sobota, 8 kwietnia 2023

STEFCIA Z WIERZBINY - tom III - cz.13.

 



STEFCIA Z WIERZBINY - tom III - cz.13. - © Elżbieta Żukrowska

Cz. 13.

Cz. 13.

Paweł odczuł jej wzburzenie i rozedrganie. Przygarnął Stefcię, mimo oporu. Całował jej włosy, czoło, brwi. Wreszcie poczuł, że dziewczyna się rozluźnia. Oparła głowę na jego ramieniu.
- Kochanie, o co chodzi? - zapytał szeptem. - Czy powiedziałem coś, co ciebie zraniło?
- Nie, nie zraniłeś mnie – odpowiedziała z ociąganiem. - Mam mętlik w głowie.
- Zapamiętałem twój zapach i wielekroć go wspominałem... Steniu, myślę, że z tych drobnych naszych wspólnych momentów czerpałem siły na następny dzień. Moje nocne rozmyślania o tobie napełniały mnie otuchą, nadzieją, a nawet mobilizowały – bo zrobię coś i będę o krok bliżej ciebie... Tak to sobie wymyśliłem. Bałem się, że cię stracę na rzecz innego, ale nic nie mogłem poradzić na to, że nasze drogi się rozeszły. Czekałem na chwilę, kiedy będę mógł wszystko naprawić. Wyobrażałem sobie ciebie w intymnych sytuacjach... Jak cię przytulam, jak układam na moim ramieniu, jak cię całuję i odgradzam od całego świata... To pomagało przetrwać następny dzień, ciężki, przytłaczający smutkiem, rozedrgany nowym bólem... Myśl o tobie osładzała mi ten czas. I dawała nadzieję. Musiałem robić, co robiłem, ale to o ciebie chciałem się troszczyć, wspierać cię, nieść ukojenie. Wiem, że byłaś samotna, a mnie przy tobie nie było. Nie trzymałem cię za rękę gdy byłaś chora, nie było mnie wtedy, gdy najbardziej mnie potrzebowałaś... I nawet nie byłem pewien, że gdzieś tam na mnie czekasz... A pragnąłem, abyś czekała mimo wszystko, mimo nieobecności i oddalenia... Chciałem być dla ciebie całym światem, tak jak ty stałaś się dla mnie... Wiem, że to brzmi bardzo banalnie, ale... Jesteś moim najdroższym skarbem. Moim szczęściem... Za dużo gadam! - zamilkł nagle.
- Mów tak jeszcze. Lubię, gdy tak mówisz.
- Zanurzałem się w tym myśleniu o tobie, ale chciałem cię mieć blisko, tak jak dziś. Chciałem cię całować i naprawdę przytulać, czuć twój zapach, oddech, poznawać twoje myśli... Dlaczego nic nie mówisz?
- Nie wiem. Zasłuchałam się i jest mi tak dobrze. Trzymaj mnie mocno. Bez ciebie byłam bardzo samotna. Tęskniłam. A nie chcę już tęsknić, nie chcę szukać. Jednak nie wiesz o mnie wszystkiego, a ja ciągle nie mam dość odwagi, by mówić o intymnych sprawach... Pawle, pożądanie dla mnie to zbyt mało... Ale nie umiem ci tego wyjaśnić... W każdym razie nie dziś... Dziś mnie tylko przytulaj, zanim będziesz musiał iść.
- Chciałbym się z tobą kochać. Wiesz o tym, prawda? Marze o twoich włosach rozsypanych na poduszce, o moich dłoniach na twoich piersiach, o aksamicie skóry twoich ud... Chcę cię całą całować, po najmniejszy paluszek twych stóp... Chcę, abyś drżała w moich objęciach, abyś brała mnie w siebie i była szczęśliwa, że to ja... Wiem, że mogę dać ci rozkosz i szczęście. Pragnę tego dla ciebie... Chcę poznać ciebie taką inną i już tylko moją. I zapamiętać tej nowy twój zapach, jaki daje wspólnie przeżywana ekstaza. Nie broń mi tego. Nam nie broń. Nie uciekaj od moich rąk i ust, od mego ciała, od tego, czym wzajemnie możemy siebie obdarować.
Słowa Pawła ją podniecały, a jednak starała się od niego odsunąć. To wszystko zmierzało w złym kierunku! Jak miała mu powiedzieć, że jej małżeństwo nie zostało skonsumowane? No jak? Pewnie by nie uwierzył, gdyby powiedziała, że nadal jest dziewicą. Nie chciała się tak obnażać. To była jej tajemnica. A jednocześnie wielka przeszkoda. Nie było nic chwalebnego w tym, że pozostawała cnotliwa.
- Chyba powinieneś już iść – przypomniała zduszonym głosem. Była bliska płaczu.
- Steniu, skarbie, nie mogę cię zostawić w takim stanie... Jesteś cała rozpalona... Czy ty się mnie boisz?
- Nie możesz zostać. Idź już.
- Wiesz, że nic z tego nie rozumiem?
- Postaram się wyjaśnić po powrocie znad morza. Nie wcześniej. Nie nalegaj.
Dzwonek do drzwi wydał się niesamowicie głośny i natarczywy. Stefcia podniosła się szybko, ale przytrzymał jej rękę i pocałował.
- Wróć do mnie!
Nie miała pojęcia, kto to może być. Dochodziła dwudziesta pierwsza, a więc nie było tak dramatycznie późno.
W drzwiach stanęła Hania Jędruś.
- Wybacz najście – powiedziała.
- Chodź. Zapraszam cię.
- Uciekł mi ostatni autobus. Możesz mnie przenocować? I tak dobrze, że pamiętałam twój adres... O, przepraszam, masz gościa... Mogę do toalety?

Stefcia pokazała jej drogę i zapaliła światło. Hania wprawdzie zobaczyła Pawła, ale tylko skinęła mu głową i znikła w łazience.
- Steniu, to ja będę leciał – Paweł podniósł się i szykował do wyjścia. - My w zasadzie jesteśmy umówieni.
- Zaczekaj kilka minut, poznasz Hanię i potem pójdziesz.
- O key. Dobrze. W porządku.
- To moja kuzynka – dodała Stefcia.
Jeszcze Hania nie wyszła z łazienki, a już po raz drugi zabrzmiał dzwonek.
- O, rozwiązał się worek z gośćmi – zażartowała Stefcia idąc do drzwi. I znów nie spojrzała przez wizjer.
A przed drzwiami był Marek.
- Cześć, Steciu. Przepraszam, że o tak późnej porze, ale szukam Kamila – powiedział przytrzymując ręką drzwi i nie wchodząc dalej. - Zobaczyłem, że światło się pali w twojej łazience, więc wiedziałem, że jesteś w domu... - Urwał nagle, bo zobaczył Pawła. - O, masz gości...
- Cześć. Coś się stało?
- No właśnie nie wiem. Byłem z nim umówiony, a nie przyszedł. Kilka dni temu pobito niedaleko stąd geja. Teraz byłem w jego kawiarni, podobno tam był dwie godziny temu. Wiesz, jaki jest słowny... Boję się o niego. Ktoś mówił, że w pobliżu kawiarni była następna bijatyka. Dzisiaj o zmierzchu. Byłem u niego w mieszkaniu, ale nikt nie otworzył. Ty masz jego klucze?
- Tak, mam.
- Chciałbym sprawdzić, czy nie leży nieprzytomny za drzwiami. Przepraszam, nawet się z tobą porządnie nie przywitałem. Daj się uścisnąć, skarbie... Gniewasz się jeszcze na mnie?
Przytulili się i ucałowali po przyjacielsku.
- Wejdziesz? - zapytała Stefcia już w drodze po klucze. Miała je w sypialni. Przyniosła szybko.
- Nie wejdę, ale jeśli nie będzie go w domu, to zaraz odwiozę klucze. A jeśli będzie potrzebował mojej pomocy... Sama rozumiesz.
- Jeśli nie będzie go w domu, to sprawdź szpitale...
- Dobrze. Ale to już chyba jutro. Cześć. Dobranoc panu – podniósł rękę w wojskowym geście.
- Marku, cokolwiek się wydarzyło, ty mnie informuj. Nie patrz na godzinę i światła w oknach. Po prostu przyjedź i powiedz, bo teraz będę umierała z niepokoju. A za kilka dni wyjeżdżam i przez tydzień mnie nie będzie. Muszę wiedzieć co i jak.
- Dobrze. Poinformuję cię jak najszybciej i odwiozę klucze. Cześć.
Hania już wyszła z łazienki i słyszała końcówkę rozmowy. Stefcia, chociaż zaaferowana, dokonała prezentacji i zaproponowała Hani kolację.
- Nie, nie. Ale herbatę bym wypiła. Co tu się wydarzyło? - zapytała siadając.
- Marek to mój przyjaciel. Mój i Kamila, który też jest moim przyjacielem. Marek szuka Kamila. Kamil jest... - zawahała się i nie powiedziała, że jest gejem. - Boję się o Kamila. To mój fryzjer. Był na moim ślubie w Rzymie. Czesał mnie do ślubu. To jest ktoś więcej, niż przyjaciel. To tak, jakbyśmy byli rodziną.
- Steniu, ja już jednak pojadę – powiedział znów Paweł. - Myślę, że ojciec czeka na mnie. A reszta tak, jak się umówiliśmy, dobrze?
Odprowadziła Pawła do drzwi. Gdy znaleźli się poza zasięgiem oczu Hani, Paweł przytulił Stefcię ciasno i głęboko pocałował w usta. Zrobił to po raz pierwszy od początku znajomości.
- To twój facet? - dociekała później Hania.
- Sama nie wiem. Mamy się ku sobie, ale nie wiem, czy już stanowimy parę. Chyba trzeba czasu.
Marek zjawił się po dwóch godzinach. Hania już była w pościeli w szarym salonie, więc Stefcia zaprowadziła Marka do swojej sypialni.
- Mów!
- Tak, to Kamila pobili. Nie chciał do szpitala. Leży teraz w domu. Ściągnęłam do niego kumpla lekarza. Nie będę ci opisywał wyglądu Kamila, powiem tylko, że dobrze będzie, jak po miesiącu przyjdzie do siebie. Coś potwornego! Złamany nos i chyba ze dwa żebra. Plecy to jeden wielki siniak. Jak kotlet siekany. Twarz też zmasakrowana. Zostanę z nim przez kilka dni, a potem się zobaczy. Czasem go nie odwiedzaj, bo... Szkoda gadać. On jeszcze nie wie, że wygląda okropnie.
- A wszystko dlatego, że jest gejem.
- No właśnie. Lekarz mówił, że we Wrocławiu było kilka podobnych masakrycznych zdarzeń. Podobno też w Warszawie. Może gdzieś jeszcze. I żaden z pobitych nie chce zgłosić tego do prokuratury. Zresztą – szukaj wiatru w polu. Kamil nie ma pojęcia nawet ilu ich było, co najmniej pięciu. I nie wie, jak wyglądali. Po głosach sądzi, że to młodzi, tacy, co nie przekroczyli dwudziestu lat życia. Oprócz pierwszych początkowych ciosów w twarz, został bardzo skopany. Głównie skopany. Teraz zachodzi obawa o jego nerki... Stracił przytomność. Nie wie, ile tam leżał. Nikt mu nie pomógł. Wrócił do domu bez butów i w poszarpanej odzieży. Ale żyje. Stracił też kilka zębów. Dramat. Prawdziwy dramat. A przecież Kamil to taki łagodny człowiek. Nikomu nie robił krzywdy. To był twój facet? - Marek nagle zmienił temat.
- Nie wiem. To mój przyjaciel. Nie wiem, czy będzie moim facetem, ale mamy się ku sobie – odpowiedziała Stefcia zgodnie z prawdą.
- Wybaczyłaś już mi?
- Wybaczyłam, ale pamiętam.
- Przepraszam cię raz jeszcze. Nie wiem, co mnie poniosło. Najpierw dawałaś mi nadzieję, a później odtrąciłaś. I to mnie wzburzyło. Przepraszam raz jeszcze. Jestem o ciebie zazdrosny.
- Daj spokój! Po drodze miałeś całe mnóstwo kobiet. Nie myślałeś wtedy o mnie.
- Rzecz w tym, że myślałem. Od lat dużo o tobie myślę. I nie mogę pojąć jak to jest, że ciągle nie jesteśmy razem.
- Nadal cię lubię. I nadal podoba mi się płomień twoich włosów.
- Nie podpuszczaj mnie, zważywszy, że jesteśmy w twojej sypialni... Pójdę już – położył na biurku klucze Kamila. - Boję się o niego. On jest w takim stanie, że sam nie dojdzie do toalety. Dobrze, że akurat jestem w Krakowie i mam dla niego czas.
- A ja zaraz wyjeżdżam nad morze. Muszę trochę odpocząć. Ten rok jest trudny dla mnie i dla mego ojca. W środy mam szkolenie z windykacji, na którym zawsze muszę być. Dyrektor wspomniał, że chce zrobić ze mnie swojego zastępcę. Musze się starać. Więc nad morze jadę między jednym a drugim szkoleniem.
- Poprę twoją kandydaturę we właściwym miejscu. Coś na ten temat słyszałem, ale nie wiedziałem, że to o ciebie chodzi.
- A ty? Co ty teraz robisz?
- Miałem znów wyjechać do Stanów, ale właśnie złożę rezygnację. Ze względu na Kamila. Nie pytasz, ale i tak ci powiem, że jestem sam, bez kobiety. A jeśli chodzi o ilość kobiet – to wcale nie było ich tak dużo. Po prostu strasznie się zawiodłem. Nie chcę już zagranicznych dam. Będę cię teraz częściej odwiedzał, choć twojemu amantowi może to być nie w smak. Może uda mi się ciebie odzyskać? - Błysnął zębami w uśmiechu i pocałował Stefcię w czoło. - I dlaczego ty ciągle nie masz telefonu?
- Tu nawet nie ma nadziei na telefon.
- Dlaczego nie kupisz sobie mieszkania?
- Myślę na ten temat. Ciągle nie wiem, jak długo będę w Krakowie. Babcia jest słaba, a ojciec ma kłopoty. Powinnam być z nimi.
- Ale chyba teraz z nimi jest twój brat!
- Jest. Jednak to nie to samo. Coś mnie bardzo do Wierzbiny ciągnie. Zawsze tak było.
- Znikam już, skarbie. Kamil. Trzymaj się.
- Powiedz Kamilowi, że życzę mu szybkiego powrotu do zdrowia. Uściski dla niego. Gdybym była potrzebna, to daj mi znać.
- Dzięki. Jasne.
Odprowadziła Marka do drzwi. Podali sobie dłonie.
- Bądźmy w kontakcie – szepnął. Już przekroczył próg, ale się cofnął. - Stefciu, zostań moją żoną. Proszę.
Była tak zaskoczona, że zapomniała języka w buzi.
- To nie jest żart. Ja cię naprawdę proszę o rękę. Zostań moją żoną – dodał pilnie patrząc w jej oczy.
- Nie wiem... Nie umiem odpowiedzieć.
- Przemyśl to. Odwiedzę cię, gdy już wrócisz znad morza. Jezu! Przecież ja cię kocham od lat. Kocham cię, czy słyszysz?
Objął ją gwałtownie i przytulił.
- Jesteś szalony! - szepnęła w odpowiedzi.
Nie pocałował jej w usta.
Wyszedł.
Położyła się do łóżka zupełnie roztrzęsiona.
Rankiem odwiozła Hanię na dworzec autobusowy. Była niewyspana i zmęczona rozmyślaniami. Jeśli ma zamiar przyjąć oświadczyny Marka, to nie powinna jechać z Pawłem nad morze. A z drugiej strony – czy aby na pewno przyjmie te oświadczyny? Nie wiedziała. To było zbyt nagłe.
Na następnych zajęciach z windykacji przysiadła się do Boznańskiego. Grubasek się rozpromienił. Chciała z nim porozmawiać. Rozmowa początkowo była drętwa – które z nich i gdzie pracuje, jakie ma stanowisko, co robi, jakie studia skończyło, jaki już ma staż. Boznański popijał kawą kanapki przyniesione z domu. Wyznał, że dzieci tak go zaabsorbowały rano, że nie miał czasu na śniadanie, ledwie pół kawy wypił.
- Możemy mówić sobie po imieniu? - zapytał. - Ogromnie nie lubię tego „panowania”!
- Jasne. Stefania – powiedziała podając mu rękę, którą on ucałował.
- Rysiek.
- Nie nosisz obrączki...
- Przytyłem i moje paluszki też przytyły. Teraz obrączka nie wchodzi mi już na palec.
- Ile masz dzieci?
- Parkę. Wożę je do przedszkola. Żona pracuje od siódmej, więc... Ale gdy zostaję z nimi w środę sam, to okazuje się, że zupełnie sobie nie radzę. Jakoś wytrzymam – machnął zabawnie ręką.
- Ile razy w życiu się oświadczałeś?
Popatrzył na nią nieprzytomnie, zaskoczony pytaniem.
- Ani razu.
- To tak można?
- Tak jakoś wyszło. Kiedyś chodziłem z dziewczyną przez sześć lat. Mieliśmy się pobrać. Ale ona oświadczyła, że uczucie się w niej wypaliło i nie musimy brać ślubu, skoro i tak jesteśmy ze sobą tylko z przyzwyczajenia. W zasadzie odczułem ulgę. Mniej więcej po roku poznałem moją obecną żonę. Polubiliśmy się. Widywaliśmy się codziennie. Musieliśmy. Nie mogliśmy bez siebie żyć. I tak jest do dzisiaj. Ale ślub wzięliśmy po dwóch latach znajomości. Nie śpieszyliśmy się. Ja chciałem skończyć studia i mieć pracę. Ona jeszcze studiowała, pobraliśmy się zaraz po jej obronie. Jest wspaniałą dziewczyną, żoną i matką. Jest moją wielką miłością. Każdego dnia daje mi odczuć to, że też mnie kocha.
- To wspaniale, że jesteś szczęśliwy. Że oboje jesteście szczęśliwi.
- Wszystko by było dobrze, gdyby nie ta moja nadwaga. No, nie nadwaga a otyłość. Nie umiem nad tym zapanować.
- A chciałbyś?
- Próbowałem już różnych diet, ale nic z tego nie wychodzi.
- Bo to nie jest sprawa diety, a tego, co masz w głowie.
- No co ty opowiadasz...
- Ile jesteś w stanie poświęcić dla żony?
- Dla niej zrobiłbym wszystko!
- To już od dziś, nie od jutra, zacznij jeść o połowę mniej. Żadnej tam diety, tylko posiłki o połowę mniejsze. I wytrzymaj tak przez miesiąc, a potem znów pogadamy. Nic żonie nie mów. Nikomu się nie przyznawaj. Po prostu jedz o połowę mniej. Jeśli się zdarzy, że któregoś dnia się załamiesz – mimo wszystko nie ustawaj. Nadal zmniejszaj swoje następne posiłki. Będziesz początkowo bardzo głodny i będziesz myślał tylko o jedzeniu. W to miejsce zabieraj dzieci na spacer, odpowiadaj na ich pytania, baw się z nimi, buduj najwyższą na świecie wieżę albo śpiewaj lalkom kołysanki. Dasz radę!. Jeśli wytrzymasz miesiąc – to i dalej dasz radę. Pomyśl – na początek tylko miesiąc. Dla żony. Także dla dzieci, abyś mógł z synem grać w piłkę, a z córką tańczyć. Dasz radę. Miesiąc na pewno wytrzymasz. Jeszcze dziś zważ się i zapisz wagę. Potem przez miesiąc nie wchodź na wagę. Pamiętaj, że całe odchudzanie masz w swojej głowie. Powiedziałeś, że dla żony zrobisz wszystko. Więc zrób. Już dzisiaj. Natychmiast.
Bozański wpatrywał się w Stefcię z lekko uchylonymi ustami.
- Nie wierzę ci – sapnął wreszcie.
- Nie musisz. Po prostu to zrób. Dla siebie i dla swojej rodziny. Przecież jesteś twardym facetem. Możesz zawalczyć o siebie i swoją rodzinę. Zrób to. Jeśli przez miesiąc nie będzie efektów to zwyczajnie zrezygnujesz. Ale miesiąc wytrzymasz. Dasz radę. Otwórz tę klapkę w swoim mózgu. Zrobisz to?
- Zrobię. Dla mojej Justysi i dzieciaków. Zrobię.
- Trzymam cię za słowo! - Stefcia wstała i zanim odeszła, poklepała Ryszarda po ramieniu. - Pamiętaj – jesteśmy umówieni!
W zasadzie chciała go zapytać o te oświadczyny, ale rozmowa tak niespodziewanie skręciła w zupełnie innym kierunku... Teraz jakoś inaczej patrzyła na propozycję Marka. Nie traktowała jej z taką powagą jak w nocy. Wzruszyła ramionami - co ma być, to będzie. Koniec z przejmowaniem się i tymi głupimi rozmyślaniami. KONIEC!
I niepotrzebnie wcinała się w sprawy Ryszarda. Co ją obchodziła ta otyłość? Przecież to nie jest głupi chłopak, powinien sam sobie poradzić. Są fachowcy od otyłości. Wystarczy przejrzeć ogłoszenia, albo popytać wśród znajomych. Co ona ma do tego?
Przed osiemnastą „pani od pierogów” dostarczyła jej kilka kilogramów tych specjałów – cztery rodzaje o różnych smakach. I tak bagaż Stefci jednak zrobił się ciężki.

c.d.n.
fot. z internetu


piątek, 7 kwietnia 2023

STEFCIA Z WIERZBINY - tom III - cz.12.


 STEFCIA Z WIERZBINY - tom III - cz. 12. - © Elżbieta Żukrowska

Cz.12.

Po tygodniu ulewnych deszczy wreszcie się wypogodziło i zawitała piękna złota jesień. Stefcia zapomniała o codziennych spacerach, teraz nadszedł czas, by do nich powrócić, bo gdy się zaczną słoty jesienne zapewne nie będzie jej się chciało nawet nosa za drzwi wystawić. Szykowała się właśnie do wyjścia, gdy zadźwięczał dzwonek u drzwi. Była już w przedpokoju, więc szybko otworzyła – Paweł! Przywitali się długim uściskiem i pocałunkami w policzki. Stał tak blisko i wcale nie chciał wypuścić jej z ramion.
- Boże, jak dobrze cię wreszcie zobaczyć – zaszeptał w jej włosy. - Strasznie za tobą tęskniłem. A ty...? Wychodzisz gdzieś?
- Miałam iść na spacer, ale z przyjemnością wypiję z tobą kawę. Albo herbatę. A ty mi opowiesz, co się z tobą działo. Tak długo cię nie widziałam. Też tęskniłam – zakończyła, z pewnym trudem zdobywając się na to wyznanie.
- Jeśli tak, to chodźmy. A kawę wypijemy później, albo gdzieś po drodze.
Poszli. Trzymał ją za rękę, a chwilami jej rękę wkładał pod swoją rękę, nie chciał się ani na moment rozdzielać. Dopiero na plantach powiedział jej, dlaczego tak długo się nie widzieli: zmarła jego matka, te dni przed śmiercią spędzał przy jej łóżku, tak w domu jak i w szpitalu. Później przez jakiś czas musiał skoncentrować się na ojcu, bo ten się całkiem posypał... A ostatnio nawet był kilka razy pod domem Steni, jednakże nie było jej samochodu, to nawet nie wychodził ze swego auta i odjeżdżał do siebie. A skrzynki cały czas woził w samochodzie. Dopiero wczoraj pomyślał, że może się wyprowadziła, albo że auto tak długo w remoncie, i przyszedł sprawdzić. Złożyła mu kondolencje i wypytywała dokładnie o ojca. Mówił, że aż strach zostawiać ojca samego w domu. Wciąż jest przygnębiony, przybity, zupełnie nie może się otrząsnąć.
- Nie zadzwoniłeś nawet do mnie do pracy... - powiedziała w końcu z wyrzutem.
- Pewnie powinienem. Na pewno powinienem... Tak jakoś wyszło, gdy pomyślałem, że tam jakieś dodatkowe ucho... Nie chciałem, by ktoś słuchał o moich sprawach. Ale gdzie twoje autko?
- Oddałam bratu. Teraz mam inne.
- Stoi na dole?
- Tak. Przy samej ścianie.
- To szary mercedes.
- Właśnie.
- Wow! Steniu, kochanie... I powiedziałaś, że też za mną tęskniłaś... A może się przesłyszałem?
- Tak powiedziałam. Brakowało mi ciebie. Nie chciałam cię nachodzić. Jak to się stało, że nawet nie mam twego telefonu? Byłam raz pod twoją budową i koło domu, ale ciebie nie było widać, więc pojechałam dalej.
- Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś... Bałem się, że to tylko ja wariuje na twoim punkcie.
- A wariowałeś?
- Spać nie mogłem... Dużo o tobie myślałem. Przyjeżdżałem tu, a ciebie nie było i nie było... Co się działo w tym czasie?
- Nic się nie działo. Lato przeciekło mi przez palce, aż żal. A, zapomniałabym, byłam przez tydzień pod Augustowem u mego stryja. Jednak to tak szybko minęło! Chodziłam tam na grzyby, zbiory mizerne, bo susza. Ale przynajmniej głęboko pooddychałam lasem, a o to najbardziej mi chodziło. Raz pływałam takim małym stateczkiem, jachcikiem. To było nawet zabawne, bo chłopaki popisywali się swoim sprytem, siłą, mięśniami, no wiesz... Podobało mi się oglądanie brzegów ze środka jeziora. Takie piękno, że choćby je w ręce brać, tulić do siebie i całować... Tak, ten moment był wspaniały. Zupełnie inny świat. Mam trochę zdjęć, przy okazji ci pokażę. Jednakże były całe roje komarów, strasznych krwiopijców! I dużo ważek było. Oglądałam je z niewielkiej odległości, tyle co na wyciągnięcie ręki, bo czasem przysiadały na burcie. Czas szybko minął i już trzeba było wracać. Zdecydowanie za szybko! Pojechałabym jeszcze nad morze, mimo jesieni. Ale samej to tak troszkę smutno. Sama mieszkam i mam już dość. Ożywam w Wierzbinie.
- W Wierzbinie to ty się zaharowujesz!
- A tam, zaraz zaharowujesz. Nie lubię siedzieć bezczynnie. Mnie ręce bolą właśnie od bezczynności.
- Zabawna jesteś!
- Zjemy lody? Nawet nie ma dużej kolejki... - Stefcia wskazała na białą budkę.
Stanęli w kilkuosobowej kolejce, a po chwili za nimi stanęła grupka młodych, rozbawionych ludzi. Stefcia usłyszała znajomy głos i aż się obejrzała – dwóch mężczyzn było jej znajomymi!
- Stenia? - zapytał jeden z nich.
- Orest? - odpowiedziała pytaniem.
Uścisnęli się serdecznie.
- A mnie jeszcze pamiętasz? - zapytał ten drugi znajomy.
- Igor! Jak miło cię widzieć. Was obu widzieć – poprawiła się natychmiast, wymieniając uścisk z drugim mężczyzną.
Orest i Igor Achodło, nosili to samo nazwisko, bo chociaż nie rodzeni bracia, to byli blisko spokrewnieni. Stefcia pamiętała, że wszędzie chodzili razem. A teraz dziwiła się sobie, że ciągle pamięta ich nazwisko, przecież niepopularne w Polsce. Byli jej znajomymi jeszcze ze studiów, obaj smalili do niej cholewki, usiłowali zaprosić na randkę. Czasem przypadkiem spotykali się w studenckim klubie lub gdzieś w okolicach uczelni. Jednak nie studiowali wraz z nią, a na UJ-cie, byli nieco starsi od Stefci. Zdarzyło się, że z Igorem przetańczyła cały wieczór na jakiejś imprezie imieninowej, a Orest siedział naburmuszony, nie mógł tańczyć przez uciążliwe kłopoty z kolanem. Później, gdy już mieszkała w Krakowie z Liamem spotkała ich przelotnie w pobliżu Wawelu, lecz niewiele rozmawiali, bo chłopcy się gdzieś bardzo spieszyli. Teraz dokonała prezentacji, a Orest przedstawił pozostałych ze swojej grupki, wśród której były dwie panie – Ewa i Anna.
- Jesteśmy w drodze na piwo. Przyłączycie się? - zaproponował.
Stefcia i Paweł nie zamierzali pić piwa, jednak przyjęli zaproszenie, głównie dlatego, że Paweł wyraził taką chęć, najwyraźniej chciał poznać ludzi z dawnego otoczenia Stefci. Przez nich mógł się czegoś więcej dowiedzieć o kobiecie, którą w duchu już uważał za swoją.
Orest w drodze do baru usiłował wysondować Stefcię. Wiedział już, że Liam zmarł. A teraz wypytywał, gdzie mieszka i gdzie pracuje, a także czy Paweł to jej chłopak. Stefcia ze śmiechem odpowiadała na jego pytania, jednak nie określiła się wyraźnie co do Pawła, ani nie podała swego adresu.
- A co ty? Ankietę robisz, czy może książkę będziesz pisał? - zażartowała w popularny wówczas sposób. - Lepiej opowiedz mi o sobie.
- Ach, u mnie nic ciekawego. Znów jestem wolny jak wróbel w krzakach. Pracuję przy konserwacji zabytków. A jeśli chodzi o kobietę... Cóż? Roma mnie opuściła. Nie mieliśmy ślubu, więc jej odejście nie stworzyło nowych perturbacji. Najpierw wywiozła dzieci do swojej matki, rzekomo na wakacje. A później przyjechała po swoje manatki. Gdybym przypadkiem nie wpadł do domu, to zamiast rozmowy miałbym liścik pożegnalny. A tak w złości wykrzyczała mi, że dzieci nie są moje, więc nawet alimentów ode mnie nie chce. Wiesz, ona miała sporą domieszkę krwi cygańskiej. I te nasze dzieci, no, już nie nasze, to z jakimś Cyganem. I odeszła do niego, a ja zostałem zawiedziony i bardzo rozczarowany. W końcu dzieciaki naprawdę kochałem. One miały taką smagłą cerę i czarne włosy. Nie były do mnie podobne. Ale przywykłem uważać je za swoje. Roma nie chciała, bym dał dzieciom swoje nazwisko. To była jej decyzja. Teraz przynajmniej wiem, dlaczego. Bardzo mnie to wszystko boli, chociaż już minęły dwa lata.
- Nie usiłujesz zobaczyć się z dziećmi?
- Szukaj wiatru w polu. Nie mam pojęcia gdzie mogą być. I na dobrą sprawę nie mam do nich żadnych praw. Ale skoro Roma tak postanowiła, to i nie ma co dzieciom w głowie mącić. Było, minęło i koniec. Dziś to daremne żale. Tylko boję się teraz kobiet – zakończył ze śmiechem.
- Ty się boisz?
- Straciłem zaufanie. Nam się dobrze układało. O nic Romy nie podejrzewałam. Do samego końca była między nami bliskość, czułość i zaufanie. Myślałem, że tak właśnie powinna wyglądać miłość. Nigdy się nie kłóciliśmy. Byłem przekonany, że stanowimy super związek. - Orest machnął ręką i zamilkł. Zresztą doszli już do baru.
Niezbyt duże pomieszczenie było w połowie wypełnione gośćmi, na szczęście loża pod ścianą właśnie się zwolniła i tam rozsiedli się całą ósemką. Kelnerka już przy nich uporządkowała stół i bardzo szybko dostarczyła zamówienie.
W lokalu było umiarkowanie gwarno, muzyka nie zagłuszała rozmów, a była jedynie tłem. Obie dziewczyny – Ewa i Anna – usiadły w szczycie stolika, Paweł, Stefcia i Orest po prawej stronie, a drugiej, przy Ewie, usiadł Maciej Słowik, następnie Tytus Biernacki i – z samego brzegu – Igor. Stefcia dopiero teraz mogła się przyjrzeć nowym znajomym. Tytus był wychudzony do granic możliwości – skóra i kości, bez rzęs, bez brwi, a jak się później okazało, także bez włosów na głowie, co maskował czapeczką z daszkiem. Maciej natomiast miał kilkanaście kilogramów nadwagi, wesołe, szaroniebieskie oczy i bardzo ruchliwe dłonie. Cały czas musiał coś dotykać, przestawiać, poprawiać. Ewa była wpatrzona w niego jak w obrazek, miała krótko przycięte brązowe włosy, zgrabny nosek i pięknie wykrojone usta, kiedy się uśmiechała (a robiła to często) na jej policzkach pokazywały się urocze dołeczki. Ona też miała lekką nadwagę, na oko z pięć kilogramów, jak w myśli oceniła to Stefcia. Na każdą uwagę Maćka miała ciętą szybką ripostę, bo zapatrzenie zapatrzeniem, ale nie pozwoliła sobie w kaszę dmuchać. Ania, szczuplejsza, za to z wyjątkowo pięknym i sporym biustem, siedziała spokojnie i tylko z rzadka się odzywała, jako pierwsza reagowała na nietuzinkowe dowcipy Tytusa. A znał ich cale mnóstwo, szczególnie tych z rodziny absurdalnych („Siedzą dwa gołębie, jeden jabłko, drugi grucha”). Stefcia nawet nie starała się opowiadać swoich, chociaż dzięki Piotrowi też sporo ich znała. Młodzi przerzucali się słowami, prezentując przy okazji błyskotliwy intelekt, i zaśmiewali się aż do łez. Pili piwo, herbatę i kawę, Tytus zjadł ciastko tortowe, pozostali chrupali słone paluszki. Dziewczęta wypiły po kieliszku wina. Dwie godziny minęły jak z bicza strzelił i Paweł szeptem powiedział do Stefci, że w zasadzie on musi już się zbierać. Czy Stefcia chce zostać, czy ma ją odprowadzić do domu?
- Koło szatni jest telefon. Może zadzwoń do taty i będziesz wiedział, czy musisz się śpieszyć, czy nie. Ale i tak wyjdziemy razem – odpowiedziała Stefcia.
Gdy już zbierali się do wyjścia zostawiając rozbawione towarzystwo, Orest poprosił Stefcię o adres i telefon. Zawahała się przez chwilę, ale podyktowała, zastrzegając, że numer telefonu jest do pracy, a tam nie może prowadzić prywatnych rozmów.
- Masz mówić tylko tyle, ile jest koniecznie niezbędne.
- Dlaczego? - Bardzo się zdziwił. - Wszędzie wszyscy gadają do upadłego i wcale się nie przejmują, że to w czasie pracy.
- A ja mam wrażenie, że mój telefon jest na podsłuchu, więc unikam wszelkiej prywatności – wyjaśniła.
- Coś takiego! - po raz drugi wyartykułował zdziwienie. - Nie chcę z tobą tracić kontaktu, więc albo wpadnę, albo zadzwonię.
- Na weekendy zazwyczaj wyjeżdżam do mojej rodziny. A ostatnio w środy mam szkolenie poza bankiem, więc nie zastaniesz mnie pod telefonem.
- Dobra. W porządku. Tu masz moją wizytówkę. Steniu, zobowiązuję cię na wszystkie świętości – masz do mnie przynajmniej raz w miesiącu zadzwonić. I to bez względu na to, czy ja zadzwonię, czy też nie. Obiecujesz?
- Dobrze, ale tylko raz na dwa miesiące.
- Och, ty łobuziaku! Raz w miesiącu!
- Masz więcej tych kartoników? - zapytała mając na myśli wizytówki.
- Tak. Proszę. - Podał Stefci następną wizytówkę, a ona na odwrocie napisała swój adres w Wierzbinie wraz z tamtejszym numerem telefonu.
- To tak na wszelki wypadek. Najczęściej odbiera moja babcia, też Stefania, żebyś nie był zaskoczony. Zdarzyło mi się przebywać w szpitalu i teraz wiem, że licho nie śpi – wyjaśniła na odchodnym. Chciała utrzymać ten kontakt z Orestem, miała dość samotności! Chłopak był miły i nie namolny. - Cześć! Trzymajcie się! - rzuciła ogólne pożegnanie, bo z daleka zobaczyła, że Paweł już odwiesza słuchawkę.
Ledwie wyszli z baru, Stefcia wsunęła rękę pod ramię Pawła.
- I jak tam tato? - zapytała.
- Wszystko w porządku. Miał dosyć pogodny głos. Ogląda telewizję i powiedział, że nie muszę się śpieszyć. Aż mi ulżyło.
- A nie myślałeś, aby wyjechać gdzieś z ojcem? Choćby tylko na tydzień.
- Nie, nie myślałem... Niewiele urlopu mi zostało, bo te sprawy związane ze szpitalem a później z pogrzebem... Ale tydzień był jeszcze wyskrobał. Mam dużo nadgodzin, wprawdzie nieformalnych, ale zawsze...
- A gdybyśmy tak razem pojechali nad morze? Twój tato, ty i ja...
- Wspaniały pomysł... Muszę to przemyśleć. Ale ty masz to szkolenie.
- Wyjechalibyśmy w środę natychmiast po szkoleniu. Albo jeszcze inaczej. Ty byś pojechał razem z tatą kilka dni wcześniej, a ja bym do was po szkoleniu dojechała pociągiem. Może udałoby się wam być nawet z dziesięć dni... Byśmy razem wrócili. Zabralibyście do auta moje rzeczy, bym nie musiała dźwigać, znalazłbyś tam jakiś pensjonacik, ja bym przyjechała już na gotowe. Odebrałbyś mnie z dworca...
- Nęcąca propozycja. Ja już jestem na tak. Zostało przekonać tatę.
- Pojechalibyście moim autem, bo na taką daleką drogę mercedes jest wygodniejszy.
- Obiecuję, że wszystko przemyślę i obgadam z tatą. Bo to trzeba jak najszybciej, póki jest ładna pogoda.
- No to szybko myśl, chłopaku. Mnie też odpoczynku potrzeba, bo ten rok jest dla mnie jakiś nieszczególny. Może zmiana otoczenia postawi mnie trochę na nogi. Przynajmniej jodu się nawdycham. Niby jestem zdrowa, ale jakaś taka zaskorupiała w środku...
- W zasadzie nie masz nikogo, kto by się o ciebie troszczył. Myślę, że umiałbym o ciebie zadbać. A na pewno chcę tego.
Stefcia nie odpowiedziała. Nie mogła pozwolić na to, by pragnienie przyjemności przyćmiło jej rozsądek! A przez cały dzisiejszy wieczór Paweł starał się zmniejszyć dzielący ich dystans. Czyż ona sama nie ułatwiała mu tego? Nie, nie, nie mogła być nierozważna! Przyjemność szybko minie, a pozostanie niesmak. Nie chciała tego doświadczać. Więc po co zaproponowała wyjazd nad morze? To było wielce nieostrożne, nieprzemyślane! Sama otwierała szeroko drzwi, zapraszała Pawła do swego wnętrza. Co za idiotka! Mieszały się w niej sprzeczne odczucia. Tak na zasadzie „i chciałabym i boję się”. Właśnie - „boję się”. Co ich oboje czeka za otwartymi drzwiami? Na co ona może pozwolić, a w którym miejscu postawić nieprzekraczalną granicę?
Doszli do domu Stefci spacerowym krokiem, a praktyczny Paweł od razu zapytał:
- Masz może przy sobie kluczyki od samochodu?
- Tak, mam.
- To przerzucę od razu skrzynki z auta do auta.
- Może raczej się wstrzymaj, bo jeśli byśmy jechali już teraz, to skrzynki by tylko przeszkadzały. Nie uważasz?
- Ano racja.
- Dojdź do porozumienia z tatą i daj mi znać. Dopiero wtedy będę prosić o urlop.
- W porządku.
Na klatce schodowej było ciemnawo, musiała przepalić się któraś żarówka. Stefcia po omacku odnalazła klucze i otworzyła drzwi. Była zmęczona. Radosny nastrój z baru jakoś się ulotnił, a perspektywa wyjazdu nad morze wcale nie napełniła ją euforią. Zresztą, nadal nie było wiadomo, czy ich plany się powiodą. Poza tym nie była pewna, czy zacieśnienie stosunków z Pawłem i jego rodziną wyjdzie jej na zdrowie, czy rzeczywiście tego chce. Mężczyzna był jej miły, czuła jego sympatię i zaangażowanie. Czy to już była miłość? Czy kiedykolwiek będzie miłość? Może ona już nigdy nie pokocha nawet w połowie tak, jak kochała Liama. Znów przypomniały się jej słowa babci – Żakowie kochają tylko raz w życiu! Czy taka nić sympatii jest wystarczająca, by tworzyć stały związek? Nie dopuszczała myśli, że po kilku latach miałby być rozwód. Jak się z kimś wiązać, to już na stałe, do śmierci. Takie odebrała wychowanie i nie dopuszczała do siebie innej myśli. Paweł był czuły, troskliwy, serdeczny. Dziś. A jaki będzie jutro? Tak mało go znała! Jaki będzie w codziennym życiu? Przecież on też będzie ją porównywał ze zmarłą żoną. I może jego zaangażowanie będzie też na pół gwizdka, tak jak jej... Na pół gwizdka? Nawet nie była pewna, czy ich „chemiczne przyciąganie” jest dostateczne silne. Jeśli namiętność się wypali, ustanie, a tak często bywa po około dwóch latach – co im zostanie? Przyjaźń? Przywiązanie? Będą razem z poczucia obowiązku? To bezsensowne, skoro już dziś przez głowę przesuwały się takie myśli! A jeśli będą dzieci? Dzieci? Jej słodkie marzenie...
- Stefciu...
Ledwie zamknęła drzwi, a już ją wziął w ramiona. Tulił i kołysał. Jakby cały czas czekał na ten moment. Chciała się odsunąć, ale nie pozwolił.
- Nie uciekaj mi – szepnął i całował jej włosy, czoło, całą twarz.
- Nie, nie – oponowała słabo i niezdarnie.
Dotknął ustami szyi i wrażliwych miejsc za uchem, parzył ją gorącym oddechem, rękoma wodził po plecach. A jej już miękły kolana, musiała się wesprzeć na Pawle. Odnalazł jej usta, całował delikatnie, ledwie muskał wargi, czekał na jej reakcję, na sygnał, że go pragnie, że chce takich pieszczot i pocałunków. Pachniała tak słodko, tak upojnie, zniewalająco! A jej drżały mięśnie z wysiłku, gdy usiłowała opanować narastające pożądanie. Odepchnęła go lekko – natychmiast ustąpił.
- Zrobię kolację – powiedziała martwym, sztucznym głosem. Odwiesiła na haczyk żakiet i zdjęła buty. - Jesteś głodny?
- Umiarkowanie – on też silił się na obojętny ton.
- Siadaj. Ugotuję makaron i zjemy go z sosem. Zrobię do tego sałatkę z pomidorów.
- Naprawdę jesteś taka głodna?
- Muszę ochłonąć.
Po chwili już krzątała się w aneksie kuchennym. On najpierw skorzystał z łazienki, a następnie zaproponował jej swoją pomoc. Umył i pokroił pomidory, ale cebulkę odrzucił, a ona posłała mu porozumiewawcze spojrzenie. Podgrzewała sos pomidorowy z maciupeńkimi klopsikami i pilnie pilnowała makaronu. W międzyczasie wstawiła wodę na herbatę. Paweł wymieszał pomidory ze śmietaną, doprawił solą i pieprzem.
- Spróbuj – podsunął jej do buzi troszkę sałatki na łyżce. - Chyba przedobrzyłem z pieprzem...
- Makaron to złagodzi. Można też dodać więcej śmietany.
- Dla mnie może być, lubię tak na ostro. Ale chodzi mi o ciebie.
- Jest dobrze.
- Macie wyjątkowo smaczną odmianę pomidorów w swoim gospodarstwie.
Kilka minut później zasiedli do kolacji.
- To podziwiam u kobiet – powiedział Paweł między kęsami. - To, że umieją wyczarować gorące jedzenie w kilkanaście minut. Mając wszystkie te składniki, które ty masz, bawiłbym się z tym przez godzinę. A u ciebie żadnego zbędnego gestu. Od razu właściwe naczynia, pstryk gazem i już aż bulgocze w garnczkach.
- Czasem mam kłopoty z otwarciem słoików. Na szczęście tylko czasem.
- Dobrze mieć faceta pod ręką...
- Niewątpliwie – przyznała z figlarnym uśmiechem. I natychmiast skarciła siebie w duchu: nie flirtuj! Nie podpuszczaj go! Bo sama sobie będziesz winna!
Odniosła puste naczynia do zlewu i zalała wodą. Na razie nie chciała ich myć. Dziś nie miała żadnego ciasta, nawet kupnych ciasteczek. W lodówce było tylko pół gorzkiej czekolady, która nigdy nie chciała łamać się na równe kawałki.
- Najadłeś się chociaż? - zapytała stawiając przed Pawłem talerzyk z czekoladą.
- Tak. Zdecydowanie tak. Siadaj. Ja przyniosę herbatę – poderwał się, przytrzymując Stefcię ręką. Chciał ją mieć przy sobie na kanapie. Obejmować. O d d y c h a ć nią. A gdy już przyniósł herbatę i usiadł tak, jak to sobie zaplanował, objął ją i zmusił do spojrzenia w oczy. - Muszę ci coś ważnego powiedzieć. Myślę o tym od kilku dni... Stefciu, przestań się oglądać przez ramię. Nie żyj przeszłością. Ja wiem, przeszłość jest w pewnym sensie bezpieczna, bo znajoma, chociaż bywa gorzka i aż paląca. Bezpieczna, bo już nie niesie ryzyka. Ale takie oglądanie się to jak polewanie ogniska wodą. A ty musisz żyć. Żyć. Płonąć. Pokonywać nowe przeszkody. Zdobywać świat. My oboje musimy to robić. Wiem, że nie będzie nam łatwo, ale musimy spróbować. Nie chodzi o zatracenie się w pożądaniu, w fizycznej miłości, czy jak to tam nazwać. Ale o to, co wzajemnie możemy sobie ofiarować: przywiązanie, czułość, wsparcie, przyjaźń, zaufanie. I to ciepło bycia razem. Czy to się dla ciebie liczy? Czy... ja się dla ciebie liczę?
Z trudem powstrzymała krzyk. Odsunęła się od Pawła na tyle, na ile pozwalały jego ręce. To jednak musiała mu przyznać – był uczciwy. Nie wyznał miłości, nie powiedział, że kocha, bo nie miał w sobie takich uczuć. Od lat nikt jej nie wyznał miłości, nie szepnął tego jednego, najwspanialszego, magicznego słowa – kocham. Tak, bo to słowo ma magiczną moc! Ona też nikomu tego nie powiedziała, więc czego chciała od Pawła? Było jej czegoś żal, ale to też już było za nią. Miała ochotę płakać i walić pięściami w mur. Aż do bólu. Czuła narastający w krtani skowyt. Zakaszlała, aby go powstrzymać. Nie rozumiała siebie, ani swoich pragnień, złościły ją własne wybujałe zbytecznie myśli. „Czy ja się dla ciebie liczę?” - a ja dla ciebie? Teraz powinien zapukać ktoś do drzwi, zadzwonić telefon, albo chociaż przewrócić krzesło. Jednak nic takiego się nie stało.
- Nie możesz mi zadawać takich pytań. Uznaję je za pytania retoryczne. Sam widzisz, jak jest między nami. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że splot okoliczności nie pozwala się nam lepiej poznać. Zawsze są jakieś przeszkody. - „Może w związku z tym jest coś na rzeczy?” dokończyła w myślach. I od tej chwili to ziarenko zwątpienia zaczęło w niej kiełkować.

c.d.n. 
fot. z internetu  



wtorek, 4 kwietnia 2023

NAMIASTKA POŻEGNANIA

 

Namiastka pożegnania - © Elżbieta Żukrowska

Sercem prosił o uśmiech, o pieszczotę dłoni,
sam łagodnym spojrzeniem wybiegał tajemnie,
ale świt nowym blaskiem już się nie zapłonił,
mgły szare nadciągnęły, tak jesiennie, sennie...
Drzewa stały w szarudze utrudzone deszczem,
ptaki zmilkły w gałęziach, smutne, nastroszone,
gdzieś uciekło słońce, przestraszone aurą,
Nawet myśli były smutkiem wyziębione.
Coś się skończyło.
W wiatru trzepocie uleciała dusza na niebieskie łąki...
Niespodzianie stała się zaledwie mitem.
Zblakłych wspomnień nitki - dodatek udręki
tego ostatniego poranka, w minutę przed świtem...

Choszczno, 4.04.2023 r.
fot. z internetu

poniedziałek, 3 kwietnia 2023

SMUTKU, ŻALU MÓJ

 




Smutku, żalu mój... - © Elżbieta Żukrowska

A jeśli się życie wywróci podszewką do światła?
Jeśli czas mignie jak sroka ogonem?
Nic się nie zmieni, nic nie pozałatwia,
ot, puste słowo na deski rzucone...

Bez sensu myśli podjęły gonitwę
i tylko w głowie coraz większy zamęt.
daremne żale, gdy czas na modlitwę,
Pajęczą nicią p[owiązane dale...

Nie ma już nic, nic serca nie więzi.
Miłość spłukana jak pod wodospadem.
Echo ukradło szepty, pogasiło nerwy...
Jakże szkoda życia... Wszak poznało zdradę...

Choszczno, 3.04.2023 r.
fot. własne




niedziela, 2 kwietnia 2023

STEFCIA Z WIERZBINY - tom III - cz.11


 STEFCIA Z WIERZBINY - tom III - cz. 11. - © Elżbieta Żukrowska

Cz. 11.

Stefcia do pracy wróciła dopiero w drugiej połowie sierpnia. Miała mnóstwo papierkowych zaległości, choć Mariola starała się chociaż z grubsza nadgonić pracę swojej szefowej. Tak, Stefania była teraz szefową dla czterech pań, a jedną z nich była Mariola. Bardzo oddana Stefci. Była jak mały psiaczek przy niej, starała się ze wszystkich sił! Powiedziała, że od października idzie na kurs przygotowawczy na studia, a później będzie studiować handel zagraniczny, o ile tylko wszystko pójdzie zgodnie z planem. To była zupełnie inna Mariola!
W domu Piotrek bardzo przeżywał śmierć Tajkiego, aż żal było na chłopaka patrzeć. Powiedział, że za jakiś czas, gdy przejdzie największy ból, poszuka sobie psa w schronisku dla zwierząt. Tymczasem babcia bała się włamania, a Edward na wszelki wypadek milczał. W prywatnej rozmowie poprosił szefa milicji, aby częściej patrolowano tę część Wierzbiny. Jednakże obaj wiedzieli, że bliskość parku zapewnia ewentualnym sprawcom łatwą ucieczkę. Edward jakoś nie bał się włamania do domu, bo chroniły go dobre zamki i kraty w oknach, bardziej chodziło mu o uprawy. Był pewny, że ktoś chce się na nim za coś odegrać. Analizował swoje postępowanie i szukał jakiegoś motywu, chwilowo nic nie znajdował. Przede wszystkim nie zwalniał ludzi z pracy, w ogóle szanował swoich pracowników. Czy rzeczywiście ktoś miał na niego złość? Chciał go nastraszyć? Lecz cóż był winny pies? A może pod bokiem rosła konkurencja, o której jeszcze nie wiedział? Może też ktoś z jakiegoś powodu chciał go zastraszyć, a nawet doprowadzić do bankructwa? Coś musiało być na rzeczy, bo zaatakowała go skarbówka i ponad tydzień grzebano mu w dokumentach. Czepiano się byle bzdur, traktowano go nie tylko surowo, ale i z wrogością.
Bela zatelefonował do Stefci i poprosił, aby na najbliższy weekend nie przyjeżdżała do domu, bo on, babcia i Edward przyjadą do niej w niedzielny poranek.
- To się dobrze składa, stryju, bo ma mnie odwiedzić kolega i też prosił, abym była w Krakowie. Podobno ma jakiś „samochodowy” interes.
- Znam tego kolegę?
- To Grześ Wiśniewski, dzięki któremu pracuję w banku.
- Zatem czekaj na nas w niedzielę rano. Nic dla nas nie szykuj, bo o to już zadba babcia i Basia.
- Super i do niedzieli, stryjku.
Stefcia chciała jak najszybciej zakończyć rozmowę, aby nie wyciekło za dużo informacji.
Po powrocie z Wierzbiny i od stryja Tomka sprzątanie swego mieszkanka zaczęła od lodówki i od wyrzucania śmieci. Na meblach leżała już gruba warstwa kurzu, gdy się z tym uporała – znów mogła przyjmować gości. Ucieszyła się z zapowiedzi stryja Beli.
Paweł się nie pokazywał ani nie dzwonił. Z tym troszkę trudniej było przejść do porządku dziennego. W piątek po pracy pojechała na jego budowę, popatrzyła nie wychodząc z samochodu – jakoś Pawła nie było widać. Prawdę powiedziawszy było jej przykro. Nawet nie miała jego numeru telefonu... „No i dobrze, niech nie myśli, że za nim latam”. Wzięła z banku trochę papierów, ma co robić, nie musi myśleć o Pawle. A on nawet nie odwiózł jej skrzynek... Czort brał skrzynki, ale co z nim się dzieje?
Była bardzo ciekawa, co za interes ma Grzesiek. „Samochodowy? O co może tu chodzić?”.
W zasadzie chciała trochę pomieszkać u siebie, a w sobotę odwiedzić Kamila, aby ten dokonał czarów nad jej włosami. Co bardzo chętnie uczynił, informując przy okazji, że Marek jest znów w Polsce. „A niech sobie będzie” - butnie przemknęło przez myśl Stefci. W zasadzie już dobrze nie pamiętała, dlaczego doszło do spięcia. Co on takiego powiedział? I co zrobił?
Goście z Wierzbiny – babcia, Bela, Piotrek i Hubert (ojciec jednak nie przyjechał) - byli tuż po ósmej rano. Wnieśli liczne torby i skrzynkę z owocami. Babcia zarządziła wspólne wyjście na mszę św. do Kościoła Mariackiego – bardzo jej na tym zależało. Kolejka ustawiła się do toalety, a później zaraz wyszli z domu. Po powrocie już mogli się „gościować”. Kawa plus ciasto z Wierzbiny i opowiadanie o nowinkach. Stefcia zdenerwowała się wiadomością o skarbówce.
- Kazali Edziowi niemal natychmiast dostarczyć dokumenty, a teraz wzywają go co chwila na jakieś dodatkowe wyjaśnienia. On się tak denerwuje! - biadoliła babcia.
- Wszystkie dokumenty ma w porządku. Osobiście tego dopilnowałam, sprawdzając każdy świstek już po wpisie taty. Nie będą mieli do czego się przyczepić – oświadczyła Stefcia.
- Jak się chce psa uderzyć to i kij się znajdzie – filozoficznie zawyrokował Bela.
- Nic tacie nie mogą zrobić. Nie robił żadnych przekrętów – dodał Piotr.
- Czepiają się, bo to lubią, a może nawet taki mają prikaz – ze smutkiem zauważył Hubert.
- Zapowiedzieli się mu z kontrolą ze Zjednoczenia. To znaczy Edek dostał cynk – westchnął smutnie Bela.
- O co w tym wszystkim chodzi? - zapytała Stefcia.
- Ktoś chce go wykopać ze stanowiska prezesa, a przy okazji jeszcze szukają na niego haka miejscowi. Ktoś chce mu świnię podłożyć. - Mruknął Bela zapalając cygaro.
- Za długo był spokój – zauważył Hubert. Napił się gorącej kawy i odstawił filiżankę.
- A stryj może domyśla się, kto to pod tatą kopie dołki?
- Edek szuka między wrogami. A ja mu mówię, by dobrze się przyjrzał przyjaciołom.
- I ja tak myślę – potwierdziła babcia. - Najwięcej świństw od nich wychodzi, bo to nie są prawdziwi przyjaciele, a tylko takich udają. Ale Edzio jest zbyt dobroduszny i nikogo nie podejrzewa.
- A tato już od września miał całe badylarstwo przekazać na mnie. Teraz to wszystko się zatrzymało aż do skończenia kontroli – odezwał się Piotr.
- Nasza zamożność kłuje ludzkie oczy. Przyjaciół zamienia we wrogów. I tak późno się do tych czystek zabrali. - Babcia poprawiła się na krześle i sięgnęła po następny kawałek ciasta.
- A tato ma zamiar coś robić, jakoś przeciwdziałać, no nie wiem...?
- Tu się nic nie da zrobić. Dokumenty są w porządku. Nikt go na szwindlu nie przyłapał. I, co najważniejsze, nie zatrudniał nikogo na czarno – Bela zakołysał głową.
- A dlaczego nie wzięliście taty ze sobą? - dociekała Stefcia.
- Powiedział, że chce się wyspać, że weźmie tabletki nasenne i będzie wypoczywał. Może nie chciał od nowa wałkować tego tematu.
- A ci ze Zjednoczenia to co będą kontrolować?
- Zapewne wszystko po kolei. Księgowość, zamówienia, płace, gospodarkę taborem i maszynami. Wszystko, co im tylko przyjdzie do głowy. Aż znajdą owego haka na Edka. W tak dużym zakładzie nie uniknie się błędów. Rzecz w tym, jakiego rodzaju to błędy i na ile odpowiada za nie stryjko – odezwał się milczący dotąd Hubert.
- Nie martw się, Stefciu. Już uruchomiłem swoje kontakty – dodał Bela. - Masz może jakiś koniaczek? Bo zapomniałem swojej piersióweczki... W drodze powrotnej za kierownicą ma być Piotrek, tak Piotruś?
- Tak.
- Ja też nie będę pił. Tak do towarzystwa Piotrkowi i na wszelki wypadek – ochotniczo dorzucił Hubert.
- Zobaczmy, co tu się ukrywa – Stefcia otworzyła barek.
Stryj sam wybrał sobie butelkę czystej wódki, a babcia zaakceptowała nalewkę z malin, jeszcze ubiegłoroczną. Stefcia podała talerzyk wędlin i małosolne ogóreczki z Wierzbiny. Przy wódeczce rozmawiali jeszcze dobrą godzinę, gdybając, smucąc się, ale nikt tu już prochu nie wymyślił.
- Co będzie, jeśli tatę zwolnią z prezesostwa? - zapytała Stefcia podnosząc się z krzesła. Była już najwyższa pora zająć się obiadem, obrać ziemniaki i zrobić surówkę. Zupa była w słoikach, a mięso w plastikowym pojemniku.
- Nic nie będzie. Najwyżej dalej będzie badylarzem, a może znajdzie sobie jakąś inną pracę. Dla niego to nie jest koniec świata. Tyle, że emocjonalnie jest związany ze spółdzielnią i nie chciałby, aby jakiś ktoś nowy, z całą pewnością życiowa niedojda, nie schrzanił tego wszystkiego, co Edek osiągnął.
- Edzio najbardziej będzie się martwi o ludzi. Przecież wiecie, jaki on jest. Nawet koło żebraka nie przejdzie obojętnie – dorzuciła babcia.
- A dlaczego stryj mówi, że życiowa niedojda? - zainteresowała się Stefcia, zatrzymując przy kratownicy.
- A ty myślisz, że kto to obejmie po Edziu? Jakaś oferma, która sama nie potrafi znaleźć sobie pracy i teraz czeka, aż się zwolni ciepły stołek, by za poręczeniem ojca lub kuzyna wskoczyć od razu na prezesurę. Mało to takich nieudacznych matołów? Pokończyli studia, a nic nie umieją. Ci bystrzejsi, jeśli nie znajdują dla siebie nic odpowiedniego na miejscu, od razu za granicę lecą. A zostają życiowe łamagi.
- A ja się cieszę, że dom i ziemia należą do Stefci. Przynajmniej jej się nie doczepią – westchnęła głęboko babcia. - Ale Edzio teraz nie uniknie jakiegoś domiaru. Za bogaci jesteśmy. Za bogaci...
- I nic nie można zrobić? - zapytała Stefcia już z ziemniakiem w ręku.
- Można tylko czekać...
- Myślę, że mimo wszystko tato nie powinien się martwić. Ze wszystkim poradzimy sobie. Najwyżej tato jeszcze mocniej rozkręci ten badylarski biznes. Nie pójdziemy z torbami. Ja na to nie pozwolę! - Stefcia jakby ocknęła się ze smutków.
Przy stole znów rozgorzała dyskusja o skarbówce i Zjednoczeniu. Stefcia szykowała obiad i już się nie wtrącała, ale słyszała całą rozmowę. Nie wierzyła, że ojciec został w Wierzbinie aby spać – pilnuje domu! Pilnuje całego obejścia. Nawet to zabicie Tajkiego mogło się w jakiś sposób wiązać z kontrolą. A przynajmniej z chęcią dokopania ojcu. Czego się mogą doczepić? WSZYSTKIEGO. Wiedziała to aż za dobrze. Osobiście sporządziła umowę na wynajem samochodu ze Spółdzielni. Teraz to była nyska, wcześniej rozklekotany żuk. Było wiele aneksów do tej umowy, bo zmieniały się ceny paliwa i płaca kierowcy. Ojciec miał prawo – zgodnie z umową – garażować auto Spółdzielni na swoim podwórku już od piątkowego popołudnia, kiedy to pracownicy ładowali do auta skrzynki z warzywami. Ojciec nie raz sam siadał za kierownicą nyski. Żukiem jeździł wyłącznie Żygas, bo w razie awarii na trasie ojciec sam mógł sobie nie poradzić, tak bardzo auto było już sponiewierane. Zresztą dwukrotnie taka awaria miała miejsce. Ale to tylko przyspieszyło zakup nyski. Była pewna, że wszystkie papiery są w porządku, oby nikt nie podłożył fałszywego oskarżenia. Tak trudno udowodnić, że nie jest się wielbłądem!
Skończyła robić sałatkę i zaniosła do pokoju sztućce, wyjęła naczynia potrzebne do obiadu, a dwaj młodzi natychmiast zajęli się rozkładaniem ich na stole.
Rozmowa – na szczęście – zeszła na inne tematy i obiad upłynął w znacznie lżejszej atmosferze. Chłopcy chcieli jeszcze połazikować po Krakowie. Zajęli się zbieraniem i myciem naczyń, a stryj zapalił cygaro. Siedział tuż koło okna, jednak dym i tak wpadał do pokoju długimi smugami. Stefcia lubiła ten zapach i jak zawsze żartowała, że teraz i u niej pachnie facetem. Czekała na Grześka, nie wiedziała, o której godzinie ma się go spodziewać. Po dzwonku do drzwi, gdy szła otworzyć, była pewna, że to właśnie on. Tymczasem był to posłaniec z kwiaciarni z dużym bukietem czerwonych róż. Był dołączony bilecik w kształcie serca, a w nim trzykrotnie powtórzone słowo „przepraszam” - bez podpisu. Oczywiście Marek. W wielkim wazonie na tak zwanym „pomocniku” ( długa szafka wysokości biurka, z dwoma parami drzwiczek, w której Stefcia trzymała obrusy i świąteczną zastawę stołową) kwiaty prezentowały się bogato, wystawnie. Oj, Marek... Przecież nie mógłby być nikt inny. Ledwie uporała się z kwiatami (przy pomocy babci), a znów dzwonek do drzwi. Tym razem był do Grześ, ale nie sam. Towarzyszyło mu dwóch innych panów. Adama – brata Grześka – dobrze znała, natomiast najstarszy z mężczyzn okazał się być ich ojcem. Nastąpiła chwila prezentacji, a młodzi Żakowie już, natychmiast chcieli wyjść.
- Nie, nie, nie! - Grzesiek ich zatrzymał. - Nawet nie wiecie, jak to dobrze, że jesteście dziś tu niemal całą rodziną. Może wszyscy usiądźmy do stołu. Steniusia pewnie uraczy nas zaraz dobrą kawą. Dobrze, słoneczko?
„Uraczyła”. I czekała na to, co Grzesiek miał do powiedzenia. Ale on najpierw prowadził luźną rozmowę o wszystkim i o niczym. Pan Wiśniewski wcale się nie odzywał, za to Adaś w stosownych momentach wybuchał wesołym śmiechem. Trwało to dobre pół godziny, zanim Grześ przeszedł do rzeczy. Panowie chcieli sprzedać dwuletniego mercedesa, który należał do ojca. Pilnie potrzebowali pieniędzy, żal było puścić takie dobre auto w byle jakie ręce. A ponadto Grzesiek wiedział, że tylko Steniusia ma dość pieniędzy, by za samochód zapłacić od ręki.
- Ale po co mi drugi samochód?
- Twój jest już podstarzały, a twój brat dorósł do tego, by mieć własną podwózkę. Swój oddasz Piotrowi, a sama przesiądziesz się do merca. Zobaczysz, jak dobrze się w nim poczujesz. To co, chłopaki? Idziemy się przejechać? Steniu?
- Mercedes jest dla mnie gabarytowo za duży! Przecież to potężna krowa! Nawet nie wiem, czy umiałabym nim parkować na mieście! I paliwa też łyka odpowiednio!
- Nie aż tak dużo. Szybko się nauczysz. Pomyśl trochę. Taka oferta nie prędko ci się trafi.
- Idziemy – zadecydował stryj Bela.
- Ach, faceci... - jęknęła ze swego kąta babcia.
Za namową stryja Stefcia kupiła mercedesa. Dla siebie. Bela pozałatwiał wszystkie formalności, Stefcia tylko płaciła i podpisywała „kwity”. A stryj chichotał w kułak – a to się szef skarbówki zadziwi... I zezłości! Nie obeszło się bez kilku wyjazdów do Wierzbiny, bo to tam Stefcia trzymała swoje „żywe” pieniądze.
Tymczasem dyrektor banku w serdecznej rozmowie poinformował ją, że od września zaczyna specjalne szkolenie – jeden dzień w tygodniu – na temat windykacji. Szkolenie kończy się poważnym egzaminem. Wysoka lokata umożliwi jej awans. Dyrektor chciał, aby została jego zastępcą.
- Jest pani młoda, bystra i kreatywna. Zna pani języki. Jest pani świetna w tym co robi. Ludzie panią lubią i... trochę się boją. To wszystko razem jest idealne. A mi chcą tu wcisnąć kogoś zupełnie nieodpowiedniego, bronię się jak mogę. Ale i tak nie jestem pewny zwycięstwa. A ten kurs jest dwu, a może nawet trzystopniowy. W każdym razie dla zwycięscy w końcowym egzaminie przewidziana jest nagroda, to jest wyjazd czteroosobowej rodziny na dziesięć dni do Egiptu, albo coś podobnego. Warto będzie zawalczyć. A pani to potrafi. Dla mnie najważniejsza jest wysoka nota, bo wtedy miałbym podstawy, by robić naciski u góry, by to pani została moim zastępcą.
„Obym w tym czasie nie zapadła znów na jakieś choróbsko” - pomyślała Stefcia, bo nie czuła się najlepiej. Była osłabiona. Tu nawet ręce stryja Tomka nie pomogły. Jej organizm zdawał się być całkowicie wyeksploatowany. Istna staruszka! Ożywała dopiero w Wierzbinie.
W domu patrzyła na kwiaty przysłane przez Marka. Czy za nim tęskniła? Owszem, ale bez tego drżenia w sercu. Bardziej czekała na Pawła, a ten nie dawał znaku życia. Na początku września Stefcia przejechała się pod jego domem – nikogo nie zobaczyła, to znaczy ani Pawła, ani jego ojca.
„Postawiłam kropkę nad i – koniec z szukaniem Pawła” - zadecydowała w myślach.
Mieszkanie, w którym się całkiem nieźle czuła do tej pory, teraz stało się przeraźliwie puste i smutne. Za oknem umierało lato. „I ja też więdnę”. Przyjeżdżając do Wierzbiny prowadziła długie rozmowy z ojcem, długie i wyczerpujące. Siadywali obok siebie na fotelach w salonie, często trzymali się za ręce, jakby jedno z drugiego czerpało energię. Wypytywała ojca o swoje najwcześniejsze lata, a głównie o matkę, bo tak mało o niej wiedziała. Zastanawiała się, na ile jest podobna do mamy. Ojciec nie potwierdzał podobieństwa charakteru - „jesteś cała Żakówna” - mawiał. Natomiast widział, że ma sposób chodzenia i wiele gestów „zupełnie jak Nela”. Stefci tych opowieści wciąż było mało.
Skarbówka wreszcie zakończyła kontrolę nakładając na Edwarda duży podatek dodatkowy - „od wzbogacenia”. Stefcia wówczas specjalnie przyjechała do Wierzbiny w dzień roboczy i wraz z ojcem udała się do kierownika Urzędu Skarbowego. Rozmowa trwała ponad trzy godziny, a w efekcie ten dodatkowy podatek zmniejszono o połowę i pozwolono zapłacić w czterech ratach. To było bardzo duże ustępstwo. Edward aż zadzwonił po brata i wieczorem wspólnie opili sprawę. Stefcia nie mogła wypić, bo wracała autem do Krakowa, ale też czuła, że jej się należało „deczko alkoholu”, dlatego po powrocie wypiła trzy kieliszki babcinej nalewki – z czarnej porzeczki, co miało jej pójść na zdrowie, a nie na siódme poty, jak po nalewce z malin. Chociaż czy po malinkach aż tak się pociła? Nie zauważyła. Leżąc w pościeli znów wspominała Liama. On jeden był niezawodny, od początku do końca. Zapewne nigdy nie spotka takiego mężczyzny. Na samo wspomnienie jej serce drżało, a w oczach pojawiały się łzy. Nie chciała pamiętać tego, co było złe – jego śmierci i pogrzebu. Wolała myśleć o tym, jak tulił ją i pieścił, jak z nią rozmawiał, jaka była dla niego ważna. Czy teraz, gdzieś tam z wysoka, też się tak nią opiekował? Czy śledził jej poczynania? Czy usuwał wszystko to, co było niemiłe, nieprzyjemne? Czy był jej aniołem stróżem? „Och, Liam, Liam! Zadziałaj tak, abym miała dziecko. Ty wiesz, jak tego pragnę!”
Ale na razie czuła się straszliwie samotna, opuszczona, wręcz skazana...
Dzień był podobny do dnia. A nowe auto szybko zaakceptowała, „czuła” jego gabaryty i parkowanie nie było problemem. Po Krakowie niewiele nim jeździła, ale czuła się komfortowo jadąc do domu, do Wierzbiny. I cieszyła się radością Piotra, który wreszcie miał też „swoją brykę”. Tylko ojciec kręcił nosem, bo po co utrzymywać aż tyle samochodów – przecież wszystko kosztuje! I tak dawał synowi samochód, kiedy tylko on chciał i potrzebował. Ale Piotrek wiedział swoje – był szczęśliwy!
Zaczęło się szkolenie – raptem dwadzieścia trzy osoby. W każdą środę od ósmej rano do czternastej z jedną półgodzinną przerwą na kawę i papierosa. Prawie wszyscy uczestnicy kursu dużo palili. Czasem nawet wymykali się w trakcie wykładu na kilka „dymków”, a potem w pośpiechu wracali. Kursanci byli w różnym wieku, niektórzy znali się wcześniej, jednak Stefcia nie miała tam nikogo znajomego i nie starała się zawiązywać nowych znajomości, a już na pewno – nie przyjaźni. A może już nie umiała? Jej szczególną uwagę zwrócił wysoki, masywny mężczyzna, mający przynajmniej dwadzieścia kilogramów nadwagi (później dowiedziała się, że nazywał się Ryszard Boznański). On też palił papierosy. Sprawiał wrażenie samotnego, odizolowanego. Ale Stefcia nikogo nie zagadywała. Boznańskiego też nie. Kawę piła samotnie, bo w kawiarence było dość miejsca, by się nie przysiadać do innych. Piła kawę (strasznie byle jaką), przeglądała notatki z wykładu, a po przerwie zadawała pytania. Ona jedna miała zawsze tak dużo pytań. Po powrocie do domu znów studiowała swoje notatki. I odpoczywała.
Któregoś popołudnia zaskoczył ją dzwonek do drzwi – Marek? Paweł? Niestety nie – był to sąsiad, który kiedyś pomógł jej dźwigać ciężki wazon. Prosił o pożyczenie żelazka, bo jego akurat się zepsuło, a miał przed sobą ważne spotkanie. Stefcia chętnie mu pożyczyła, dodając, że nie musi się spieszyć z oddaniem, bo w tym tygodniu nie będzie nic prasowała. Kiedy po niedzieli odniósł – przy okazji się przedstawił – Andrzej Sokolik, mieszka pod dziewiątką. Stefcia zapytała, czy może ma chęć na kawę. Mężczyzna przyjął zaproszenie. Rozmowa była dość drętwa – „o wodzie, o pogodzie”, o tym jak się tu mieszka, jacy są sąsiedzi i jakie to szczęście, że w ich klatce nie ma małych dzieci, w sumie nic szczególnego. Oboje byli cokolwiek skrępowani. Pan wypił kawę, podziękował i wyszedł. Ale kilka dni później przyniósł jej bukiecik astrów.
- To z działki mojej kuzynki – powiedział niepewnie, wyciągając rękę z kwiatami i przestępując z nogi na nogę.
Stefcia zawahała się – czy ma znów zaprosić go na kawę? Nie chciała go aż tak obłaskawiać, bo jeszcze stanie się namolny. Podziękowała za kwiaty z miłym uśmiechem. I nic więcej. No i pan Andrzej sobie poszedł.
Później Stefcia myślała o nim – mógł mieć około czterdziestki, a może nawet pięćdziesiątki?Jego brązowe włosy na skroniach były mocno przyprószone siwizną, twarz sympatyczna o regularnych rysach, no, może niezupełnie, bo lewą brew miał wyższą. Oczy... nie zapamiętała koloru, ale jasne. Prosty zwyczajny nos, a usta wykrojone jak do pocałunków – piękne! Broda nieco zadarta. Mocno zarysowane szczęki. Był średniego wzrostu i skromnie ubrany – granatowe spodnie i koszula w niebieską kratkę. Miał buty czy kapcie? - nie pamiętała. Jeszcze zęby – olśniewająco białe, równe, stosunkowo drobne. Tak, zęby miał absolutnie wyjątkowe! Zapatrzyła się na nie. Ładnie się uśmiechał. Ciekawe, czy taki opis wystarczyłby dla milicyjnego rysownika – śmiała się w duchu sama z siebie. Andrzej Sokolik... Ale w sumie dobrze było mieć uczynnego sąsiada, bo nigdy nic nie wiadomo. Na razie kran nie kapał, wszystkie żarówki się paliły, nawet zlew się nie zatkał (na to bardzo uważała!). Jednak wieczorem leżąc w pościeli znów wspominała Liama. Tak bardzo pragnęła przytulić się do niego i w jego ramionach bezpiecznie usnąć. Dość miała tej ustawicznej samotności! Chyba dojrzała już do tego, by na poważnie związać się z mężczyzną. Choć mógłby być bodaj odrobinę podobny do Liama...
A czas płynął.

c.d.n.
fot. własna


sobota, 1 kwietnia 2023

STEFCIA Z WIERZBINY - tom III cz.10.


 STEFCIA Z WIERZBINY - tom III - cz.10. © Elżbieta Żukrowska

Cz.10.

Zaraz też młodzi odjechali.
Stefcia kątem oka widziała w oknach zaciekawione twarze, także u sąsiadów.
Paweł pomógł pownosić bagaże do mieszkania Stefci, a ona zaproponowała mu kawę.
- Mam też sok pomarańczowy – zimny! - kusiła - i herbatę. Do wyboru.
- Sok na pół z wodą. Ale najpierw muszę umyć ręce.
Stefcia przelała sok z kartonu do dzbanka i zajęła się wstawianiem do lodówki produktów przywiezionych z domu. Naraz zostawiła to wszystko, bo przypomniała sobie o kwiatach. Spryskała je obficie wodą, a później wstawiła do dwóch wazonów.
- Ten upał je zmaltretował, ale może nie wszystko stracone – powiedziała do Pawła.
A on nalał sobie do szklanki zimnej wody z czajnika i uzupełnił sokiem. Wypił duszkiem i od razu przygotował następną taką samą porcję.
- Tego mi było trzeba!
- Zjesz trochę ciasta?
- Jeśli to będzie sernik...
- Tak, sernik.
- To poproszę niewielki kawałek. W domu zapowiedziałem, że połowa sernika jest moja, niech nikt nie waży się wejść na moje poletko!
- Siadaj i odpoczywaj. Ja zaraz podam ciasto.
- Niech popatrzę na ciebie. Lubię na ciebie patrzeć. Zauważyłaś? Akty męskie należą do rzadkości, to ciało kobiety jest eksponowane.
- Chyba teraz to się trochę zmieniło...
- Nie zauważyłem. Mężczyzna nadal jest kanciasty i twardy. Natomiast ciało kobiety... Poezja!
- Nie znam się na malarstwie. - Stefcia zrobiła wysiłek, by zejść z niebezpiecznego tematu, chociaż delikatny flirt Pawła sprawiał jej przyjemność. - Ale moja kuzynka jest malarką, ta Dorotka ze Szwecji. Ona próbowała mnie przekonać, że kolor żółty, to nie jest zwykła żółć, jak na przykład kwiaty mleczu lub cytryna. Jeśli dobrze pamiętam, to jest także jasna ochra, ugier złoty i coś tam jeszcze, coś tam jeszcze. Podobnie brąz. Dla niej to jest wtedy żywiczna ochra, suchy ugier, sjena palona, brąz tytoniowy, kasztanowy i czarnej czekolady albo cynamonu. Nie wiem, czy dobrze wymieniłam... Usiłowała mnie też nauczyć rozróżniania koloru zielonego. Pokazywała drzewo i mówiła: popatrz tylko, ile odcieni jest na tym jednym drzewie. Wymieniała zieleń cyprysu, zieleń lasu, zieleń drzewa oliwnego. A przecież jest jeszcze zieleń traw, zieleń niedojrzałego owsa, głęboki szmaragd i zielonożółta ochra. Całe mnóstwo kolorów niezauważanych przez zwykłego zjadacza chleba. Kiedyś specjalnie dla mnie namalowała maleńką akwarelkę, taki zielono-szmaragdowy pejzażyk. Śliczności! A później powiedziała, że to kicz i zniszczyła obrazek. Wtedy się na nią poważnie zezłościłam...
- Umiesz się złościć? To całkiem do ciebie niepodobne!
- Umiem. I lepiej mi wtedy schodzić z drogi, bo mogę być niebezpieczna! - zaśmiała się Stefcia perliście.
- Coś mi się przypomniało odnośnie kolorów. Mój kolega, gdy nie umiał nazwać koloru mówił: „no wiesz, taki siny koperek w brąz”. I nigdy nie umiał pojąć, jaki to jest kolor łososiowy, a jaki róż indyjski. Dla niego to było wszystko jedno. Mieliśmy trochę o tym na studiach. No nic, odpocząłem i zmykam, bo moi za mną na pewno tęsknią. Ależ byli mile zaskoczeni tym bogactwem warzyw!
- Mógłbyś jeszcze zostać na godzinę lub dwie... - wyrwało się Stefci. To było jak zaproszenie i obietnica razem wzięte. Zupełnie niepotrzebne! - Ja mam właśnie zamiar odpoczywać.
- Cały dzień myślę o tym, że chcę cię pocałować, a żaden moment nie wydaje mi się stosowny... Wprost boję się tego kroku, tego, że możesz mnie spoliczkować...
- Nie spoliczkuję... I też o tym myślałam... Ale mamy czas.
- A ja myślę, że raczej tracimy czas!
Chciała mu powiedzieć, co myśli na ten temat. Że jego pragnie, ale dobrze wie, że to nie jest miłość. A skoro nie miłość, to ona nie ulegnie żadnej, nawet najsilniejszej pokusie. Dalej będzie czekać na miłość.
W końcu czym jest miłość?
A jeśli miłość nigdy nie przyjdzie? Jeśli nie dane jej będzie znów mocno pokochać? Może i jej już nikt nie pokocha... A już na pewno nie ktoś tak oszałamiający jak dzisiejszy Paweł...
Chciała mu powiedzieć, że takie zauroczenie trwa krótko. Może dwa lata, może pięć, a potem jest rozstanie, bo nie mogą już na siebie patrzeć, nie mają sobie nic do powiedzenia, przestali sobie ufać... Zanikła bliskość. Zamiast się wspierać – tylko wzajemnie się ranią. Po co zaczynać coś, co nie może się dobrze skończyć?
Ale wpadła w otwarte ramiona Pawła i nie mogła, nie chciała się od niego odsunąć. On zaś nie chciał wypuścić jej od siebie. Już sam zapach oszałamiał, a dotyk... Nigdy nie miał tak wielu „kosmatych myśli”, jak podczas spotkań ze Stefcią. Przestał się śpieszyć do domu. Nie było nic ważniejszego, niż ta dziewczyna!
- Chciałbym każdego ranka mówić ci, że masz cudowną skórę, najcieplejszy uśmiech i oczy wypełnione nieustannym uniesieniem. Chciałbym ci... tyle dać...
Nie planował, że to powie. Słowa same wyrwały się z jego ust.
Długo milczała wsłuchana w bicie jego serca.
- Idź już – powiedziała cicho i jakby z żalem. Odsunęła się delikatnie, a on miał wrażenie, że wypuszcza z rąk swoje szczęście.
Przestraszył ją?
Ujął twarz Stefci w obie ręce i kolejno po wielekroć ucałował jej oczy, brwi, czoło, wreszcie dotknął ust. Jego były miękkie i wilgotne, łagodne, czułe, słodkie... A Stefci usta drżały.
- Idź już – powtórzyła cicho.
Patrzył jej w oczy długo, natarczywie. Dlaczego była sama? Czy po śmierci męża była z innym facetem? Czy miewała romanse? Co ją tak przestraszyło? On bywał z kobietami. Dobre słowo – bywał. I odchodził. Na żadnej mu nie zależało. Ot, fizjologia. Do żadnej nie tęsknił. A tę jedną nagle chciał chronić. Chciał się nią opiekować. Dzielić z nią uczucie i szczęście. Życie z nią dzielić! Przecież nic o niej nie wiedział. Życzliwa i troskliwa. Zawsze spokojna i opanowana. Pracowita. Powściągliwa. Tyle zdołał zapamiętać. Pasowali do siebie, tego był pewien.
Pogładził jej włosy, uścisnął ramiona.
- Niedługo się odezwę – obiecał. W gardle miał gulę i bał się, że za chwilę się rozpłacze. On, mężczyzna. Twardziel. Może nie jakiś macho, ale normalny chłop. Ta dziewczyna go wzruszała i przyciągała do siebie. Była inna niż kobiety, które znał.
Była gwiazdką z nieba.
Ujął obie jej ręce i pochylił się, aby je ucałować. Obie. A później czołem dotknął każdej z nich.
Wyszedł z opuszczoną głową . Usłyszał jeszcze, jak jego Stenia przekręca zamki w drzwiach. Tak, będzie ją nazywał Stenią. „Moja Stenia”.
Stefcia źle się czuła. Niby nie chora, ale i nie zdrowa. W poniedziałek nic się jej nie chciało. Postanowiła nie zmuszać się do pracy i zwyczajnie odpocząć. Ale we wtorek nic nie było lepiej. Była apatyczna i senna. Najchętniej nie poszłaby do pracy. W środę było jeszcze gorzej. Z trudem zaplotła włosy, bo mdlały jej ręce. Wyszła do pracy kilka minut wcześniej niż zwykle, bo wiedziała, że nie da rady iść normalnym krokiem. W zasadzie przywlokła się do banku. Nic ją nie bolało, więc o co chodzi? Dlaczego słania się na nogach, a kawa zamiast pomóc jeszcze pogarsza jej stan? Nie chciała iść do lekarza. Odkąd zamieszkała w krakowskim mieszkaniu nie była w żadnej przychodni. Nawet nie wiedziała, do jakiej przychodni jest przypisana z racji zameldowania. W czwartek z trudem się umyła, ale już bez mycia włosów. Bała się, że zemdleje w łazience. Nikomu się nie skarżyła, lecz osiem godzin za biurkiem wydało się jej nie do przemęczenia. W piątek miała jechać do domu. Uświadomiła sobie, że to może być problem. W takim stanie nie powinna siadać za kierownicą. Poszła do dyrektora i poprosiła o dwa dni urlopu – na czwartek i piątek.
- Co się dzieje, pani Stefanio? Jakoś mizernie pani wygląda.
- Właśnie nie wiem, co się dzieje, ale źle się czuję. Chcę tam u siebie pójść do lekarza.
- Mierzyła pani ciśnienie?
- Nawet nie mam ciśnieniomierza...
Dyrektor ujął jej rękę.
- Ma pani bardzo zimne dłonie... Jest też pani blada. To chyba nie jest dobry pomysł, by siadała pani za kierownicą. Może niech nasz pan Kazio panią odwiezie.
- Dziękuję, panie dyrektorze, ale nie. Zaraz wypiję kawę i pójdę do domu. Ten spacer mnie wzmocni. Wszystkie papiery są w porządku. Wczoraj oddałam ostatnie sprawozdanie. Boże, aż się boję, że mogą być w nim błędy, bo nie mogłam się skupić... To już dziś jadę do domu. Gdyby się okazało, że muszę na zwolnienie, to zaraz pana powiadomię telefonicznie.
- Proszę jeszcze zostawić podanie o urlop w sekretariacie. I zdrowia życzę.
Do Wierzbiny jechała bardzo wolno, zajęło to o godzinę więcej czasu niż zwykle. Za to podjechała prosto do przychodni. Chciało się jej pić, a oczy same się zamykały. W rejestracji siedziała znajoma, więc poprosiła ją, aby zadzwoniła do ojca, aby po nią przyjechał. W gabinecie przyjęła ją nieznana młoda lekarka (stażystka?). Stefcia faktycznie miała niskie ciśnienie osiemdziesiąt siedem na pięćdziesiąt siedem.
- Wypiszę pani skierowanie do szpitala.
- Mowy nie ma. Są przecież jakieś leki!
- To znaczy jakie?
Nie miała siły droczyć się z lekarką. Bała się, że jeszcze chwila i zemdleje. Zresztą rzeczywiście zemdlała nie zdążywszy nawet zamknąć za sobą drzwi. Przy upadku stłukła mocno lewą rękę. Siniak pojawił się także na twarzy.
Edward przyjechał tuż po tym, jak Stefcię zabrała karetka. Pojechał za nią do szpitala. Pomimo leków co chwila „odpływała”, budziła się i znów zapadała w odrętwienie. Po godzinie sytuacja się unormowała, ale pozostanie w szpitalu było koniecznością. Dała ojcu kluczyki i dokumenty samochodu.
Babcia bardzo się zdziwiła widząc samochód Stefci, ale bez Stefci. Właśnie na podwórku rozmawiała z panem Władeczkiem.
- Już wszystko dobrze. Jest w naszym szpitalu. Ma bardzo niskie ciśnienie. Uszykuj jej coś lekkiego do zjedzenia, bo na dziś nie ma zaprowiantowania. I zrób jej kawę w tym małym termosiku. Mam zanieść do szpitala jakąś piżamę, ręczniki i tak dalej, sama wiesz, co potrzeba. Teraz idę po swój samochód, ale pojadę jeszcze do biura. Wrócę normalnie, jak zawsze. Może naleśniki z serem jej zrób. Ona dużo nie zje. Jest bardzo osłabiona. Ładują w nią kroplówkę za kroplówką. Już wraca do żywych. Całe szczęście, że udało się jej dojechać do Wierzbiny bez wypadku. W przychodni straciła przytomność. Gorzej, gdyby to się stało na trasie. - Edward wyjaśnił to pospiesznie i już go nie było.
Babcia zmartwiła się. Wysłała Władeczka po twaróg, a sama zajęła się gotowaniem. W międzyczasie uszykowała rzeczy Stefci potrzebne w szpitalu. I oczywiście modliła się. Cała babcia.
Na szczęście Stefcia bardzo szybko dochodziła do siebie. Zaraz po pierwszej niedzieli chciała się wypisać ze szpitala. Lekarze byli jednak nieugięci. W części za sprawą Beli – w osobistej rozmowie przekonał ordynatora, że Stefcia ma w szpitalu pozostać jak najdłużej, a on ze swojej strony wybije jej z głowy pomysł o wyjściu na własne żądanie.
Pierwsze trzy dni Stefcia faktycznie spędziła leżąc plackiem w szpitalnym łóżku. Była słaba, lecz bała się, że takie leżenie całkiem ją sił pozbawi, bo podobno łóżko wyciąga... cokolwiek to znaczy. Poprosiła babcię, aby zadzwoniła do Kamila. On jeden miał zapasowe klucze od mieszkania Stefci i w związku z tym tylko on mógł podlać kwiuatki. A ona w szpitalu miała dużo gości, co w czteroosobowej sali było dość kłopotliwe, więc o ile tylko aura na to pozwalała, wychodziła na zewnątrz na ławeczkę. Odwiedzała ją najbliższa rodzina, ale nie tylko, bo wpadły dwie koleżanki z dawnej klasy, nawet Piotrek z kolegą (co wprawiło Stefcię w niesamowite zdumienie), a także Hania Jędruś. Jej odwiedziny były wielkim zaskoczeniem, bo nie spotkały się z Hanią od jej ślubu. Stefcia nie była na weselu Hani, ale na ślubie – tak. Teraz Hania odwiedziła ją kilka razy. Szczerze wyznała, że ucieka w ten sposób od rodzinnych obowiązków, że brakuje jej odpoczynku od własnych, najukochańszych dzieci. A przede wszystkim od męża, z którym jej się fatalnie układa. Obiecała, że odwiedzi Stefcię w Krakowie, że potraktuje to jako doskonały pretekst na urwanie się z domu.
- Haniu, ale ja na każdy weekend przyjeżdżam do Wierzbiny!
- O, to trochę szkoda... Może jednak kiedyś coś się zmieni... Zadzwoń wtedy do mnie. Już ci zostawiam numer telefonu. Mam wrażenie, że jestem u siebie jak konie w kieracie. Okropność! Cała moja młodość, moja energia są zarzynane bez znieczulenia. Chciałabym do kawiarni, do teatru, na spacer po plantach... Chciałabym czegoś odświętnego, innego.
- Zobaczę, co się da zrobić, ale niczego nie obiecuję. Przyjeżdżam do Wierzbiny aby pomóc tacie i babci. Oni tego potrzebują. Babcia musi mieć usunięty każdy pyłek. A tato jest niezadowolony, gdy porządki robi jakaś wynajęta kobieta. Muszę pamiętać o jego sercu.
- Tymczasem sama masz kłopoty z sercem...
- No widzisz? - serce mi się lodem pokryło! - Stefcia zażartowała wesoło, ale zaraz dodała poważnie: - Chyba już się wszystko unormowało. Dostanę leki i będzie dobrze.
- Masz jakiegoś faceta?
Pytanie zaskoczyło Stefcię. Chwilę się zastanawiała.
- I mam, i nie mam. Raczej jestem na dobrej drodze aby mieć. Ale to jeszcze nic pewnego. Haniu, ze mnie jest bardzo dziwna postać. W Krakowie nie mam żadnych koleżanek, przyjaciółek. Mam kłopoty z nawiązywaniem znajomości. W zasadzie prawie nikt mnie nie odwiedza i sama nigdzie nie chodzę. Zapewne jestem kłopotliwym singlem, a takich się do siebie nie zaprasza, chociaż w Krakowie jest kilka dziewczyn z mojego roku. Kilka razy spotkałam je na ulicy lub w sklepie. Jedna nawet była w moim banku. Nie zaowocowało to prywatnymi spotkaniami wieczorową porą...
- No a ten chłopak? Co to za jeden?
- Wdowiec nieco starszy ode mnie. Może o jakieś pięć lat. Ale prawdę powiedziawszy słabo iskrzy między nami. To przeze mnie, bo ”i chciałabym i boję się”. Może boję się związku w ogóle. A miłości w szczególności.
- Ma dzieci?
- Bezdzietny. Jego żona zginęła w wypadku, gdy była w końcówce ciąży. To bardzo ciepły i sympatyczny mężczyzna, ale przeszedł przez straszną traumę. O takich wydarzeniach się nigdy nie zapomni, wiem coś o tym...
- Ja na twoim miejscu latałabym po kawiarniach i restauracjach. Kiedy ostatnio byłaś w kinie? W ogóle bywasz gdzieś?
- Sama mam chodzić? Boję się sama chodzić po zmierzchu. To nie jest bezpieczne nawet w takim mieście jak Kraków. Sama to mogę w dzień iść do budki na lody. A poza tym cóż to za przyjemność chodzić samej? Mam książki, mam telewizor i to mi wystarcza. No i mam pracę.
- Jak ma na imię?
- Paweł. Był tu, w Wierzbinie. Babci się podobał. Ale ja mam wątpliwości...
- No a... jest między wami chemia?
- Och, zadajesz takie pytania... Daj spokój, Haniu. Co ma być to i tak będzie. W pewnym sensie to nawet życie mi obrzydło... Ty chcesz do Krakowa, a mnie nie chce się tam wracać... Już od dawna planuję zostać na stałe w Wierzbinie. Nie zależy mi na dużych zarobkach, jednak chciałabym mieć tu jakąś stabilną pracę.
- Jeśli mówisz o tym na serio, to powinnaś otworzyć jakiś własny biznes. Na przykład biuro podatkowe, albo coś w tym stylu. Jednakże w naszych małomiasteczkowych warunkach skażesz się w ten sposób na izolację. Bo też kto przyjdzie do takiego biura? Stare śmierdzące capem chłopy, zalatane, zapracowane. A Kraków to jednak Kraków. Tu się ciągle coś dzieje, jednakże trzeba chcieć z tego korzystać. Podkreślam – chcieć. No i mieć pieniądze na realizację swoich marzeń. A z tym – przynajmniej u mnie – bywa kiepsko.
Już dzień wcześniej zbierało się na burzę, ale jakoś przeszła bokiem. Teraz głośno zagrzmiało, niespodzianie dla dziewcząt, bo nie słyszały wcześniejszych pomruków. Hania poderwała się z ławki.
- Uciekam. Może zdążę zajechać przed nawałnicą. Nie lubię jeździć w czasie burzy.
Stefcia też się podniosła.
- Pójdę trochę poleżeć. Ostatnio ciągle jestem zmęczona. Niby już wszystko dobrze, a ja taka jestem ospała. To do mnie nie podobne!
Kuzynki uścisnęły się. Hania obiecała, że jeszcze przyjedzie któregoś dnia i prędko odeszła. A grzmoty były coraz bliższe, trzaskające, groźne. Zerwał się gwałtowny wiatr i szarpał czuprynami drzew. Stefcia pospiesznie poszła do swojej sali. W deszcz zawsze się jej dobrze spało.
Burza była gwałtowna jak nigdy. Miało się wrażenie, że chmury nadciągnęły z czterech stron świata i nad Wierzbiną biły się o to, która jest silniejsza. Wyładowania należały do wyjątkowo głośnych. I bliskich. Nie upłynęło wiele czasu, a zawyły syreny straży pożarnej. Stefcia z pewnym strachem myślała o swoich bliskich. I o Tajkim, który bardzo bał się burzy. A ona przycichła dopiero po dwudziestej pierwszej, jednak pozostał deszcz – niezwykle gwałtowny, obfity. Ulicami popłynęły potoki pełne różnego śmiecia, jednak głównie zielonych liści i małych gałązek.
- Jak się czujecie kobietki? - zapytała wchodząc do sali pielęgniarka. - W Chłopuchach drzewo spadło na dom. Są ranni. Przywieziono do szpitala kobietę z dzieckiem. Eh, te żywioły. No nic. Zmierzę paniom ciśnienie.
Na drugi dzień okazało się, że zniszczeń jest więcej. W samej Wierzbinie wichura połamała dużo konarów i wywróciła kilka starych drzew. Całe szczęście, że nie na domy i nie na auta. A gdzieś w pobliżu piorun zabił krowę na pastwisku. Dobrze, że tylko jedną, bo pod kępą brzóz i wierzb skupiło się całe stado.
Na drugi dzień babcia przyniosła jeszcze gorszą wiadomość – Tajki nie żyje, ktoś go otruł. Milicja ma to w nosie, a Edward przypuszcza, że może szykuje się jakaś poważna kradzież. Przez miasteczko przetoczyła się już fala kradzieży – auta, rowery, nawet spodnie dżinsowe z balkonów i pościel pozostawiona na noc na sznurach do wyschnięcia. Kradzież ogórków w sezonie, albo i pomidorów, nie przyniesie nikomu dużych zysków, więc o co tu chodzi? - zastanawiał się Edward.
- Dobrze, że mamy kraty w oknach – samą siebie pocieszała babcia. W domu było sporo pieniędzy i Stefci brylantów, wprawdzie starannie ukrytych, ale przez nie można stracić życie... Bo nie znajdą, a zabiją... Bała się. Po wyjściu wnuczki ze szpitala miała zamiar pojechać z nią do Tomka chociaż na tydzień, jednak jak zostawić samego Edzia i dom bez opieki? Kaleki pan Władeczek to żaden stróż...
A Stefcia, chociaż mówiła rodzinie i znajomym, że czuje się dobrze, to jednak wcale się tak wyśmienicie nie czuła. Nadal była słaba, ociężała, na szczęście już nie mdlejąca. Jednak z całą pewnością nie było w niej dawnego wigoru i właśnie stryj Tomasz miał ten wigor przywrócić. O ile zdoła. Bela obiecał zawieźć je samochodem, bo Stefcia mimo wszystko na tak długą podróż jako kierowca nie powinna startować. Zaś podróż pociągiem z przesiadkami w upalne lato była zbyt uciążliwa.

c.d.n.
fot. Mirosława Pisarkiewicz


środa, 29 marca 2023

NIE MA NIC



Nie ma nic - © Elżbieta Żukrowska

Otwierasz oczy
aby szybko zamknąć
by nieznanym zmysłem
odnaleźć na wpół zapomniany zapach
ślad dotyku
drżenie rąk
i ust
Nie ma nic ważniejszego
nad wspomnienie tamtej miłości
kiedy księżyc spadał z nieba
na białe narcyzy
kiedy wiosną kumkały wam żaby
ten niepowtarzalny koncert
a serca biły wspólny rym
Nie ma nic

Choszczno, 29 marca 2023 r.
fot. Pixabay



sobota, 25 marca 2023

STEFCIA Z WIERZBINY - tom III - cz.9.


 STEFCIA Z WIERZBINY - tom III - cz.9..

Cz.9.

Było całkiem przyjemnie jechać w roli pasażera. Rozmawiali znów o błahostkach, tak lekko i przyjemnie. Stefcia miała ochotę zapytać go o matkę, z niejasnych dla siebie powodów jakoś nie śmiała. Ale od czasu do czasu popatrywała na na Pawła, ciesząc się jego nowym, odmienionym wyglądem. Mógł zawrócić w głowie nie jednej dziewczynie. Mógł jej zawrócić w głowie!
W Wierzbinie poprosiła Pawła, by zatrzymał się koło cukierni państwa Jarocińskich, gdzie kupiła eklerki i trochę ciastek tortowych. Przypuszczała, że babcia nic nie upiecze. A tu niespodzianka – drożdżowe jagodzianki! Piotrek wyrobił drożdżowe ciasto i teraz puszył się jak paw! Babcia zrobiła resztę – bułeczki były jeszcze gorące. Wszyscy rozsiedli się na werandzie z kawą i słodkościami.
Dom i cała posesja zrobiły na Pawle mocne wrażenie, tym bardziej, że wszystko było takie zadbane, wręcz wypucowane, co również było zasługą Piotra, pracował w piątek w pocie czoła za siebie i za siostrę. Paweł dla babci miał bukiet róż, a dla ojca Stefci butelkę dobrej wódki. O Piotrze jakoś nie pomyślał, nie sądził chyba, że jest to dorosły mężczyzna. Natomiast Tajki, po chwili wrogości, dał się obłaskawić i tylko obwąchiwał Pawła nogawki.
- Pięknie tu u państwa – stwierdził Paweł. Z okien werandy widać było kwiaty i sad z równo przyciętą trawą. A z lewej strony ciągnął się rząd szklarni i namiotów foliowych. - A te szklarnie wręcz mnie zdumiały. Stenia nie wspomniała o nich ani słowem!
- Tak sobie mieszkamy, pracujemy, jest prawie jak na wsi – odpowiedział mu Edward.
- Wcale już się nie dziwię, że pańska córka wraca tu w każdy weekend. W naszym domu mieszkają cztery rodziny. Każda ma maleńki ogródek, na tyle mały, że w naszym jest tam tylko trochę kwiatów. Zaś sąsiedzi za domem mają mikroskopijne ogródki warzywne, ale słabo nawożą glebę, to i zbiorów wielkich nie mają. Lepiej by tam było zrobić plac zabaw dla dzieci, bo wszyscy mają wnuki. Albo chociaż skromny trawniczek.
Stefcia tylko chwilami uczestniczyła w rozmowie. Prała, rozwieszała pranie, robiła obiad (gołąbki!), skontrolowała pokoje na piętrze i ubrała świeżą pościel dla Pawła. Babcia krążyła między werandą a kuchnią, wypytywała o Pawła, ciekawa była, co to za chłopak, ale wnuczka miała o nim skąpe wiadomości, więc „wracała do źródła” i zadawała dużo pytań gościowi.
- Babciu, to nie jest mój chłopak. To tylko kolega! - strofowała ją Stefcia.
- Jest bardzo miły. Szkoda, że to nie twój chłopak. Ale chyba go trochę lubisz? Jest szalenie przystojny! Kiedyś się mówiło, że taki chłopak aż rwie dziewczynom oczy!
Obiad zjedzono w salonie. Paweł był zachwycony gołąbkami.
- Niestety, na jutro też są przewidziane gołąbki – uprzedziła go. - Na Mokradełku urosły takie piękne głowy, że aż szkoda nie zrobić gołąbków.
- I bardzo dobrze! Już całe wieki nie jadłem gołąbków.
- A ja teraz jadę na cmentarz. Piotrek mnie zawiezie samochodem taty. Troszkę odpocznę od tych garnków i kapuścianych zapachów.
- A może ja bym mógł? Choć troszkę zobaczyłbym Wierzbinę - wprosił się Paweł.
- Oczywiście, że możesz. A później przejedziemy się po miasteczku. Możemy się nawet przespacerować.
- I dać trochę materiału na plotki sąsiadom – dodał Paweł z szerokim uśmiechem.
- O tak! Koniecznie! Idę się przebrać.
W kilka minut później zeszła z góry w letniej zielonej sukience w kwiaty i w kapeluszu z szerokim rondem. Miała w ręce reklamówkę ze zniczami, którą natychmiast wziął od niej. Wyglądała olśniewająco. Patrząc na nią z zachwytem dawał do zrozumienia, jak bardzo mu się podoba. Nie pierwszy raz widział ją w kapeluszu, ale dziś poczuł uderzenie gorąca... Była cudna! W samochodzie założyła duże słoneczne okulary – zasłaniały jej pół twarzy.
Gdy dojeżdżali do cmentarza powiedział Stefci, że jest doskonałym pilotem.
- Gdy się zna drogę to zadanie jest proste.
- Ale mi chodzi o to, że ty wszystkie informacje, na przykład o zakrętach, podajesz we właściwym czasie. Tak było, gdy jechaliśmy do Wierzbiny i tak jest teraz. No i nie krzyczysz co chwila „zwolnij, zwolnij!” jak to robi moja mama.
- Starsze osoby boją się prędkości. Chociaż muszę przyznać, że moje babcia ma do nas wszystkich pełne zaufanie i nie upomina się o zmniejszenie prędkości. Nawet Piotra obdarza takim zaufaniem, chociaż on ma najmniejszy staż jako kierowca. Jak się czuje twoja mama?
Wysiedli już z samochodu i szli cmentarną alejką.
- Niespecjalnie. Przeszła kilka operacji, miała naświetlania i chemioterapię, ale teraz jest coraz gorzej. W zasadzie nie powinienem narzekać na to, że co tydzień jeździsz do swoich, bo też jestem zajęty. W domu muszę pomagać ojcu albo wozić go na odwiedziny do szpitala. Ostatnio dwa razy mama leżała w Krakowie. A gdy mama jest w domu to tym bardziej nie mam wolnego. Dziś dostałem urlop dzięki temu, że przyjechała mamy siostra i będzie u nas przez tydzień, a może nawet przez dwa. Teraz ona się wszystkim zajmuje. Jednak i tak mama chce, abym jej czytał książki. Przedtem czytała sama, ale ostatnio nawet te cienkie są dla niej za ciężkie. Mówi, że ręce jej mdleją. Więc czy chcę, czy nie, muszę brnąć przez różne romanse. Ostatnio czytam „Przeminęło z wiatrem”. Rzecz polega między innymi na tym, że mama chce, aby niektóre fragmenty czytać jej nawet po dwa, trzy razy. Być może chwilami przysypia i gubi wątek. Czasem przerywa mi czytanie i mówi, jak tam coś zrozumiała, pyta czy ja się z tym zgadzam, albo czy też tak sądzę lub prosi o przypomnienie czegoś z dowolnego miejsca już przeczytanej powieści. Mnie to nie irytuje, bo w końcu czytam dla mamy. A tato się irytuje, nie mówiąc już o mojej siostrze. Tak więc od dwóch miesięcy do czytania jestem tylko ja... To już tutaj?
- Tak, to jest nasz grób. Trzy miejsca, akurat w sam raz. Pomożesz mi przy zniczach? Piotrek zawsze ustawia je tak daleko, że nie mogę dosięgnąć... Znów nie wszystkie wkłady się wypaliły... Kwiatów teraz nie przynoszę, bo jest za duży upał, za chwilę wszystkie by zwiędły. Lepsze są stroiki, jednakże nie przepadam za nimi, bo są to w większości plastikowe kwiatki, a takich zwyczajnie nie lubię. Ale na więcej stroików i tak już nie ma miejsca.
Stefcia zamilkła, a widząc, że zrobiła znak krzyża na piersiach, Paweł domyślił się, że się modli, zatem i on się pomodlił za spoczywających w tym grobie. Czytał napisy mówiące o zmarłych i domyślał się, co to za osoby. Liam Rybbing? - zagadkowa postać, na wszelki wypadek powstrzymał się z pytaniami. Razem „oporządzili” znicze, Stefcia chusteczką higieniczną zmiotła kilka śmieci a później dala sygnał do powrotu.
- Usiądźmy na chwilę – poprosił Paweł. - Bardzo lubię cmentarze, ich specyficzne klimaty. Sporo ludzi się tu kręci, zapewne dzięki dobrej pogodzie.
- W takich małych miasteczkach pójście na cmentarz to jest jak spacer po deptaku. Taka chwila zwolnienia w codziennym zabieganiu, często czas refleksji. Przychodząc tu zazwyczaj rozmawiam z moimi zmarłymi, ale dziś jakoś nie jestem w odpowiednim nastroju. - Ktoś ukłonił się Stefci, a ona odpowiedziała. Ktoś inny z daleka pomachał do niej ręką. - W takiej małej mieścinie prawie wszyscy się znają. Ale być może to się zmieni, bo mają wiosną zacząć budowę olbrzymiego osiedla niedaleko naszego siedliska.
- Zawsze mnie zastanawia, czy gospodarz terenu bierze jednocześnie pod uwagę możliwość zatrudnienia tych ludzi. I to najlepiej w pobliżu. Nie sztuka ściągnąć ludzi do miasta, trzeba im jeszcze zapewnić warunki do godnego życia. Tu najważniejsza jest praca. Oczywiście do tego powinna być szkoła, przedszkole, a nawet żłobek, jakieś sklepy i punkty usługowe. Bez tego osiedle będzie jak bez duszy. Jeszcze parkingi, bo mamy coraz więcej aut. Może jakiś punkt służby zdrowia i poczta. Wszystko zależy od tego, jak duże to ma być osiedle.
Stefcia nie odpowiedziała, ale po chwili wstała z ławeczki i oboje ruszyli alejką do wyjścia. Miał wrażenie, że myślami jest bardzo daleko. Jeszcze dwie kobiety i jeden mężczyzna ją pozdrowili, a ona odpowiedziała skinieniem głowy. Nie zatrzymała się na rozmowę, chociaż jedna z kobiet wyraźnie tego oczekiwała. W samochodzie zdjęła okulary, bo teraz mieli słońce za plecami. Jechali w milczeniu. Dopiero pod domem Paweł zadał to pytanie, którego się obawiała – o Liama.
- To mój zmarły mąż – powiedziała krótko.
Chciał wiedzieć więcej, ale powstrzymał się przed zadawaniem pytań, on też miał zmarłą żonę i nie chciał o tym rozmawiać. Rozumiał Stefcię. Później był długi spacer po Wierzbinie – centralny rynek i stare kamieniczki, kościół, amfiteatr, wiekowe domki na obrzeżach miasteczka, aż dziw, że zachowały się w tak dobrym stanie, wreszcie dom stryja Beli w dużym ogrodzie. Półgodzinny odpoczynek na ławeczce nad jeziorkiem. I powrót na ulicę Cichą.
W domu był już stryj Bela z żoną i Hubertem, a Piotrek do spółki z babcią donosili nowe, pachnące półmiski. Pawłowi podobało się, że kawę i herbatę podawano w dzbankach. Zanim usiadł do stołu Stefcia zaprowadziła go na piętro do szarego pokoju.
- Tu jest łazienka, a tu mój pokój. Tamte drzwi są do Piotra – objaśniła po drodze. - Możesz się odświeżyć i zejść jak najszybciej na dół, bo babcine smakołyki już czekają. A i stryj Bela jest ciebie bardzo ciekawy – zakończyła z uśmiechem.
Zanim się odsunęła – objął ją na moment i przytulił. Wyglądała na zaskoczoną, ale nic nie powiedziała. Ani się nie wyrywała, ani też do niego nie przylgnęła. Wyczuł jej niechęć i natychmiast zwolnił uścisk. Zniknęła za drzwiami swego pokoju. Chciał zobaczyć jak on wygląda, jednak na razie nie miał do tego okazji.
Wieczór był bardzo wesoły, trochę hałaśliwy, jedzono smakowitości i pito alkohol. Bela jak zwykle palił cygara. Pawłowi podobała się się ta rodzinna, miła atmosfera. Tu nikt nie prawił złośliwości i nikomu nie przygadywał. Płynęły wartkie opowieści Beli, a Basia podpowiadała mu o czym jeszcze powinien opowiedzieć. Czasem włączała się babcia ze swymi egipskimi i włoskimi wspomnieniami, czasem Piotrek zabawnie mówiący o Pineto lub o studenckich „wyczynach”. Stefcia co najwyżej się uśmiechała, mówiła mało, za to sprawiała wrażenie bardzo zmęczonej. Po krótkim odpoczynku wyszła do kuchni i długo jej nie było, aż Paweł poszedł skontrolować, co się z nią dzieje. Znalazł ją przy stole obierającą czosnek. Na podłodze w misce były umyte ogórki, a na szafce rząd słoi przygotowanych do zakiszenia zbioru.
- Mogę ci jakoś pomóc? - zapytał stając w drzwiach. - Dlaczego zostałaś z tym sama?
- Muszę wyręczyć babcię. Jutro jest niedziela, a nie chcę kisić ogórków przy święcie. Jeśli chcesz, to do każdego słoika możesz włożyć gałązkę kopru a później plasterek chrzanu.
- U nas też kisi się ogórki. Bardzo lubię małosolne. Moja siostra robi wtedy smalec ze skwarkami i wszyscy się tym zajadamy. Lepsze od wędliny.
- Piotrek jutro przygotuje dla ciebie trochę warzyw. Mamy ich bardzo dużo. A ja babcię przekonałam wreszcie do tego, by nie robiła więcej niż czterdzieści, góra pięćdziesiąt słoików, bo w końcu kto to zje? Kiedyś robiła dużo więcej, a potem rozdawała. Teraz rozdaje zerwane ogórki i niech każdy sam je sobie zaprawia. Piotrek mówił, że pomidory zaczynają dojrzewać. Jutro po obiedzie pojedzie do Karolinki, gdzie jest takie samo gospodarstwo, spadek po Piotrka mamie, a my żartujemy, że to ją jego osobiste włości. Na razie tam dowodzi dziadek Piotra z żoną, czyli Helenka i Miecio Wielgusowie. Bardzo fajne starsze małżeństwo.
- A mógłbym pojechać z twoim bratem? Bardzo jestem ciekaw...
- Oczywiście, że możesz. Tamto gospodarstwo jest nastawione przede wszystkim na kwiaty, ale jest też trochę warzyw. Mam też dwa hektary ziemi za Wierzbiną. Mówię „mam”, bo to ja jestem właścicielką... - zaśmiała się Stefcia. - Jednak nie dorobiliśmy się traktora, więc musimy zawsze wynajmować, aby i tę ziemię uprawiać. Zresztą dla dwóch hektarów ziemi nie opłaca się kupować traktora... W tym roku jest tam głównie kapusta, kalafiory, brokuły i kalarepa. I chyba sporo porów. Nie byłam, więc i nie pamiętam. W zasadzie nigdy nie pomagałam tak na serio przy uprawach, bo tato mnie do tego nie dopuszczał. Któregoś roku flancowałam kapustę brukselkę, a później miałam problemy z kręgosłupem i tato postawił stanowcze veto...
- Chyba bardzo dużo musicie pracować...
- Zatrudniamy ludzi. Tato przecież pracuje na etacie, ale i tak musi tu wszystko ogarniać.
- Na etacie?
- Jest prezesem spółdzielni wielobranżowej. Powinien iść na rentę po ostatnich kłopotach sercowych, ale nie chce... Tu ma takiego pana Władeczka do pomocy, swoją prawą rękę. Ale w sobotę jeździ o świcie na giełdę i dlatego teraz jest taki zmęczony, choć po powrocie trochę się przespał. Ma za mało odpoczynku. O wiele za mało... Ale my już tacy pracusie... Muszę umyć okna na werandzie i w salonie. Ostatnio tato zatrudnił do mycia jedną z sąsiadek, później stwierdził, że nie umyła dobrze, a tylko brud rozmazała, więc wolę zrobić to sama. Chyba nawet jutro, bo przecież teraz przy gościach nie będę myła. Jednak nie lubię robić takich prac w niedzielę.
- To może zostaw to na za tydzień.
- Może... Ale za tydzień chciałabym zrobić generalne porządki w piwnicy. Powinnam to zrobić w maju, albo na początku czerwca, ale Piotrek był zajęty.
Stefcia skończyła obierać czosnek i zaczęła wkładać go do słoików. W dwóch garnkach zagotowała się już woda, więc starannie odmierzyła do niej sól i zajęła się układaniem ogórków w słojach. Paweł patrzył, jak uważnie to robi i po chwili zapytał, czy on również tak może.
- Jasne. W domu też tak pomagasz mamie?
- Kiedyś pomagałem. Teraz moja siostra sama się tym zajmuje.
- Jak ona ma na imię?
- Zosia. Dobrze, że mieszkamy blisko siebie. Trzyma rękę na pulsie gdy ja jestem w pracy. Ale ma dzieci, a one męczą moją mamę. Mama potrzebuje spokoju. Więc tato zabiera dzieci na spacer, a Zosia zajmuje się domem. Dwójka starszych już chodzi do szkoły, jednak teraz są wakacje... Z rana przychodzi do mamy pielęgniarka. Czasem przywołuje lekarza. Teraz znów się mówi, że mama powinna do szpitala. Jest kiepsko. Kroplówki ją wzmacniają, ale... Ona waży niespełna czterdzieści pięć kilogramów... Sucharek taki...
- To taka paskudna, wyniszczająca choroba...
- No właśnie... Wiesz, że jestem wdowcem?
- Tak. Pan Czesio mi powiedział. A ja wdową. W zasadzie to nie wiadomo czy wdową, czy panną – znów się zaśmiała.
- Jak to? - zdziwił się Paweł.
- Na ostatniej kolędzie ksiądz mnie uświadomił, że w świetle prawa kościelnego to jednak jestem panną. Mieliśmy tylko ślub cywilny. W czerwcu w siedemdziesiątym siódmym roku planowaliśmy ślub kościelny, jednak Liam odszedł w kwietniu. Na zawsze... Miał wypadek. I moje życie też jakby się skończyło. Długo nie mogłam się otrząsnąć.
- Wiem jak to jest...
- Czasami nadal czuję się bardzo samotna.
- Chciałabyś się z kimś związać?
- Nie wiem... Chciałabym mieć dziecko – powiedziała, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo się odkrywa.
Zadzwonił telefon i Stefcia odebrała. Odezwał się Wiktor, ale Paweł, chociaż obecny tuż obok, nic nie rozumiał, bo rozmawiali po szwedzku. Ledwie skończyła rozmowę telefon odezwał się ponownie, tym razem była to Dorotka i rozmowa toczyła się po polsku. Z tego co słyszał, zrozumiał, że Stefcia cieszy się z jakiegoś wernisażu, i że ma się spodziewać przesyłki ze Szwecji. Nikt z domowników nie zainteresował się dzwoniącym telefonem, nikt nie przyszedł zapytać kto był z drugiej strony...
Skończyli pracę przy ogórkach, Paweł pozakręcał wszystkie słoiki, a Stefcia z grubsza sprzątnęła kuchnię i wreszcie mogli dołączyć do towarzystwa na werandzie. Bela ze swoim cygarem siedział na progu werandy. Edward napełnił kieliszki, teraz także dla Pawła, ale on nie bardzo był chętny do picia, wszak nazajutrz siadał za kierownicą. Babcia z Basią spacerowały między drzewami, a Hubert z Piotrem stali przy otwartej drugiej szklarni. Bela gwizdnął na nich i młodzi zaraz przyszli.
- Dorotka w październiku będzie miała wernisaż w Londynie. - Powiedziała Stefcia, gdy babcia z synową usiadły na werandzie. - Zaprasza nas wszystkich. Aż skakała z radości. A w jakimś francuskim czasopiśmie zamieszcza teraz karykatury polityków i dobrze jej za to płacą. Telefonował też Wiktor. To taki grzecznościowy telefon. Wszystko u nich w porządku, a mała Wiktoria zdrowo się chowa. Natomiast Grażynka ma kłopoty ze zgubieniem nadwagi, co Wiktora wcale nie martwi. Żartował, że ma teraz kobietę, a nie dzierlatkę. Hubert, ty zrób dla pań lekkie drinki. Te z zielonym sokiem, dobrze? Twoje są najlepsze. A ty, Piotrek, ucz się, bo następne ty będziesz robił.
- O, tak, tak, tak – ucieszyła się Basia. - Jestem bardzo za twoim drinkiem. Mój może być nieco bardziej miętowy.
Towarzystwo rozeszło się dopiero po dwudziestej drugiej. Bela był chętny posiedzieć dłużej, ale Basia przypomniała mu, że Edward musi się wyspać, gdyż miał zarwaną nockę.
W niedzielę rano w całym domu pachniało świeżym ciastem, bo Stefcia upiekła dwie blaszki sernika (jednocześnie), jedną z myślą o Pawle, a drugą dla siebie. Obie były nadal w piekarniku, bo tam musiały pozostać aż do wystygnięcia. Kiedy on zszedł na dół okna na werandzie i w salonie były już umyte. Czyli dziewczyna musiała wstać o świcie. Piotrek był na przebieżce z psem, a Edward nastawił w kuchni ekspres. Zapach kawy mieszał się z zapachem sernika. Babci na razie nie było widać. Stefcia chyba brała prysznic, bo było słychać szum wody.
- Chcesz coś konkretnego, czy wystarczą ci jagodzianki do kawy? - zapytał Edward gdy się już przywitali.
- Jagodzianki są więcej niż w sam raz – odpowiedział Paweł z uśmiechem. - Są doskonałe.
- Tu masz mleko, tu cukier, a tu kubeczki. Samoobsługa z rana, bo nie wiem, co lubisz – zadysponował Edward.
Po chwili zajrzała do kuchni Stefcia. Była w białym szlafroku i w turbanie na głowie.
- O, tatku! Ja też chcę kawy.
- Może ja ci podam – zaoferował się Paweł.
- To poproszę. U babci wszystko w porządku? – zapytała ojca.
- Chyba szykuje swoją fryzurę, zaraz powinna przyjść. A ty zdążysz wysuszyć włosy?
- Najwyżej pójdę z lekko wilgotnymi. Zanim dojdziemy do kościoła to same wyschną. Przecież znów jest upał. Ale kawy muszę się napić, bo już całkiem z sił opadłam. Jednak okna masz umyte, tatku. Tak jak chciałeś.
Edward podszedł do córki, uścisnął ją i pocałował w czoło.
- Jesteś niezastąpiona – powiedział z czułością.
A Paweł widział, że ojciec w oczach miał morze miłości. Nadzwyczajna rodzina – pomyślał biorąc następny łyk kawy.
Ten czas w Wierzbinie minął mu zadziwiająco szybko.
Wszyscy na dziewiątą poszli do kościoła. Babcia, chyba przeczuwając, że Paweł zechce zostać zaraz przy wejściu, wzięła go pod ramię i musiał defilować główną nawą prawie przed ołtarz. W zasadzie to mu nie przeszkadzało, raczej chciał uniknąć ciekawskich spojrzeń i kojarzenia go ze Stefcią. A ona dziś znów wyglądała rewelacyjnie. Miała na sobie ciemną spódniczkę i białą bluzkę z krótkim rękawem. Na na głowie oczywiście kapelusz. Błyskała piękną bransoletką na ręce i kolczykami chyba od kompletu. Pięknie się malowała – jej makijaż był ledwie widoczny, ale był. Jedynie paznokcie pozostawały „nagie”, co nie dziwiło go, gdy się wiedziało, jak dużo jest za nią pracy.
Po powrocie z kościoła było „właściwe” śniadanie – z chlebem i wędlinami, z herbatą i kawą. Wszystko takie smaczne i w wielkiej obfitości! Paweł zajadał się małosolnymi ogórkami i sałatką jarzynową z buraczkami w roli głównej. Wiedział, że wczorajszego dnia przyniosła ją pani Basia. U niego w domu było inaczej, a przede wszystkim o wiele skromniej.
Później Piotrek przyniósł z piwnicy dużą brytfannę wczorajszych gołąbków. Stefcia ułożyła je ciasno na szerokiej patelni, dużo, aby zmieściło się jak najwięcej, ale tylko w jednej warstwie, polała to naturalnym sokiem z brytfanny i nastawiła najmniejszy ogień. A resztę gołąbków rozłożyła do plastikowych pojemników i wcisnęła do lodówki. Potem obrała garnek ziemniaków, ale w tym dniu już zupy nie gotowała. Paweł obserwował wszystko z boku i widział, że jego Stefcia jest wyraźnie przeciążona. Jednak ani się nie buntowała, ani nikogo nie wołała do pomocy. Odwrotnie – cały czas była zadowolona i uśmiechnięta. W drodze powrotnej zapytał ją o to.
- Pawle, serce się raduje, gdy masz o kogo dbać. Gorzej, gdy tej osoby zabraknie. Myślę, że w głębi siebie też to wiesz.
Wiedział.
Wracali do Krakowa zaraz po osiemnastej, gdy nieco zelżał upał. Stefcia poprosiła, aby najpierw zajechali do Pawła domu. Zdziwił się i zapytał po co?
- Te warzywa i kwiaty są dla ciebie. Chodzi głównie o kwiaty, aby całkiem nie zwiędły.
- Ale aż dwie skrzynki warzyw?
- Twoja siostra ma dużą rodzinę. A ogórki na pewno umie zakisić. Tam jest jeszcze torba kapusty, ją też można już zakisić, tak na szybkie spożycie. Jak nie siostra, to ciocia będzie wiedziała, jak to zrobić.
- Jestem głęboko zażenowany... I bardzo zaskoczony...
- I ta blaszka sernika też jest dla ciebie. Specjalnie rano upiekłam, bo wiem, że bardzo lubisz. Babcia zapakowała kilka jagodzianek, ale one już nie są pierwszej świeżości, jak wiesz.
- Bardzo, bardzo dziękuję. Nie spodziewałem się...
- Straciłeś dla mnie dwa dni. Może te wiktuały jakoś w części ci to wynagrodzą...
- Co ty mówisz! Tu nie było nic do wynagradzania! Chciałem zobaczyć jak żyjesz i poznać twoją rodzinę. Było mi bardzo przyjemnie. I Wierzbina, i Karolinka bardzo mi się spodobały. Odpoczywałem prawie jak na wsi na wakacjach. A twoi bliscy są bardzo miłymi ludźmi. Jestem pełen podziwu. Twój dom jest jak pałac, a mój jak kurna chata przy nim.
- Nie obawiaj się, nie będę wchodzić do środka. Zaniesiesz zieleninę i pojedziemy dalej. Nic teraz ze skrzynek nie wyjmuj, podrzucisz mi je gdy znajdziesz czas, wcale nie musisz się śpieszyć.
Ojciec Pawła był przed domem, rozmawiał z sąsiadem. Z daleka rozpoznał auto syna i podszedł do hamującego samochodu. Ojciec i syn uścisnęli sobie ręce.
- Dobrze, że jesteś, pomożesz mi, bo zostałem obdarowany warzywami. Ale najpierw poznaj Stefanię Żak-Rybbing. To w jej domu rodzinnym byłem.
Stefcia wysiadła z samochodu i też podała dłoń panu Targoszowi seniorowi, którą on ucałował szarmancko. Mężczyźni byli podobni do siebie z postury, ale nie dopatrzyła się podobieństwa w ich twarzach, zresztą zarost bardzo zmienił młodego. Paweł kolejno powystawiał skrzynki i torbę z kapustą na ścieżce wiodącej do domu, Stefcia podała kwiaty i blaszkę z sernikiem. Paweł zabawił w domu kilka minut, a jego ojciec czuł się w obowiązku pożegnać ze Stefcią znów cmoknięciem w rękę.

c.d.n.
fot. własne