niedziela, 18 grudnia 2022

STEFCIA Z WIERZBINY - cz.18.


 STEFCIA Z WIERZBINY - Cz.18 - © Elżbieta Żukrowska

Cz. 18. (74.) Koniec sierpnia 1976 r. Wiktor i Grażyna w Polsce

Pakowanie, wciśnięcie tylu rzeczy do auta, - „Chyba resory już jęczą!”, jeszcze jedna noc w Göteborgu - cudna, niezapomniana noc! - i wreszcie wyjazd do Ystad i dalej do Polski. Rzeczywiście w czasie podróży dużo rozmawiali.
- Odkrywam życie na nowo – zapewniał Wiktor.
- A ja nie wyobrażam sobie, jak wytrzymam tyle miesięcy bez ciebie.
- Przyjadę, gdy tylko będę mógł – obiecywał, choć wiedział, że będzie musiał bardziej skupić się na sprawach pubu, to było przecież jedyne jego źródło utrzymania, a miał teraz pod opieką Grażynę i dwójkę dzieci. Lecz co jeszcze mógł zrobić, by przyciągnąć większą ilość gości?
Podróż przez Polskę była trudna z uwagi na liche drogi. I tak mieli szczęście, że nie trafiali na korki. Pierwszy (i ostatni) zaliczyli za Warszawą, gdzie w wyniku wypadku drogowego zablokowana była jedna nitka drogi. Milicja przepuszczała samochody ruchem wahadłowym. Trafił się też objazd, gdzie nieomal zabłądzili, ale dzięki temu znaleźli niepokaźną restauracyjkę, w której niemal natychmiast dostali schabowego z tłuczonymi ziemniakami okraszonymi skwarkami z cebulką, a do tego surówkę ze świeżo ukiszonej kapusty. Wiktor do surówki podszedł bardzo nieufnie, ale gdy już spróbował, to jadł ze smakiem.
Później przez dwie godziny Grażyna siedziała za kierownicą, a Wiktor odpoczywał, nawet się zdrzemnął. Grażyna na polskich drogach, mimo ich złej jakości, czuła się całkiem pewnie.
Do Krakowa dotarli wieczorem, już po dwudziestej drugiej, sam przejazd przez miasto zajął im niespełna pół godziny. Grażyna okazała się doskonałym przewodnikiem, a i ruchu na ulicach prawie nie było. Matka z ojczymem czekali na nich. Chwila powitania była dość sztywna, jakby matka nie wiedziała, jak się zachować. Marian był swobodniejszy, pomógł Wiktorowi przenieść bagaże do domu, oprowadził szybko po ważniejszych pomieszczeniach (salon, kuchnia, toaleta i pokój Grażyny), a następnie zaproponował gorący posiłek – była zupa jarzynowa i pieczona kaczka oraz buraczki – również na gorąco. A do kolacji kilka kieliszków białej polskiej wódki.
Wiktor był wyłączony z głównego nurtu rozmowy, bo ani Julianna, ani Marian nie mówili po angielsku. Grażyna sporo tłumaczyła, jednak nie wszystko. Oboje – on i Grażyna – byli zmęczeni podróżą, więc nie rozpakowywali bagaży, wręczyli tylko przywiezione upominki. Dla matki, między innymi, były dwie sukienki ciążowe, wprawdzie używane, ale w doskonałym stanie, które kobietę bardzo ucieszyły.
- Więc będziecie razem spali? - dopytywała się Grażyny. - Przecież to nie wypada!
- Mamo, ja już jestem w ciąży, więc po co udawać świętoszkę?
- No tak, no tak. Na kiedy planujecie ten wasz ślub?
- Zobaczymy jakie terminy są wolne w urzędzie stanu cywilnego. Nic na przód nie możemy planować. Chcemy jak najszybciej. Ale jednocześnie tak, by mógł przyjechać brat Wiktora, który mieszka w Kanadzie.
- A dlaczego tylko ślub cywilny? - dopytywała się matka.
- Wiktor jest protestantem. Nad kościelnym jeszcze się zastanowimy. - Nie powiedziała na razie, że jest rozwiedziony, jak i o tym, że jej ciąża jest bliźniacza. Uznała, że na taką szczerość ma jeszcze czas. Przez telefon jakoś łatwiej było im rozmawiać, teraz znów wyczuwała wrogość matki, skrywaną, a jednak... - Mamo, jesteśmy zmęczeni, więc jak najszybciej chcielibyśmy się położyć. Wiktor już nie może pohamować ziewania.
- Cały dzień za kierownicą, to ma prawo być zmęczony – stwierdził Marian. - My z Julianką posprzątamy, nie martwcie się tym, a wy do łazienki i spać.
Jednak młodzi ponosili część naczyń do kuchni, bo wiedzieli, że rodzice też byli zmęczeni.
I spali grzecznie wtuleni w siebie. Wiktor budził się w nocy kilka razy, nie było mu najwygodniej, ale obecność Grażyny, jej zapach, ciało wtulone w niego – uspokajało i usypiał ponownie niemal natychmiast. Obudził się nad ranem czując słodki ciężar kobiety na swojej piersi. Grażyna pieściła go i ocierała się zachęcająco. Kochali się niespiesznie, szczęśliwi, że mają siebie, że przepełnia ich tak wielka miłość. Usnęli przytuleni, nasyceni miłością.
Przy śniadaniu, które jedli w kuchni wraz z matką (Marian już pojechał do pracy), omawiali liczbę przewidzianych do zaproszenia gości. Była to niewielka garstka, a Wiktor jeszcze nie wiedział, kto z jego przyjaciół zdecyduje się przyjechać na uroczystość. Viggo – na pewno. A kto jeszcze? Może Thorsten, jeśli zdąży wrócić do Szwecji. Oczywiście brat z żoną – zapowiedział, że będą bez dzieci. Ale i tak trzeba zawczasu zamówić dla wszystkich hotel. I restaurację. Obiad na dwadzieścia osób, chociaż przypuszczalnie gości będzie mniej. Grażyna spisała nazwiska na kartce. Steffi i Liam w pierwszej kolejności. Ada z Danielem. Matka i ojczym. Matka chciała zaprosić swoją przyjaciółkę z mężem, ale Grażyna się sprzeciwiła.
- Pokażesz jej zdjęcia ze ślubu i to będzie musiało wystarczyć.
- To nawet Jacka nie zaprosisz? - zdumiała się matka.
- Ano nie. Uroczystość będzie bardzo kameralna. Bez pompy. Chciałam aby Iga była na naszym ślubie, ale ona nie będzie mogła przyjechać w tym czasie do Polski. Ma wpaść dopiero na Boże Narodzenie. Mamy paczkę dla jej rodziców. Pojedziemy tam jutro. Dziś musimy odwiedzić przyjaciela Stefci, takiego Kamila fryzjera. Będziemy u niego dłużej, bo ma zadbać o nasze włosy. Och, na dziś chyba dosyć tych spraw do załatwienia! Urząd Stanu Cywilnego, fryzjer, restauracja, hotel.
- I lekarz! - przypomniał Wiktor, któremu Grażyna przetłumaczyła część rozmowy z matką.
- Nie dziś. Lekarza zostawmy na inny dzień, może w tym czasie poprawią się moje wyniki.
- To mi przypomina, że czas zrobić ci soczek. A potem możemy jechać. Ty wybierz owoce, a ja przygotuję urządzenie.
- Mamo, ty też się napijesz?
- Tak. Ale już lecę pomóc ci obierać tę marchewkę, bo muszę zdążyć do pracy! A z pracy zadzwonię do przychodni i dowiem się, w jakich godzinach najlepiej do ginekologa, albo nawet cię zarejestruje, o ile akurat będzie tam moja znajoma. A swoją drogę powinnaś wpaść jeszcze do tej swojej szkoły i się tam „zameldować”, że jesteś gotowa do pracy.
- O tak. I to natychmiast po USC! Dobrze, że mi podpowiedziałaś!
Termin w USC z konieczności przypadł na siódmego października, to jest w czwartek. Nie było wolnych najbliższych sobót, czym Wiktor wcale się nie zmartwił. Natomiast dyrektor szkoły przyjął to ze zrozumieniem i wesoło oświadczył, że Grażyna będzie miała wolny i czwartek, i piątek, a ona, trochę niepewna, zaprosiła dyrektora na uroczystość. W zasadzie nie wypadało inaczej.
- A kiedy będzie ślub kościelny? - zapytał ją.
- Kościelnego ślubu nie będzie. Mój przyszły mąż jest protestantem. Zobaczymy, jak się to w przyszłości ułoży – wyjaśniła Grażyna.
Dyrektor pytała ją jeszcze kiedy spodziewa się rozwiązania, a na koniec dodał, że musi jej dać wychowawstwo w najstarszej klasie. Czy sobie poradzi?
- Mam taką nadzieję, choć najstarsza klasa (maturalna!) trochę mnie przeraża z uwagi na brak doświadczenia.
- A ja myślę, że - z uwagi na swoją młodość - bardzo szybko złapie pani kontakt z młodzieżą. Byle nie robiła im pani za wiele klasówek! To czekamy jutro na panią, by uzgodnić dalsze sprawy. Oczywiście będę na waszym ślubie, bo jakże by inaczej!
Następny był Kamil. Uprzedzony telefonicznie już czekał na nich. Kawa i kremówka, a następnie włosy. Zobowiązał Grażynę, by do ślubu często go odwiedzała, bo jej włosy wymagają trochę pracy. Osobiście ją uczesze na ślub. Gdy Kamil zajął się włosami Wiktora – ona samochodem narzeczonego pojechała do Jacka do pracy. Miało nie być tajemnic, jednakże Grażyna nie chciała, aby Wiktor był świadkiem tej rozmowy. Mówienie o pieniądzach przy Wiktorze wydawało się jej bardzo niezręczne. Poza zwrotem długu zostawiła Jackowi sporo dewiz do spieniężenia, musiała mieć jak najszybciej polskie złotówki. Wiedziała, że zamawiając restaurację powinna dać szefowi spory zadatek. Kamil doradził im, którą restaurację wybrać, aby było smacznie i nie drogo.
Oboje po fryzjerskich zabiegach Kamila byli jak odmienieni. Skrócone włosy Grażyny nabrały lekkości i puszystości, a Wiktor, który nosił na tyle długie włosy, że można je było wiązać w kitkę, teraz miał je przycięte do kołnierzyka. Fachowe strzyżenie, a może i inne zabiegi, ujawniły ich naturalną skłonność do lekkiego falowania, co Grażynie szalenie się podobało. Obiecała, że przyjdą oboje jeszcze raz tuż przed wyjazdem Wiktora do Szwecji.
- Bardzo dobrze, bo będę miał upominek dla naszej Stefci – odpowiedział Kamil.
Grażyna chciała od razu jechać do restauracji, która polecił im Kamil, aby zamówić obiad dla ślubnych gości, jednak Wiktor się sprzeciwił.
- Jesteś już za bardzo zmęczona. Wrócimy do domu i trochę poleżysz. Restaurację zamówimy jutro. Jeden dzień zwłoki, więc nic się nie stanie.
Miał rację – była nie tylko zmęczona, ale i głodna. A w domu był już ojczym.
- Urwałem się z pracy na dwie godziny. W końcu mamy ważnych gości – powiedział, uśmiechając się szeroko. - Niedługo pojadę po Juliankę, ona dziś też urwie się z pracy. Dobrze, że już wróciliście. Grażynko, mam nadzieję, że za jakieś dwadzieścia minut włączysz piekarnik i wstawisz tam te dwie kaczusie, gdy już się piekarnik nagrzeje. Co ci będę tłumaczył – znasz się na tym. A ja zaraz pojadę po żonę.
- A co się stało, że tyle kaczek...?
- A Zdzisiek mi podrzucił kilka sztuk. Resztę zamroziłem, będą na inny czas. - Zdzisiek to był kuzyn Mariana, który miał niewielką fermę drobiu. - No i zupkę gotuję. Dziś będzie kurkowa, bo na rynku dostałem bardzo piękne drobne kurki. Mam nadzieję, że będzie wam smakować. Już próbowałem i chyba więcej dosmaczać nie trzeba, ale jeszcze chwilę musi się podgotować. Czosnku nie dawałem, bo ostatnio Jula go nie znosi, ale pod koniec gotowania dodam dużo koperku. Już go posiekałem. Właśnie – a zupę będzie można za pół godziny wyłączyć.
- A mogę skubnąć coś drobnego? Bo strasznie zgłodniałam – poskarżyła się Grażyna.
- Ciasto czy bułeczkę?
- Bułeczkę. Może jest twaróg? W Szwecji nie ma takiego, jak nasz. A ty też coś przegryziesz, Wiktor? A później się położę. I będę pilnować kaczek, żeby nie wyfrunęły.
- Jest twaróg. Już wam robię herbatę.
Zjedli w kuchni. Marian w tym czasie obrał ziemniaki. Później Grażyna się położyła, ale tylko na piętnaście minut, bo chciała sama zrobić mizerię, taką jak zawsze robiła babcia. W drugiej miseczce miała zamiar przygotowała pomidory ze śmietaną. Wiktor starał się jej pomagać. Złożył schnącą na suszarce maszynkę do soków, przygotował kilka jabłek, jeden niewielki buraczek i solidny plaster selera oraz trzy marchewki.
- Tak będzie dobrze?
- Nie mam pojęcia. Dopiero będę uczyć się tych smaków. Dołóż jeszcze ze dwa jabłka, aby i dla mamy wystarczyło soku.
- I pomarańczę.
- Nie! Pomarańczę zjem samą, nie trzeba jej tam mieszać.
- Dla zapachu, dla smaku – przekomarzał się Wiktor.
- Ani mi się waż! - odkrzyknęła, udając bardzo groźną.
Pocałował ją w szyję i przytulił mocno.
- Po obiedzie będziemy się kochać – zamruczał obiecująco.
- Zapomnij! Będziemy musieli siedzieć przy stole. Ty z Marianem będziesz pił wódkę, a my z mamą będziemy gadać o Szwecji. Czas się rozpakować.
- I powiesz wreszcie o bliźniętach i o tym, że ja jestem ojcem tych dzieci.
- Dobrze – zgodziła się łatwo.
- Musisz dużo więcej jeść. Twoja mama ma większy brzuch od ciebie.
- Ale jest też trochę ode mnie wyższa. I zawsze była o parę kilogramów tęższa.
- A ty teraz musisz to nadrobić – kąsał delikatnie jej szyję i ucho. - I wszystko inne też musimy nadrobić. Nie, nie będę pił. Może lepiej pojedźmy do rodziców Igi. Zawsze coś następnego by było za nami. A ja będę miał wymówkę od alkoholu. Zresztą za jednym zamachem możemy też i do matki Ady. Już pewnie na nas czekają.
Później oboje się położyli i – kontrolując zegarek – pogadywali o przyszłości. Wiktor chciał, aby po porodzie Grażyna już na stałe została w Szwecji. Przyznał się, że planował kupić jeszcze jeden lokal, gdzieś w pobliżu stoczni, a także dom, ten który jej pokazywał. Na ten lokal czaił się już od blisko dwóch lat. Teraz, gdy ma rodzinę i musi myśleć także o przyszłości dzieci, ma zamiar „trochę się rozwinąć” - docelowo mieć przynajmniej trzy, a to cztery puby.

- Ale ja nie chcę, aby cię ciągle nie było w domu! - buntowała się zawczasu Grażyna.
- Kochanie, pewnie przez jakiś czas będę musiał być bardziej zaangażowany w pracę, tym bardziej, że ty po porodzie nie będziesz mogła iść od razu do pracy! Będziemy musieli odchować dzieci. Razem. A jak dzieci będą mogły iść do przedszkola – ty będziesz mogła iść do pracy.
- Zostanę u ciebie kelnerką – oświadczyła stanowczo, choć nie do końca poważnie. Czas „do przedszkola” wydał się jej niesłychanie odległy!
- O nie! Ty będziesz moją szefową!
- Dom... - rozmarzyła się nagle Grażyna, jakby to słowo dopiero teraz do niej dotarło. - Dom – powtórzyła uśmiechając się do Wiktora. - W zasadzie dom to nie jest budynek, ale miejsce, gdzie jest dużo miłości. A u nas będzie.
- Będzie. Nie może być inaczej.
- No nic, muszę iść do kuchni i nagrzać piekarnik.
- Twój ojczym zawsze gotował? - zapytał podnosząc się Wiktor. Leżał z brzegu kanapy i musiał zrobić miejsce dla wstającej Grażyny.
- Dobrze nie wiem. Ale przez lata był sam, więc pewnie musiał się nauczyć.
- A ze mnie żaden kucharz, niestety. Umiem usmażyć jajka, zagotować wodę i zrobić kawę. A też przez długi czas byłem sam. Jakoś gotowanie nigdy mnie nie pociągało. Wielekroć nawet zapominałem o koniecznych zakupach, na przykład o chlebie. Ale to mi dobrze zrobiło, bo byłem ciut za gruby. Jadłem ser i wędliny zawinięte w liść sałaty i sam nie wiem, kiedy zgubiłem zbędne kilogramy. Do dziś lubię takie kanapki bez chleba.
- A ja muszę zrezygnować ze wszystkich słodyczy. Koniecznie!
- Żadna przesada nie jest dobra.
Po obiedzie rzeczywiście pojechali do matki Ady, a następnie do rodziców Igi. I dobrze, że w takiej kolejności, albowiem tam zabawili dłużej. Ciocia Ignatowska, czyli matka Igi, chociaż kuzynka Juliany, była jej przeciwieństwem – niewysoka, za to okrąglutka i w grubych szkłach na nosie. Ojciec, mężczyzna średniego wzrostu i nad wyraz chudy, miał duże kłopoty ze słuchem. Siedział przy stole i palił papierosy, przed nim leżała paczka „sportów”. Grażyna grzecznościowo zapytała o resztę dzieci – mieli dwóch synów i Igę. Wiktor rozglądał się ciekawie, mieszkanie wydało mu się nader skromne, aby nie powiedzieć ubogie. Siedząc w dużym, słonecznym pokoju (w zasadzie już zbliżał się zachód) i nie mógł się nadziwić, że tak śliczna dziewczyna jak Iga ma tak nieciekawych (po prawdzie – brzydkich) rodziców. Matka przyniosła dwa naręcza rzeczy Igi, a dodatkowo kilka par butów. Nic nie było spakowane, mało tego, matka nie bardzo wiedziała, co spakowane być powinno. Grażyna w ogólnym zarysie wiedziała co ma Wiktor zawieźć do Szwecji, ale przecież aż tak detalicznie nie znała ciuszków kuzynki. Dlatego oglądała rzecz po rzeczy i „brała na swój rozum” co może być Idze przydatne. Takie przebieranie-wybieranie musiało siłą rzeczy zająć dłuższy czas. A tymczasem rodzice cieszyli się tym, co im przysłała córka, oglądali rzeczy dokładnie, nie kryli swego zachwytu.
- Ciociu, masz może herbatę? - zapytała w pewnym momencie Grażyna, cokolwiek zawstydzona brakiem gościnności wujostwa. Miała już za sobą ponad połowę pracy - Zmęczyłam się i chce mi się pić.
Matka Igi, skonfundowana, niemal biegiem rzuciła się do kuchni. W krótkim czasie podała nie tylko herbatę, ale także murzynka z połówkami gruszek, a do tego w dzbanuszku specjalny słodki sos migdałowy – prawdziwe pyszności.
- Tak się przejęłam waszym przyjazdem, że całkiem zapomniałam o dobrych obyczajach – tłumaczyła się okrąglutka pani domu. - A przecież spodziewając się was specjalnie upiekłam ciasto. To ulubione Igi, ale rozumiem, że nie możecie dla niej zabrać.
- Ano nie, bo Wiktor wyjeżdża dopiero za kilka dni.
- Jednak weźmiecie trochę ze sobą dla Julci. Jak ona znosi ciążę? Odważna jest, że w takim wieku zdecydowała się na dziecko. Podziwiam ją. Lecz opowiedz nam co słychać u Igi. Jak ona tam sobie radzi? Nadal jest taka szalona? No i dlaczego zostaje w Szwecji na dłużej?
- A ja myślałam, że ona cioci wszystko sama już powiedziała.
- Nie, tylko list napisała, ale w liście wszystkiego nie ma. Wiesz, my nie mamy telefonu, jak ona dzwoni do Stefańskich (sąsiedzi), to ktoś nas woła, ale jaka może być rozmowa przy obcych?
- Według mnie to bardzo dobrze, że ona zostaje w Szwecji, niechby tam nawet na stałe została. Pracę ma zapewnioną i bardzo przyzwoite zarobki. Już nieźle mówi po szwedzku, ciągle się uczy. Ta nasza znajoma Stefania ma podobno dla niej jakąś nieprawdopodobnie dobrą propozycję dalszej pracy, ale ja nie znam szczegółów.
I Grażyna z grubsza opowiadała o pracy i życiu w Szwecji, przygłuchy wuj nie wszystko dosłyszał, a Wiktor bez znajomości języka polskiego też mało rozumiał, choć Grażyna od czasu do czasu rzucała mu jakieś angielskie zdanie, a nawet pytała, co sądzi o konkretnym ciuszku. Wiktor za każdym razem kręcił przecząco głową. Polskie ubrania zupełnie mu się nie podobały. W efekcie Grażyna odrzuciła jedną trzecią ubrań, za to zabrała wszystkie buty i to, co matka kupiła w ostatnim czasie – oczywiście spod lady – rajstopy, majtki, ciepłe kapcie, trzy białe bluzki i biały, gruby golf oraz dwie nocne koszule.
- Ciociu, daj nożyczki, bo muszę poobcinać wszystkie metki – poprosiła Grażyna, kolejno pakując zaakceptowane rzeczy do olbrzymiej, chociaż zwykłej, zakupowej torby. Zaczęła od butów i była zadowolona, że wszystko się zmieściło w jednym pakunku.
W drodze powrotnej Grażyna powiedziała, że bardzo się cieszy, że ciotka nie pytała o ich ślub. Może pomyślała, że są już po ślubie? W Polsce panna z dzieckiem należy do rzadkości. Wstyd jest mieć panieńskie dziecko.
- Powiedz mi, moja kochana Grazy, co my mamy jeszcze do załatwienia. Oprócz lekarza. Zaczynam się gubić!
- Z rana muszę być w szkole. Chociaż nie – najpierw muszę być w laboratorium, bo mama przyniosła mi skierowanie na badania. A potem do szkoły, bo o dziewiątej będzie jakaś narada i podobno ma też być ostateczna wersja planu lekcji. Następnie załatwiamy restaurację i wreszcie pokażę ci trochę starego Krakowa. I to już chyba wszystko. A, jeszcze hotel. Wiesz co? To laboratorium odłożę na za tydzień. Nie będę się tak spieszyć z badaniami.
- Powinnaś też kupić suknię do ślubu i jakieś buciki stosowne...
- Na razie wcale o tym nie myślałam. Sukienkę uszyję sobie sama. Nie ma co się spieszyć, bo moja figura ciągle się zmienia. Muszę przejrzeć te przywiezione ze Szwecji rzeczy, bo wydaje mi się, że już mam coś całkiem w sam raz, po małej przeróbce będzie idealnie. Natomiast powinnam sobie kupić żakiet do tej sukienki, bo może być chłodno... Teraz u nas są takie sklepy zwane komisami, gdzie można kupić całkiem fajne ubrania i nie tylko ubrania. Ale trzeba trafić.
- A mnie Steffi podpowiedziała, że są tu także takie sklepy za dewizy. Gdybym czegoś nie mógł kupić w normalnym sklepie, a koniecznie tego potrzebował, to mam się tam udać...
- Peweksy. Zawsze to jakieś wyjście.
- Będziesz ubrana na biało?
- Nie, nie wypada. W ciąży i na biało? To nie pasuje.
- To kiedy nałożysz taką piękną, długą białą suknię? Czy bez takiej sukni w ogóle ślub będzie ważny? - zażartował.
- Taka suknia to do ślubu kościelnego. Ale ty jesteś rozwiedziony, więc nie możemy wziąć kościelnego ślubu.
- Ale ja miałem tylko ślub cywilny. Więc jak najbardziej możemy.
- Jesteśmy różnych wyznań...
- No tak. Tu musimy się jakoś dogadać. Musimy się zastanowić. Jedno z nas będzie musiało zmienić wyznanie. Chyba. Bo i dzieci trzeba wychowywać w odpowiednim duchu... Nie jestem specjalnie religijny, ale to raczej poważny problem.
- Wiem, że protestanci nie czczą Matki Jezusa. A dla mnie Matka Boska jest bardzo ważna. Tak, mamy pierwszy poważny problem. Chciałabym pokazać ci Jasną Górę. To jest miejsce wielkiej czci dla Matki Bożej. Jest tam obraz Maryi, zwany u nas Czarną Madonną lub Panią Jasnogórską, albo Matką Boską Częstochowską. Chciałabym, abyś zobaczył ten obraz, stanął przed nim. Żałuję, że nie mogę pojechać tam z tobą przed ślubem. To niezwykłe miejsce. Mówiąc twoim językiem – tam się dzieje magia. Ale możesz sam pojechać przez Częstochowę i wstąpić na Jasną Górę. Tam zawsze są tłumy ludzi. A sam obraz słynie cudami. I naprawdę dzieją się cuda. Byłam tam kilka razy i chętnie znów bym pojechała. Tamto miejsce uzdrawia i oczyszcza. Tak to odbierałam. Chociaż zapewne każdy inaczej przeżywa spotkanie z Czarną Madonną. W Polsce jest wiele miejsc kultu Maryi, ale Jasna Góra jest najważniejsza.
- Chociaż nie zdążymy przed ślubem, to obiecuję, że kiedyś tam razem pojedziemy, a w każdym razie przed ostateczną decyzję co do zmiany wyznania przez jedno z nas.


x.d.n.
fot. z internetu

sobota, 17 grudnia 2022

CZAS ŚWIĄT I ZADUMY

 


Czas świąt i zadumy... - © Elżbieta Żukrowska

Otworzyć oczy - zamknąć uszy...
A może dokładnie odwrotnie?
Zmęczonym rękom dać odpocząć.
niech świętowanie się już zacznie.

Może kolędy, ciche granie,
lub choinkowych błysk światełek,
i to anielskie przefruwanie,
gdy święto się nabożnie dzieje...

Wspominać dawne czasy z łezką,
i śnieżne puchy, dym z komina...
srebrem dźwięczący dzwonki sanek...
Jakby nie patrzeć - jest co wspominać...

I te rozmowy w świątecznej aurze,
te śmiechy, roziskrzone oczy.
To niby było tak niedawno,
a kogoś zbrakło, ktoś odchodzi...

Dom całkiem inny, inne myśli.
Inne spojrzenie na świat cały.
Zaledwie czasem ci się przyśni
ten czas z opłatkiem białym.

A gdy przychodzi już czas Wilii,
pachną pierniki i choinka,
na świat przychodzi Dziecko nowe,
radości złota chwilka...

Choszczno, 17.12.2022 r.
fot. z internetu

STEFCIA Z WIERZBINY - cz..17.

 



STEFCIA Z WIERZBINY - © Elżbieta Żukrowska

Cz. 17. (73.) Koniec sierpnia 1976 r. Grażyna i Wiktor - razem

Wrócili do pubu na czas, choć po drodze zatrzymali się jeszcze na drobną przekąskę w barze. Wiktor kupił trochę owoców, jednak zakupy, które nakazała mu Steffi, przełożył na następny dzień. Ewentualni ochroniarze już na niego czekali, najwyraźniej przyszli przed czasem. Grażyna też była ich ciekawa, więc usiadła przy stoliku, a kelner zaraz przyniósł jej herbatę z cytryną. Widocznie Wiktor tak zarządził. Posłała mu uśmiech. Panowie byli troszkę więcej niż średniego wzrostu, rudzielec nieco wyższy od blondyna. Obaj mieli całkiem potężne ramiona, grube karki i bicepsy. Jednak nie mogła ich długo oglądać, bo Wiktor poprowadził obydwu na zaplecze.
Na razie w pubie było mało ludzi. Jakaś matka karmiła swego syna lodami – to rzadki obrazek w takim miejscu. Znajomych nie było i Grażyna nie miała komu pochwalić się pierścionkami. Musi zadzwonić do matki i podać datę przyjazdu. Będą płynąć całą noc, a potem cały dzień jechać samochodem. Wiktor nie zdaje sobie sprawy z tego, jak podłe są polskie drogi. I oznakowanie też jest paskudne. Zaraz po przyjeździe do Polski muszą kupić polską mapę samochodową – zanotowała w pamięci. I wymienić część pieniędzy, nie za dużo. W Krakowie uda się im sprzedać dewizy po korzystniejszej cenie, pomogą w tym kuzyni. No właśnie – musi kuzynowi Jackowi oddać pieniądze i to jak najszybciej. I tak się chłopak naczekał! Matka na pewno będzie pytać, kto będzie jej pierwszą druhną... Jaką druhną!? Zaledwie świadkiem. Ślubu kościelnego nie będzie, a przynajmniej na razie nie będzie. Prawdopodobnie nigdy nie będzie... Wiktor był protestantem, a ona w żadnym wypadku nie będzie nalegać, by zmienił wyznanie. W jakim wyznaniu będą wychowywać dzieci? Ona sama nie należała do szczególnie religijnych osób. Dopóki żyła babcia jej wiara jakoś umacniała dziewczynkę, a później wszystko osłabło... Matka chodziła do kościoła sporadycznie, chociaż dość wystawnie szykowała Boże Narodzenie i Wielkanoc. Przynajmniej się starała. Brała udział w procesji na Boże Ciało, ale to chyba bardziej dla ludzkich oczu, aby się pokazać w nowym kostiumie lub olśnić nową fryzurą. Nie naciskała na Grażynę, by ta uczęszczała w niedzielę do kościoła. Grażyna i tak chodziła tam częściej od matki. Po spowiedzi czuła się zawsze taka oczyszczona, świąteczna i radosna, niemal święta. Ale później, z biegiem czasu, jej postanowienie poprawy gdzieś się gubiło. Wolała siadać do maszyny do szycia. Albo nawet się uczyć. Zapominała odmówić pokutę... A teraz ta ciąża. Musi matce powiedzieć, że spodziewa się bliźniąt. Matka na pewno będzie w szoku. Ona sama, Grażyna, nadal jest w szoku. Wiktor. Jak dobrze, że jest Wiktor! Sama nie poradziłaby sobie z problemami. Będzie uczyła do ostatniej chwili, niemal do porodu. Ale dzieci powinna urodzić w Szwecji, to bardzo ważne. Wtedy nie będzie problemów z obywatelstwem. Wiktor na pewno będzie chciał, aby dzieci wychowywały się w Szwecji. Będzie chciał przy nich być. Wierzyła, że będzie najwspanialszym ojcem. Chociaż to chyba nie takie łatwe kochać obce dziecko... Ale on będzie kochał. A dzieci nie będą znały innego ojca... Gdyby miała rodzić w Szwecji, to wiezienie tych wszystkich ciuszków do Polski jest bez sensu! Lecz czy jej i Wiktorowi będzie się układać zgodne współżycie? Na razie jest pięknie. Jak długo będzie pięknie? Dotrą się? Powinna się kogoś poradzić. Stefcia. Małżeństwo Stefci i Liama można stawiać za wzór. Ona też by tak chciała. Na czym polega tajemnica takiego idealnego małżeństwa? Do tej pory nie dociekała, bo jakoś nie wierzyła, że kiedykolwiek wyjdzie za mąż. Matka i ten jej... Miał na imię Marian. Marian Nikolski. Julianna i Marian Nikolscy. Niby byli zgodni, ale od czasu wybuchały między nimi kłótnie. Może nie kłótnie, ale ostre sprzeczki. Kilka razy zauważyła, że matka zastosowała nawet „ciche dni”. Nie odzywała się do męża tak długo, aż ją przeprosił. Z kwiatami. Bez kwiatów przeprosiny były nieważne. O nie, ona, Grażyna, na pewno nie będzie stosować „cichych dni”. Przecież w każdej sprawie można się porozumieć. Jej ojciec, Krzysztof, nigdy się z matką nie kłócił. Nawet się nie sprzeczał. Mówił, co miał do powiedzenia i nie przedłużał dyskusji. Nie reagował na agresję żony, bo – Grażyna musiała to przyznać – jej matka czasami bywała agresywna. Napięcie przedmiesiączkowe? Tak, bywały takie dni, kiedy matce wszystko przeszkadzało – gazeta zostawiona na stole, krzywo postawione buty, jakaś szklanka w zlewie. Do Mariana nigdy z takimi drobiazgami nie wyskakiwała, ale nie znosiła jego sprzeciwów. Wtedy najczęściej dochodziło do spięcia - bo nie chciał gdzieś z nią iść – po zakupy, do znajomych, na jakąś wystawę lub do teatru. I nawet na cmentarz. Tam nadal często chodziła, chociaż w tym wypadku akurat Marian wyrażał głośny sprzeciw.
- Cześć, maleńka! - Viggo pojawił się niespodziewanie, cmoknął ją w oba policzki i usiadł naprzeciwko. - Gdzie Wiktor?
- Witaj, przyjacielu. Wiktor jest na zapleczu. Rozmawia z tymi dwoma, co mają być ochroniarzami.
- O, to idę do nich.
Viggo poderwał się natychmiast, a ona nadal rozmyślała o swoich sprawach. Teraz w domu powinien być ojczym, co nie znaczy, że jest na pewno. Matka w pracy do osiemnastej. Czasem do niej zachodził i wracali razem. Normalnie zanim matka wróci, może być dziewiętnasta, bo zawsze ma w planie jakieś zakupy... A ona, Grażyna, będzie w tym czasie na koncercie... Nie ma kluczy do domu. I trzeba, aby zabrano z jej pokoju to wąskie łóżko, a wstawiono wersalkę z północnego pokoju. Musi o to poprosić ojczyma. Niech zawoła sąsiada, albo nawet i tego dentystę z dołu, i jakoś to załatwi. Nawet lepiej o tym rozmawiać z ojczymem niż z matką, bo ta może się buntować. A „kochana mamuśka” lepiej niech ugotuje zupę jarzynową. „Co mnie tak na te zupy wzięło? Organizm ma swoje prawa, no tak...” No i powie Marianowi, że przyjeżdża z narzeczonym. To znacznie lepiej brzmi, niż „przyjeżdżam z chłopakiem”. A jak doda, że z ojcem dziecka?? Będzie sensacja! Marian był dużo młodszy od matki, może nawet o osiem lat, tego Grażyna nie wiedziała dokładnie. Zaraz po ślubie powiedział jej, aby zwracała się do niego po imieniu, na co matka zareagowała ostrym „ani mi się waż”, więc Grażyna mówiła do Mariana raczej tak bezosobowo, bo to ani wujek, ani ojciec – a takie właśnie nazewnictwo sugerowała matka. Pan NIKT. Jednak swoją statecznością, dobrocią i łagodnością z biegiem czasu Marian zasłużył sobie na szacunek Grażyny i była między nimi jakby namiastka przyjaźni. Bez wylewności i bez zwierzeń. Matka przy nim nawet hamowała swoją niechęć dla córki, więc nie o wszystkim wiedział, jak choćby o tym wyrzuceniu z domu. Bo Grażyna nie latała do niego na skargę. W końcu dla niej to był obcy człowiek. Chociaż życzliwy. Była z góry pewna, że Marian dobrze przyjmie Wiktora. Matka prawdopodobnie też, jednak Grażyna nigdy nie była pewna matki. Byle drobiazg mógł wywrócić wszystko na nice.
Wrócił Wiktor i Viggo.
- Jedziemy do Maksa. Musisz zjeść coś porządnego przed występem. Stolik już na nas czeka. A Viggo jedzie po dziewczyny. Będziesz się przebierać? Chyba nie musisz, bo ślicznie wyglądasz.
- Nie chcę jeść. Nie jestem głodna.
Grażyna była w letniej granatowej sukience w białe drobniutkie groszki. Drobne przymarszczenia nad biustem lekko podkreślały jej ciążę, a biały kołnierzy ożywiał i dodawał elegancji. Wyglądała prześlicznie.
- Jeść musisz. Wzięłaś leki? To jedziemy. Zjesz tyle, ile ci się zmieści. Koncert trochę potrwa, a ja nie mogę dopuścić do tego, byś była głodna. A tak w ogóle dobrze się czujesz? - W samochodzie jeszcze raz zapytał, czy Grażyna dobrze się czuje i czy dzieciaczki za mocno nie rozrabiają. Później pocałował ją kilka razy z wielką czułością. - Wiesz, maleńka? Wolałbym koncertować z tobą zupełnie gdzie indziej! Co ty na to?
- A jednak pojedźmy na koncert ABBY. Ten inny koncert nam nie ucieknie. Obiecałeś mi szaloną noc, pamiętasz? Przyjąłeś tych facetów do pracy?
- Hej, nie zmieniaj tematu! Ale tak, przyjąłem. Na trzy miesiące, a potem się zobaczy. To jednak nie ważne. Myślę o tym, czy fakt, że jest to ciąża bliźniacza, wpływa na nasze plany. Ja się po prostu boję zostawić ciebie w Polce! To oczywiste, że powinnaś urodzić dzieci w Szwecji. Jednak ciąża bliźniacza niesie za sobą także inne zagrożenia. Dzieci mogą urodzić się wcześniej, już po siedmiu miesiącach, a wtedy mogę nie zdążyć cię do Szwecji zabrać. Jak my to rozwiążemy? W Polsce też musisz od razu iść do lekarza. Pokażesz mu te wyniki od nas, ze Szwecji. Może coś jeszcze ci zaleci. Jednak boję się, że wieczorem może ci być za chłodno. Musimy wskoczyć jeszcze po jakiś sweterek lub żakiecik. Tak na szybko.
- Chciałabym tę wizytę odwlec na drugą połowę września. Nie ukrywam, że boję się, aby nie zapakował mnie do szpitala. Tabletki w międzyczasie mogą wpłynąć na zmianę wyników, mam nadzieję, że będą lepsze. Przyznam ci się do czegoś. Zazwyczaj ciężarne bardzo wymiotują na początku ciąży. Ja takich objawów nie miałam. Natomiast w Kaliksie nie było dnia, bym nie wymiotowała kilka razy. Nie mogłam znieść zapachu mięsa reniferów, a szykowałam z nich całkiem dużo potraw. To było okropne! Myślę, że dlatego tak wychudłam i przyplątała się anemia. Teraz już będzie dobrze. Żadnych reniferów. I żadnej oliwy. Ryba z rusztu. Zupa. Sałatka warzywna lub owocowa, ale bez oliwy, czy tam oleju. W Polsce będę jadła kiszoną kapustę i kiszone ogórki.
- Podobno kobiety w ciąży mają takie różne smaki... - Wiktor pokiwał głową. Już dojechali do Maxa i szukał teraz miejsca dla samochodu. - Co tu tak dużo aut? Nie ma gdzie zaparkować. Ty wysiądź, a ja się trochę pokręcę.
- Tam się zwalania! Szybko!
Mimo zapowiedzi, że nie jest głodna, Grażyna pochłonęła całą porcję zupy szparagowej, polędwiczkę z dorsza z rusztu oraz marchewkę z brukselką, przyprawioną na słodko-kwaśno i polaną bułką tartą z roztopionym masłem. Bez ziemniaków. Zapobiegliwy Wiktor zamówił dwie porcje zupy i kilka kawałków ryby na wynos, bo skoro Grazy ta zupa tak smakuje... Później wrócili na moment do mieszkania, Grażyna została w samochodzie, a on pędem wbiegł na górę, bo mu powiedziała, że na wieszaku w sypialni wisi jej granatowa marynarka. I teraz już mogli jechać na koncert. Viggo był szybszy od nich, już czekał z grupką dziewcząt na parkingu. „Zauważą, czy nie?” - myślała Grażyna o koleżankach i swoich pierścionkach (tak ładnie prezentowały się na palcach!). Pierwsza, niemal natychmiast, zauważyła Elwira i poruszając bezgłośnie ustami zapytała, czy to zaręczynowe, a Grażyna potwierdziła skinieniem głowy. Koło Viggo zatrzymał się jakiś jego rówieśnik i rozmawiali odsunąwszy się nieco od grupy. Grażyna rzuciła na chłopaka okiem i zaraz uciekła ze spojrzeniem – taki wydał się jej brzydki: płaska jak naleśnik, owalna twarz z lekko wystającym niedużym, a szerokim nosem. Okropność! Ale w Polsce się mówi, że każda potwora znajdzie swego amatora, więc tylko wzruszyła ramionami do własnych myśli. Viggo szybko się z kolegą pożegnał.
- Kto to? - zapytał Wiktor, gdy nieznajomy nie mógł go słyszeć.
- Borys Oskrobow, Rosjanin – wyjaśnił Viggo. - Pracuje u nas trochę jako tłumacz, trochę jako nie wiadomo kto. Jest na utrzymaniu Rosjan, obsługuje głównie rosyjskie jednostki. Ale coś wam powiem. Ma najpiękniejszą na świecie kobietę. To chyba jego żona, dobrze nie wiem. Widziałem ją kilka razy. Klękajcie narody. Iga, wybacz, ale ona jest piękniejsza nawet od ciebie! - Iga uśmiechnęła się tylko jakby z zażenowaniem, ale nic nie odpowiedziała.
- Nigdy go nie widziałem w naszym pubie – zauważył Wiktor.
- Nie sądzę, aby on odwiedzał puby. Szczególnie z taką kobietą u boku.
Wszyscy się zaśmieli i ruszyli do sali koncertowej.
A tu już były tłumy. Przy damskiej toalecie była długa kolejka, jednak Grażyna ustawiła się w niej wraz z Igą i Adą. Pozostała trójka poszła zająć miejsca, choć mieli miejscówki. Wiktor szepnął, że zaraz wróci i faktycznie czekał na Grażynę, gdy ta opuściła „damski przybytek”. Bał się o nią. Na razie wyglądało tak, że osób jest więcej, niż miejsc. Z głośników już płynęła muzyka ABBy, ale tak „na pół gwizdka”. W sali wrzało jak w ulu, niosły się pokrzykiwania i śmiechy. Grażynie podobało się to, że Szwedzi wszędzie byli tacy swobodni i jakby beztroscy. Pełny luz. Jakaś grupka tańczyła pod sceną, a inna w przejściu. Ledwie usiadła – Wiktor natychmiast otoczył ją ramieniem, akcentując w ten sposób ich związek. Elwira cmoknęła Grażynę w policzek, szepnęła „gratuluję” i dopiero wtedy usiadła. Iga z Adą nadal nie zauważyły pierścionków, zresztą świeża narzeczona wcale nie starała się kłuć nimi w oczy.
- Nikt nie jest piękniejszy od ciebie - zapewnił ją Wiktor w nawiązaniu do słów Viggo.
Grażyna odpowiedziała uśmiechem i delikatnym pocałunkiem w policzek – ma wspaniałego mężczyznę! Na całym świecie nie ma wspanialszego faceta! - powiedziała mu to do ucha, a on aż się zarumienił.
Elwira musiała powiedzieć dziewczętom o zaręczynach, bo i Iga, i Ada pochyliły się do Grażyny z gratulacjami, uściskały i ją, i Wiktora, oglądały pierścionki i pytały kiedy ślub. Iga, gdy dowiedziała się, że Wiktor jedzie do Polski autem, a będzie wracał niemal na pusto, poprosiła, by zajechał do jej rodziców pod Krakowem i przywiózł zimowe ubrania. Ona mamie przez telefon powie, co i jak.
- A myślałam, że może będziesz świadkiem na naszym ślubie – szepnęła Grażyna.
- Nie Grażynko. Miło mi, że o mnie pomyślałaś, ale do Polski przyjadę dopiero na Boże Narodzenie i to o ile się wszystko dobrze ułoży. Poproś Stefcię, przecież ona już będzie w Polsce. A w zasadzie kiedy ten wasz ślub? Zresztą kuzynek masz pod dostatkiem!
- Najszybciej, jak to będzie możliwe. Bardzo skromny, bo tylko rodzice i świadkowie. Może uda się przyjechać Toribio, to jest bratu Wiktora. Bardzo bym chciała. Już do niego dzwonił, ale przecież sami jeszcze nie znamy terminu ślubu.
Przy tak „szumiącej” sali trudno było rozmawiać. Zaraz też zaczął się występ. Grażyna pierwszy raz była na takim koncercie, więc wszystko było dla niej nowe, ciekawe, zajmujące. Zespół był fantastyczny, a jego muzyka wręcz „powalała z nóg” - jak twierdziła Ada. Miał w swym repertuarze dużo romantycznych piosenek, a wtedy Wiktor tulił Grażynę i całował we włosy. Czasem zwracał jej uwagę na piosenkę, która mu się szczególnie podobała.
- Zauważyliście? To wszystko leci z playbacku! - stwierdził Viggo w czasie przerwy.
- Czytałem, że tylko w studio mogą nagrać takie brzmienie, na jakim im zależy. A na żywo, na tak dużej sali, jest to niemożliwe – dodał komentarz Wiktor.
- Możliwe – zgodził się Viggo. - Ale i tak bardzo się cieszę, że tu jestem. Wam też się podoba?
- Co za pytanie! - prychnęła Iga wydymając usta.
- Wiktor-bracie! Nawet nie wiesz jak ci zazdroszczę zaręczyn, ślubu i tak dalej...
- Bierz się do roboty, przyjacielu. Zaprzestań pustych przebiegów. Tyle fajnych dziewcząt blisko ciebie, a ty ich nawet nie zauważasz.
- Przecież wiesz, dlaczego.
- To są fobie. Zmień swoje myślenie.
- Kaligynefobia...
- O, nawet znasz nazwę! Dobry jesteś! Ale i tak musisz coś z tym zrobić. Ty sam. Zapanować nad tym. Nie masz wyjścia. Nie masz wyboru. A właściwie nie masz także czasu!
Viggo w odpowiedzi wzniósł oczy do nieba.
Mniej więcej w trzy godziny po powrocie do domu Wiktor i Grażyna leżeli w pościeli zmęczeni i spoceni po miłosnych zapasach. Grażyna była szczególnie zmęczona, albowiem w dzień nie poleżała ani przez chwilę. Wiktor, który nigdy nie myślał o sobie jako o wytrawnym kochanku, czuł radosne zadowolenie, był szczęśliwy, a nawet dumny z siebie. To wszystko co się między nimi działo przechodziło jego wcześniejsze oczekiwania. Miał wreszcie w swoich ramionach upragnioną kobietę, rozedrganą, aż wibrującą namiętnością i pożądaniem. Za jego sprawą. Brał ją czule i delikatnie, pamiętając o ciąży, chociaż ona zdawała się upominać o więcej. Chciała czuć na sobie jego ciężar. Wnikał w nią głodny płonącego, śliskiego wnętrze, pulsującego skurczami, przynaglającego i wabiącego jednocześnie. Ależ była cudna!
- Chcę, pragnę dać ci szczęście, nie tylko zadowolenie seksualne, ale takie ludzkie, prawdziwe szczęście – mówił między pocałunkami. - Abyś myśląc o mnie mogła się uśmiechać. I czekać na mnie. I wyciągać do mnie ręce. I podawać swoje usta. Abyś czuła, że jestem twój na tysiąc możliwych sposobów. Abyś była ze mną bezpieczna, spokojna i radosna. Myślisz, że to się nam uda? Że oboje będziemy szczęśliwi przez całe nasze życie? Bardzo tego pragnę dla nas. Dla ciebie. Abyś nigdy nie żałowała, że się zgodziłaś być ze mną.
- Widzisz? Już mamy wspólne marzenia... Ale jak to wszystko osiągnąć? Co trzeba zrobić, aby nasz związek trwał w takim szczęśliwym zjednoczeniu?
Wiktor przygarnął ją do siebie i kilka razy czule pocałował.
- Zaniosę cię pod prysznic, a później razem o tym pomyślimy. Choć w zasadzie myślę, że najpierw powinnaś się przespać. Jesteś zmęczona, czuję to. A zastanawiać się będziemy na przykład w drodze do Krakowa. Będziemy mieli dużo czasu na rozmowę.
Po wspólnym prysznicu znów się kochali, bo nie mogli się sobą nacieszyć. Później ubrał ją w swój podkoszulek, lękał się, by nie zachorowała – wieczór był dość chłodny. Tulił ją do siebie, a ona tak chętnie odpowiadała na wszystkie pieszczoty! Żadna z jego wcześniejszych kobiet nie reagowała na niego z taką spontanicznością i oddaniem. Była jego. Tylko jego! Przepełniało go szczęście.
A później był ostatni dzień pobytu Grażyny w Szwecji i milion spraw do załatwienia. Wiktor musiał być jeszcze w szwedzkim urzędzie skarbowym, wezwano go telefonicznie. Część spraw związanych z pubem miał już za sobą, ale musiał jeszcze dzwonić, gdzieś jechać, coś dopinać. Po drodze zrobił swoje uzupełniające zakupy, wszystko to, co mu doradziła Steffi. Przy okazji kupił też elektryczną sokowirówkę dla Grażyny, bo przypuszczał, że tego urządzenia dziewczyna w Polsce może nie mieć, a powinna pić dużo soków. Wrócił do mieszkania lekko zadyszany. Grażyna już wstała, była nawet po śniadaniu. Właśnie miała zamiar zabrać się za pakowanie, jednocześnie selekcjonując ubrania. Zaraz też była pora jechać zgodnie z umową do Karola. Telefonowała nawet Steffi z informacją, że paczki do zabrania już są przygotowane i że dziewczyny proszą, aby coś zabrał dla ich rodzin. Czy będzie miał jeszcze miejsce?
- To się dopiero okaże, gdy zapakujemy nasze rzeczy do samochodu – odpowiedział Wiktor. - Coś małego zapewne będziemy mogli zabrać. Więc niech się panny za bardzo nie rozpędzają. I do wiadomości celników niech napiszą, co zawiera każda paczka, abym nie musiał świecić oczami. A także adresy. Nie chciałbym ich później szukać.
Grażynka, oglądając najnowsze zakupy Wiktora, pożałowała, że nie kupiła czegoś osobistego dla ojczyma. Chociażby skarpetek. Te które kupił Wiktor wydały się jej dobrej jakości. Koszule też, ale nie wiedziała, jaki rozmiar nosi Marian. W duchu się dziwiła, po co Wiktorowi tyle koszul, nie pomyślała, że nie chce jej obarczać praniem, a domyślił się, że matka Grażyny nie ma automatycznej pralki.
- To wracając zajedziemy do jakiegoś sklepu i kupimy. Nie ma problemu – zapewnił Wiktor. Wziął prysznic i przebrał się w świeżą koszulę, jedną z tych starych, kolorowych. - Możemy jechać – powiedział całując Grażynę. Robił to teraz przy każdej sposobności. - Mam w bagażniku skrzynkę piwa butelkowego i zgrzewkę piwa w puszkach. Tak będzie dobrze?
- Bardzo dobrze.
- Ślicznie wyglądasz – dodał Wiktor przyglądając się narzeczonej.
- Dziękuję. Zatem jedziemy. Nie będziemy błądzić?
Posesję Karola znaleźli bez problemu. Stary drewniany dom stał w niewielkim oddaleniu od głównej drogi. Przed domem był pas różnych kwiatów oraz ładnie utrzymany zielony trawnik, a po bokach i w głębi – sad. Pachniało jabłkami. Szary, duży pies, chyba „wielorasowy” karnie trzymał się nóg swego pana i tylko z cicha poszczekiwał.
- Nie pogryzie nas? - upewniała się Grażyna, gdy Karol wypuścił ją z objęć. Pozwolił psu obwąchać gości, co ten zrobił z nieukrywaną ciekawością, przejechał szeroko językiem po rękach Grażyny, Wiktora zignorował, i wreszcie odbiegł do swoich spraw. - Ładny pies. I bardzo posłuszny.
- To stary pies, dobrze wie, co mu wolno, a co nie. Mam jeszcze dwa inne i dużo młodsze, ale one są na razie w zamknięciu. Wypuszczam je wieczorem. Teraz tylko przeszkadzałyby ludziom pracującym przy zbiorach. Bo u mnie już się zaczęło.
- Oj, to my pewnie też przeszkadzamy! - zmartwiła się Grażyna.
- Nie tak bardzo. Ludzie wiedzą, co mają robić, a w razie czego ktoś mnie zawoła. Zapraszam do domu.

- My i tak długo nie będziemy – zapewnił Wiktor. - Jutro już wyjeżdżamy do Polski. Mam tu trochę piwa dla ciebie. Gdzie go mogę zanieść?
Karol przyjął podarunek w sposób naturalny, bez zwyczajowych „a po co, a na co”. Razem postawili zgrzewkę na skrzynce i wspólnie wnieśli piwo do obszernej kuchni, która bardzo przypominała kuchnię Any w Kalixie. Zapewne była jednocześnie nie tylko kuchnią, ale także jadalnią i salonem. Usiedli wszyscy za stołem przykrytym rustykalnym, wesołym obrusem, na którym już gotowy był poczęstunek – cynamonowe bułeczki oraz drożdżowe ciasto ze śliwkami.
- Co wam zrobić do picia? Mam świeży sok jabłkowy, kawę, herbatę i zimną wodę z naszej specjalnej studni. Jest bardzo smaczna, a prócz tego zawiera pół tablicy Mendelejewa, ale tylko z tymi potrzebnymi dla nas minerałami – zażartował Karol.
- Można tu gdzieś umyć ręce? - zapytała Grażyna, która wcześniej dotykała psa, a nawet pozwoliła mu polizać swoje dłonie.
Karol wskazał jej drogę do toalety, a pod jej nieobecność powiedział, że dziewczyna bardzo mizernie wygląda.
- Teraz, jak już wróciła z północy, zadbam o nią. Zrobię wszystko, co będę mógł. Odwiozę ją do Polski swoim autem i tam, na miejscu, zorientuję się w sytuacji. Ma początki anemii i musi jeść dużo owoców i warzyw. A do tego przez jakiś czas łykać pigułki, czym akurat nie jestem zachwycony.
- Przygotowałem dla was mały zapasik owoców i trochę warzyw. Ale w takiej sytuacji... Myślę, że mimo wszystko owoce weźmiecie, bo i w Polsce też trzeba je jeść. Poza tym przydadzą się na drogę.
- Kupiłem sokowirówkę i dziś ją wypróbujemy zaraz po powrocie od ciebie. Ze dwa buraki i kilka marchewek przyda się już dziś. To taka sprawa, że nie mogę nic odpuścić, ani odłożyć na później. Bardzo chcę, aby wyniki z badania krwi Grazy jak najszybciej wróciły do normy.
- Czyżbyście mnie obgadywali? - zapytała Grażyna wchodząc do kuchni. - Powiedziałeś już Karolowi? - zwróciła się do Wiktora.
- Nie. Sama powiedz – uśmiechnął się szeroko.
- O, Karol! Dla mnie to wielka niespodzianka. Ciąża jest bliźniacza, w więc będziemy mieli dwoje dzieci. Zaręczyliśmy się. Wiktor z przekonaniem twierdzi, że to są jego dzieci. A w Polsce, w Krakowie, weźmiemy ślub najszybciej, jak to będzie możliwe.
Przez chwilę trwała wymiana uścisków i buziaków, Karol gratulował im z całego serca, widać było, że cieszy się z tych nowin.
- Chciałam też zwrócić ci pieniądze. Teraz moja sytuacja uległa zmianie. Nieźle zarobiłam i mam już dość kasy, by oddać dług... - powiedziała Grażyna sięgając do torebki. Wyjęła z niej wcześniej przygotowane banknoty.
- O żadnych zwrotach i pieniądzach nie może być mowy – zaprotestował szybko Karol.
- Ale...
- Nie ma żadnego ale.
- Karol, ja muszę ci oddać te pieniądze. Od razu mówiłam, że to tylko pożyczka. I cieszę się, że mogę ją zwrócić.
Karol przez chwilę popatrywał to na Wiktora, to na Grażynę, ale nie wyciągnął ręki po banknoty, które Grażyna położyła przed nim.
- Robię kawę – powiedział wstając z krzesła. - Możesz pić kawę? - zwrócił się do Grażyny.
- W niewielkich ilościach i z dużym dodatkiem mleka. Ale może dziś popróbuję twojego soku.
Jedli, pili, rozmawiali. O sadzie, zbiorach i problemach z transportem, o nowych pracownikach Wiktora, o występie ABBy, o bliskiej podróży do Polski i planach związanych ze ślubem.
- W sumie to ci współczuję, że w tak zaawansowanej ciąży zostaniesz sama w Polsce – stwierdził Karol. - Kobieta w takim stanie nie powinna być sama.
- Będzie moja matka i ojczym, a więc całkiem sama nie będę.
- To jednak nie to samo, co mąż. Nie powinniście się rozstawać. Czy tych kilka miesięcy pracy jest dla ciebie tak ważne?
- Ktoś mi tę pracę załatwił, gdybym do niej nie przystąpiła, to tamta osoba miałaby przykrości. Nie mogę jej tego zrobić.
- Ale później przyjeżdżaj jak najszybciej do swego męża. On też nie powinien być sam. Od lat jestem sam i wiem, że to nie jest dobre dla mężczyzny. A jak ci tam było na naszej Dalekiej Północy?
- Zimno. I tęskno za Wiktorem. Na szczęście to nie był długi okres. Ale teraz jestem z nim szczęśliwa. Z Wiktorem.
- Może będziemy się już zbierać? - zapytał Wiktor spoglądając na zegarek (wydobył go wreszcie z domowych zakamarków i powoli do niego przyzwyczajał).
- Tak, masz rację. Na nas już czas. Będę mogła cię kiedyś odwiedzić, Karolu?
- Ależ oczywiście. Sprawisz mi wielką radość. Kochanie, a te pieniądze weź dla maluszków. Nie rób mi przykrości i nie odmawiaj. Nie będę się przecież z tobą szarpał, ani wciskał ich gdzieś potajemnie. Weź, kup dzieciakom coś sensownego. Będziesz miała dużo wydatków na początku. Nie rób staremu przykrości. Będę je traktować jak własne wnuki. I będę czekać na wiadomość od ciebie, a także na zdjęcia z waszej uroczystości i nie tylko. Szczęśliwej podróży wam życzę. I szczęścia w małżeństwie. Kochajcie się i bądźcie dla siebie dobrzy. I wyrozumiali. Takie docieranie się wcale nie jest łatwe. Niech się wam uda. Bądźcie szczęśliwi – powtórzył na zakończenie raz jeszcze.

c.d.n.
fot. własna


piątek, 16 grudnia 2022

SMUTKU MÓJ

 




Smutku mój - © Elżbieta Żukrowska

Zerwać się do lotu jeszcze raz,
niech każdy mięsień drży z wysiłku...
Jeszcze raz śmignąć w piękny czas,
jeszcze - u życia schyłku.

Cóż? - za firanką smutną twarz,
lepiej nie patrzeć w lustra,
daremnie gdybać, tracić czas,
na zewnątrz tylko pustka.

Już mnie nie wabią tamte dni.
Radośnie tak mignęły latem...
A dziś się ledwie-ledwie tli
marzenia delikates...

Osłabłe skrzydła nie chcą ciąć
przestworzy ni głębiny.
Zostały tylko blade sny,
zetlałe jak tkaniny.

Choszczno, 15.12.2022 r. 
fot. własne

niedziela, 11 grudnia 2022

STEWCIA Z WIERZBINY - cz.16.


 STEFCIA Z WIERZBINY - © Elżbieta Żukrowska

Cz. 16. (72.) Koniec sierpnia 1976 r. Oświadczyny

Zastał Grażynkę „nurkującą” w torbach.
- Coś ty znowu nawiozła? - zapytał klękając obok niej.
- Zostałam obdarowana przez Anę i jej przyjaciółki. Przytargały spakowane już torby i nawet nie było możliwości do nich zajrzeć, więc dopiero teraz oglądam. Same szmatki. Takie dla mnie i dla dziecka. Trochę tego dużo. Później przejrzę to dokładnie i pewnie kilka rzeczy odrzucę.
- Grazy, posłuchaj. Nasze dziecko nie będzie chodzić w używanych ubrankach!
- A dlaczego nie? - zapytała nieco zadziornie. - Popatrz, jakie to ładne i wcale nie zniszczone – uniosła w paluszkach niebieski dziecięcy pajacyk. - Ten ciuszek akurat jest jak nowy. Nie będę szastać pieniędzy. To żadna ujma korzystać z takich darowizn. One, te kobiety, podarowały mi to wszystko z dobroci serca. A tu jest suknia ciążowa. Już ją polubiłam i na pewno często będę nosić. I zobacz tylko, jak mi w niej do twarzy! - dodała przykładając sukienkę do swoich ramion.
- Ładna – łaskawie zgodził się Wiktor. Ale Grazy w krótkiej granatowej spódniczce i białej koszulowej bluzce wydała mu się najpiękniejsza! To właśnie tak powinna zawsze się ubierać. Była taka odświętna, taka jasna, taka... taka... taka jego, Wiktora. W restauracji nie mógł oderwać oczu od dziewczyny. Teraz chciał jej powiedzieć – Grazy, rzuć to wszystko i idźmy się kochać! A jednocześnie wiedział, że właśnie dziś kochać się z nią nie będzie i to z dwóch powodów: wszystko działo się zbyt szybko, za szybko, a ponadto jutro miała być wizyta u ginekologa, więc z tego względu też lepiej się wstrzymać. Jak wygląda takie badanie? Nie miał o tym pojęcia! - Grazy, zostaw te szmatki – powiedział łagodnie. - Chodźmy do mnie. Zrobię dobrą herbatę. Mam też jakieś ciastka. A w zamrażarce nawet lody. Chcesz lody?
- Wolę sok – przekornie przypomniała mu ich letni spacer, ten na wpół samochodowy. - I muszę zadzwonić do Karola.
Pomógł jej podnieść się z kolan i – ciągle obejmując – prowadził do swego mieszkania. Razem robili herbatę i razem wybierali smakowite ciastka z pudełka. Rozmawiali i śmiali się, a mówili o wszystkim, przeskakując z tematu na temat, nie kończąc jednego, a zaczynając już następny, wzajemnie wchodzili sobie w słowa. Oboje przyznali się, że nie brali pod uwagę odwiedzin u Steffi i Liama, bardzo dobrze, że im Viggo przypomniał.
- Zatem dzwonię. Najpierw do Karola, a potem do Steffi – zadecydowała Grażyna. - Czy jest jeszcze coś, o czym zapomniałam?
W jakiś czas potem siedział w fotelu i trzymał ją w swoich ramionach. Gładził jej plecy, liczył paciorki kręgosłupa, zanurzał ręce we włosach, całował delikatnie, ciepło, czule. Lgnęła do niego spragniona pieszczot, dotyku ust, nawet jego zapachu, a on odbierał to jako przejaw głębokiego uczucia, czegoś prawdziwego, niepowtarzalnego.
Cud miłości?
- Będziesz ze mną spała? - zapytał szeptem.
Pokiwała twierdząco głową, więc zaniósł ją do sypialni, postawił na łóżku i zaczął powoli rozbierać. Jeden guziczek – jeden pocałunek... Czuł, jak dziewczyna topnieje, jak rozpływa się w jego ramionach, wspiera się na nim, przytrzymuje, prawie omdlewa. Była taka ciepła, gładka, mięciutka i taka pachnąca! Nie znał tego zapachu, który w zasadzie był ledwie wyczuwalny, bardzo delikatny, subtelny, wręcz słaby. Włosy pachniały inaczej – cytryna czy werbena? Nutka lawendy i czegoś jeszcze? Zapach polskiej dziewczyny... Zapach jego ukochanej kobiety... Wreszcie miał ją nagą i nie mógł się napatrzeć jej piersiom, krągłość bioder wydała mu się idealna, podobnie pośladki... Dotykał, gładził, brał w swoje dłonie, pieścił, smakował ustami sutki, aż zaczęła cicho popiskiwać i jeszcze mocniej wtulać się w niego. Ostrożnie ułożył ją w pościeli, a po chwili nagi położył się obok niej. Wodził rękoma po pięknie zaokrąglonym brzuchu, całował go, coś mruczał i znów wracał do jej ust. Po raz pierwszy pocałował ją głęboko, naprawdę głęboko, namiętnie, wkładając w to maksimum swego uczucia, czułości, pożądania. I zaborczości. I dominacji. Czuł, jak dziewczyna przy nim płonie! Znaczył swoje miłosne ślady na jej skórze, sięgał palcami do sedna kobiecości, a ona natychmiast się na niego otworzyła! Zsunął się niżej, by przynieść jej rozkosz ustami i językiem. Już po chwili wybuchła spazmatycznym ni to szlochem, ni to skowytem. Orgazm był tak potężny, że długo nie mogła się uspokoić. Tulił ją do swojej piersi, gładził, całował, wyciszał, koił. Takich wzruszeń nie doświadczył w swoim życiu z żadną kobietą, nie wiedział nawet, że są aż takie emocjonalne wyżyny. Zostawił Grażynę na chwilę samą, był w toalecie, a później przyniósł dwie szklanki wody. Uspokoił się nieco, oboje ochłonęli.
- Chcesz rozmawiać? - zapytał. Wiedział, że niektóre kobiety tego potrzebują.
- Nie, nie. Chcę się do ciebie przytulić. Chcę już zawsze być w twoich ramionach. Ale martwię się, bo ty... Nic dla ciebie nie zrobiłam.
- Nie martw się. Jestem twardym facetem i mam nadzieję, że jutrzejsza noc będzie nasza. Taka prawdziwie szalona, o ile na to pozwolisz. Oczywiście, że bardzo chcę kochać się z tobą. Ale to nam nie ucieknie. Jutro. Po wizycie u pani doktor. A w łazience pod lustrem jest pojemniczek na twoje siusiu. Pamiętaj – z samego rana. Wiesz jak to się robi? Najpierw trzeba się podmyć, a do pojemniczka ma trafić mocz ze środkowego strumienia. To bardzo ważne. W łazience są czyste ręczniki. Weźmiesz dowolny. Nie będzie ci zimno bez koszulki? Może ci dam którąś moją?
- Nie będzie. Tylko mnie przytul. Ty masz tak cudownie owłosione nogi! Ich dotyk jest szalenie podniecający!
- Nie przypuszczałem... Będziesz spać?
- Może za chwilę.
- Jesteś zmęczona.
- To nic. Jestem tobą zachwycona. Nie mogę się tobą nacieszyć.
- Mimo wszystko spróbuj zasnąć – powiedział cicho, a przez myśl mu przemknęło, że Grażyna tylko raz powiedziała mu, że go kocha... „Jutro. Jutro mi powie wiele razy”.
Na drugi dzień prosto z laboratorium pojechali do kwiaciarni. Kupili dwa bukiety róż – dla babci i dla Steffi. Po sąsiedzku była księgarnia, ale na razie jeszcze zamknięta. To jednak podsunęło Wiktorowi myśl o nabyciu kilku książek dla Liama. Przecież on się w tej Polsce będzie nudził! A dla babci kupili jeszcze dwa kawałki różnego ciasta. Starowinka, jak zawsze elegancka, przyjęła ich z szeroko otwartymi ramionami. Grażyna zauważyła, że Wiktor musiał bywać tu często, bo czuł się swobodnie, zupełnie jak Viggo. Zrobił kawę, a Grażyna pokroiła ciasto i przełożyła na ładny talerz. Babcia zasypała ich mnóstwem słów, Wiktor starał się to przetłumaczyć. Nie zabawili jednak u babci długo, bo przecież byli umówieni ze Steffi i z Liamem. Po drodze znaleźli jakąś inną księgarnię, już otwartą i tam Wiktor nabył kilka książek sensacyjnych i kilka kryminałów. Książki wypełniły zwykłą papierową torbę i choć Grażyna upierała się, by opakowanie było bardziej ozdobne, to Wiktor uznał to za zbyteczne.
Młodzi Rybbingowie już czekali na nich w restauracji.
Dali najpierw kwiaty Steffi, a następnie książki Liamowi.
- Tylko nie czytaj ich teraz – zostaw sobie na Polskę – upominał Wiktor.
Podano kawę i ciasto, ale Grażyna już nie chciała ani kawy, ani ciasta.
- A co byś zjadła? Na co masz chęć? - dopytywała się Steffi.
- Zupę. Gęstą i gorącą. Ale o tej porze to chyba jeszcze tego nie ma. Za wcześnie.
Steffi osobiście poszła do kuchni, a gdy wróciła, powiedziała, że za dwadzieścia minut będzie zupa. I była.
- Moja Grazy dziś nie jadła prawdziwego śniadania, bo musieliśmy być w laboratorium. U babci skubnęła trochę ciasta i najwyraźniej się zasłodziła! - wyjaśnił Wiktor. - Jak tam wczorajszy koncert?
- Cudowny! Absolutna rewelacja! - radośnie przyznała Steffi i wraz z mężem z podekscytowaniem zaczęli opowiadać o szczegółach.
Zauważyła, że Grażyna nie ma pierścionka na palcu, a zatem Wiktor znów się powstrzymał. „I na co on czeka?”. Później rozmawiali o bliskim już wyjeździe do Polski i Steffi przypominała o koniecznych zakupach spożywczych.
- Zresztą, przed wyjazdem podrzucimy wam jakiś karton z konieczną spożywką i drugi z chemią domową. Podobno w tej chwili nie ma już nawet pasty do zębów i męskich rzeczy do golenia. Zaopatrz się w to, Wiktorze. Tego ci nie kupię, bo nie wiem, co ty preferujesz. Macie jakieś prezenty dla mamy i ojczyma?
- A co miałbym kupić? - zdumiał się Wiktor.
- Dla mamy jakieś ekskluzywne perfumy, a dla ojczyma koniak. A gdzie tam będziesz mieszkał? U ciebie, Grażynko, czy w hotelu?
- U mnie. Po co hotel?
- To pamiętaj o szlafroku.
- Przecież ja wcale nie mam szlafroka!
- Weź ze sobą, tak na wszelki wypadek, garnitur, buty do garnituru i jakąś białą koszulę. Polska jest bardzo tradycyjna i lubi zaskakiwać. A ile dni masz zamiar spędzić w Polsce?
- Trudno powiedzieć. To będzie zależało od rozwoju sytuacji. Może ze trzy dni, a może aż z tydzień. Nie wiem jeszcze. Co o tym myślisz, Grazy? Chciałbym, abyś się od nowa zaaklimatyzowała i jakoś weszła w nową pracę. Mam nadzieję, że mogę być ci pomocny. Choćby w tym, że podwiozę autem.
- Jak najdłużej. Lecz i ja nie potrafię przewidzieć ile.
- A kto będzie czuwać nad pubem? - dociekał Liam.
- Poprosiłem o to Viggo. Thorsten jest daleko w świecie, nie wiadomo, kiedy wróci.
- O idą moje kuzyneczki – ucieszyła się Steffi. - Poznajcie się... - zaczęła prezentację, gdy dziewczęta podeszły do stolika.
Kelner zjawił się błyskawicznie.
- Kawa, sok i cynamonowe bułeczki – zadysponowała Kasia.
A kelner dostarczył wszystko już razem z zupą dla Grażyny.
- Niebo w gębie – powiedziała po polsku po kilku łyżkach zupy. - Tego mi było trzeba. I ona ma jakby polską nutę...
- Jedz na zdrowie – Steffi delikatnie pogładziła rodaczkę po ramieniu. - Jeśli jeszcze czegoś potrzebujesz to mów śmiało.
- Chciałabym mieć twoją siłę przebicia... czy jak to nazwać. Dla ciebie nie ma rzeczy niemożliwych. Bardzo mi się to podoba!
- A ja myślę, że wkrótce to w sobie wypracujesz. Nigdy nie mów, że nie umiesz, albo, że nie dasz rady. Ty jesteś z tych kobiet, które nawet byka biorą za rogi. I go zwyciężają. Musisz wierzyć w siebie! Nasza Dorotka zostaje w Szwecji i też będzie musiał brać byka za rogi. Dasz radę, bo kto, jak nie ty! - uścisnęła leżącą na stole rękę kuzynki.
Było jeszcze trochę czasu do godziny czternastej, więc wrócili do domu. Wiktor poszedł do pubu, a Grażyna znów usiłowała rozpatrzeć się w swoich rzeczach. Z wolna rosłą kupka ciuszków, z których rezygnowała. Z wielkim żalem. Gdyby miała je wszystkie w Krakowie – nie wstawałaby od maszyny do szycia. Ależ by sobie wyszykowała kreacje! „Powinnam zostać krawcową, a nie nauczycielką” - westchnęła w duchu. Ze wszystkich znanych zajęć szycie najbardziej jej odpowiadało.
Przyszedł Wiktor.
- Z tego rezygnuję – wskazała mu ręką niewielką stertę. - Ale serce mi przy tym pęka.
- Kochanie, niczego nie wyrzucamy. Wrócimy do tych łaszków. Może wyślę ci je paczką, a może przyjedziesz do mnie z dzieckiem – powiedział łagodnie i ciepło, pogładził ją po ramieniu, zrobiło mu się żal dziewczyny. - Jeszcze nie wiemy jak się nam będzie układało. Teraz najważniejsza jest opinia lekarki. Czy ty w ogóle byłaś kiedykolwiek u ginekologa?
- Raz. I było okropnie!
- Mężczyzna?

- Tak. Nie, nie chcę tego pamiętać.
- Zjesz coś jeszcze przed wyjściem? Mam jakąś sałatkę jarzynową, coś tam jeszcze kupiłem, ale już nie pamiętam co.
- Sałatka na liściu sałaty.
- Na szczęście mam sałatę. Sok czy herbata?
- Herbata. Z cytryną. Koniecznie z cytryną!
- To chodź do mnie, dziecinko. Jesteś taka drobniutka! - podał Grażynie rękę, a gdy wstała objął ją i tak prowadził do siebie.
„Pani z okienka” wzięła od nich wyniki badań Grażyny i poprosiła, by na chwilę usiedli. Sama z papierami poszła do lekarskiego gabinetu, a w chwilę potem poprosiła do środka Grażynę. Wiktor został sam. Rozejrzał się po poczekalni, ot, zwykła poczekalnia u lekarza. Dość wygodne fotele, na stoliku kilka medycznych broszur, na ścianie głośno tykający zegar. Właśnie – zegar. Musi swój zegarek wyciągnąć z szuflady. Na co dzień go nie nosił, ale w podróży może być przydatny. I jeszcze ma kupić szlafrok. Chyba jak najcieńszy, aby nie zajmował dużo miejsca. Perfumy i koniak. Nie zapomni. A dla siebie piankę do golenia, bo mu się kończy. Może jeszcze kapcie i kilka par skarpet. I nowe majtki. Zaniedbał się ostatnio. Ubranie miało być czyste i wygodne. Przy Grazy jednak wszystko zaczęło wyglądać inaczej. A dla niej też ma coś kupić? Jeśli tak – to co? Już umyślił sobie, że jadąc do Karola weźmie skrzynkę piwa. Albo nawet dwie, nie będzie żałował. Facet zaskoczył go tym, że dał pieniądze zupełnie obcej dziewczynie. Szwedzi nie są rozrzutni. A tu taki gest! On sam, Wiktor, wzbraniał się przed Grazy. Nie chciał jej. Czy przeczuwał, jak bardzo zmieni jego życie? Nie, chyba o tym wcale nie myślał. Wtedy powiedział, że czasem odwiedzają go kobiety. To było kłamstwo! Nie spraszał do swego mieszkania obcych kobiet. Kontakt z nimi w ostatnich dwóch latach był bardzo rzadki, można powiedzieć, że żaden. Chociaż latem, gdy Grazy wyjechała na północ, spotkał się z taką jedną. Chciał rozładować narastające w nim napięcie. Ale nic z tego nie wyszło. Wypił z dziewczyną kawę i kieliszek wina, a później jak wszedł, tak i wyszedł. Jego ciało w obecności tamtej kobiety było jak martwe, chociaż damulka bardzo się starała... W głowie miał tylko Grażynę. Więcej nie próbował.
Wydało mu się, że badanie trwa bardzo długo. Nie, dopiero dziesięć minut. Zapewne lekarka najpierw musi o wszystko wypytać pacjentkę. Powiedział lekarce wcześniej, że za kilka dni wyjeżdżają do Polski i w związku z tym chciałby mieć opinię na piśmie. Jest mało prawdopodobne, by jeszcze raz odwiedzili ten gabinet. Prosił, aby wszystko odnotowała jak najdokładniej po angielsku. Teraz, ledwie rzucił okiem na wyniki Grażyny, zauważył, że jest za niska hemoglobina. Anemia? Zrobi, co będzie mógł, aby szybko odzyskała właściwe parametry. Lecz tak naprawdę co może zrobić na odległość? I jeszcze te polskie ubogie sklepy... Naprawdę takie ubogie? Zaczął przeglądać broszury – oczywiście traktowały o zdrowiu kobiety. Dla niego nawet to słownictwo było obce! Trymestr. Co to takiego jest trymestr? Pierwszy trymestr, drugi, trzeci... Aha, podzielili czas trwania ciąży na trzymiesięczne okresy. Dobra, to rozumiał. Nie, nie mógł się skupić. A tu mowa o tym, co kobieta zagrożona anemią ma jeść w czasie ciąży. Czytał i starał się zapamiętać – czerwone mięso, czerwone i zielone warzywa, cytrusy, ciemne pieczywo, masło, jaja... Chyba w Polsce są takie produkty!? Prawda – podobno nie ma cytrusów. Musi zabrać ze sobą skrzynkę różnych owoców. Ale przecież są jabłka, śliwki, gruszki – wystarczy codziennie jeść miejscowe owoce. No nic – zobaczymy, co powie pani doktor.
Wreszcie lekarka sama zaprosiła go do środka. Rzucił okiem na Grażynę – była blada i sprawiała wrażenie ciężko przestraszonej. A może tylko zmęczonej. Usiadł obok niej i natychmiast wziął ją za rękę.
- Mam dla państwa dwie istotne wiadomości. Zacznijmy od zdrowia Gra... - nie umiała wymówić polskiego imienia.
- Grazy – podpowiedział jej Wiktor.
- To już jest anemia, dopiero początek, ale musi być leczenie środkami farmakologicznymi, przynajmniej na początek. Już wypisałam receptę. Zalecam specjalną dietę i proszę się do niej rygorystycznie zastosować. Dużo warzywnych i owocowych soków. Tu jest broszura, wprawdzie po szwedzku, ale ty pomożesz to przetłumaczyć na angielski. Są też dobre ilustracje. Poza tym trzeba dużo wypoczywać, w tym spacerować po świeżym powietrzu, a nie tylko leżeć na kanapie. Gdybyś zostawała w Szwecji natychmiast zabrałabym cię na jakiś tydzień do szpitala, nie mówiąc już o zwolnieniu z pracy. Nie wiem, jak z tym jest w Polsce, ale musisz o siebie zadbać. Dbając o siebie dbasz także o dzieci... Tu dochodzimy do drugiej sprawy. To jest ciąża mnoga. Wyraźnie słyszałam bicie dwóch serduszek. Zatem... w drodze do was są bliźnięta – zakończyła triumfalnie.
Wiktor poderwał się z krzesła z roześmianą twarzą. Ale Grażyna siedziała jak ścięta mrozem. W pierwszej chwili słowa lekarki do niej nie dotarły, dopiero po kilkunastu sekundach. I Wiktor zobaczył, że Grażyna po prostu mdleje. Przyskoczył do niej i chwycił w ramiona, uniósł i przytulił.
- Oddychaj, kochanie, oddychaj. To wspaniała wiadomość. Oddychaj skarbie.
- Już dobrze – szepnęła ciągle jeszcze blada i nadal wystraszona.
- Grazy, jestem z tobą.
- Zaraz dostaniesz zastrzyk i posiedzicie w poczekalni piętnaście minut – powiedziała lekarka sprawdzając tętno Grażynie. - A może lepiej kroplówkę. To tylko pół godziny, ale tak będzie lepiej dla twego bezpieczeństwa. Kroplówka cię wzmocni.
Później Wiktor siedział obok łóżka Grażyny, trzymał ją za rękę i opowiadał, jak bardzo jest szczęśliwy, że będą bliźnięta. Byli sami w pokoju zabiegowym, ale pielęgniarka zaglądała od czasu do czasu.
- Ale ja sobie sama nie poradzę – jęknęła Grażyna.
- Kochanie, nie jesteś sama i nie będziesz. Jestem z tobą. Zawsze już będę z tobą. Kocham cię. Czy... Czy zechcesz zostać moją żoną? Proszę.
Wyciągnęła rękę i pogłaskała go po twarzy.
- To jest dla ciebie za trudne. Nie mogę cię aż tak bardzo angażować. Muszę to sama jakoś... Muszę pogodzić się z myślą, jakoś to sobie w głowie ułożyć.
- Czy to znaczy, że mi odmawiasz? - przestraszył się Wiktor.
- Nie, nie! To nie tak. Nie odmawiam, ale nie mogę cię przymuszać!
- Do niczego mnie nie przymuszasz!
Zdeterminowany wyciągnął z kieszeni oba pudełeczka z pierścionkami i już nie dyskutując z dziewczyną założył jej oba na rękę.
- Oszalałeś – jęknęła.
- Dwoje dzieci, to i dwa pierścionki – oświadczył z pewną dumą. Ucałował jej rękę, usta, czoło. - Kocham cię jak nikogo na świecie i dlatego chcę, pragnę, abyś została moją żoną. Wiem, powinny być kwiaty. Ale kwiaty kupię ci dopiero w Polsce. Zostaniesz moją żoną?
- Tak, mój najukochańszy mężczyzno. Bardzo chcę zostać twoją żoną – jedną ręką objęła go za szyję. Pochylił się, aby mogła go przytulić.
- Weźmiemy ślub w Polsce najszybciej, jak to będzie możliwe – powiedział trochę twardo.
- Jesteś szalony, ale właśnie takiego cię kocham – zapewniła go, znów przytulając.

c.d.n.
fot. własna

środa, 7 grudnia 2022

ZIMOWA NOWA MIŁOŚĆ

 





Zimowa nowa miłość - © Elżbieta Żukrowska

Na niebie gwiazdy rozsypane,
drobiny śniegu pod stopami,
jej oczy znowu zakochane,
a on ma dłonie jak aksamit...

Gwiazdki mrugają, kuszą, wabią,
wiatr śpiewa swą zimową piosnkę,
z nieznanych dróg znów się pojawią
marzenia słodkie, bo miłosne.

Czy tu wystarczy ręka w rękę,
i wielość spojrzeń w głębię oczu,
słodki całusek lub troszeńkę
przytuleń,
aby zimową miłość mocno poczuć?

Choszczno 7.12.2022 r.
fot. z internetu

niedziela, 4 grudnia 2022

STEFCIA Z WIERZBINY - cz.15.


 

STEFCIA Z WIERZBINY - © Elżbieta Żukrowska

Cz.15. (71.) Koniec sierpnia 1976 r. Wiktor i Grażyna

Wiktor przeżywał powrót Grażyny. Nie poszedł do swego mieszkania, bo tam pewnie chodziłby z kąta w kąt. Siedział dalej w pubie i rozmawiał z przyjaciółmi. Osoby przy stoliku zmieniały się, ale nadal był Orvor, Patryk i Viggo, który po odwiezieniu dziewcząt powrócił do pubu. Orvor był na okrągło zasypywany pytaniami o Włochy i musiał opowiadać. Wiktor trochę żałował, że nie starczyło mu czasu na wyjazd, bodaj na kilka dni, do tego Pineto. Nic to, kiedyś pojedzie tam razem z Grazy. Podbudowany słowami Steffi wierzył, że uda mu się na dobre połączyć z Grażyną. Jej mieszkanie Eve już wysprzątała, wywietrzyła i zmieniła pościel (podrzucił jej swoją bieliznę pościelową), wytarła z kurzu nawet ramy obrazów, które dla Grażyny kupił Viggo. W sypialni pod ścianą stało kilka kartonów z używanymi ubraniami dla niej i dla dziecka. Jak ona się z tym zabierze do Polski? Jechać z nią samochodem? Sprawdził na mapie – przecież to bardzo długa droga! Jeśli sama popłynie promem to – no właśnie – co zrobi z taką ilością bagaży? Nie da sobie rady! Ewe zasugerowała, by namówił dziewczynę na dokładne przejrzenie tych wszystkich klamotów, na pewno coś jeszcze da się odrzucić, z czegoś zrezygnować. Niech zabierze tylko to, co bezwzględnie konieczne dla niej samej. A Wiktor niech później wysyła jej paczki. Przecież może tyle dla tej Polki zrobić. To nie był zły pomysł – uznał. Ale już zaświtała mu inna myśl – pojedzie do Polski. Odwiezie Grażynę. Polecą samolotem. Zaraz z rana zamówi bilety. Nie, jego dziewczyna nie będzie się sama męczyć taką drogą. Będzie przy niej. Musi być przy niej. Wezmą tyle bagażu, ile to będzie możliwe, a resztę faktycznie wyśle jej w paczkach. A później będzie rozstanie. Długie. Może na całe już życie... Wzdragał się na taką myśl. Oświadczy się. Raz kozie śmierć. Oświadczy się i niech się dzieje wola nieba. Nawet jeśli go odrzuci – przynajmniej będzie miał pewność, że zrobił wszystko, co w jego mocy. Teraz najważniejsze były badania ginekologiczne. Chciał być głęboko przekonany, że z ciążą jest wszystko w porządku.
Później, już w mieszkaniu, przejrzał złote precjoza, jakie mu zostały po matce. W zasadzie wszystkie pierścionki wydały mu się bardzo ładne. Może ten z jasnym szafirem? A nie powinien być z czerwonym oczkiem? Jednak matka nie miała z czerwonym oczkiem. Były żółte, zielone, fioletowe i nawet jeden z czarnym, kwadratowym... O, a ten z różową perłą? E, chyba jest jakiś zmatowiały... Potarł perłę o spodnie, ale to nic nie zmieniło. Poza tym miał tak na oko największą obrączkę. A ten zielonkawy... Co to za kamień? Musiałby zapytać złotnika. I zapyta. Jednak ten z niebieskim. Jutro zaraz z rana zaniesie do fachowca, by go elegancko oczyścił i dodał jakieś ładne pudełeczko. Ten z zielonym oczkiem też weźmie, tak na wszelki wypadek. Pamiętał, że Grażyna miała szczupłe palce. W ciągu ostatniego miesiąca to mogło się zmienić. Słyszał też, że niektórym kobietom w ciąży puchną palce. A ten pierścionek z szafirem chyba był najmniejszy... Czy będzie pasował? Obrączkę ma dość grubą, więc w razie czego zapewne będzie można go powiększyć.
Wziął bardzo długi prysznic. Potrzebował rozluźnienia. Potrzebował Grazy, a nie jakiegoś tam rozluźnienia! „Dziewczyno, co ty ze mną robisz!”. Źle spał tej nocy. Budził się kilka razy, a później nie mógł zasnąć. Coś mu się śniło, jakieś koszmary, ale rankiem nie pamiętał, co. Układał sobie plan działania na najbliższy ranek, najpierw wszystkie sprawy związane z pubem, cała masa telefonów! A później bilety na samolot i złotnik. Ach, i te bilety od Viggo na koncert ABBy. Viggo... Ładnie wygląda w tych swoich białych koszulach... Może warto go naśladować? Przedtem nosił kolorowe koszulki, tak było najwygodniej. Musi sobie dokupić kilka białych i naśladować przyjaciela. Czy on nie wodził wzrokiem za tą wesołą Polką? Może jest następnym, którego Polka zauroczyła. Bardzo możliwe. Jednak trzymał pewien dystans – jak zawsze z kobietami. Nie narzucał się i nie uwodził, jak to miał w zwyczaju Olof. Ach, co go to, Wiktora, obchodzi. Przecież i tak liczy się tylko Grazy. Nawet nigdy nie pocałował jej w usta. W policzek, w czoło – tak. A w usta się nie odważył. Stary, durny chłop... Miał nadzieję, że Grazy ucieszy się z koncertu, ale przecież to jednocześnie skradnie im czas, jaki mogli poświęcić sobie. I jeszcze te badania ginekologiczne. A jeśli Grazy się nie zgodzi? Przecież nie zaciągnie jej siłą! Musi się zgodzić. To zbyt ważna sprawa. Ona ma dość rozsądku, by się zgodzić. I uwierzyć, że nosi pod sercem jego dziecko. Jego, Wiktora, a nie jakiegoś... chłystka z Polski. A o wyjazd do Polski nie będzie jej pytał. Po prostu zakomunikuje, że ma dwa bilety na samolot i koniec dyskusji.
Jednak rankiem okazało się co innego – Kraków nie miał międzynarodowego lotniska, dolecieć można było jedynie do Warszawy. A później co – pociąg? W tej sytuacji zdecydował się na prom i jazdę samochodem. Przecież tak właśnie wielekroć podróżował Liam ze Steffi. Na szczęście były jeszcze bilety na prom. Sprawy służbowe udało mu się zamknąć w dwie godziny, choć był to telefon za telefonem i dwa wyjazdy. Złotnik kazał mu przyjść za trzy godziny. Białe koszule w swoim rozmiarze dostał w trzech różnych sklepach, łącznie kupił sześć. I nowe spodnie. I jeszcze buty. Samochód miał sprawny, ale umył go i odkurzył porządnie. W zasadzie nic więcej nie zostało do zrobienia. W znajomym barze zjadł lunch, chociaż nie był głodny. Odebrał pierścionki – oba teraz lśniły nowością. A puzderka wybrał w kolorze oczek – przynajmniej się nie pomyli, kiedy będzie dawał dziewczynie. Złotnik powiedział, że to wyjątkowo piękny agat, że rzadko się spotyka teraz tak piękne i duże.
Pozostało czekać na przyjazd dziewcząt. Wziął prysznic i owinięty ręcznikiem przysiadł w fotelu. Usnął prawie natychmiast. Obudził się przestraszony, że zaspał. Jednak nie – nadal miał dość czasu. Zaczął rozważać, jak dać Grażynie pierścionek. Wiedział, że Liam dał go Steffi w kawiarni. Większość jego kolegów oświadczała się raczej byle jak i byle gdzie – o ile się w ogóle oświadczała.
Gdy przyszła pora ubrał się w nową białą koszulę. Jednak stwierdził, że jego zarost mocno pociemniał, więc zdjął koszulę i się ogolił. Umył zęby. Zszedł do pubu zobaczyć, czy jest dużo gości. No, tłumu nie było. Przywitał się się z kilku znajomymi, podchodząc do ich stolików i przysiadając się na chwilę. Chciał zapełnić czas, jaki mu jeszcze pozostał do przyjazdu dziewcząt. I opanować to wewnętrzne rozdygotanie.
- A coś ty dziś taki elegancki? - zapytał jeden z kolegów.
- A co? Nie stać mnie? - odpowiedział żartobliwie. Zatem jednak dobrze, że kupił te koszule.
Czas jakby stał w miejscu. Podszedł do barmana.
- Wyjeżdżam na kilka dni. Dasz sobie radę? Jak będzie dostawa piwa, to zawsze dokładnie sprawdzaj. Łatwo się się pomylić.
- Dobrze, szefie. A gdzie szef jedzie?
- Daleko. - Nie powiedział, że do Polski. Nie musi wiedzieć.
- A jak będzie jakaś burda, to co mam zrobić?
- Mówiłeś, że masz czarny pas. Kłamałeś? No i wzywaj policję. Goń dilerów. Już zaczynają się i u nas pojawiać.
- Nie wiem, którzy to są.
- Ja też nie wiem, ale wyczuwam, patrzę, obserwuję. W razie czego proś o pomoc Viggo. Powiem mu, by na wszystko miał oko. Poproszę aby pod moją nieobecność codziennie pojawiał się w pubie.
- Dobrze, szefie.
- Co ty mi tak zacząłeś szefować, co?
- Bo w tej białej koszuli nareszcie wyglądasz jak szef. A nawet jak szef wszystkich szefów.
- Chcesz w ucho?

- Nie radzę. Ja naprawdę mam czarny pas w judo i nadal trenuję.
- To mi tak nie szefuj! Aż mnie zęby rozbolały. Na razie znikam. Nie wiem, czy jeszcze dziś wrócę, więc miej oczy szeroko otwarte.
- A nie mógłbyś zatrudnić ochroniarzy? Chociaż na weekendy, kiedy jest największy ruch.
- Nie mam już czasu. W pięć minut nikogo nie znajdę. Ale pomyślę o tym.
- Ja mam takich kolesi... Zawołać ze dwóch na jutro rano?
- Dobra. Ale nic nie obiecuję. Muszą mi się spodobać. Obowiązują dobre maniery, a nie gabaryty. Miej to na uwadze. Niech przyjdą koło dziesiątej. Chociaż nie, mam jutro spotkania, więc lepiej koło szesnastej. W razie czego niech na mnie zaczekają.
- A kasa?
- To się zobaczy. Sam widzisz, że tu nie ma dużo pracy dla ochroniarzy.
- Mnie się wydaje, że przychodzi coraz więcej obcych, z miasta.
- Zauważyłem. To jednak nic nie znaczy. Ale nie zatrzymuj mnie, bo już muszę lecieć.
I „poleciał”, aby odstać blisko pół godziny na peronie. Miał nadzieje, że zobaczy dziewczyny w oknie, ale pokazały się we drzwiach ledwie pociąg się zatrzymał. Nie miał problemów z ich odnalezieniem, bo pociąg nie był długi. Miały ze sobą bardzo dużo bagażu, aż jęknął, gdy to zobaczył. Rzucił się do pomocy. A gdy już wszystkie torby stały bezpiecznie na peronie, objął dziewczyny jednocześnie i obie cmoknął w policzki. Całą jego odwaga gdzieś wyparowała. Zapomniał przygotowanych wcześniej słów. Na szczęście Iga odsunęła się nieco i wtedy Wiktor się zreflektował, objął mocno Grażynę. A ona zarzuciła mu ręce na szyję, jak na jakimś filmie. Rozpłynął się cały ze szczęścia i pocałował ją w usta. To był długi pocałunek...
- Kochani, na nas pora. Jedziemy! - przynagliła ich Iga.
- Smakujesz jak milion dolarów i pierwsze letnie jabłuszko – powiedział szeptem do Grażyny.
Była zarumieniona i wyglądała prześlicznie. I ten ładnie zaokrąglony brzuszek... Ale zeszczuplała. To nic. Już on o nią zadba!
Najpierw odwieźli Igę. Był tak zakręcony, że nawet nie wspomniał jej o koncercie, ale Grażynie powiedział gdy dojeżdżali do pubu.
- Cudownie! Bardzo się cieszę. Ale jutro odpoczywam. Cały dzień będę leżała do góry brzuchem. Natomiast teraz muszę wziąć prysznic, przebrać się i iść coś zjeść. Wprawdzie nie jestem bardzo głodna, myślę jednak, że rozsądek nakazuje, abym pamiętała o dziecku.
Z Wiktora już wyrywały się słowa, które z trudem powstrzymał - „o moim dziecku”.
- Może razem pojedziemy na kolację. Znam niewielką i bardzo przytulną knajpkę, dają tam świetne jedzenie, chociaż nie ma zbyt dużego wyboru dań. Na co miałabyś ochotę?
- Może na jakąś rybę. Na przykład z rusztu. Zresztą, to nie ma znaczenia. Byle nie żebra renifera ani nie klopsiki.
- Żebra renifera? - zdziwił się.
- W ostatnim tygodniu musiałam je codziennie dusić. Już sam zapach mi przeszkadzał. W pociągu jakaś kobieta częstowała nas jabłkami, dlatego mój pocałunek smakował jabłkiem. Jestem zmęczona i niewyspana. Nie mogłam spać ostatniej nocy. Dziecko mnie trochę kopało. Ale generalnie jest grzeczne.
- A jak się czujesz? Tak ogólnie?
- Chyba dobrze. Tak. Zdecydowanie dobrze. Może tylko ostatnio za szybko się męczę. Ana pilnowała, bym kilka razy dziennie poleżała.
Weszli do mieszkanka Grażyny, gdzie Wiktor poustawiał w sypialni wszystkie jej torby.
- To ty się wykąp, a później zapukaj do mnie. Zadzwonię do tej knajpki, aby trzymali dla nas stolik i przygotowali coś specjalnego.
Zanim wyszedł – jeszcze raz wziął Grażynę w ramiona. Czuł, jak mu się chętnie poddaje, jak przywiera do niego, obejmuje, tuli się. Znów ją pocałował. Długa niebiańska chwila. Z trudem oderwał się od dziewczyny.
- Za chwilę nie będę mógł stąd wyjść – powiedział podekscytowany, sięgając ręką do kotary.
- Wspaniale dziś wyglądasz. Jak milion dolarów. A może nawet jak dwa miliony – uśmiechnęła się figlarnie Grażyna.
- To moje słowa! To jak tak powinienem powiedzieć do ciebie!
- Może później jeszcze powiesz. Daj mi się przebrać w jakąś sensowną kieckę. Ach, pożycz mi deskę do prasowania i żelazko.
- Ty idź pod prysznic, a ja zaraz wszystko przyniosę.
Wchodząc do mieszkania uświadomił sobie, że powinien Grażynie kupić kwiaty. Ale teraz już było za późno, nigdzie nie będzie ganiał. Jutro kupi. A tak w ogóle to czy muszą być kwiaty? Steffi na pewno by kazała... Nie, nie będzie nikogo naśladował. Kiedyś kupi jej kwiaty. Może już w Krakowie. Mają tyle spraw do omówienia! Ale kobiety lubią kwiaty...
Restauracja rzeczywiście była niewielka. Dostali stolik przy oknie, widać było ulicę i spacerujących ludzi. Ciągle było jasno. Grażyna była trochę spięta. Wiktor zdecydowanie bardziej. Nawet dłonie mu drżały. Oparł je na stole.
- Musimy porozmawiać – zaczął, jeszcze zanim podszedł do nich kelner.
- Koniecznie – zgodziła się, sięgając po wazonik z kwiatami i wsadzając w nie nos. - Nie pachną – zrobiła smutną minkę. Rozbawiła go tym. - Cały czas się martwię, czy dostanę bilet na prom. Mam nadzieję, że mnie odwieziesz do portu. Ale nie wiem gdzie...
- Pojedziemy do Ystad. Już mam bilety. Bo pojadę z tobą.
- Ależ Wiktor!
- A jak się zabierzesz z taką ilością bagaży? Nie masz żadnych szans! A później przesiadka na pociąg. Nie, sama nie dasz rady!
- Wiktor, nie możesz się tak dla mnie poświęcać!
- Chcę być z tobą jak najdłużej. Jeszcze dziś zamówię jakiś hotel w Krakowie. Zapomniałem o tym. I to nie jest żadne poświęcenie, a przyjemność dla mnie. Przy okazji odpocznę od pubu.
- Nie, nie, nie! Żadnego hotelu nie zamawiaj. Dobrze, pojedziesz ze mną. A dom jest na tyle duży, że będziesz miał gdzie przenocować.
- Nawet gdy zechcę być w Krakowie przez kilka dni?
- Jasne. To nie jest problem.
- A co jest problemem? Reakcja twojej matki?
- Nie sądzę. Przerażają mnie te koszty. Przecież to nie jest tania wyprawa!
- O kosztach nic nie mów. Jest natomiast inna, bardzo ważna kwestia. Jutro o ósmej rano musisz być w laboratorium, gdzie ci pobiorą krew. Oddasz też mocz do analizy. O czternastej będą wyniki i z tymi wynikami jedziemy prosto do pani doktor. To jest kobieta ginekolog. Nie puszczę cię do Polski bez tego badania, więc nie próbuj się buntować.
- O matko! Przecież to też ogromne koszty. Ja wiem, że prywatna wizyta jest tutaj bardzo droga!
- Już więcej nie wspominaj o pieniądzach!
Podszedł kelner i Wiktor szybko uzgodnił menu, konsultując wszystko z Grażyną. Oprócz ryby miała być gęsta, warzywna zupa. Bez owoców morza i makaronu. Oraz mała buteleczka szampana. Sok pomarańczowy i ciastko z kremem.
- Grazy, mam nadzieję, że wszystko już ustaliliśmy w sprawie twego wyjazdu i wizyty lekarskiej.
- No, jeszcze nie. Mam tu dwie zaległe sprawy. Musze odwiedzić babcię Viggo oraz Karola.
- Babcię – to rozumiem. Ale Karol?
- Tego pierwszego dnia, zaledwie go poznałam, Karol dał mi pieniądze. Wzięłam je, traktując jak pożyczkę. Byłam bez pracy i nawet nie miałam pieniędzy na bilet powrotny. Te pieniądze były moim zabezpieczeniem. Nigdy ich nie wydałam. Mam dokładnie te same banknoty, które mi wtedy dał. Muszę mu je oddać. Czy mógłbyś ze mną pojechać do Karola?
- Tak, oczywiście. Może zaraz po wizycie w laboratorium. Zjesz śniadanie i pojedziemy. Umów się z nim telefonicznie, abyśmy nie jechali na próżno. Jeszcze dziś wieczorem. Ale do babci raczej jutro nie zdążymy, bo jeszcze ten koncert. No i musisz odpocząć.
- Nie, nie. Do babci wpadniemy tylko na piętnaście minut i pojedziemy do Karola.
- Skarbie, to są dwa przeciwstawne kierunki. Babcię załatwimy pojutrze. Albo babcię jutro, a Karola pojutrze.
- No to wolę tak – najpierw babcia, a na drugi dzień Karol. I droga wolna do Polski.
- I tak mało mamy czasu. Ty się musisz spakować.
- A duży masz bagażnik?
- Raczej tak.
- Jestem ci bardzo wdzięczna za pomoc i zaangażowanie. Wykorzystuję cię, a to mnie zawstydza, wręcz krępuje.
Kelner wrócił z talerzami, więc zajęli się jedzeniem. Wiktora „uwierały” te dwa pudełeczka z pierścionkami w kieszeni, ale ciągle się wstrzymywał. Każdy moment wydawał mu się nieodpowiedni. Może przy szampanie?
- Za twoją pomyślność – wzniósł toast.
- Dziękuję, Wiktorze. Bardzo cenię twoją przyjaźń, twoją troskę o mnie i twoją opiekę. - Mogła by jeszcze dodać, że uwielbia jego pocałunki, ale się powstrzymała, bo czy będą następne? Wcale nie była tego pewna!
Trzymał w dłoni jej rękę. Tak na oko pierścionek powinien być dobry... Jeszcze nie teraz, może za chwilę. Może gdy podniesie powieki i spojrzy mu głęboko w oczy – czarował w myślach. Podniosłą.
- Grażyna, kocham cię – powiedział wyuczone, polskie słowa.
- Wiktor – jęknęła cichutko i oblała się ciemnym rumieńcem.
- Czy... - dalsze słowa nie chciały przejść przez gardło. - Czy możemy być parą? - wypalił wreszcie całkiem nie to, co zamierzał powiedzieć.
- Tak, Wiktorze. Tak. Marzyłam o tym.
Może to nie było to, czego oczekiwał, ale i tak poczuł, jak mu rosną skrzydła u ramion.
- Grazy, chciałbym, bardzo chcę!, abyś myślała, że nosisz moje dziecko. Bardzo tego pragnę i chcę, abyśmy tak mówili naszym znajomym.
- Twoje dziecko? - zamrugała szybko powiekami. - To się nie bardzo zgadza w czasie!
- A kto to będzie sprawdzał? Kto będzie dociekał? Moje dziecko. Nasze dziecko. Możesz się tak przestawić? Przecież mogłem być w Polsce i mogliśmy wtedy... Nikt tego nie dojdzie. Moje dziecko. Nasze dziecko. Możesz?
- Mogę. A jeśli urodzi się kalekie, to co wtedy? - zapytała po chwili.
- Nawet tak nie myśl! Oboje jesteśmy młodzi i zdrowi. Dziecko też będzie zdrowe. I śliczne po mamusi.
- A wiesz, że jesteś trochę szalony?
- Czy to ci przeszkadza?
- Ani trochę.
- To wracajmy do domu, bo chcę już wziąć cię w ramiona i mocno całować. Grażyna – kocham cię. Nie mogę się już doczekać. Bez ciebie wszystko tu było nijakie. Bardzo za tobą tęskniłem.
Później przyznała, że zauroczył ją od pierwszego wejrzenia, ale była przestraszona tym, co się wokół niej działo, brakiem pracy, tą straszną niepewnością jutra. Ze wszystkich sił starał się nie okazywać swoich uczuć, nie narzucać się. Była na straconej pozycji i dlatego nie mogła przyznać się ani do swojej miłości, ani do tego, jak bardzo jej na nim zależy. Każde sam na sam przyjmowała za nadzwyczajny dar losu. Nie śmiała wymagać czegoś więcej. Jej uczucia musiały pozostać w ukryciu. Nie chciała mu się narzucać – podkreśliła to kilka razy. A on tak bardzo się bał, że go nie zechce. Ale nie powiedział tego. Odnaleźli siebie i szczęście zamykało im usta. Jeden gest, pocałunek, przytulenie, nawet spojrzenie – mówiło o ich wzajemnych uczuciach. Po raz pierwszy od dawna Grażyna poczuła się szczęśliwa. I bezpieczna.
Wiktor też. Jakby odnalazł swoje miejsce na ziemi.
Gdy wrócili Grażyna od razu poszła na górę do siebie, a on wpadł na chwilę do pubu. Musiał porozmawiać z Viggo. Na szczęście był w lokalu, a w zasadzie stał w drzwiach i rozmawiał ze znajomymi.
- Coś ty taki rozpromieniony, bracie? - ostatnio Viggo dość często podkreślał zażyłość dodając słowo „bracie”.
- Ach, długo by mówić!
- A w dwóch słowach?
- Grazy zgodziła się być moją kobietą.
- To ci gratuluję z całego serca. Wam gratuluję. I... trochę zazdroszczę.
- Nie zazdrość tylko szukaj dla siebie dziewczyny!
- Wiktor-bracie, powiedz mi, ale tak bardzo szczerze... Nigdy więcej do tego nie będę wracać. Tylko ten jeden raz zapytam. Jak myślisz – czy dziewczyny nie patrzą na moje ręce z obrzydzeniem? Co będzie myśleć dziewczyna, gdy takimi dłońmi będę ją dotykał? Takie poranione łapska są wstrętne. Nawet dla mnie.
- Ależ ty bzdury wygadujesz! - powiedział Wiktor kładąc rękę na ramieniu przyjaciela. - Wygląd twoich rąk nie ma tu nic do rzeczy. Liczy się serce. To uczucia są ważne, a nie wygląd rąk.
- Zapytałbym Steffi, ale ona odpowie tak jak ty, byle tylko nie zrobić mi przykrości. Ale mów, z czym do mnie przychodzisz.
- Wyjeżdżam na kilka dni do Polski. Nie mogę puścić Grazy w taką daleką drogę bez opieki. Chciałbym, abyś zaglądał do pubu jak najczęściej i miał na wszystko oko. Jak dobrze pójdzie, to jutro zatrudnię ochroniarzy, ale tylko na weekendy. A przy tym nie wiem, czy ten mój barman stanie na wysokości zadania. Nie mówiąc już o kelnerach. Czuwaj nad wszystkim. W ostatniej chwili zostawię ci też klucze do mego mieszkania, tak na wszelki wypadek. Trzeba pilnować, by zewnętrzne drzwi, te na dole, były zamknięte na klucz. I jeszcze o toalety się boję. Tam musi być zawsze czysto, a moim kelnerom nie zawsze w smak dbać o tamte rejony. A przecież przyjmując ich do pracy podkreślałem, że toalety należą do ich obowiązków! Gdyby któryś za mocno się stawiał, to wyrzuć go na zbity pysk i przyjmij kogoś nowego. Wracają już studenci i będzie w kim wybierać. No i jest Eve.
- Dobra, nie martw się. Jutro spotykamy się na koncercie. Trzeba być dużo wcześniej, może nawet z godzinę. Ja podjadę po tamte dziewczyny, o to się też nie martw. Zajmuj się swoją Grazy. A trzeba być wcześniej także ze względu na miejsca na parkingu.
- Dobra. Ogarniam to wszystko. Ale ja mam do ciebie też jeszcze jedną sprawę.
- Mów – zachęcił Viggo widząc wahanie przyjaciela.
- Słuchaj... Ona jest w ciąży ze mną – zakończył z naciskiem.
- Z tobą. Rozumiem. Z tobą. No to gratuluję, tatuśku! Wiktor-bracie, to całe morze szczęścia!
- Możesz o tym wspomnieć niektórym osobom, ale nie nachalnie, ot tak, niby przypadkiem.
- Mam szepnąć słówko... Rozumiem. I niby przypadkiem. Wiktor będzie ojcem dziecka tej małej Polki. Rewelacja.
- Nie „będzie” a „jest”!
- Dobra, bracie. Ale najpierw może niech się to bobo urodzi! Szczęściarz z ciebie Wiktor-bracie. A kiedy idziecie do Liama? Im obojgu należy się jakieś dobre słowo od was.
- Jutro Grazy chce być u twojej babci. Czy to będzie możliwe? A później możemy wpaść do Stefci i Liama. Pojutrze jedziemy do tego znajomego Grazy, do tego Karola, a następnego dnia już odjeżdżamy do Polski. Mamy mało czasu, a dużo do załatwienia! Bo jeszcze zaciągnę moją kobietę do ginekologa. Na szczęście już się nie buntuje. Jestem też umówiony z facetami, którzy mają być ochroniarzami. Tu morze wątpliwości.
- Ale w chwilach przerwy zaglądaj tutaj. A, chciałem ci jeszcze powiedzieć, że do twarzy ci w białym. Zawsze powinieneś się tak ubierać.
- Dzięki. To przypadek. Byłem na kolacji z Grazy. No to już lecę, bo ona na mnie czeka. Cześć.

c.d.n.
fot. z internetu

piątek, 2 grudnia 2022

JAK TO DZIEWCZYNA

 




JAK TO DZIEWCZYNA - © Elżbieta Żukrowska

Jeśli miłość ratuje świat,
jeśli nadzieja nie szczędzi puchowych oprószeń
- proszę, kochanie, ty mnie szybko znajdź,
bo przecież znowu zakochać się muszę. 

Jeśli miłość... Ale to już było!
Ktoś uwierzył, ktoś tylko zmarkotniał.
Szczęście na tej drodze buty pogubiło,
tak szybko uciekało przed złym czarnym kotem.

Bo z kotem to nadal sprawa niewiadoma -
podobno tylko pecha przynosi.
Dowodów nie ma - skóra ocalona,
lecz niech się szybko do domu wynosi!

A co ty sama sobie podarujesz?
Czy drzwi dla szczęścia otwarte trzymasz?
Może półuśmiechem sprawę skwitujesz
i w dal odejdziesz - jak to dziewczyna...

Choszczno, 2.12.2022 r.
fot. z internetu

czwartek, 1 grudnia 2022

ZAPOMNIEĆ

 



ZAPOMNIEĆ  - © Elżbieta Żukrowska

Zapomnieć? Zapomnieć się nie da!
I choć już nie jęczy serce ani dusza,
to smutek jest nadal - a przecież nie trzeba!
Otulają często macki rzewnych, cichych wzruszeń.

Już nie co dzień stawiasz świeczkę w oknie,
nie co dzień przeglądasz zdjęcia w swym albumie.
Ale zapomnieć? - Tego się po prostu nie da
Lecz nie każdy ten dramat potrafi zrozumieć. 

Zapomnieć? Każdego dnia po wiele razy
pytasz się go w myślach, jakby coś rozwiązał,
jakie zdanie ma w tej przecież trudnej sprawie
i darmo liczysz, że by cię podtrzymał... 

Nic z tego! - Przypominasz sobie,
że świat za zieloną bramą dostał jego imię.
Ty masz szarą dróżkę, nie krzyczysz "nie mogę",
lecz czasem od szlochu nie możesz się wstrzymać...

Choszczno, 1.12.2022 r.
fot. z internetu