przyjaciółką.
- Drobiazg. A kiedy wasz ślub, to jest twój i Daniela?
- Nie spieszymy się. Odkładamy pieniądze. Może wspomagając się
kredytem za kilka lat kupimy jakieś małe mieszkanie. Prawdę
powiedziawszy przy mojej mamie jest nam bardzo wygodnie. A ona całym
sercem polubiła Daniela. Dosłownie jak syna - na szczęście.
- No, to na razie. Ale obyś nie przeciągnęła struny.
Liam czekał na Steffi przy recepcji, rozmawiał z pracownikami. Na
jej widok cały się rozpromienił i wstał z inwalidzkiego wózka.
Podszedł do niej i objął mocnym uściskiem, pocałował kilka
razy. Nie mieli zwyczaju afiszować się ze swymi uczuciami, teraz
pracownicy, nieco zażenowani, niby to odwracali wzrok, jednak
patrzyli ukradkiem. Steffi postawiła ciasto na ladzie i sama objęła
mocno Liama.
- Stało się coś? – zapytała szeptem.
- Tak. Kocham cię tak, że aż boli. I nie mogłem się ciebie
doczekać. To się stało.
- To chodźmy do domu. Ada dała
dla ciebie ciasto. Liam... Ja też bardzo cię kocham. Bardzo,
bardzo.
- To siadaj mi na kolanach i pojedziemy do nas.
Czasem w domu siadała tak na kolanach Liama, ale nigdy przy
ludziach!
- Szybciej – przynaglił Liam. - I nie zapomnij o
cieście.
W windzie całowali się namiętnie, łapczywie,
gwałtownie!
- Jestem bardzo ciebie głodny!
W
mieszkaniu pospiesznie zrzucali z siebie ubrania, by jak najszybciej
skóra dotknęła do skóry. Liam bardzo dbał o to, by z tych
miłosnych zmagań Steffi wychodziła zawsze głęboko zaspokojona,
szczęśliwa. Choć bardzo się starał – nic więcej nie mógł
zrobić. Jego żona nadal była dziewicą. Ubolewał nad tym, że nic
więcej nie może jej dać. Tyle razy mieli nadzieję, że wreszcie
dziś... I znów fiasko i ogromna rozpacz w Liama oczach...
- Kocham cię – mimo wszystko szeptał do niej najczulej.
-
Kocham cię, mój jedyny – odpowiadała z pełnym przekonaniem. Nie
mówiła mu o tym, ale też cierpiała. Obiecała przecież, że
będzie jego najlepszym lekarstwem... A nie była. Nie była! Tak
bardzo chciała, aby on czuł się spełniony jako mężczyzna! -
Jesteś moim światem, moim szczęściem, moim niebem. Kocham cię
najgłębiej, jak to jest możliwe – do krwi, do kości... Jesteś
przez to w każdym zakamarku mego serca. Kocham cię aż do omdlenia,
do braku tchu.
- Moja najdroższa! Moja ukochana ponad
wszystko! - przytulał ją, a ona gładziła jego ciało i całowała
najsłodziej, najbardziej namiętnie. Ale to nie niosło ukojenia,
nie zaspakajało jego pragnień. Chwytał jej twarz w dłonie i
okrywał pocałunkami. A jednocześnie wiedział, że jego miłość
była najsmutniejsza na świecie – bezradna, pusta jak pęknięty
dzban... I cóż z tego, że zagarnia ją pod siebie, że kładzie
się na niej, że szepcze to wszystko, co zebrało się w głębi
serca... To nic nie znaczy. Już nic nie znaczy. Dla niego. Dla niej.
Nic z sobą nie niesie... Mgła...Mgła...
Któregoś dnia
wróciła nieco wcześniej, niż mu zapowiedziała i zastała Liama
ze śladami łez na twarzy. O nic nie pytała, bo i tak wszystko było
aż nazbyt oczywiste – jej ukochany cierpiał i nigdy przy niej się
nie skarżył. Objęła go wtedy, przytuliła, on zareagował
gwałtownym wtuleniem się w jej ramiona. Dopiero po długiej chwili
szepnął – dobrze, że już jesteś. Nie był w stanie
zaakceptować swojej seksualnej ułomności. Brakowało mu ekstazy,
jaką daje spełniona miłość. Wiedział, jak pięknie może być,
a nie mógł tego osiągnąć. Pragnął Steffi tak bardzo, tak
boleśnie, tak... Nie znajdował słów. Czasem – na zimno –
rozmawiali o impotencji, o wykonanych telefonach, o daremnym
dobijaniu się do fachowców – a jakby ich ze Szwecji wymiotło!
Raz czy dwa miała ochotę tupnąć nogą i zażądać wyjazdu do
Polski. Jakoś wierzyła, że w Polsce są odpowiedni lekarze. Coś
ją powstrzymywało, nie naciskała. Ale on cierpiał! I to zapewne
bardziej, niż mogła sobie wyobrazić.
Powinni powiedzieć
o wszystkim Halvarovi. A może nawet Edwardowi i Beli. Szczególnie
Beli. Dla niego nie było spraw nie do załatwienia.
-
Powiemy im? Nie możesz być z tym problemem dłużej sam! Musi być
jakieś rozwiązanie. Może tylko my nie widzimy tego rozwiązania.
Może nam coś podpowiedzą – sugerowała, gdy Liam odsunął się
od niej zniechęcony i załamany. - Twoje cierpienie... Kocham cię,
Liam. Musimy coś z tym zrobić. A skoro nie dajemy sobie rady sami –
musimy naszych bliskich poprosić o pomoc.
- Może masz
rację. Ale dajmy sobie jeszcze trochę czasu, miesiąc lub dwa.
- Dobrze. Do końca sierpnia. Nie mogę patrzeć jak się męczysz
i cierpisz. Próbowaliśmy już wszystkiego. Mam wrażenie, że im
bardziej się spinasz – tym jest gorzej.
- Chyba masz
rację. Staram się być rozluźniony i swobodny, jednak ulegam
narastającej nadziei i... sama wiesz, co jest dalej.
Wiedziała. Miewał erekcję – ale bardzo mizerną. A gdy się
zapalał – wszystko obumierało. Zagryzał usta z
niewypowiedzianego, psychicznego bólu. Ostatnio często żałował,
że nalegał na ślub, przez co uwięził Steffi przy sobie. Żałosny
egoista – jakim prawem myślał tylko o sobie? Z zazdrością
patrzył na obce dzieci. Chciał mieć dziecko! Chciał mieć dziecko
ze Steffi. Chciał być mężem i ojcem. Takim prawdziwym. Ale o
ojcostwie już nawet głośno nie wspominał. A tymczasem matka dwa
razy pytała, czy Steffi jest w ciąży.
- Nie mówmy już o
tym. Lepiej opowiedz, jak tam twoje przyjaciółki – poprosił
Steffi.
- Jedna wielka katastrofa.
- Przecież
przyjechały. Przyniosłaś ciasto. Właśnie – może zjemy po
kawałku? - był zmęczony, ale też głodny.
- Przyjechało
ich aż w nadmiarze. Jest jeszcze czarta dziewczyna. Doprawdy nie
wiem, co z nią zrobić. Wcisnęła się im na siłę. Połapały się
dopiero w samolocie – zaczęła Steffi i opowiedziała „za
porządkiem” całą historię.
- Co za tupet! - zdumiał
się Liam, nakładając sobie następny kawałek ciasta. - Ale ciasto
jest wyśmienite! Masz zamiar tej dziewczynie pomóc? Jak ona ma na
imię? - bo nie zapamiętałem.
- Grażyna. I do tego ta
ciąża.
- Musimy jej pomóc.
- Jestem przeciwna.
Niech sobie sama radzi. Postawiła wszystkich pod ścianą.
- Ale jest w ciąży. Nie, nie możesz być dla niej aż tak bardzo
surowa.
- Ty wiesz, że mieliśmy tylko dwa miejsca,
zgodziliśmy się jednak na trzy osoby. A teraz dochodzi czwarta. My
musimy dbać o swoich pracowników. A tu dochodzi taka cwana damulka
i natychmiast musimy jej pomagać. W zasadzie to mi bardzo szkoda
Igi. To ona świeci oczyma za tę swoją kuzynkę.
- Coś
jej znajdziemy, Steffi. Musimy coś znaleźć. I tak nam będzie
łatwiej, niż jej.
- Masz bardzo dobre serce, mój ukochany
mężu. Dobrze, skoro tak mówisz, to się zaangażuję w sprawę.
Ale nie chcę, aby pracowała w naszym hotelu. Nie ufam jej.
Przebierzesz się do kolacji?
- Obmyję się i zmienię
koszulę. A ty? Może dziś wreszcie założysz czerwoną sukienkę?
Proszę cię, Steffi...
- Koniecznie? - przekomarzała się
robiąc zabawne minki.
- Tak, tak, tak! Wiesz, że później
idziemy do pubu.
- Dla ciebie wszystko! - ucałowała męża,
przebrała się i poprawiła makijaż. - I jak?
- Wyglądasz
przepięknie! Lubię gdy się dla mnie ubierasz. Teraz nie mogę
oderwać od ciebie oczu. Tyle czasu czekałem, aż będzie
odpowiednia aura, byś mogła nałożyć tę sukienkę. Jest
wspaniale! Fantastycznie! Chodź! Muszę cię znowu ucałować.
Poszli do restauracji przed czasem, bo nie chcieli, aby dziewczęta
były zdezorientowane czekaniem na nich. Lepiej, aby to oni czekali.
Wkrótce przyszły. Liam witał się nie wstając z wózka. Patrzył
na nie z ciekawością. Widać było, że to są Polki – piękne,
kwitnące młodością i urodą. Oczywiście jego Steffi była
najpiękniejsza... I te jej długie, dziś rozpuszczone włosy...
Jedyna... Ukochana... Aż serce zaciska się w przypływie nagłego
bólu. Przecież wziął leki, więc nie powinno...
Początkowo rozmowa się nie kleiła. Dziewczyny były sztywne.
Elwira najwyraźniej najpierw układała sobie zdanie w myśli, zanim
je wypowiedziała głośno. Grażyna milczała. Iga usiłowała
opowiadać o podróży, ale dopiero gdy Steffi zapytała Adę o
obronę pracy magisterskiej – dziewczyny zaczęły prawdziwie
rozmawiać. Wciąż powściągliwie, ale jednak. Liam do trzech
zwracał się przez „pani”, jedynie do Ady mówił po imieniu.
Iga, która kilka razy zwróciła się do niego po imieniu,
powstrzymała się od swobodnego „ty” i też zaczęła do Liama
mówić przez „pan”. Steffi obserwowała to z pewnym
rozbawieniem. Oczekiwał, kiedy wreszcie padną jakieś słowa na
temat sytuacji Grażyny.
Do posiłku kelner nalewał wino,
ale Liam powiedział do niego coś po szwedzku i kieliszek Grażyny
został napełniony sokiem. Steffi udała, że tego nie zauważa.
Podobnie Ada.
- A ty dodzwoniłaś się do tej naszej
gospodyni? - zapytała dla zmiany tematu i odwrócenia uwagi.
- Nie ma jej w domu. Dzwoniłam kilka razy, lecz nikt nie odbierał.
Liam, jeśli się zgodzisz, to Ada przenocuje dziś u nas. Co ty na
to?
- A mogę zaprotestować? Lubię nago chodzić po
mieszkaniu, to dla Ady może być krępujące... A nawet szokujące.
- Mój Daniel też lata nago gdy tylko mamy nie ma w domu.
Mężczyźni chyba to uwielbiają! - odpowiedziała żartem Ada.
- Skoro moja nagość nie przeszkadza, to zapraszamy całym
sercem – nieco poważniej powiedział Liam.
- Trzeba będzie
twoje rzeczy przewieźć do nas – zauważyła Steffi. - Jeśli
Samson jest wolny, to moglibyście to załatwić przed pójściem do
pubu. Przynajmniej, Aduś, zobaczysz jak mieszkamy. Od jutra czeka
was harówka i to bardzo ostra. Berit jest bardzo wymagająca, więc
nie liczcie na taryfę ulgową tylko z tego względu, że się znamy,
że wy też jesteście Polkami.
- Kto to jest Berit? -
zapytała Elwira.
- Żandarm w spódnicy, czyli wasza
nadzorczyni. Pierwszy dzień to będzie bardziej nauka niż praca,
ale nie sądzę, by Berit chciała pokazywać i uczyć czegoś dwa
razy. Jest bardzo wymagająca. Dziewczynki wy moje, wiem, że nie
muszę wam tego mówić, ale to tak dla porządku: pójście do łóżka
z gościem oznacza natychmiastowy wypad z hotelu. Bez prawa powrotu.
I oczywiście nie ma żadnego donoszenia na innych pracowników, bo
my się na to nie nabieramy. Każda pilnuje swojej działki i stara
się ze wszystkich sił. Czasem zdarza się, ale nie za często, że
goście zostawiają pieniądze na stoliku. Taki ekwiwalent za super
miłą obsługę, coś jak napiwek dla kelnera. To są wasze osobiste
pieniądze, z nikim się nimi nie dzielicie, chyba że pracujecie we
dwie. Co innego, gdy ktoś zostawi portfel, jakieś cenne drobiazgi
typu złote spinki do koszuli, zegarek, obrączka, a zdarza się
nawet teczka lub walizka – to z tym już trzeba do Berit albo do
recepcji, zawsze z podaniem numeru pokoju. Raz mieliśmy kilka
kosztownych sukien w szafie, innym razem zabawki dziecięce.
Pamiętajcie – koniecznie numer pokoju. W tym nie wolno się
pomylić. Najlepiej poinformować recepcję telefonicznie i ktoś do
pokoju przyjdzie. A ponadto - jak w każdym przedsiębiorstwie –
szef ma zawsze rację. W tym wypadku Berit. Zatem... radzę nie
drażnić lwa.
- I w tym momencie zaczęłam się bać! -
jęknęła Iga.
- I słusznie – przytaknął Liam. - Z
Berit nie ma żartów. Tak jeszcze dla waszej informacji – dodał
po chwili – my nie zawsze jesteśmy na miejscu. Często wyjeżdżamy
nawet na kilka dni, a bywa, że i tygodni. Mam nadzieję, że do tego
czasu pani, pani Grażyno, znajdzie dla siebie jakiś lokal, a Ada
będzie mogła wrócić na swoje miejsce. Właśnie na dniach mamy
zamiar wyjechać do Norwegii. Myślę, że pani rozumie naszą
sytuację. Pomieszkiwanie Ady u nas nie może przeciągnąć się w
nieskończoność.
Po tej przemowie Grażyna aż spąsowiała.
- Tak. Rozumiem – bąknęła przez zaciśnięte zęby.
- Dziękuję za to, co dla nas robicie – odważyła się
odezwać Iga. - Bardzo to doceniamy. Za zaistniałą sytuację całą
odpowiedzialność ponosi Grażyna i tylko ona powinna odczuć
konsekwencje. Miejmy nadzieje, że dopisze jej szczęście. Nie
chcemy państwu siedzieć na karku.
- W Szwecji są nieco
inne obyczaje niż w Polsce – zauważyła ugodowo Steffi.
cdn.
fot. Łukasz Żukrowski
środa, 7 września 2022
STEFCIA Z WIERZBINY
STEFCIA Z WIERZBINY - tom II - © Elżbieta Żukrowska
Cz.
2. (58.) Wiosna 1976 r. Kalix, stare sprawy i rodzina Any
Wszyscy znajomi Stefci szukali dla niej i Liama odpowiedniego lokalu
w Krakowie – bo przecież musiała skończyć studia. Szkoda
zmarnować naukę z minionych lat. Mieszkanie miało być bez schodów
– i to był problem nie do przeskoczenia. Nawet gdyby chcieli
zamieszkać w hotelu z windami – tam też było przynajmniej kilka
schodów do pokonania. Dramat. Steffi na razie o tym nie mówiła
Liamowi, nie chciała go zasmucać wiadomością o koniecznym
rozstaniu. A przy tym wcale nie chciała się z nim rozstawać! Było
w niej mocne przekonanie, że nie wolno im się rozstawać na dłużej,
niż na kilka dni. A tu w perspektywie był cały rok akademicki. Jak
to pogodzić? Raczej w ogóle zrezygnuje ze studiów – powoli
dojrzewała do tej decyzji.
Liam sam zaczął rozmowę na
ten temat.
- Masz jakiś pomysł na zamieszkanie w Krakowie?
Hotel, wynajęte mieszkanie, a może kupno domku gdzieś w pobliżu
twojej uczelni.
- Moi znajomi już szukają dla nas
odpowiedniego mieszkania, ale wszędzie są schody. Raczej zrezygnuję
z dalszej nauki. Nie muszę mieć studiów.
- To prawda, że
nie musisz, ale czułbym się bardzo podle, gdybyś nie skończyła
ich przeze mnie, mając już tak blisko do celu. I tak już straciłaś
cały rok.
- Za to podszkoliłam się w angielskim, całkiem
nieźle mówię po szwedzku, trochę po włosku, i zyskałam sporą
wiedzę na temat hotelarstwa.
Liam niespodziewanie
zachichotał:
- A o tym szwedzkim nadal nikt nie wie!
Będziesz mogła podsłuchiwać nasz personel.
- Oooo!
Jednak na tym to aż tak bardzo mi nie zależy. Ale za to w sklepach
jest mi o wiele wygodniej.
- Przy tobie to ja też musiałem
się podciągnąć w angielskim.
- I bardzo dobrze!
-
Też tak sądzę. Steffi, a może byśmy kupili jakąś kamienicę w
centrum Krakowa i ją odrestaurowali?
- Zapewne jest to
możliwe, ale taki remont zająłby przynajmniej ze dwa lata, zatem
nie możemy tego brać pod uwagę.
- Masz rację.
-
Dzwoniłeś do tej kliniki w Szwajcarii?
- Tak. Nadal nikt
nie odbiera. Może zmienili numer?
- Pojedźmy w najbliższy
piątek do kliniki profesora Kiliana. Może nam coś podpowie. To
daleko od Göteborgu, więc nie powinno być „przecieków”,
wiesz, co mam na myśli.
Liam bardzo się bał, że po
Göteborgu rozniesie się wiadomość o jego impotencji i dlatego nie
szukał pomocy u miejscowych lekarzy. „Zasada ograniczonego
zaufania” - mówił do Steffi, a ona go rozumiała. Teraz zapalił
się do wyjazdu na północ kraju.
- A może, skoro będziemy
już tak daleko, pojechalibyśmy jeszcze dalej, do Kalixu.
-
Co tam jest?
- Mój niby-hotel, takie maleństwo dla facetów
spragnionych przygody. Dawno tam nie byłem, chyba już ze trzy lata.
Pojechalibyśmy na kilka dni. To rodzinne strony mojego ojca. On
jeździ tam przynajmniej raz w roku i teraz pewnie też by tam
chętnie pojechał.
- Nie mam nic przeciwko temu, ale wtedy
musiał byś zdradzić ojcu swoją tajemnicę.
- Zastanowię
się. Może już czas, abym mu powiedział?
- A on powie
twojej mamie? Czy dochowa tajemnicy?
- Ufam mu. Nie zdradzi
mego sekretu.
- Ty decydujesz. Dowie się też o moim
szwedzkim, bo może już na to czas, nie sądzisz?
- Nie
musimy jechać w ten piątek. Daj mi trochę czasu. Zobaczymy, jaka
będzie pogoda. To bardzo daleko. Moglibyście na zmianę prowadzić
samochód. Tak, ojcu możesz się przyznać do znajomości języka,
będzie tym mile zaskoczony.
- A ciebie taka daleka podróż
nie umęczy? Boję się o ciebie.
- Ale chcę jechać. Tak,
chcę jechać. Będę sobie leżał na tylnej kanapie. Pojedziemy do
Kalixu, a po drodze zawadzimy o klinikę profesora Kiliana. To jest
bardzo dobry pomysł.
- Nigdy mi nie opowiadałeś o tamtym
hoteliku. Jak to się stało, że w ogóle go masz?
-
Jeździliśmy tam na męskie eskapady, trochę żeglowaliśmy,
łowiliśmy ryby, biwakowaliśmy. Bardzo stare, odległe czasy. Można
powiedzieć, że wyrywaliśmy się spod skrzydeł rodziców, aby
popić i pohulać, jak to takie niedorostki. Lubiłem tam jeździć.
Oprócz hoteliku jest tam niewielkie pole namiotowe, co woleliśmy
bardziej od wygodnych pokoi. Jest specjalny krąg na ognisko, na
którym smażyliśmy ryby i kiełbaski. Ustawialiśmy na trójnogu
taki duży płaski wok na ryby, a kiełbaski smażyliśmy na
patykach. No i było dużo piwa. Do tego żarty, śmiechy, głośne
rozmowy, czasem trochę się darliśmy, choć nazywaliśmy to
śpiewem. Jakoś dość szybko z tego wyrosłem, ale moi koledzy
nadal tam jeżdżą, choć nie tak często jak dawniej.
Później Liam się rozgadał i zaczął opowiadać o trudnej drodze
ojca, smarkacza przybyłego z dalekiej i biednej północy, który
zaczynał naukę w Sztokholmie nie mając grosza przy duszy, ani
spokojnego dachu nad głową. Uczył się, pracował i nigdy nie
zapomniał, jak to jest być biednym. Zawsze parł do przodu. Szybko
zrozumiał, że praca fizyczna nie przyniesie mu dostatecznych
profitów – co najwyżej pozwoli przetrwać. Prawdziwy dobrobyt
daje praca głową. Mówił, że mózg to najważniejszy mięsień
człowieka, trzeba go ciągle rozwijać i ćwiczyć. Skromne domostwo
po rodzicach i dziadkach zamienił w maleńki hotelik. Dodał do tego
wysłużoną łajbę, odremontował niewielką przystań i ściągnął
na północ wędkarzy. Ale ten hotelik ledwie wiązał koniec z
końcem i na dodatek wymagał częstej obecności. A tymczasem ojciec
Liama skończył studia i dostał dobrze płatną pracę w
administracji państwowej, gdzie zaskakująco szybko piął się w
górę urzędniczej kariery. Miał kilku przyjaciół, z których
dwóch już się ożeniło i szukało dla siebie dobrego domu. We
czterech kupili rozpadający się dom w Göteborgu i w kilka miesięcy
go wyremontowali. Harowali przy tym w pocie czoła, czasem tylko
wzywali fachowców do pomocy. Choć nie wszystko już było skończone
– do domu wprowadzili się dwaj żonkosie. Halvar znalazł tu
dobrze płatną pracę i poznał Kaisę – pracowała w księgowości
w jednym z hoteli. Gdy dom wreszcie nadawał się do zamieszkania –
pobrali się i zajęli jedno z mieszkań. Kaisa miała trochę
pieniędzy i za jej namową Halvar kupił następny dom do remontu.
Tylko we dwoje z ruiny zrobili bardzo ładne miejsce do życia.
Przeprowadzili się, ale nie potrzebowali aż całego domu, więc
piętro wynajęli dwom rodzinom. Ciułali pieniądze, zbierali grosz
do grosza. Kupili następny dom do remontu. Tu już pracowali
fachowcy, bo Halvar był za bardzo pochłonięty pracą, awansował
na kierownicze stanowisko, często musiał wyjeżdżać. Znalazł dla
żony lepszą pracę, jednak ona chciała pracować w hotelu i gdy
tylko nadarzyła się okazja – wróciła do hotelarstwa.
Właściciele byli starymi ludźmi i Kaisa musiała nie tylko być
księgową, ale często zarządzała całym hotelem. Oboje z Halvarem
chcieliby ten hotel kupić. Wreszcie przyszedł taki dzień, że
mogli to zrobić. Kaisa była bardzo sroga i wymagająca. Zaczęła
od zwolnienia sporej grupy osób, bo trzeba było zacząć od
zaciskania pasa. Oboje z Halvarem często sami oporządzali pokoje po
gościach, sprzątali, sami dokonywali wszystkich napraw. Halvar
często niedosypiał, ale nie rezygnował z pracy w administracji
państwowej. Przynajmniej kilka razy w roku jeździł do Kalixu,
zarządził odnowienie budynku, a jednocześnie podsyłał tam
zapalonych wędkarzy, by z tych mizernych dochodów mieć pieniądze
na podatki i zadbanie o obiekt. Był już gotów z niego zrezygnować,
tym bardziej, że trafiał mu się kupiec. A jednak żal mu było
odciąć się od stron ukochanych w dzieciństwie. Rozmyślał o tym
siedząc nad kuflem piwa w miejscowym barze. Może powierzył opiekę
nad domem niewłaściwym ludziom? I co może więcej zrobić, by
przyciągnąć turystów-wędkarzy? Kaisa mówiła wyraźnie –
sprzedaj! Sprzedaj, zanim nie pociągnie nas w dół. Nie chciała
dokładać do hoteliku. Ale wybuchła wojna i kupiec się wycofał.
Ojciec wstąpił do wojska, bo chociaż Szwecja była neutralna, to
tej neutralności trzeba było bronić. Był ranny aż trzy razy. Ten
trzeci raz unieruchomił go na długo. Do dziś ma ślady poparzenia
na lewym boku. Zasłonił sobą dowódcę i uratował mu w ten sposób
życie. Dostał mnóstwo odznaczeń i profitów finansowych. A matka
była już w ciąży z nim, z Liamem, swoim czwartym dzieckiem.
Żartowano, że jest dzieckiem z ojcowskiej przepustki. Tymczasem w
Kalixie mieszkała cała gromada Żydów, uchodźców z Danii. Matka,
choć było jej bardzo ciężko, na prośbę męża wysłała tam
drewno na dobudowanie skrzydła domu, większego niż stara część
budynku. I tak domostwo jest teraz w kształcie litery L. W zasadzie
dobudowali go sami mieszkańcy-uchodźcy, ktoś miejscowy trochę
pomógł. W starej części rozbudowano kuchnię, która dziś jest
jednocześnie kuchnią, jadalnią i salonem, ulubionym miejscem
spotkań mieszkańców. Całością opiekuje się Ana z mężem i
niepełnosprawnym umysłowo synem. Ten syn ma około trzydziestu
pięciu lat. Jest bardzo pomocny matce, uwielbia ciężko pracować,
ale trzeba przy nim być i kierować jego pracami. Ana z rodziną
zajmuje dwa pokoje w starej części domu, jest bardzo wdzięczna za
przygarnięcie jej i opiekę. Prowadzi świetną kuchnię i opiekuje
się gośćmi. Jest bardzo pracowita i zaradna.
- I to już
wszystko – zakończył Liam.
- A teraz to jest twoje.
- Tak. Kiedy nabyłem pierwszy hotel, to znaczy „R&R”, w
dokumentach połączyłem go z hotelikiem w Kalixie i tak już
zostało. Ojciec przepisał tamtą posiadłość na mnie.
-
Twoje rodzeństwo się nie buntowało?
- To nie jest jakaś
nadzwyczajna posiadłość, raczej kula u nogi. Nikt tego nie chciał,
a rodzicom i tak było za ciężko.
- A jak ty doszedłeś
do tego, że kupiłeś hotel?
- Poszedłem drogą ojca. Tyle,
że wśród moich przyjaciół był jeden magik od cyferek. On nie
chciał pracować fizycznie, za to inwestował pieniądze moje i
moich przyjaciół. Robił to bardzo umiejętnie, choć nie obyło
się bez kilku wpadek. Ale – jak już mówiłem – nigdy nie
inwestowałem wszystkich pieniędzy. Taką zasadę mam do dziś.
Znasz takie powiedzenie, że pieniądz robi pieniądz? I to jest
najprawdziwsza prawda. Hotel „Pod Różą” kupiłem okazyjnie.
Zawsze trzeba patrzeć, co się dzieje w branży.
- A hotel
w Pineto?
- To moje marzenie. I się spełniło. Teraz już
dla ciebie.
- To jest olbrzym. Nie wiem, czy podołam...
- Już sobie dajesz radę. Adam mówi, że nigdy nie miał tak
dobrego ucznia, że błyskawicznie uczysz się szwedzkiego. Liliana
chwali ciebie za włoski. Ojciec mówi, że zaraz będziesz wiedziała
o hotelarstwie więcej od niego, a ja to potwierdzam. Umiesz
przewidywać i nie boisz się rozsądnego ryzyka. Rozsądnego, bo
przecież nie szalejesz, ale też nie wahasz się, nie namyślasz
długo. W moim przekonaniu postępujesz tak, jakbyś sprawy już
wcześniej miała ogarnięte, dobrze przemyślane i tylko czekała na
stosowną chwilę, aby działać. Czy tak właśnie jest?
-
Czasami. Ale tylko czasami. Na przykład z tą wymianą urządzeń
kuchennych w „R&R”. Bałam się, by nie doszło do wypadku.
Albo i do poważnego zatrucia. W Polsce mamy Sanepid, on często
wpada na kontrole i czepia się każdej rdzawej plamki.
-
No właśnie. A teraz u nas wszystko lśni czystością i nowością.
Będzie dobrze. To rodzaj inwestycji w przyszłość.
- Ale
kucharza też trzeba zmienić. Jemu się chyba pozmieniały smaki, bo
ostatnio nie najlepiej gotuje. Z czego to może wynikać?
-
Może porozmawiam z nim?
- Może... Zapytaj Davida, co o tym
sądzi. Nie chciałabym starego pracownika wyrzucać na bruk. Ale on
musi iść z duchem czasu. A może go wysłać na jakiś kucharski
kurs? Są takie w Szwecji? Niechby się podszkolił w nowym. Ile on
ma lat?
- Jest blisko sześćdziesiątki.
- Nie
można pozwolić by marnował produkty, albo gotował nie dość
smacznie...
- Masz kogoś z Polski?
- Nie.
Natomiast moje koleżanki proszą o pracę na dwa- trzy miesiące,
najlepiej jako pokojówki.
- Zatrudnisz je?
-
Waham się. Adę mogę od razu. Ale nie chciałabym, aby mieszkała w
naszym hotelu. Musiałaby coś sobie znaleźć.
- Pogadaj z
tymi dziewczynami z Polski. Może któraś przygarnie ją do siebie.
- Zatrudnianie znajomych jest bardzo kłopotliwe. Po pracy
będą rozmawiać na mój temat. Nie chcę tego! Ja tu jestem twoim
zastępcą i nie chcę, aby mnie obgadywano.
- Weź Adę do
siebie i porozmawiaj z nią otwarcie. Możesz dać jej pracę na trzy
miesiące, bo i tak musimy wysyłać ludzi na urlopy.
-
Jeśli znajdę dla niej lokum poza hotelem to tak zrobię. Ona szuka
dla mnie w Krakowie. A tam wszędzie schody, schody i schody. Są
sprawy nie do rozwiązania.
- Gdyby można było postawić
dom w trzy miesiące – natychmiast bym go zbudował w Krakowie. Ale
mamy za mało czasu.
- Nie rozstanę się z tobą aż na
rok. Nawet nie ma mowy. Najwyżej zrezygnuję ze studiów. Jak
widzisz moja droga i tak zaczęła odbiegać od rachunkowości i
bankowości.
- A może zamiast do Kalixu pojechalibyśmy do
twojej Wierzbiny? To najmilsze miejsce na ziemi.
- Możemy
jechać i tu i tu, byleś tylko ty wytrzymał takie podróżowanie.
Teraz w Göteborgu nie mamy żadnych pilnych spraw, wszystko jest
poukładane.
- Wszystko, z wyjątkiem kucharza.
-
Ano tak... Może zadzwoń do taty, powiedz mu o naszych planach.
Niech nie będzie zaskoczony.
- A do Polski też byśmy go
zabrali?
- Oczywiście. Tylko muszę się dowiedzieć, jak
postępują prace z remontem. Pamiętasz o tym, że chcę babcię i
Piotrka wywieźć w lipcu do mego hotelu?
- Popieram całym
sercem.
- Dobrze. To teraz wiem, czego się trzymać.
Steffi przystała w końcu aż na trzy swoje koleżanki – Adę,
Igę i Elwirę (też dziewczyna z jej roku, który już przestał być
jej rokiem). Znalazła im mieszkanie w sąsiedztwie hotelu „Pod
Różą”, zresztą tam miały na początku pracować, a docelowo
„to się zobaczy”. Niech znają jej dobre serce! Wszystkie trzy
„broniły się” w maju, wtedy też miała zapaść ostateczna
decyzja co do terminu przyjazdu. One chciały jak najszybciej, bo
liczyła się kasa. Iga żartobliwie upominała się o chłopaków,
Elwira prosiła o szczegółową listę rzeczy, jakie ma zabrać ze
sobą, Ada zwyczajnie pięknie podziękowała. I dodała, że Daniel
zgrzyta zębami. A Steffi uprzedziła wszystkie trzy, że raczej nie
będzie miała dla nich zbyt dużo czasu.
- Wrzucę was na
głęboką wodę i będziecie musiały sobie radzić. Ale odbiorę
was z lotniska i zawiozę na kwaterę.
Razem z Liamem doszła
do wniosku, że najważniejszy jest wyjazd do Kalixu, bo po drodze
była klinika profesora Kiliana – to był ich priorytet. Ich główny
cel. Liam po zastanowieniu przyznał, że jeśli będzie to
konieczne, przyzna się ojcu do impotencji. Może jednak uda się
tego uniknąć. Nie chciał odbierać ojcu przyjemności wyprawy w
rodzinne strony. Matki nikt nie zapraszał, a ona, na szczęście,
sama się nie wpraszała. David co miesiąc wysyłał auto do
hoteliku z zamówionymi przez Anę produktami. Wprawdzie w Kalixie
były sklepy, ale panowała drożyzna. Tylko ryby były tanie. I
teraz też wysłał co tam Ana chciała, i jeszcze więcej, bo będzie
miała gości. Niech trzyma dla nich dwa pokoje. Ana nie wiedziała,
że Liam miał wypadek, ani o tym, że się ożenił. Cicho jęknęła
do słuchawki.
- Liam jest na wózku inwalidzkim, więc
postarajcie się o jakiś drewniany podest, by mógł wjechać do
domu.
- W razie potrzeby, to mój Young wniesie go do domu
razem z wózkiem. Jest silny jak niedźwiedź!
Samochód
Liama został załadowany, ledwie udało się tam wcisnąć wózek
inwalidzki. Halvar miał całą masę pudeł i pudełeczek, a na
wierz dołożył skrzynkę sadzonek bratków i sporą paczkę ze
starannie zapakowanymi różami – też do posadzenia. Tłumaczył,
że Ana uwielbia kwiaty, a jej syn – słodycze. Bagaż Steffi i
Liama trzeba było upchnąć w kabinie, ale nie był on wielki, więc
się udało.
Jednakże młodych Rybbingów spotkała przykra
niespodzianka – profesor Kilian już nie żył, a jego żona
przeniosła się do swojej siostry aż do Sydney. Kropka. Klinika
nadal działała i miała taki sam profil, jednak właścicielem był
Anglik, który Steffi nie przypadł do gustu. Mimo tego Liam zapytał
o specjalistów od impotencji, bo a nuż... Anglik obiecał
zorientować się w temacie i za jakiś czas zadzwonić. W tej
sytuacji Halvar nadal nie dowiedział się o przypadłości syna.
Natomiast dowiedział się, że Steffi wspaniale mówi po
szwedzku, był zaskoczony, że zrobiła tak wielkie postępy!
Steffi była zachwycona drogą na północ – Szwecja była piękna,
choć tak bardzo różna od Polski. Sam Kalix zrobił na niej dobre
wrażenie – piękne, kolorowe, niewielkie miasteczko, zadbane domy
i obejścia. I wszechobecny zapach morza. Duuużo wiatru.
Ana z mężem i synem czekała na nich przed domem, położonym dość
daleko od miasteczka, otoczonym wysokim żywopłotem zamiast
zwyczajnego płotu. To też się Steffi podobało. Cała trójka była
w koszulach w kratkę i w kamizelkach z mnóstwem kieszeni. Ana, już
koło sześćdziesiątki, średniego wzrostu, z lekką nadwagą,
miała jasnobrązowe włosy okalające rumianą twarz, z której
patrzyły ciekawie szare oczy. Jej mąż włosy miał całkiem białe,
twarz ogorzałą i oczy szare, głęboko osadzone, aż wydawało się,
że wpadają w głąb czaszki. Był bardzo wysoki i przeraźliwie
chudy. Natomiast syn miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i
pewnie ze dwadzieścia kilogramów nadwagi. Schowany nieco za
rodzicami zacierał ręce z niecierpliwości. Widać było, że cala
trójka bardzo na Rybbingów czekała.
Obejście należało
do tych najbardziej zadbanych. Do domu wiodła ścieżka wyłożona
wielkimi kamiennymi płytami, wygładzonymi przez wiele lat
użytkowania. Po prawej stronie ścieżki był rząd róż w wielkich
donicach. Po lewej wąski pasek zieleni i żwirowa dróżka
dojazdowa, zakończona niewielkim zadaszonym parkingiem. Stało tam
auto Any. Po obu stronach drzwi do domu – ławeczki. Dom w połowie
był z kamienia, a wyżej z drewna pomalowanego na ciemny, czerwony
kolor, właściwie na wiśniowy. Tylko ościeżnice drzwi i okien
lśniły bielą.
Powitanie było bardzo serdeczne, ciepłe,
jak w Polsce – uściski rąk i przytulenia, ale bez całowania.
Liam przedstawił wszystkim Steffi, z dumą podkreślając, że to
jego ukochana żona. Rozładowano samochód. Ana cieszyła się z
kwiatów, Young już się niecierpliwił – chciał dobrać się do
słodyczy. Był w tym zupełnie jak dziecko. Ale na razie musiał
nosić wszystko do kuchni, a Halvar objaśniał, co i dla kogo, bo
każdy coś od niego dostał. Były też rzeczy do hotelowej kuchni –
zestaw kubeczków i inne drobiazgi, o których Ana nawet w telefonach
nie wspomniała, a Halvar się domyślił i kupił.
Później
odpoczywano przy wielkim stole, popijając kawę lub herbatę i
jedząc pyszne domowe ciasto. Do kuchni przyszli tez hotelowi goście
i rozmowa stała się ogólna. Young objadał się wafelkami, Halvar
pamiętał, które są jego ulubione. Ale Ana czuwała nad ilością
zjadanych smakołyków. Powiedziała, że nie może dopuścić, by
syn miał nadmierną nadwagę, wprawdzie dużo pracuje (ostatnio
narąbał mnóstwo drzewa), ale jeśli jego waga przekroczy sto
dwadzieścia kilogramów, to koniec z kolacjami. Pytała też, jak
oni sobie radzą i czy Steffi sama gotuje.
- W zasadzie
gotuję bardzo rzadko. To nawet wygodne mieć podane gotowe jedzenie.
Ale pewnie niedługo całkiem zapomnę, co i do czego w kuchni, bo
wcześniej też nie byłam zapaloną kucharką – śmiała się
Steffi. - Wyspecjalizowałam się tylko w lanych kluseczkach na
mleku, bo Liam je bardzo lubi, a powinien nieco przytyć. Jeszcze nie
wrócił do wagi sprzed wypadku.
- Opowiedzcie o tym wypadku
– poprosił Niklas. - No i kiedy był wasz ślub. David nic nam nie
mówił.
Opowiadał Halvar, Liam się tylko uśmiechał i
często brał Steffi za rękę. Miała wrażenie, że jej obecność
dodaje mu sił. Najwyraźniej był bardzo zmęczony, powinien się
już położyć, jednak ta rozmowa była w jakiś sposób dla niego
ważna i na razie nie chciał iść do pokoju. Ana była bystra,
widziała więcej niż inni, to ona zdecydowała, by przynieść z
piętra kanapę i ustawić ją w kuchni. Youngowi pomogli przy tym
Norwegowie, a Liam z westchnieniem ulgi wyciągnął się na wysoko
ułożonych poduszkach. Choć wszyscy wiedzieli, że Rybbingowie
przyjechali na krótko, nikt nie narzekał, na konieczność
przyniesienia kanapy.
Na drugi dzień Ana od rana sadziła
bratki. Do nowych róż musiała dokupić donice i ziemię, po które
pojechała wraz z synem, a za nimi Halvar ze Steffi. Pokazywał jej
miasteczko zachowując się tak, jakby całe stanowiło jego
własność.
Później była kawa i śniadanie ze słodkimi
bułeczkami. Ale obok dużo ryb w różnych postaciach – te świeżo
usmażone z wczorajszego połowu, obok w słoiczkach paprykarze,
pasztety, sałatki rybno-warzywne, miska masła i gorący jeszcze
chleb, który Ana ledwie wyjęła z piekarnika.
- Kiedy ty
to wszystko zdążasz zrobić? - dziwiła się Steffi.
-
Jeśli ryby są sprawione, to idzie szybko. Ryby nie wymagają
długiej obróbki. Więcej czasu zajmuje zamykanie w słoikach. Mięsa
prawie nie jemy, więc te rybne zapasy momentalnie znikają w naszych
żołądkach – śmiała się Ana.
Halvar oprowadził
Steffi po całej posesji, która szeroką łączką schodziła w dół
nad samą wodę, gdzie była niewielka przystań i w tej chwili stały
zakotwiczone dwie nieduże łodzie. Kilka desek pomostu lśniło
nowością. Usiedli tam na chwilę chociaż, mimo słońca, było
chłodno, bo wiał północny wiatr. Łączka służyła za pole
namiotowe. Young chwalił się, że to on posadził żywopłot
okalający łączkę, a także oddzielający od siebie miejsca na
rozbicie namiotów – co zapewniało ewentualnym mieszkańcom
odrobinę prywatności, dyskrecji.
Mieli zostać w
hoteliku jeszcze jeden dzień, więc Halvar wynajął łódź i
popłynęli dość daleko w morze. Nawet Liam zapragnął płynąć z
nimi. I Young wraz z ojcem, Niklasem. Kiedyś Niklas spędzał całe
dnie na morzu, ale teraz tracił wzrok i już nie wypływał. Taka
wspólna wycieczka radowała całą piątkę oraz sternika, dawnego
kolegę Halvara. Od niego dowiedział się, że zmarło dwóch jego
kolegów, a przecież miało dokładnie tyle samo lat, co on...
- Pewnie i mnie trzeba się już szykować do tej drogi dalekiej –
powiedział, kiedy siedzieli przy dużym stole w kuchni.
W
hoteliku było wówczas czterech Norwegów, tyle samo Węgrów i
trzech Rosjan. Węgrom udał się połów, więc się chwalili i
radośnie opowiadali o walkach z rybami. Wszyscy mężczyźni kręcili
się po kuchni zaskakująco swobodnie, jedli, rozmawiali, pytali, co
słychać w świecie. Ana cały czas coś pitrasiła i donosiła na
stół – były to głównie ryby, ale także duszone warzywa,
wszystko bardzo smaczne, co szczególnie doceniła Steffi.
-
Jeszcze trochę, a przekonasz się nawet do zupy rybnej – żartował
Liam.
- Nigdy nie jadłam. Nie miałam odwagi nawet
spróbować.
Wędkujący znosili do kuchni Any bogate
połowy, ale tylko Węgrzy sami przygotowywali złowione przez siebie
ryby i pakowali wszystko do słoików. Mieli swój Balaton, jednak
tam żyły inne ryby. Steffi zauważyła, że Rosjanie przy stole
zachowują się bardzo niechlujnie, lecz nikt nie zwrócił im uwagi.
Po odejściu wokół ich miejsc pozostał śmietnik. Ana natychmiast
to posprzątała, a Young starannie zamiótł podłogę.
-
Oni tak zawsze? - zapytała Steffi.
- Zawsze – przytaknęła
Ana. - Niczego nie szanują. Nawet jedzenia. A ich pokoje to jak
chlew – dodała ze smutkiem. - Kiedyś zwróciłam uwagę, to
usłyszałam, że pewnie chciałabym dostawać pieniądze za darmo...
Teraz już nic nie mówię.
- A często masz Rosjan?
- Na szczęście nie więcej niż dwa razy w roku. Zawsze
przyjeżdżają w kilka osób. Raz przywieźli ze sobą dwie
dziewczyny. Wtedy myślałam, że wyrzucę ich na zbitą twarz. Teraz
już z dziewczynami nie przyjmuję. Nawet w ogłoszeniach jest, że
to męski hotel.
- Nie boisz się tak sama między
mężczyznami?
- Jest mój mąż i syn. To moi obrońcy –
poklepała obu po ramionach. - Gorzej, że on gwałtownie traci wzrok
– wskazała na męża. - Podobno nic się nie da zrobić... To
znaczy można, ale operacja jest dla nas za droga... Więc już tak
musi być.
Steffi zobaczyła, jak Liam z ojcem wymienili
szybkie spojrzenia – wiedziała, że pomogą, nie musieli nic jej
mówić. Ana, pochylona nad stołem tego nie dostrzegła.
-
Trzeba naprawić starą wędzarnię, albo nawet zbudować nową,
większą – zauważył Halvar. - Widzę, że są obfite połowy,
szkoda, by się tyle dobra marnowało.
- Miałem się za to
zabrać tej wiosny, ale chyba nie dam rady – smutnie powiedział
Niklas. - Czasem jest taki dzień, że prawie wszystko widzą, a
później już tylko mgła.
- Coś poradzimy na tą twoją
mgłę, rozpytam się po lekarzach co i jak – uśmiechnął się
Liam, a stary człowiek tylko zakołysał głową. - Ostatnio macie
duże obłożenie. Nie za ciężko ci, Ano?
- Young mi dużo
pomaga, sprząta, zmienia pościel, nawet nauczył się prasować.
Ale pracy jest dużo. Jedna osoba powinna cały czas być w kuchni.
No i o obejście trzeba dbać, aby schludnie wyglądało. Young
zaczyna dzień od zamiatania wokół domu. Jak napiszę na kartce, to
i zakupy zrobi. To dobry i pracowity chłopak. Pojedzie rowerem, a
jak dużo śniegu to przejdzie się pieszo. Bez niego bym sobie nie
poradziła. W hotelu najczęściej jest nie więcej niż pięciu
przyjezdnych. Taki najazd jak obecnie należy do rzadkości.
- A ile tu jest wszystkich miejsc? - zaciekawiła się Steffi.
- Dwadzieścia cztery. Szesnaście w czteroosobowych pokojach, a
reszta dwójki. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio były wszystkie
zajęte, może za trzy lata temu? Wtedy musiałam nająć kogoś do
pomocy, ale nawet we dwie nie dawałyśmy rady. Może trochę za
bardzo rozpuszczam moich gości. Wiedzą, że przez cały dzień jest
coś dobrego do zjedzenia. Ale też o różnych porach wracają z
wędkowania. Proszę, aby do kuchni przynosili już sprawione ryby i
większość tak robi. Później mężczyźni moczą się w saunie,
piją piwo i zagryzają rybami. Teraz czasami sąsiad wędzi nam
ryby. Takie tu jest życie. Jest zimno, ludzie uciekają do
cieplejszych miejsc. Ale ja nie mogłabym mieszkać w innym miejscu.
Poza tym tu jest dobrze mojemu synowi. Może być swobodny, pracuje i
nikt się z niego nie naśmiewa. Tylko co będzie, gdy zabraknie mu
nas starych? Aż boję się o tym myśleć. Przeniesienie go w inne,
na dodatek zamknięte miejsce, to dla niego pewna śmierć...
- Pan Bóg wie, co robi i jakoś to urządzi, że będzie dobrze –
cicho powiedział Niklas na chwilę przytulając żonę.
- A
my już jutro z rana wyjeżdżamy – powiedział Halvar, aby zmienić
temat.
- Zapakuję trochę słoików, już wiem, co wam
najbardziej smakowało. Kaisa też lubi moje przetwory. Z rana sąsiad
ma przynieść wędzone ryby, pewnie jeszcze gorące, to też
weźmiecie sobie i dla Kaisy. I chleb upiekę, ten z całymi ziarnami
i orzechami, bo Steffi on najbardziej smakował. Maneski obiecał
przynieść z wieczora swojskie masło, prawda, że jest pyszne? To
też wam zapakuję.
- Tak obładowana wyjeżdżałam
zazwyczaj na studia do Krakowa – pochwaliła się Steffi. - Babcia
dokładała jeszcze to, jeszcze tamto, bo niczego z tych domowych
specjałów nie mogło mi zabraknąć.
Podobało się jej, że
nikt się nie wymawia od przyjęcia prezentów od Amy – wiedzieli,
że to część jej niewielkich radości.
c.d.n.
fot. własne
sobota, 3 września 2022
STEFCIA Z WIERZBINY –
tom II
Cz. 1. (57.)
Maj 1976 r. W Szwecji - Göteborg. - © Elżbieta Żukrowska
To był wielki
przeskok – z Rzymu do Göteborgu.
Przed wyjazdem trzeba
było dopiąć milion spraw związanych z hotelem w Pineto, Steffi
szczególnie ciążyły sprawy personalne, ale – na szczęście –
Halvar nie zostawił jej samej z tym problemem. Miała za mało czasu
dla Liama! On to rozumiał i wspierał swą ukochaną żonę ze
wszystkich sił. Na razie miał ich jednak wciąż zbyt mało. Z
wolna wszystko się układało, trybiki wskakiwały na właściwe
miejsca.
Wreszcie Göteborg. Steffi i Liam okrzepli w byciu
razem. Nadal mieszkali w hotelu „R&R”, w tym samym
apartamencie, który Steffi już znała i polubiła. Nic w nim nie
zmieniała, nie usiłowała dodawać polskich akcentów. To była
Liama decyzja, że w salonie wisiały obrazy jego koni oraz
dziewczyna w czerwonej sukience.
Tych kilka miesięcy
przeleciało im jak z bicza strzelił. Liam był na dwóch turnusach
rehabilitacyjnych i przeszedł następną operację kręgosłupa.
Mimo to jego zdrowie nadal było w kiepskim stanie. Trochę chodził,
oczywiście w gorsecie. Mógł wykonać kilka samodzielnych kroków,
więc chociaż tyle dobrego, że obchodził się bez pomocy innych w
toalecie. Najczęściej poruszał się jednak na wózku inwalidzkim,
z którym wreszcie radził sobie całkiem nieźle. Próbował też
chodzić o kulach, ale jego kręgosłup tego nie znosił. Steffi
uczyła się ciągle i to bardzo intensywnie. Dzień zaczynała od
nauki języka szwedzkiego. To była ich – Liama i jej –
tajemnica. Nikomu nie mówili, że Steffi ma takie lekcje. Uczyła
się też włoskiego, ale te lekcje miała tylko dwa razy w tygodniu.
A poza tym uczyła się hotelarstwa – od Liama, Davida i Halvara, a
ponadto z książek. W czasie tych kilku miesięcy była siedem razy
w Pineto i trzy razy w Polsce. Cieszyła się, bo ojciec już
remontował piwnicę, babcia miała do pomocy młodą kobietę, panią
Edytkę, Piotrek był szczęśliwy ze swoim psem imieniem Tajki i
aktywnie współdziałał z panem Smulczyńskim. To wszystko były
bardzo dobre wiadomości. A stryj Bela nawet podziękował Steffi za
uratowanie mu życia. W pierwszej chwili nie zrozumiała jego
wyjaśnień. Okazało się, że z Somali nie wrócił żaden z
Polaków. Prawdopodobnie wszyscy zginęli. Nie było żadnych śladów,
dowodów. Nigdy nie odnaleziono ich sprzętu ani żadnych zapisków,
nawet jakiegoś buta czy fragmentu odzieży. Kamień w wodę.
- Gdybym pojechał, przepadłbym tak jak i oni.
- Może
gdzieś są przetrzymywani, może są uwięzieni...
- Nie
wiadomo, co gorsze...
Stosunki Steffi z Alice układały się
poprawnie, ale bez przyjacielskiej zażyłości. Słuchała wynurzeń
szwagierki, nie rewanżowała się mówieniem o sobie. Ten brak
zwierzeń wszedł Steffi w krew i nawet przyjeżdżając do Wierzbiny
też trzymała język za zębami, aż babcia lub ojciec przypominali
jej, że jest wśród swoich. Przede wszystkim byli ciekawi, jak
układa się między nią a matką Liama.
- Nie wchodzimy
sobie w drogę – odpowiadała Stefcia.
Pierwsze zderzenie
było już w rzymskim hotelu, kiedy to na drugi dzień po przyjęciu,
jeszcze przed dziewiątą rano, matka Liama zadzwoniła i zażądała
– tak, tak – ZAŻĄDAŁA – rozmowy z synem. Stefcia zapytała
wówczas, czy się coś stało.
- Nie, nie. Chciałam tylko
zapytać, jak on się czuje i przypomnieć mu o lekach.
Stefcia skoczyło ciśnienie – zaczyna się – przemknęło jej
przez myśl. Musi takie wydzwanianie bez powodu ukrócić w zarodku.
Grzecznie, ale ostro i jednoznacznie. Inaczej nachalność tej
kobiety zatruje ich krótkie bycie sam na sam, ich miodowe dwie doby.
Wszak nie mieli miodowego miesiąca, a tylko dwie doby!
-
Pani Rybbing, Liam czuje się doskonale, a oboje jesteśmy na tyle
dorośli i odpowiedzialni, że o lekach nam przypominać nie trzeba.
Czy coś jeszcze?
- A możesz go dać do telefonu?
-
Nie, pani Rybbing, nie mogę. Czy nie uważa pani, pani Rybbing, że
to jest niestosowna godzina na takie rozmowy? W naszym przekonaniu
każda inna godzina w dniu dzisiejszym też będzie niestosowna. Więc
proszę nie dzwonić do nas bez istotnego powodu. Myślę, pani
Rybbing, że mnie pani rozumie i ani dziś, ani jutro, ani tym
bardzie w nocy, podobnych telefonów nie będzie.
- Ale ja
muszę...
- Żegnam panią, pani Rybbing.
Liam
słuchał i aż „rechotał”.
- Bardzo dobrze powiedziałaś
mamie. Teraz już nie powinna nas męczyć telefonami – powiedział.
- Ty jednak zadzwoń do niej w porze obiadowej. W końcu to
twoja matka.
- Nie sądzę, aby to było konieczne. Zobaczę.
Nic nie obiecuję.
A później byli tak zajęci sobą, że
całkiem o dzwonieniu zapomniał...
Pani Rybbing próbowała
jeszcze kilka razy pojawiać się między nimi – w szpitalu w
Rzymie, gdzie Liam wrócił na kilka dni na badania, a później już
w klinice w Szwecji, gdzie robiono mu drugą operację kręgosłupa.
Na szczęście Liam sam dawał matce do zrozumienia, że jej
wtrącanie się jest nie na miejscu. Chciała mieć dostęp do
wszystkich wiadomości o zdrowiu syna, ale on zakazał lekarzom
udzielania takich informacji. O wszystkim miano informować Steffi. I
tylko Steffi. W zasadzie prócz tematu impotencji nie było innych
tajemnych spraw, lecz Liam obawiał się, że gdzieś przez przypadek
coś może wypłynąć, ktoś może się wygadać. Matkę ta „zmowa
milczenia” chyba musiała boleć w szczególny sposób, chociaż
Liam tłumaczył jej, że z jego zdrowiem nic się nie dzieje, nie ma
żadnych rewelacji, nie ma o czym mówić. Któregoś dnia, gdy była
wyjątkowo namolna, powiedział, aby zajęła się raczej wnukami, bo
David ciągle choruje, a ona nie widziała go już od ponad miesiąca.
A jemu niańka nie jest potrzebna, bo ma żonę i pielęgniarki.
Bardzo zdecydowanie odcinał pępowinę.
- Możesz też
zrobić nadzwyczajną kontrolę naszym księgowym. Omówimy później
wszystkie nieprawidłowości w obecności Steffi. To się bardzo
przyda mojej żonie – zakończył, całując Steffi w rękę i
zaglądając jej w oczy. To też burzyło krew w matce. Obraziła
się wówczas na cale dwa tygodnie.
Steffi była ciągle
zajęta, głównie nauką. Mieli o czym rozmawiać, nigdy się nie
nudzili. Aby zwiększyć jej postępy w nauce szwedzkiego postanowili
rozmawiać w tym języku i jego młodej żonie szło bardzo dobrze.
Ale nadal trzymali naukę w tajemnicy. Steffi znała już oba
szwedzkie hotele i większość pracowników. Szczególnie bacznie
obserwowała pracujące w nich Polki. W jej przekonaniu były
najlepszymi pokojówkami. Przyjeżdżając do Polski szukała
polskiego kucharza do hotelu w Pineto, ciągle bezskutecznie. Jeszcze
będąc w Rzymie (Liam miał wtedy badania) pojechała z Halvarem do
tego „swojego” hotelu i została tam przedstawiona jako
właścicielka. Halvar wszystkie rozmowy prowadził w jej obecności,
słuchała z zainteresowaniem, ale się nie wtrącała. Pytania
zadawała, gdy już zostawali sami. Halwar miał tam urządzony
apartamencik dwupokojowy na szóstym piętrze. Obok miał być
apartament dla niej – czteropokojowy i z niewielką kuchenką. W
łazience już były zamontowane konieczne poręcze, poszerzono też
drzwi dla łatwiejszego manewrowania wózkiem inwalidzkim, ale
pomieszczenia nie były do końca urządzone. Allesandro obiecał, że
wszystko będzie za jakiś miesiąc. Pytała o muzyków – według
Allesandro ciągle ćwiczyli i byli lepsi, niż tego po nich
oczekiwano.
Liam doceniał świeżość spojrzenia Steffi i
wprowadzał niektóre jej propozycje w życie. Niektóre odrzucał,
ale zawsze wyjaśniał z jakiego powodu. Czasem się nie zgadzali,
wtedy sprawa zostawała w zawieszeniu. Steffi miała charakter i była
błyskotliwa, z czym hamowała się przy obcych. Wolała milczeć i
słuchać. I uczyć się. Ciągle się uczyć.
W tym czasie
dwukrotnie zjedli wspólną kolację z rodzicami Liama w hotelowej
restauracji. Steffi nie manifestowała swej niechęci do teściowej,
traktowała ją uprzejmie, nie wyrywała się ze swoim zdaniem.
Jednakże rozmowy, o ile nie dotyczyły hoteli, były drętwe, co
cierpliwie znosiła. Czasem teściowa wtrącała jakieś zdanie po
szwedzku, a Steffi cieszyła się, gdy udało się jej chociaż w
części zrozumieć wypowiedź. Niestety, zbyt często było to coś
uszczypliwego – że źle wygląda w tym kolorze, że jest zbyt
chuda, że już czas, aby nauczyła się jeść owoce morza.
Puszczała te uwagi mimo uszu, bo faktycznie wcale się nimi nie
przejmowała.
Stefcia przywiozła z Polski swoje cenne
precjoza, bo miała być razem z Liamem na jakiejś gali hotelarzy.
Poprosił ją, aby szczególnie ładnie wyglądała, może dokupiła
sobie nową sukienkę i buty. Wskazane jest, aby to była długa
suknia.
- Niech wszyscy faceci widzą, że ja, choć na
inwalidzkim wózku, to mam najwspanialszą kobietę na sali.
Postarasz się?
- A ile mam czasu?
- Cały miesiąc.
- A ty w co się ubierzesz?
- Coś tam znajdę...
- O, nawet tak nie mów! Zapewne większość panów będzie w
smokingach, to ty też musisz.
I rzeczywiście oboje
wyglądali olśniewająco! Na drugi dzień w kilku gazetach były
nawet ich zdjęcia, jakby specjalnie na nich polowali wszyscy
fotografowie.
Steffi z tej gali wyniosła raptem dwie
znajomości – była interesująca para norweska i druga miejscowa,
z Göteborgu. Liam znał się z nimi od dłuższego czasu. Norwegowie
zaprosili ich do siebie na wiosenny, ciepły już weekend. Podobno
mieli hotel gdzieś nad fiordami w przepięknym miejscu. Prosili, aby
uprzedzić ich telefonicznie o planowanym przyjeździe. Liam kiedyś
już tam był. Inne twarze zlewały się Steffi w jedno i nie mogła
zapamiętać obco brzmiących imion i nazwisk. Polaków tam nie było.
Wkrótce potem był charytatywny bal hotelarzy, jednak z
niego zrezygnowali, bo Liam przecież nie tańczył. Halvar namawiał
Steffi, aby poszła z nim i z jego żoną, ale Steffi nawet nie
dopuszczała takiej myśli. Albo z Liamem, albo wcale. Nie była aż
tak bardzo spragniona tańców. Zresztą Liam nie czuł się
najlepiej, a ona nie chciała go zostawiać samego. Znów mu dokuczał
kręgosłup, przy tym pojawiły się długie, uporczywe bóle głowy.
Kiedy wszystko było dobrze – Steffi wybiegała myślami w
przyszłość, gdy był nawrót chorób natychmiast rezygnowała ze
swoich pomysłów. A marzyła, by wywieźć babcię i Piotrusia na
cały lipiec nad Adriatyk, do Pineto, niechby prawdziwie odpoczęli.
Taki odpoczynek należał się też ojcu, ale to może później, nie
wszystko naraz. Nie musiała przy nich być i czuwać. Babcia i
Piotruś doskonale dali by sobie radę bez niej, bez Stefci. Na razie
jednak nic im nie mówiła. Cieszyła się, kiedy ta jej ukochana
trójka przyjechała do Szwecji na Wielkanoc i kilka poświątecznych
dni. Był kwiecień, pogoda dopisała, więc spacerowali także z
Liamem na wózku. On uwielbiał takie spacery. Święta z mnóstwem
polskich akcentów – Wielkanoc po polsku. Byli rodzinnie na
rezurekcjach, bo przecież babcia nie dopuszczała nawet myśli, by
nie być w kościele! Liam był bardzo ciekaw obrządku w kościele
katolickim. Na świąteczne śniadanie babcie Stefcia zaprosiła
także rodziców Liama, niestety, pani Rybbing podobno była chora –
bardzo bolała ją głowa i miała katar, trochę kaszlała, a nie
chciała zarazić Liama, więc przybył tylko jej mąż. Może i
dobrze, przynajmniej posiłek upłynął w przyjemnej atmosferze.
Później Halvar zabrał Edwarda i Piotra samochodem do portu, Liam
odpoczywał, a Steffi z babcią mogły się nagadać w kuchni. Po
następnym posiłku był pieszy spacer z Liamem na wózku od „Hotell
R&R” do „Hotell Under the Rose" i dalej, okrężną
drogą przez park, powrót do domu, jak umownie nazywali apartament
Liama.
Steffi jeszcze przed świętami nakupiła różności
do domu w Wierzbinie, a teraz kolejno – pojedynczo! - zabierała
bliskich na zakupy i nie żałowała pieniędzy. Poznawała radość
z obdarowywania upominkami. Dobrze, że namówiła ojca na przyjazd
samochodem. Chciała ugościć także obu stryjków z rodzinami. Bela
poprosił o czas we wrześniu, a Tomasz obiecał, że jak najszybciej
wyrobi paszporty dla całej rodziny i przyjedzie w dogodnym dla obu
rodzin terminie.
Liama odwiedzali starzy przyjaciele, nie za
często, ale jednak. Kilka razy zabrali go do ulubionego pubu.
Dochodziły też nowe znajomości, zawierane na turnusach
rehabilitacyjnych. A Steffi cieszyła się, że jej mąż nie jest
osamotniony. Ożywiał się na tych męskich spotkaniach, wracał
wprawdzie zmęczony, ale jednocześnie radosny.
Niestety,
ich sprawy łóżkowe stały w miejscu. A raczej leżały...
Prowadzili sporo rozmów o impotencji. Liam, wewnętrznie rozżalony,
nigdy nie przerzucał swego bólu na Steffi, starał się nie
okazywać, jak bardzo psychicznie cierpi. Robił co mógł, by jego
żona miała jak najwięcej satysfakcji z tego niepełnego pożycia.
A ona nigdy się nie skarżyła. Oboje mieli ciągle nadzieję, że
nastąpi poprawa, a może nawet całkowite wyleczenie. Od czasu do
czasu Steffi przekonywała Liama, by poszukał lekarza na miejscu,
twierdziła, że musi ktoś taki być. Uważała, że Liam
niepotrzebnie robi tak wielką tajemnicę ze swej ułomności. Jakoś
ciągle nie mogła go przekonać.
wtorek, 9 sierpnia 2022
UKRUSZONA SAMOTNOŚĆ
Ukruszona samotność - © Elżbieta Żukrowska
Przysyłasz mi zdjęcia przejaskrawione,
gdzieś tam piękne doliny, wielkie wodospady,
gdzieś dziewczyny kochają tak zadowolone,
a ja już nie umiem o kochaniu marzyć...
Czasem jeszcze oglądam słoneczne zachody,
czasem wącham kwiatów zaspane kielichy,
wygnałam precz wspomnienia, zapomniałam mody,
nie kupuję perfum, lubię wieczór cichy,
Fakt - grzęznę w samotności, ale nie rozpaczam,
w świat nie chcę wyjechać, po co ja dla świata?
Niebieskie cienie łagodnie zapraszam,
a mrożona herbata jest jako zapłata.
Choszczno, 9.08.2022 r.
fot. Pixabay
czwartek, 4 sierpnia 2022
CZEKAJĄC Z NADZIEJĄ
Czekając z nadzieją - © Elżbieta Żukrowska
Już gasną światła, wzeszedł księżyc,
spóźniony ptak sonatę śpiewa.
Wiatr znów szeleści wśród gałęzi,
radzi się, szepcze, coś dojrzewa...
Dziewczyna dziś długo czekała,
teraz zamyśla, co tu dalej.
Jakiś przypadek, wpadka mała,
przez życie się przetoczył walec?
Jak sobie radzić z przeciwnością?
Nie przyszedł - czy to coś oznacza?
Którą myśl przyjąć, którą odciąć?
I jakie działa tu wytaczać?
Nadzieja krzyczy - daj mu chwilę!
Jeszcze nie wszystko jest stracone!
Wróci do ciebie jak motylek
i może zechce cię za żonę.
Choszczno, 3.08.2022 r.
fot. Władysław Zakrzewski
środa, 3 sierpnia 2022
NIC SIĘ NIE STAŁO
Nic się nie stało - © Elżbieta Żukrowska
Dzień jest pijany z niewyspania...
Czas kroi myśli na połówki.
Ja wciąż pamiętam, mój kochany,
spotkanie w sadzie i pocałunki.
Nic się nie stało - tylko rozstanie,
nie nam sądzone szaleć z miłości.
Teraz z tęsknoty zbierać łez krople,
żal rozszarpywać, by już nie gościł.
Teraz nam tylko na los narzekać,
że tak jest podły, że wszystko na nic.
Przypadki rządzą życiem człowieka,
a stają w rządku niczym różaniec.
Nie było dla nas wyspy szczęśliwej,
niebo zasnuło się ciemną chmurą.
Róże rozkwitły dla pani miłej,
ale nie dla mnie. Tu tęskność górą.
Choszczno, 3.08.2022 r.
fot.Władysław Zakrzewski
wtorek, 2 sierpnia 2022
ZŁA CHWILA
Zła chwila - © Elżbieta Żukrowska
Wiatr po gałązkach przebiega szybko,
listeczki błyszczą w słońcu lub cieniu,
głowa zajęta nadmiarem myśli,
twarz czasem mocno się zarumieni.
Czemuż to takie ciężkie myślenie?
Co tam pomyka - tylko wspomnienia?
Dlaczegóż nagle zamglone oczy,
nie cieszy słońce, łąki sceneria.
Głowa omdlała, tuli ramiona,
dłoń też osłabła, leży bezwładnie,
zmęczenie wnikło - serce chce skonać,
a czarnych myśli nikt nie odgadnie..
Choszczno, 2.08.2022 r.
fot. Władysław Zakrzewski
LETNIE AROMATY



.jpg)




