piątek, 16 grudnia 2022

SMUTKU MÓJ

 




Smutku mój - © Elżbieta Żukrowska

Zerwać się do lotu jeszcze raz,
niech każdy mięsień drży z wysiłku...
Jeszcze raz śmignąć w piękny czas,
jeszcze - u życia schyłku.

Cóż? - za firanką smutną twarz,
lepiej nie patrzeć w lustra,
daremnie gdybać, tracić czas,
na zewnątrz tylko pustka.

Już mnie nie wabią tamte dni.
Radośnie tak mignęły latem...
A dziś się ledwie-ledwie tli
marzenia delikates...

Osłabłe skrzydła nie chcą ciąć
przestworzy ni głębiny.
Zostały tylko blade sny,
zetlałe jak tkaniny.

Choszczno, 15.12.2022 r. 
fot. własne

niedziela, 11 grudnia 2022

STEWCIA Z WIERZBINY - cz.16.


 STEFCIA Z WIERZBINY - © Elżbieta Żukrowska

Cz. 16. (72.) Koniec sierpnia 1976 r. Oświadczyny

Zastał Grażynkę „nurkującą” w torbach.
- Coś ty znowu nawiozła? - zapytał klękając obok niej.
- Zostałam obdarowana przez Anę i jej przyjaciółki. Przytargały spakowane już torby i nawet nie było możliwości do nich zajrzeć, więc dopiero teraz oglądam. Same szmatki. Takie dla mnie i dla dziecka. Trochę tego dużo. Później przejrzę to dokładnie i pewnie kilka rzeczy odrzucę.
- Grazy, posłuchaj. Nasze dziecko nie będzie chodzić w używanych ubrankach!
- A dlaczego nie? - zapytała nieco zadziornie. - Popatrz, jakie to ładne i wcale nie zniszczone – uniosła w paluszkach niebieski dziecięcy pajacyk. - Ten ciuszek akurat jest jak nowy. Nie będę szastać pieniędzy. To żadna ujma korzystać z takich darowizn. One, te kobiety, podarowały mi to wszystko z dobroci serca. A tu jest suknia ciążowa. Już ją polubiłam i na pewno często będę nosić. I zobacz tylko, jak mi w niej do twarzy! - dodała przykładając sukienkę do swoich ramion.
- Ładna – łaskawie zgodził się Wiktor. Ale Grazy w krótkiej granatowej spódniczce i białej koszulowej bluzce wydała mu się najpiękniejsza! To właśnie tak powinna zawsze się ubierać. Była taka odświętna, taka jasna, taka... taka... taka jego, Wiktora. W restauracji nie mógł oderwać oczu od dziewczyny. Teraz chciał jej powiedzieć – Grazy, rzuć to wszystko i idźmy się kochać! A jednocześnie wiedział, że właśnie dziś kochać się z nią nie będzie i to z dwóch powodów: wszystko działo się zbyt szybko, za szybko, a ponadto jutro miała być wizyta u ginekologa, więc z tego względu też lepiej się wstrzymać. Jak wygląda takie badanie? Nie miał o tym pojęcia! - Grazy, zostaw te szmatki – powiedział łagodnie. - Chodźmy do mnie. Zrobię dobrą herbatę. Mam też jakieś ciastka. A w zamrażarce nawet lody. Chcesz lody?
- Wolę sok – przekornie przypomniała mu ich letni spacer, ten na wpół samochodowy. - I muszę zadzwonić do Karola.
Pomógł jej podnieść się z kolan i – ciągle obejmując – prowadził do swego mieszkania. Razem robili herbatę i razem wybierali smakowite ciastka z pudełka. Rozmawiali i śmiali się, a mówili o wszystkim, przeskakując z tematu na temat, nie kończąc jednego, a zaczynając już następny, wzajemnie wchodzili sobie w słowa. Oboje przyznali się, że nie brali pod uwagę odwiedzin u Steffi i Liama, bardzo dobrze, że im Viggo przypomniał.
- Zatem dzwonię. Najpierw do Karola, a potem do Steffi – zadecydowała Grażyna. - Czy jest jeszcze coś, o czym zapomniałam?
W jakiś czas potem siedział w fotelu i trzymał ją w swoich ramionach. Gładził jej plecy, liczył paciorki kręgosłupa, zanurzał ręce we włosach, całował delikatnie, ciepło, czule. Lgnęła do niego spragniona pieszczot, dotyku ust, nawet jego zapachu, a on odbierał to jako przejaw głębokiego uczucia, czegoś prawdziwego, niepowtarzalnego.
Cud miłości?
- Będziesz ze mną spała? - zapytał szeptem.
Pokiwała twierdząco głową, więc zaniósł ją do sypialni, postawił na łóżku i zaczął powoli rozbierać. Jeden guziczek – jeden pocałunek... Czuł, jak dziewczyna topnieje, jak rozpływa się w jego ramionach, wspiera się na nim, przytrzymuje, prawie omdlewa. Była taka ciepła, gładka, mięciutka i taka pachnąca! Nie znał tego zapachu, który w zasadzie był ledwie wyczuwalny, bardzo delikatny, subtelny, wręcz słaby. Włosy pachniały inaczej – cytryna czy werbena? Nutka lawendy i czegoś jeszcze? Zapach polskiej dziewczyny... Zapach jego ukochanej kobiety... Wreszcie miał ją nagą i nie mógł się napatrzeć jej piersiom, krągłość bioder wydała mu się idealna, podobnie pośladki... Dotykał, gładził, brał w swoje dłonie, pieścił, smakował ustami sutki, aż zaczęła cicho popiskiwać i jeszcze mocniej wtulać się w niego. Ostrożnie ułożył ją w pościeli, a po chwili nagi położył się obok niej. Wodził rękoma po pięknie zaokrąglonym brzuchu, całował go, coś mruczał i znów wracał do jej ust. Po raz pierwszy pocałował ją głęboko, naprawdę głęboko, namiętnie, wkładając w to maksimum swego uczucia, czułości, pożądania. I zaborczości. I dominacji. Czuł, jak dziewczyna przy nim płonie! Znaczył swoje miłosne ślady na jej skórze, sięgał palcami do sedna kobiecości, a ona natychmiast się na niego otworzyła! Zsunął się niżej, by przynieść jej rozkosz ustami i językiem. Już po chwili wybuchła spazmatycznym ni to szlochem, ni to skowytem. Orgazm był tak potężny, że długo nie mogła się uspokoić. Tulił ją do swojej piersi, gładził, całował, wyciszał, koił. Takich wzruszeń nie doświadczył w swoim życiu z żadną kobietą, nie wiedział nawet, że są aż takie emocjonalne wyżyny. Zostawił Grażynę na chwilę samą, był w toalecie, a później przyniósł dwie szklanki wody. Uspokoił się nieco, oboje ochłonęli.
- Chcesz rozmawiać? - zapytał. Wiedział, że niektóre kobiety tego potrzebują.
- Nie, nie. Chcę się do ciebie przytulić. Chcę już zawsze być w twoich ramionach. Ale martwię się, bo ty... Nic dla ciebie nie zrobiłam.
- Nie martw się. Jestem twardym facetem i mam nadzieję, że jutrzejsza noc będzie nasza. Taka prawdziwie szalona, o ile na to pozwolisz. Oczywiście, że bardzo chcę kochać się z tobą. Ale to nam nie ucieknie. Jutro. Po wizycie u pani doktor. A w łazience pod lustrem jest pojemniczek na twoje siusiu. Pamiętaj – z samego rana. Wiesz jak to się robi? Najpierw trzeba się podmyć, a do pojemniczka ma trafić mocz ze środkowego strumienia. To bardzo ważne. W łazience są czyste ręczniki. Weźmiesz dowolny. Nie będzie ci zimno bez koszulki? Może ci dam którąś moją?
- Nie będzie. Tylko mnie przytul. Ty masz tak cudownie owłosione nogi! Ich dotyk jest szalenie podniecający!
- Nie przypuszczałem... Będziesz spać?
- Może za chwilę.
- Jesteś zmęczona.
- To nic. Jestem tobą zachwycona. Nie mogę się tobą nacieszyć.
- Mimo wszystko spróbuj zasnąć – powiedział cicho, a przez myśl mu przemknęło, że Grażyna tylko raz powiedziała mu, że go kocha... „Jutro. Jutro mi powie wiele razy”.
Na drugi dzień prosto z laboratorium pojechali do kwiaciarni. Kupili dwa bukiety róż – dla babci i dla Steffi. Po sąsiedzku była księgarnia, ale na razie jeszcze zamknięta. To jednak podsunęło Wiktorowi myśl o nabyciu kilku książek dla Liama. Przecież on się w tej Polsce będzie nudził! A dla babci kupili jeszcze dwa kawałki różnego ciasta. Starowinka, jak zawsze elegancka, przyjęła ich z szeroko otwartymi ramionami. Grażyna zauważyła, że Wiktor musiał bywać tu często, bo czuł się swobodnie, zupełnie jak Viggo. Zrobił kawę, a Grażyna pokroiła ciasto i przełożyła na ładny talerz. Babcia zasypała ich mnóstwem słów, Wiktor starał się to przetłumaczyć. Nie zabawili jednak u babci długo, bo przecież byli umówieni ze Steffi i z Liamem. Po drodze znaleźli jakąś inną księgarnię, już otwartą i tam Wiktor nabył kilka książek sensacyjnych i kilka kryminałów. Książki wypełniły zwykłą papierową torbę i choć Grażyna upierała się, by opakowanie było bardziej ozdobne, to Wiktor uznał to za zbyteczne.
Młodzi Rybbingowie już czekali na nich w restauracji.
Dali najpierw kwiaty Steffi, a następnie książki Liamowi.
- Tylko nie czytaj ich teraz – zostaw sobie na Polskę – upominał Wiktor.
Podano kawę i ciasto, ale Grażyna już nie chciała ani kawy, ani ciasta.
- A co byś zjadła? Na co masz chęć? - dopytywała się Steffi.
- Zupę. Gęstą i gorącą. Ale o tej porze to chyba jeszcze tego nie ma. Za wcześnie.
Steffi osobiście poszła do kuchni, a gdy wróciła, powiedziała, że za dwadzieścia minut będzie zupa. I była.
- Moja Grazy dziś nie jadła prawdziwego śniadania, bo musieliśmy być w laboratorium. U babci skubnęła trochę ciasta i najwyraźniej się zasłodziła! - wyjaśnił Wiktor. - Jak tam wczorajszy koncert?
- Cudowny! Absolutna rewelacja! - radośnie przyznała Steffi i wraz z mężem z podekscytowaniem zaczęli opowiadać o szczegółach.
Zauważyła, że Grażyna nie ma pierścionka na palcu, a zatem Wiktor znów się powstrzymał. „I na co on czeka?”. Później rozmawiali o bliskim już wyjeździe do Polski i Steffi przypominała o koniecznych zakupach spożywczych.
- Zresztą, przed wyjazdem podrzucimy wam jakiś karton z konieczną spożywką i drugi z chemią domową. Podobno w tej chwili nie ma już nawet pasty do zębów i męskich rzeczy do golenia. Zaopatrz się w to, Wiktorze. Tego ci nie kupię, bo nie wiem, co ty preferujesz. Macie jakieś prezenty dla mamy i ojczyma?
- A co miałbym kupić? - zdumiał się Wiktor.
- Dla mamy jakieś ekskluzywne perfumy, a dla ojczyma koniak. A gdzie tam będziesz mieszkał? U ciebie, Grażynko, czy w hotelu?
- U mnie. Po co hotel?
- To pamiętaj o szlafroku.
- Przecież ja wcale nie mam szlafroka!
- Weź ze sobą, tak na wszelki wypadek, garnitur, buty do garnituru i jakąś białą koszulę. Polska jest bardzo tradycyjna i lubi zaskakiwać. A ile dni masz zamiar spędzić w Polsce?
- Trudno powiedzieć. To będzie zależało od rozwoju sytuacji. Może ze trzy dni, a może aż z tydzień. Nie wiem jeszcze. Co o tym myślisz, Grazy? Chciałbym, abyś się od nowa zaaklimatyzowała i jakoś weszła w nową pracę. Mam nadzieję, że mogę być ci pomocny. Choćby w tym, że podwiozę autem.
- Jak najdłużej. Lecz i ja nie potrafię przewidzieć ile.
- A kto będzie czuwać nad pubem? - dociekał Liam.
- Poprosiłem o to Viggo. Thorsten jest daleko w świecie, nie wiadomo, kiedy wróci.
- O idą moje kuzyneczki – ucieszyła się Steffi. - Poznajcie się... - zaczęła prezentację, gdy dziewczęta podeszły do stolika.
Kelner zjawił się błyskawicznie.
- Kawa, sok i cynamonowe bułeczki – zadysponowała Kasia.
A kelner dostarczył wszystko już razem z zupą dla Grażyny.
- Niebo w gębie – powiedziała po polsku po kilku łyżkach zupy. - Tego mi było trzeba. I ona ma jakby polską nutę...
- Jedz na zdrowie – Steffi delikatnie pogładziła rodaczkę po ramieniu. - Jeśli jeszcze czegoś potrzebujesz to mów śmiało.
- Chciałabym mieć twoją siłę przebicia... czy jak to nazwać. Dla ciebie nie ma rzeczy niemożliwych. Bardzo mi się to podoba!
- A ja myślę, że wkrótce to w sobie wypracujesz. Nigdy nie mów, że nie umiesz, albo, że nie dasz rady. Ty jesteś z tych kobiet, które nawet byka biorą za rogi. I go zwyciężają. Musisz wierzyć w siebie! Nasza Dorotka zostaje w Szwecji i też będzie musiał brać byka za rogi. Dasz radę, bo kto, jak nie ty! - uścisnęła leżącą na stole rękę kuzynki.
Było jeszcze trochę czasu do godziny czternastej, więc wrócili do domu. Wiktor poszedł do pubu, a Grażyna znów usiłowała rozpatrzeć się w swoich rzeczach. Z wolna rosłą kupka ciuszków, z których rezygnowała. Z wielkim żalem. Gdyby miała je wszystkie w Krakowie – nie wstawałaby od maszyny do szycia. Ależ by sobie wyszykowała kreacje! „Powinnam zostać krawcową, a nie nauczycielką” - westchnęła w duchu. Ze wszystkich znanych zajęć szycie najbardziej jej odpowiadało.
Przyszedł Wiktor.
- Z tego rezygnuję – wskazała mu ręką niewielką stertę. - Ale serce mi przy tym pęka.
- Kochanie, niczego nie wyrzucamy. Wrócimy do tych łaszków. Może wyślę ci je paczką, a może przyjedziesz do mnie z dzieckiem – powiedział łagodnie i ciepło, pogładził ją po ramieniu, zrobiło mu się żal dziewczyny. - Jeszcze nie wiemy jak się nam będzie układało. Teraz najważniejsza jest opinia lekarki. Czy ty w ogóle byłaś kiedykolwiek u ginekologa?
- Raz. I było okropnie!
- Mężczyzna?

- Tak. Nie, nie chcę tego pamiętać.
- Zjesz coś jeszcze przed wyjściem? Mam jakąś sałatkę jarzynową, coś tam jeszcze kupiłem, ale już nie pamiętam co.
- Sałatka na liściu sałaty.
- Na szczęście mam sałatę. Sok czy herbata?
- Herbata. Z cytryną. Koniecznie z cytryną!
- To chodź do mnie, dziecinko. Jesteś taka drobniutka! - podał Grażynie rękę, a gdy wstała objął ją i tak prowadził do siebie.
„Pani z okienka” wzięła od nich wyniki badań Grażyny i poprosiła, by na chwilę usiedli. Sama z papierami poszła do lekarskiego gabinetu, a w chwilę potem poprosiła do środka Grażynę. Wiktor został sam. Rozejrzał się po poczekalni, ot, zwykła poczekalnia u lekarza. Dość wygodne fotele, na stoliku kilka medycznych broszur, na ścianie głośno tykający zegar. Właśnie – zegar. Musi swój zegarek wyciągnąć z szuflady. Na co dzień go nie nosił, ale w podróży może być przydatny. I jeszcze ma kupić szlafrok. Chyba jak najcieńszy, aby nie zajmował dużo miejsca. Perfumy i koniak. Nie zapomni. A dla siebie piankę do golenia, bo mu się kończy. Może jeszcze kapcie i kilka par skarpet. I nowe majtki. Zaniedbał się ostatnio. Ubranie miało być czyste i wygodne. Przy Grazy jednak wszystko zaczęło wyglądać inaczej. A dla niej też ma coś kupić? Jeśli tak – to co? Już umyślił sobie, że jadąc do Karola weźmie skrzynkę piwa. Albo nawet dwie, nie będzie żałował. Facet zaskoczył go tym, że dał pieniądze zupełnie obcej dziewczynie. Szwedzi nie są rozrzutni. A tu taki gest! On sam, Wiktor, wzbraniał się przed Grazy. Nie chciał jej. Czy przeczuwał, jak bardzo zmieni jego życie? Nie, chyba o tym wcale nie myślał. Wtedy powiedział, że czasem odwiedzają go kobiety. To było kłamstwo! Nie spraszał do swego mieszkania obcych kobiet. Kontakt z nimi w ostatnich dwóch latach był bardzo rzadki, można powiedzieć, że żaden. Chociaż latem, gdy Grazy wyjechała na północ, spotkał się z taką jedną. Chciał rozładować narastające w nim napięcie. Ale nic z tego nie wyszło. Wypił z dziewczyną kawę i kieliszek wina, a później jak wszedł, tak i wyszedł. Jego ciało w obecności tamtej kobiety było jak martwe, chociaż damulka bardzo się starała... W głowie miał tylko Grażynę. Więcej nie próbował.
Wydało mu się, że badanie trwa bardzo długo. Nie, dopiero dziesięć minut. Zapewne lekarka najpierw musi o wszystko wypytać pacjentkę. Powiedział lekarce wcześniej, że za kilka dni wyjeżdżają do Polski i w związku z tym chciałby mieć opinię na piśmie. Jest mało prawdopodobne, by jeszcze raz odwiedzili ten gabinet. Prosił, aby wszystko odnotowała jak najdokładniej po angielsku. Teraz, ledwie rzucił okiem na wyniki Grażyny, zauważył, że jest za niska hemoglobina. Anemia? Zrobi, co będzie mógł, aby szybko odzyskała właściwe parametry. Lecz tak naprawdę co może zrobić na odległość? I jeszcze te polskie ubogie sklepy... Naprawdę takie ubogie? Zaczął przeglądać broszury – oczywiście traktowały o zdrowiu kobiety. Dla niego nawet to słownictwo było obce! Trymestr. Co to takiego jest trymestr? Pierwszy trymestr, drugi, trzeci... Aha, podzielili czas trwania ciąży na trzymiesięczne okresy. Dobra, to rozumiał. Nie, nie mógł się skupić. A tu mowa o tym, co kobieta zagrożona anemią ma jeść w czasie ciąży. Czytał i starał się zapamiętać – czerwone mięso, czerwone i zielone warzywa, cytrusy, ciemne pieczywo, masło, jaja... Chyba w Polsce są takie produkty!? Prawda – podobno nie ma cytrusów. Musi zabrać ze sobą skrzynkę różnych owoców. Ale przecież są jabłka, śliwki, gruszki – wystarczy codziennie jeść miejscowe owoce. No nic – zobaczymy, co powie pani doktor.
Wreszcie lekarka sama zaprosiła go do środka. Rzucił okiem na Grażynę – była blada i sprawiała wrażenie ciężko przestraszonej. A może tylko zmęczonej. Usiadł obok niej i natychmiast wziął ją za rękę.
- Mam dla państwa dwie istotne wiadomości. Zacznijmy od zdrowia Gra... - nie umiała wymówić polskiego imienia.
- Grazy – podpowiedział jej Wiktor.
- To już jest anemia, dopiero początek, ale musi być leczenie środkami farmakologicznymi, przynajmniej na początek. Już wypisałam receptę. Zalecam specjalną dietę i proszę się do niej rygorystycznie zastosować. Dużo warzywnych i owocowych soków. Tu jest broszura, wprawdzie po szwedzku, ale ty pomożesz to przetłumaczyć na angielski. Są też dobre ilustracje. Poza tym trzeba dużo wypoczywać, w tym spacerować po świeżym powietrzu, a nie tylko leżeć na kanapie. Gdybyś zostawała w Szwecji natychmiast zabrałabym cię na jakiś tydzień do szpitala, nie mówiąc już o zwolnieniu z pracy. Nie wiem, jak z tym jest w Polsce, ale musisz o siebie zadbać. Dbając o siebie dbasz także o dzieci... Tu dochodzimy do drugiej sprawy. To jest ciąża mnoga. Wyraźnie słyszałam bicie dwóch serduszek. Zatem... w drodze do was są bliźnięta – zakończyła triumfalnie.
Wiktor poderwał się z krzesła z roześmianą twarzą. Ale Grażyna siedziała jak ścięta mrozem. W pierwszej chwili słowa lekarki do niej nie dotarły, dopiero po kilkunastu sekundach. I Wiktor zobaczył, że Grażyna po prostu mdleje. Przyskoczył do niej i chwycił w ramiona, uniósł i przytulił.
- Oddychaj, kochanie, oddychaj. To wspaniała wiadomość. Oddychaj skarbie.
- Już dobrze – szepnęła ciągle jeszcze blada i nadal wystraszona.
- Grazy, jestem z tobą.
- Zaraz dostaniesz zastrzyk i posiedzicie w poczekalni piętnaście minut – powiedziała lekarka sprawdzając tętno Grażynie. - A może lepiej kroplówkę. To tylko pół godziny, ale tak będzie lepiej dla twego bezpieczeństwa. Kroplówka cię wzmocni.
Później Wiktor siedział obok łóżka Grażyny, trzymał ją za rękę i opowiadał, jak bardzo jest szczęśliwy, że będą bliźnięta. Byli sami w pokoju zabiegowym, ale pielęgniarka zaglądała od czasu do czasu.
- Ale ja sobie sama nie poradzę – jęknęła Grażyna.
- Kochanie, nie jesteś sama i nie będziesz. Jestem z tobą. Zawsze już będę z tobą. Kocham cię. Czy... Czy zechcesz zostać moją żoną? Proszę.
Wyciągnęła rękę i pogłaskała go po twarzy.
- To jest dla ciebie za trudne. Nie mogę cię aż tak bardzo angażować. Muszę to sama jakoś... Muszę pogodzić się z myślą, jakoś to sobie w głowie ułożyć.
- Czy to znaczy, że mi odmawiasz? - przestraszył się Wiktor.
- Nie, nie! To nie tak. Nie odmawiam, ale nie mogę cię przymuszać!
- Do niczego mnie nie przymuszasz!
Zdeterminowany wyciągnął z kieszeni oba pudełeczka z pierścionkami i już nie dyskutując z dziewczyną założył jej oba na rękę.
- Oszalałeś – jęknęła.
- Dwoje dzieci, to i dwa pierścionki – oświadczył z pewną dumą. Ucałował jej rękę, usta, czoło. - Kocham cię jak nikogo na świecie i dlatego chcę, pragnę, abyś została moją żoną. Wiem, powinny być kwiaty. Ale kwiaty kupię ci dopiero w Polsce. Zostaniesz moją żoną?
- Tak, mój najukochańszy mężczyzno. Bardzo chcę zostać twoją żoną – jedną ręką objęła go za szyję. Pochylił się, aby mogła go przytulić.
- Weźmiemy ślub w Polsce najszybciej, jak to będzie możliwe – powiedział trochę twardo.
- Jesteś szalony, ale właśnie takiego cię kocham – zapewniła go, znów przytulając.

c.d.n.
fot. własna

środa, 7 grudnia 2022

ZIMOWA NOWA MIŁOŚĆ

 





Zimowa nowa miłość - © Elżbieta Żukrowska

Na niebie gwiazdy rozsypane,
drobiny śniegu pod stopami,
jej oczy znowu zakochane,
a on ma dłonie jak aksamit...

Gwiazdki mrugają, kuszą, wabią,
wiatr śpiewa swą zimową piosnkę,
z nieznanych dróg znów się pojawią
marzenia słodkie, bo miłosne.

Czy tu wystarczy ręka w rękę,
i wielość spojrzeń w głębię oczu,
słodki całusek lub troszeńkę
przytuleń,
aby zimową miłość mocno poczuć?

Choszczno 7.12.2022 r.
fot. z internetu

niedziela, 4 grudnia 2022

STEFCIA Z WIERZBINY - cz.15.


 

STEFCIA Z WIERZBINY - © Elżbieta Żukrowska

Cz.15. (71.) Koniec sierpnia 1976 r. Wiktor i Grażyna

Wiktor przeżywał powrót Grażyny. Nie poszedł do swego mieszkania, bo tam pewnie chodziłby z kąta w kąt. Siedział dalej w pubie i rozmawiał z przyjaciółmi. Osoby przy stoliku zmieniały się, ale nadal był Orvor, Patryk i Viggo, który po odwiezieniu dziewcząt powrócił do pubu. Orvor był na okrągło zasypywany pytaniami o Włochy i musiał opowiadać. Wiktor trochę żałował, że nie starczyło mu czasu na wyjazd, bodaj na kilka dni, do tego Pineto. Nic to, kiedyś pojedzie tam razem z Grazy. Podbudowany słowami Steffi wierzył, że uda mu się na dobre połączyć z Grażyną. Jej mieszkanie Eve już wysprzątała, wywietrzyła i zmieniła pościel (podrzucił jej swoją bieliznę pościelową), wytarła z kurzu nawet ramy obrazów, które dla Grażyny kupił Viggo. W sypialni pod ścianą stało kilka kartonów z używanymi ubraniami dla niej i dla dziecka. Jak ona się z tym zabierze do Polski? Jechać z nią samochodem? Sprawdził na mapie – przecież to bardzo długa droga! Jeśli sama popłynie promem to – no właśnie – co zrobi z taką ilością bagaży? Nie da sobie rady! Ewe zasugerowała, by namówił dziewczynę na dokładne przejrzenie tych wszystkich klamotów, na pewno coś jeszcze da się odrzucić, z czegoś zrezygnować. Niech zabierze tylko to, co bezwzględnie konieczne dla niej samej. A Wiktor niech później wysyła jej paczki. Przecież może tyle dla tej Polki zrobić. To nie był zły pomysł – uznał. Ale już zaświtała mu inna myśl – pojedzie do Polski. Odwiezie Grażynę. Polecą samolotem. Zaraz z rana zamówi bilety. Nie, jego dziewczyna nie będzie się sama męczyć taką drogą. Będzie przy niej. Musi być przy niej. Wezmą tyle bagażu, ile to będzie możliwe, a resztę faktycznie wyśle jej w paczkach. A później będzie rozstanie. Długie. Może na całe już życie... Wzdragał się na taką myśl. Oświadczy się. Raz kozie śmierć. Oświadczy się i niech się dzieje wola nieba. Nawet jeśli go odrzuci – przynajmniej będzie miał pewność, że zrobił wszystko, co w jego mocy. Teraz najważniejsze były badania ginekologiczne. Chciał być głęboko przekonany, że z ciążą jest wszystko w porządku.
Później, już w mieszkaniu, przejrzał złote precjoza, jakie mu zostały po matce. W zasadzie wszystkie pierścionki wydały mu się bardzo ładne. Może ten z jasnym szafirem? A nie powinien być z czerwonym oczkiem? Jednak matka nie miała z czerwonym oczkiem. Były żółte, zielone, fioletowe i nawet jeden z czarnym, kwadratowym... O, a ten z różową perłą? E, chyba jest jakiś zmatowiały... Potarł perłę o spodnie, ale to nic nie zmieniło. Poza tym miał tak na oko największą obrączkę. A ten zielonkawy... Co to za kamień? Musiałby zapytać złotnika. I zapyta. Jednak ten z niebieskim. Jutro zaraz z rana zaniesie do fachowca, by go elegancko oczyścił i dodał jakieś ładne pudełeczko. Ten z zielonym oczkiem też weźmie, tak na wszelki wypadek. Pamiętał, że Grażyna miała szczupłe palce. W ciągu ostatniego miesiąca to mogło się zmienić. Słyszał też, że niektórym kobietom w ciąży puchną palce. A ten pierścionek z szafirem chyba był najmniejszy... Czy będzie pasował? Obrączkę ma dość grubą, więc w razie czego zapewne będzie można go powiększyć.
Wziął bardzo długi prysznic. Potrzebował rozluźnienia. Potrzebował Grazy, a nie jakiegoś tam rozluźnienia! „Dziewczyno, co ty ze mną robisz!”. Źle spał tej nocy. Budził się kilka razy, a później nie mógł zasnąć. Coś mu się śniło, jakieś koszmary, ale rankiem nie pamiętał, co. Układał sobie plan działania na najbliższy ranek, najpierw wszystkie sprawy związane z pubem, cała masa telefonów! A później bilety na samolot i złotnik. Ach, i te bilety od Viggo na koncert ABBy. Viggo... Ładnie wygląda w tych swoich białych koszulach... Może warto go naśladować? Przedtem nosił kolorowe koszulki, tak było najwygodniej. Musi sobie dokupić kilka białych i naśladować przyjaciela. Czy on nie wodził wzrokiem za tą wesołą Polką? Może jest następnym, którego Polka zauroczyła. Bardzo możliwe. Jednak trzymał pewien dystans – jak zawsze z kobietami. Nie narzucał się i nie uwodził, jak to miał w zwyczaju Olof. Ach, co go to, Wiktora, obchodzi. Przecież i tak liczy się tylko Grazy. Nawet nigdy nie pocałował jej w usta. W policzek, w czoło – tak. A w usta się nie odważył. Stary, durny chłop... Miał nadzieję, że Grazy ucieszy się z koncertu, ale przecież to jednocześnie skradnie im czas, jaki mogli poświęcić sobie. I jeszcze te badania ginekologiczne. A jeśli Grazy się nie zgodzi? Przecież nie zaciągnie jej siłą! Musi się zgodzić. To zbyt ważna sprawa. Ona ma dość rozsądku, by się zgodzić. I uwierzyć, że nosi pod sercem jego dziecko. Jego, Wiktora, a nie jakiegoś... chłystka z Polski. A o wyjazd do Polski nie będzie jej pytał. Po prostu zakomunikuje, że ma dwa bilety na samolot i koniec dyskusji.
Jednak rankiem okazało się co innego – Kraków nie miał międzynarodowego lotniska, dolecieć można było jedynie do Warszawy. A później co – pociąg? W tej sytuacji zdecydował się na prom i jazdę samochodem. Przecież tak właśnie wielekroć podróżował Liam ze Steffi. Na szczęście były jeszcze bilety na prom. Sprawy służbowe udało mu się zamknąć w dwie godziny, choć był to telefon za telefonem i dwa wyjazdy. Złotnik kazał mu przyjść za trzy godziny. Białe koszule w swoim rozmiarze dostał w trzech różnych sklepach, łącznie kupił sześć. I nowe spodnie. I jeszcze buty. Samochód miał sprawny, ale umył go i odkurzył porządnie. W zasadzie nic więcej nie zostało do zrobienia. W znajomym barze zjadł lunch, chociaż nie był głodny. Odebrał pierścionki – oba teraz lśniły nowością. A puzderka wybrał w kolorze oczek – przynajmniej się nie pomyli, kiedy będzie dawał dziewczynie. Złotnik powiedział, że to wyjątkowo piękny agat, że rzadko się spotyka teraz tak piękne i duże.
Pozostało czekać na przyjazd dziewcząt. Wziął prysznic i owinięty ręcznikiem przysiadł w fotelu. Usnął prawie natychmiast. Obudził się przestraszony, że zaspał. Jednak nie – nadal miał dość czasu. Zaczął rozważać, jak dać Grażynie pierścionek. Wiedział, że Liam dał go Steffi w kawiarni. Większość jego kolegów oświadczała się raczej byle jak i byle gdzie – o ile się w ogóle oświadczała.
Gdy przyszła pora ubrał się w nową białą koszulę. Jednak stwierdził, że jego zarost mocno pociemniał, więc zdjął koszulę i się ogolił. Umył zęby. Zszedł do pubu zobaczyć, czy jest dużo gości. No, tłumu nie było. Przywitał się się z kilku znajomymi, podchodząc do ich stolików i przysiadając się na chwilę. Chciał zapełnić czas, jaki mu jeszcze pozostał do przyjazdu dziewcząt. I opanować to wewnętrzne rozdygotanie.
- A coś ty dziś taki elegancki? - zapytał jeden z kolegów.
- A co? Nie stać mnie? - odpowiedział żartobliwie. Zatem jednak dobrze, że kupił te koszule.
Czas jakby stał w miejscu. Podszedł do barmana.
- Wyjeżdżam na kilka dni. Dasz sobie radę? Jak będzie dostawa piwa, to zawsze dokładnie sprawdzaj. Łatwo się się pomylić.
- Dobrze, szefie. A gdzie szef jedzie?
- Daleko. - Nie powiedział, że do Polski. Nie musi wiedzieć.
- A jak będzie jakaś burda, to co mam zrobić?
- Mówiłeś, że masz czarny pas. Kłamałeś? No i wzywaj policję. Goń dilerów. Już zaczynają się i u nas pojawiać.
- Nie wiem, którzy to są.
- Ja też nie wiem, ale wyczuwam, patrzę, obserwuję. W razie czego proś o pomoc Viggo. Powiem mu, by na wszystko miał oko. Poproszę aby pod moją nieobecność codziennie pojawiał się w pubie.
- Dobrze, szefie.
- Co ty mi tak zacząłeś szefować, co?
- Bo w tej białej koszuli nareszcie wyglądasz jak szef. A nawet jak szef wszystkich szefów.
- Chcesz w ucho?

- Nie radzę. Ja naprawdę mam czarny pas w judo i nadal trenuję.
- To mi tak nie szefuj! Aż mnie zęby rozbolały. Na razie znikam. Nie wiem, czy jeszcze dziś wrócę, więc miej oczy szeroko otwarte.
- A nie mógłbyś zatrudnić ochroniarzy? Chociaż na weekendy, kiedy jest największy ruch.
- Nie mam już czasu. W pięć minut nikogo nie znajdę. Ale pomyślę o tym.
- Ja mam takich kolesi... Zawołać ze dwóch na jutro rano?
- Dobra. Ale nic nie obiecuję. Muszą mi się spodobać. Obowiązują dobre maniery, a nie gabaryty. Miej to na uwadze. Niech przyjdą koło dziesiątej. Chociaż nie, mam jutro spotkania, więc lepiej koło szesnastej. W razie czego niech na mnie zaczekają.
- A kasa?
- To się zobaczy. Sam widzisz, że tu nie ma dużo pracy dla ochroniarzy.
- Mnie się wydaje, że przychodzi coraz więcej obcych, z miasta.
- Zauważyłem. To jednak nic nie znaczy. Ale nie zatrzymuj mnie, bo już muszę lecieć.
I „poleciał”, aby odstać blisko pół godziny na peronie. Miał nadzieje, że zobaczy dziewczyny w oknie, ale pokazały się we drzwiach ledwie pociąg się zatrzymał. Nie miał problemów z ich odnalezieniem, bo pociąg nie był długi. Miały ze sobą bardzo dużo bagażu, aż jęknął, gdy to zobaczył. Rzucił się do pomocy. A gdy już wszystkie torby stały bezpiecznie na peronie, objął dziewczyny jednocześnie i obie cmoknął w policzki. Całą jego odwaga gdzieś wyparowała. Zapomniał przygotowanych wcześniej słów. Na szczęście Iga odsunęła się nieco i wtedy Wiktor się zreflektował, objął mocno Grażynę. A ona zarzuciła mu ręce na szyję, jak na jakimś filmie. Rozpłynął się cały ze szczęścia i pocałował ją w usta. To był długi pocałunek...
- Kochani, na nas pora. Jedziemy! - przynagliła ich Iga.
- Smakujesz jak milion dolarów i pierwsze letnie jabłuszko – powiedział szeptem do Grażyny.
Była zarumieniona i wyglądała prześlicznie. I ten ładnie zaokrąglony brzuszek... Ale zeszczuplała. To nic. Już on o nią zadba!
Najpierw odwieźli Igę. Był tak zakręcony, że nawet nie wspomniał jej o koncercie, ale Grażynie powiedział gdy dojeżdżali do pubu.
- Cudownie! Bardzo się cieszę. Ale jutro odpoczywam. Cały dzień będę leżała do góry brzuchem. Natomiast teraz muszę wziąć prysznic, przebrać się i iść coś zjeść. Wprawdzie nie jestem bardzo głodna, myślę jednak, że rozsądek nakazuje, abym pamiętała o dziecku.
Z Wiktora już wyrywały się słowa, które z trudem powstrzymał - „o moim dziecku”.
- Może razem pojedziemy na kolację. Znam niewielką i bardzo przytulną knajpkę, dają tam świetne jedzenie, chociaż nie ma zbyt dużego wyboru dań. Na co miałabyś ochotę?
- Może na jakąś rybę. Na przykład z rusztu. Zresztą, to nie ma znaczenia. Byle nie żebra renifera ani nie klopsiki.
- Żebra renifera? - zdziwił się.
- W ostatnim tygodniu musiałam je codziennie dusić. Już sam zapach mi przeszkadzał. W pociągu jakaś kobieta częstowała nas jabłkami, dlatego mój pocałunek smakował jabłkiem. Jestem zmęczona i niewyspana. Nie mogłam spać ostatniej nocy. Dziecko mnie trochę kopało. Ale generalnie jest grzeczne.
- A jak się czujesz? Tak ogólnie?
- Chyba dobrze. Tak. Zdecydowanie dobrze. Może tylko ostatnio za szybko się męczę. Ana pilnowała, bym kilka razy dziennie poleżała.
Weszli do mieszkanka Grażyny, gdzie Wiktor poustawiał w sypialni wszystkie jej torby.
- To ty się wykąp, a później zapukaj do mnie. Zadzwonię do tej knajpki, aby trzymali dla nas stolik i przygotowali coś specjalnego.
Zanim wyszedł – jeszcze raz wziął Grażynę w ramiona. Czuł, jak mu się chętnie poddaje, jak przywiera do niego, obejmuje, tuli się. Znów ją pocałował. Długa niebiańska chwila. Z trudem oderwał się od dziewczyny.
- Za chwilę nie będę mógł stąd wyjść – powiedział podekscytowany, sięgając ręką do kotary.
- Wspaniale dziś wyglądasz. Jak milion dolarów. A może nawet jak dwa miliony – uśmiechnęła się figlarnie Grażyna.
- To moje słowa! To jak tak powinienem powiedzieć do ciebie!
- Może później jeszcze powiesz. Daj mi się przebrać w jakąś sensowną kieckę. Ach, pożycz mi deskę do prasowania i żelazko.
- Ty idź pod prysznic, a ja zaraz wszystko przyniosę.
Wchodząc do mieszkania uświadomił sobie, że powinien Grażynie kupić kwiaty. Ale teraz już było za późno, nigdzie nie będzie ganiał. Jutro kupi. A tak w ogóle to czy muszą być kwiaty? Steffi na pewno by kazała... Nie, nie będzie nikogo naśladował. Kiedyś kupi jej kwiaty. Może już w Krakowie. Mają tyle spraw do omówienia! Ale kobiety lubią kwiaty...
Restauracja rzeczywiście była niewielka. Dostali stolik przy oknie, widać było ulicę i spacerujących ludzi. Ciągle było jasno. Grażyna była trochę spięta. Wiktor zdecydowanie bardziej. Nawet dłonie mu drżały. Oparł je na stole.
- Musimy porozmawiać – zaczął, jeszcze zanim podszedł do nich kelner.
- Koniecznie – zgodziła się, sięgając po wazonik z kwiatami i wsadzając w nie nos. - Nie pachną – zrobiła smutną minkę. Rozbawiła go tym. - Cały czas się martwię, czy dostanę bilet na prom. Mam nadzieję, że mnie odwieziesz do portu. Ale nie wiem gdzie...
- Pojedziemy do Ystad. Już mam bilety. Bo pojadę z tobą.
- Ależ Wiktor!
- A jak się zabierzesz z taką ilością bagaży? Nie masz żadnych szans! A później przesiadka na pociąg. Nie, sama nie dasz rady!
- Wiktor, nie możesz się tak dla mnie poświęcać!
- Chcę być z tobą jak najdłużej. Jeszcze dziś zamówię jakiś hotel w Krakowie. Zapomniałem o tym. I to nie jest żadne poświęcenie, a przyjemność dla mnie. Przy okazji odpocznę od pubu.
- Nie, nie, nie! Żadnego hotelu nie zamawiaj. Dobrze, pojedziesz ze mną. A dom jest na tyle duży, że będziesz miał gdzie przenocować.
- Nawet gdy zechcę być w Krakowie przez kilka dni?
- Jasne. To nie jest problem.
- A co jest problemem? Reakcja twojej matki?
- Nie sądzę. Przerażają mnie te koszty. Przecież to nie jest tania wyprawa!
- O kosztach nic nie mów. Jest natomiast inna, bardzo ważna kwestia. Jutro o ósmej rano musisz być w laboratorium, gdzie ci pobiorą krew. Oddasz też mocz do analizy. O czternastej będą wyniki i z tymi wynikami jedziemy prosto do pani doktor. To jest kobieta ginekolog. Nie puszczę cię do Polski bez tego badania, więc nie próbuj się buntować.
- O matko! Przecież to też ogromne koszty. Ja wiem, że prywatna wizyta jest tutaj bardzo droga!
- Już więcej nie wspominaj o pieniądzach!
Podszedł kelner i Wiktor szybko uzgodnił menu, konsultując wszystko z Grażyną. Oprócz ryby miała być gęsta, warzywna zupa. Bez owoców morza i makaronu. Oraz mała buteleczka szampana. Sok pomarańczowy i ciastko z kremem.
- Grazy, mam nadzieję, że wszystko już ustaliliśmy w sprawie twego wyjazdu i wizyty lekarskiej.
- No, jeszcze nie. Mam tu dwie zaległe sprawy. Musze odwiedzić babcię Viggo oraz Karola.
- Babcię – to rozumiem. Ale Karol?
- Tego pierwszego dnia, zaledwie go poznałam, Karol dał mi pieniądze. Wzięłam je, traktując jak pożyczkę. Byłam bez pracy i nawet nie miałam pieniędzy na bilet powrotny. Te pieniądze były moim zabezpieczeniem. Nigdy ich nie wydałam. Mam dokładnie te same banknoty, które mi wtedy dał. Muszę mu je oddać. Czy mógłbyś ze mną pojechać do Karola?
- Tak, oczywiście. Może zaraz po wizycie w laboratorium. Zjesz śniadanie i pojedziemy. Umów się z nim telefonicznie, abyśmy nie jechali na próżno. Jeszcze dziś wieczorem. Ale do babci raczej jutro nie zdążymy, bo jeszcze ten koncert. No i musisz odpocząć.
- Nie, nie. Do babci wpadniemy tylko na piętnaście minut i pojedziemy do Karola.
- Skarbie, to są dwa przeciwstawne kierunki. Babcię załatwimy pojutrze. Albo babcię jutro, a Karola pojutrze.
- No to wolę tak – najpierw babcia, a na drugi dzień Karol. I droga wolna do Polski.
- I tak mało mamy czasu. Ty się musisz spakować.
- A duży masz bagażnik?
- Raczej tak.
- Jestem ci bardzo wdzięczna za pomoc i zaangażowanie. Wykorzystuję cię, a to mnie zawstydza, wręcz krępuje.
Kelner wrócił z talerzami, więc zajęli się jedzeniem. Wiktora „uwierały” te dwa pudełeczka z pierścionkami w kieszeni, ale ciągle się wstrzymywał. Każdy moment wydawał mu się nieodpowiedni. Może przy szampanie?
- Za twoją pomyślność – wzniósł toast.
- Dziękuję, Wiktorze. Bardzo cenię twoją przyjaźń, twoją troskę o mnie i twoją opiekę. - Mogła by jeszcze dodać, że uwielbia jego pocałunki, ale się powstrzymała, bo czy będą następne? Wcale nie była tego pewna!
Trzymał w dłoni jej rękę. Tak na oko pierścionek powinien być dobry... Jeszcze nie teraz, może za chwilę. Może gdy podniesie powieki i spojrzy mu głęboko w oczy – czarował w myślach. Podniosłą.
- Grażyna, kocham cię – powiedział wyuczone, polskie słowa.
- Wiktor – jęknęła cichutko i oblała się ciemnym rumieńcem.
- Czy... - dalsze słowa nie chciały przejść przez gardło. - Czy możemy być parą? - wypalił wreszcie całkiem nie to, co zamierzał powiedzieć.
- Tak, Wiktorze. Tak. Marzyłam o tym.
Może to nie było to, czego oczekiwał, ale i tak poczuł, jak mu rosną skrzydła u ramion.
- Grazy, chciałbym, bardzo chcę!, abyś myślała, że nosisz moje dziecko. Bardzo tego pragnę i chcę, abyśmy tak mówili naszym znajomym.
- Twoje dziecko? - zamrugała szybko powiekami. - To się nie bardzo zgadza w czasie!
- A kto to będzie sprawdzał? Kto będzie dociekał? Moje dziecko. Nasze dziecko. Możesz się tak przestawić? Przecież mogłem być w Polsce i mogliśmy wtedy... Nikt tego nie dojdzie. Moje dziecko. Nasze dziecko. Możesz?
- Mogę. A jeśli urodzi się kalekie, to co wtedy? - zapytała po chwili.
- Nawet tak nie myśl! Oboje jesteśmy młodzi i zdrowi. Dziecko też będzie zdrowe. I śliczne po mamusi.
- A wiesz, że jesteś trochę szalony?
- Czy to ci przeszkadza?
- Ani trochę.
- To wracajmy do domu, bo chcę już wziąć cię w ramiona i mocno całować. Grażyna – kocham cię. Nie mogę się już doczekać. Bez ciebie wszystko tu było nijakie. Bardzo za tobą tęskniłem.
Później przyznała, że zauroczył ją od pierwszego wejrzenia, ale była przestraszona tym, co się wokół niej działo, brakiem pracy, tą straszną niepewnością jutra. Ze wszystkich sił starał się nie okazywać swoich uczuć, nie narzucać się. Była na straconej pozycji i dlatego nie mogła przyznać się ani do swojej miłości, ani do tego, jak bardzo jej na nim zależy. Każde sam na sam przyjmowała za nadzwyczajny dar losu. Nie śmiała wymagać czegoś więcej. Jej uczucia musiały pozostać w ukryciu. Nie chciała mu się narzucać – podkreśliła to kilka razy. A on tak bardzo się bał, że go nie zechce. Ale nie powiedział tego. Odnaleźli siebie i szczęście zamykało im usta. Jeden gest, pocałunek, przytulenie, nawet spojrzenie – mówiło o ich wzajemnych uczuciach. Po raz pierwszy od dawna Grażyna poczuła się szczęśliwa. I bezpieczna.
Wiktor też. Jakby odnalazł swoje miejsce na ziemi.
Gdy wrócili Grażyna od razu poszła na górę do siebie, a on wpadł na chwilę do pubu. Musiał porozmawiać z Viggo. Na szczęście był w lokalu, a w zasadzie stał w drzwiach i rozmawiał ze znajomymi.
- Coś ty taki rozpromieniony, bracie? - ostatnio Viggo dość często podkreślał zażyłość dodając słowo „bracie”.
- Ach, długo by mówić!
- A w dwóch słowach?
- Grazy zgodziła się być moją kobietą.
- To ci gratuluję z całego serca. Wam gratuluję. I... trochę zazdroszczę.
- Nie zazdrość tylko szukaj dla siebie dziewczyny!
- Wiktor-bracie, powiedz mi, ale tak bardzo szczerze... Nigdy więcej do tego nie będę wracać. Tylko ten jeden raz zapytam. Jak myślisz – czy dziewczyny nie patrzą na moje ręce z obrzydzeniem? Co będzie myśleć dziewczyna, gdy takimi dłońmi będę ją dotykał? Takie poranione łapska są wstrętne. Nawet dla mnie.
- Ależ ty bzdury wygadujesz! - powiedział Wiktor kładąc rękę na ramieniu przyjaciela. - Wygląd twoich rąk nie ma tu nic do rzeczy. Liczy się serce. To uczucia są ważne, a nie wygląd rąk.
- Zapytałbym Steffi, ale ona odpowie tak jak ty, byle tylko nie zrobić mi przykrości. Ale mów, z czym do mnie przychodzisz.
- Wyjeżdżam na kilka dni do Polski. Nie mogę puścić Grazy w taką daleką drogę bez opieki. Chciałbym, abyś zaglądał do pubu jak najczęściej i miał na wszystko oko. Jak dobrze pójdzie, to jutro zatrudnię ochroniarzy, ale tylko na weekendy. A przy tym nie wiem, czy ten mój barman stanie na wysokości zadania. Nie mówiąc już o kelnerach. Czuwaj nad wszystkim. W ostatniej chwili zostawię ci też klucze do mego mieszkania, tak na wszelki wypadek. Trzeba pilnować, by zewnętrzne drzwi, te na dole, były zamknięte na klucz. I jeszcze o toalety się boję. Tam musi być zawsze czysto, a moim kelnerom nie zawsze w smak dbać o tamte rejony. A przecież przyjmując ich do pracy podkreślałem, że toalety należą do ich obowiązków! Gdyby któryś za mocno się stawiał, to wyrzuć go na zbity pysk i przyjmij kogoś nowego. Wracają już studenci i będzie w kim wybierać. No i jest Eve.
- Dobra, nie martw się. Jutro spotykamy się na koncercie. Trzeba być dużo wcześniej, może nawet z godzinę. Ja podjadę po tamte dziewczyny, o to się też nie martw. Zajmuj się swoją Grazy. A trzeba być wcześniej także ze względu na miejsca na parkingu.
- Dobra. Ogarniam to wszystko. Ale ja mam do ciebie też jeszcze jedną sprawę.
- Mów – zachęcił Viggo widząc wahanie przyjaciela.
- Słuchaj... Ona jest w ciąży ze mną – zakończył z naciskiem.
- Z tobą. Rozumiem. Z tobą. No to gratuluję, tatuśku! Wiktor-bracie, to całe morze szczęścia!
- Możesz o tym wspomnieć niektórym osobom, ale nie nachalnie, ot tak, niby przypadkiem.
- Mam szepnąć słówko... Rozumiem. I niby przypadkiem. Wiktor będzie ojcem dziecka tej małej Polki. Rewelacja.
- Nie „będzie” a „jest”!
- Dobra, bracie. Ale najpierw może niech się to bobo urodzi! Szczęściarz z ciebie Wiktor-bracie. A kiedy idziecie do Liama? Im obojgu należy się jakieś dobre słowo od was.
- Jutro Grazy chce być u twojej babci. Czy to będzie możliwe? A później możemy wpaść do Stefci i Liama. Pojutrze jedziemy do tego znajomego Grazy, do tego Karola, a następnego dnia już odjeżdżamy do Polski. Mamy mało czasu, a dużo do załatwienia! Bo jeszcze zaciągnę moją kobietę do ginekologa. Na szczęście już się nie buntuje. Jestem też umówiony z facetami, którzy mają być ochroniarzami. Tu morze wątpliwości.
- Ale w chwilach przerwy zaglądaj tutaj. A, chciałem ci jeszcze powiedzieć, że do twarzy ci w białym. Zawsze powinieneś się tak ubierać.
- Dzięki. To przypadek. Byłem na kolacji z Grazy. No to już lecę, bo ona na mnie czeka. Cześć.

c.d.n.
fot. z internetu

piątek, 2 grudnia 2022

JAK TO DZIEWCZYNA

 




JAK TO DZIEWCZYNA - © Elżbieta Żukrowska

Jeśli miłość ratuje świat,
jeśli nadzieja nie szczędzi puchowych oprószeń
- proszę, kochanie, ty mnie szybko znajdź,
bo przecież znowu zakochać się muszę. 

Jeśli miłość... Ale to już było!
Ktoś uwierzył, ktoś tylko zmarkotniał.
Szczęście na tej drodze buty pogubiło,
tak szybko uciekało przed złym czarnym kotem.

Bo z kotem to nadal sprawa niewiadoma -
podobno tylko pecha przynosi.
Dowodów nie ma - skóra ocalona,
lecz niech się szybko do domu wynosi!

A co ty sama sobie podarujesz?
Czy drzwi dla szczęścia otwarte trzymasz?
Może półuśmiechem sprawę skwitujesz
i w dal odejdziesz - jak to dziewczyna...

Choszczno, 2.12.2022 r.
fot. z internetu

czwartek, 1 grudnia 2022

ZAPOMNIEĆ

 



ZAPOMNIEĆ  - © Elżbieta Żukrowska

Zapomnieć? Zapomnieć się nie da!
I choć już nie jęczy serce ani dusza,
to smutek jest nadal - a przecież nie trzeba!
Otulają często macki rzewnych, cichych wzruszeń.

Już nie co dzień stawiasz świeczkę w oknie,
nie co dzień przeglądasz zdjęcia w swym albumie.
Ale zapomnieć? - Tego się po prostu nie da
Lecz nie każdy ten dramat potrafi zrozumieć. 

Zapomnieć? Każdego dnia po wiele razy
pytasz się go w myślach, jakby coś rozwiązał,
jakie zdanie ma w tej przecież trudnej sprawie
i darmo liczysz, że by cię podtrzymał... 

Nic z tego! - Przypominasz sobie,
że świat za zieloną bramą dostał jego imię.
Ty masz szarą dróżkę, nie krzyczysz "nie mogę",
lecz czasem od szlochu nie możesz się wstrzymać...

Choszczno, 1.12.2022 r.
fot. z internetu

niedziela, 27 listopada 2022

STEFCIA Z WIERZBINY - cz.14.


 

Cz.14. (70.) Sierpień 1976 r. Wiktor z Göteborgu

Steffi wraz z Wiktorem Grantem stała przy barze.
- Dzięki twoim kuzyneczkom mój pub pęka w szwach. Zobacz, jak nasze chłopaki się do nich cisną! - zauważył ze śmiechem Wiktor.
Steffi z całą rodzina przyszła do pubu i widziała, że dziewczęta mają szalone powodzenie. Ledwie weszły do lokalu, a już je otoczył wianuszek mężczyzn.
- To aż dziwne – powiedziała. - Przecież Szwedki to też świetne kobiety, chociaż tu mało ich przychodzi.
- Tak, wolą kawiarnie i restauracje. Ale tu poszła jakaś fama o Polkach, głównie za twoją sprawą, bo wszyscy zazdroszczą Liamowi udanego małżeństwa. Mówi się, że jak Polka pokocha, to już na całe życie. A ci chłopcy w przeważającej większości są kawalerami do wzięcia i każdy ma jakąś nadzieję. Ja zresztą też. Już się nie mogę doczekać przyjazdu Grazy. I cieszę się, że to już jutro. Bardzo się za nią stęskniłem. Bardzo.
- Poproś ją o rękę i przestań żyć w takim niezdecydowaniu, roztargnieniu, szarpaniu się z samym sobą.
- Myślisz, że zechce być moją żoną? Jestem rozwiedziony. Nie każda dziewczyna chce rozwodnika. Wiem coś o tym. Pomijając już fakt, że jestem brzydki.
- Niepotrzebnie się tym gnębisz. Zapytaj, a będziesz miał jasny obraz. Jeszcze ci nie mówiłam, ale Dorotka zostaje w Szwecji. Opiekuj się nią w miarę swoich możliwości. Iga też zostanie. Obie będą mieszkać w naszym apartamencie. Trzymaj rękę na pulsie i nie daj ich skrzywdzić. Nas przecież nie będzie. A jak jeszcze raz powiesz w mojej obecności, że jesteś brzydki, to... No, nie wiem co. Ale na pewno coś wymyślę.
- Zrobię, co będę mógł, daję słowo!
W pubie byli także Marysia z Tomaszem. Marysia, domatorka, nie bardzo była rada temu wyjściu, ale czego się nie robi dla dzieci, a obie dziewczynki bardzo nalegały. Raźniej się czuły przy Adzie, ale jej dzisiaj nie było. Dorotka była szczęśliwa, że nie wraca na razie do Polski. Powiedziała do Steffi, że czuje, jakby świat się przed nią otwierał. Już zrobiła listę rzeczy, które rodzice mieli jej przysłać z domu, ale co raz dopisywała coś do tej listy. Kasia cieszyła się szczęściem siostry, a wcale jej nie zazdrościła. Miała własne plany i marzenia.
- Wracam do stolika – powiedziała Steffi.
- Zaczekaj – Wiktor położył jej rękę na ramieniu. - Co ja jutro powinienem zrobić?
Steffi popatrzyła na przyjaciela z lekkim rozbawieniem.
- Przecież jesteś stary chłop. Byłeś już żonaty. A mnie pytasz tak, jakbyś był nastolatkiem.
- Kiedy myślę o Grazy to aż mi serce wibruje. Nigdy nie doświadczałem takich emocji!
- Zakochałeś się. Być może po raz pierwszy w życiu prawdziwie się zakochałeś. Jutro na powitanie weź ją w ramiona, uściśnij mocno i czule pocałuj w usta. A później nałóż jej na palec pierścionek. Nawet nie będziesz musiał o nic pytać. Załatwisz sprawę bez słów, a odpowiedź i tak otrzymasz. Tylko pierścionek jutro kup. A może masz jakiś po matce? Oczyść go tylko.
- I ty to wszystko mówisz serio? Nie żartujesz sobie ze mnie?
- Wiktor, ile ty masz lat? Bo mówisz jak pięciolatek.
- Bo w tej sprawie trzęsę się jak galareta. Za bardzo mi zależy. Pierścionków mam kilka. To wypada dać taki wcześniej noszony przez matkę?
- Wypada.
- Steffi... Ale nie mów nikomu o mojej przypadłości. Chciałbym, aby wszyscy myśleli, że to moje dziecko.
- Jasne. Możesz na mnie liczyć.
- W głowie mi się kręci, gdy myślę o Grazy. Naucz mnie wymawiać jej imię po polsku. Tak, jak ty sama mówisz.
- Dobrze. Ale chodźmy już do stolika, bo moja Marysia mnie przywołuje.
- A jak po polsku jest „kocham cię”?
- Tego też cię nauczę.
- Ja już załatwiłem wizytę u ginekologa, u kobiety. I skierowanie na badania w laboratorium. Powinniśmy zdążyć ze wszystkim. Myślę o tym, aby pojechać z nią do Polski. Ona za dużo jest sama ze swoimi problemami.
- Nareszcie mówisz jak mężczyzna! A teraz chodź, poćwiczymy.
I ćwiczyli przez cały wieczór.
Rozmowa przy stoliku była bardzo ożywiona. Młodzi sypali żartami i co chwila wybuchano śmiechem. Pomyłki językowe bardzo temu sprzyjały. Steffi w tym towarzystwie była jedynym tłumaczem, ale znajdowała też czas na obserwację młodych. Kasia siedziała między Patrykiem a rudym Olofem, który się do niej wdzięczył i przymilał. Byli za daleko, by Steffi słyszała, co chłopak mówi. Jednak zobaczyła, jak Kasia pogłaskała go po twarz, a następnie wzięła troszkę rudych włosów w dwa paluszki i zdecydowanie pokręciła głową. Było to całkiem jednoznaczne. Olof widząc, że się nie może dogadać z dziewczyną, poprosił Steffi, aby przetłumaczyła, że dla Kasi on przefarbuje włosy na dowolny kolor: czerwony, zielony, niebieski i jaki tam ona będzie chciała.
- I będzie z niego farbowany lis! Niech lepiej o mnie zapomni!
Dorotką w tym czasie zajmował się chłopak, którego Steffi nie znała. Widziała go kilka razy w pubie, ale nie miała pojęcia, kto to jest. Zapytała Liama.
- Lennart, to też nasz stary przyjaciel, ale ostatnio jakby się od nas odbił. Ma własną wytwórnię tubek, takich do past do zębów. Bardzo dobrze prosperuje, ale też jest uwiązany przy swojej fabryczce, jak pies przy budzie. Zdaje się, że częściej bywa w restauracjach niż w pubach. To biznesowe spotkania. On sam jest kawalerem do wzięcia. Bardzo dobra partia. Boję się jednak, że zaczął się ostatnio wywyższać. Ale Dorotka jakoś nie bardzo nim zainteresowana.
A jednak młodzi rozmawiali – trochę przy pomocy „Rozmówek”, więcej na migi. Jakoś się porozumiewali.
Tomasz poprosił Liama, aby pomógł mu obsłużyć szafę grającą i zabrał żonę na parkiet. Z jego strony było to poświęcenie, albowiem kalectwo zdecydowanie przeszkadzało mu w tańcach. Od czasu do czasu bywał z żoną na podmiejskich balach, ostatnio na sylwestrze. Tańczył z Marysią zawsze pierwszy i ostatni taniec, wyjątkowo jakiś pośrodku. A Marysia tańczyć lubiła. Mimo niewielkiej nadwagi była zgrabną i powabną kobietą. Zawsze miała powodzenie wśród mężczyzn, chcieli z nią tańczyć nie tylko lekarze czy nauczyciele, ale w pierwszej kolejności ojcowie dzieci, które uczyła. Takie podmiejskie zwyczaje...
Do stolika dołączył Viggo. Był wyraźnie podekscytowany.
- Mam dla was niespodziankę – szepnął Steffi do ucha. - Zdobyłem dwanaście biletów na koncert ABBY. Sześć na jutro i sześć na pojutrze. Dobrze by było, gdybyś ty z rodziną poszła jutro. Ale komu mam dać pozostałe? Nie chcę decydować pospiesznie. Chciałbym, aby na koncercie była także Grazy, Ada i Iga. W Polsce nie będą miały takiej możliwości.
- Dołącz Wiktora i siebie. A Thorsten?

- On znów jest na wyjeździe. Myślałem o Olofie, ale Kasia go nie znosi!
- Kasi z wami nie będzie, bo pójdzie z nami. Ale jest jeszcze Elwira.
- Ano tak. Masz rację. Zatem Elwira. Ona rzadko przychodzi do pubu. Prawie o niej zapomniałem.
- Ona w ogóle jest taka cicha domatorka.
- Zatem Elwira. Dobrze. Na razie muszę się wsunąć między Olofa a Kasię. Myślisz, że mi się uda? Ona wyraźnie Olofa nie znosi!
Wsunął się między tych dwoje całkiem gładko, chociaż Olof wyglądał na urażonego. Za to ożywił się Patryk i po chwili wraz z Kasią i Viggo zanosili się śmiechem. Wiktor, który prowadził ożywioną dyskusję z Liamem na temat Harleya, podniósł się od stolika i skierował do baru. Nie trwało długo, a przy stoliku pojawił się kelner z zastawioną tacą – piwo, kawa, herbata, jakieś drinki z plasterkami cytryny i dwie miseczki z orzeszkami.
- Szef dziś funduje – oznajmił, dyskretnie oglądając się za Wiktorem, który już wracał do towarzystwa.
Każdy brał z tacy to, na co miał ochotę. Marysia i Tomasz – właśnie nieco zmęczeni usiedli obok Steffi, sięgnęli po herbatę. Liam Wybrał kawę, a Steffi drinka, podobnie obie dziewczyny. Sam Wiktor pił piwo, a Patryk i Viggo byli niezdecydowani i czekali, co na tacy zostanie. Niespodziewanie dosiadł się do nich Orvor Lindell z żoną Heleną – ich przyjście do pubu było swego rodzaju sensacją. Orvor prawie cały czas przebywał we Włoszech, ostatnie dwa miesiące nawet z żoną i maleńkim synkiem. Steffi nie znała Heleny, tylko o niej słyszała. Dziewczyna nie powalała swoją urodą, po niedawnej ciąży miała jeszcze kilka kilogramów nadwagi. Ubrana była w lekkie spodnie i kolorową tunikę, a brązowe, zrudziałe od słońca włosy miała nisko spięte w koński ogon. Jej makijaż był niemal niewidoczny. Za to paznokcie błyszczały mocną czerwienią. Dużo osób znało tę parę i co chwila podchodził ktoś przywitać się i zamienić kilka zdań. Przy stoliku zrobiło się małe zamieszanie. Steffi starała się rozmawiać i z Heleną, i z Marią. Helena zaraz na wstępie powiedziała, że ciągle karmi dziecko piersią i między innymi dlatego nie może pozbyć się nadmiaru kilogramów.
- Moje przyjaciółki bardzo mnie za to potępiają, bo kto dziś tak długo karmi piersią. Ale ja takie gadanie mam w nosie. Dziecko jest najważniejsze. - Mówiła uśmiechając się i pokazując przy tym ładne, równe i białe, zęby. Rozgadała się na temat dziecka, najwyraźniej był to dla niej temat numer jeden. - A kiedy wy postaracie się o dziecko? - zapytała na koniec przydługich wynurzeń.
Takie otwarcie się do obcej osoby było dla Szwedki raczej niezwyczajne! „Widocznie traktuje mnie jak rodzinę.” - pomyślała Steffi.
- Mamy jeszcze czas, nie musimy się śpieszyć.
- O, zapewne. Jednak Liam już parę lat temu przekroczył trzydziestkę i czas, by został ojcem, a nie dziadkiem – Helena sama zaśmiała się ze swego żartu. - Przy tym nigdy nie wiadomo, czy tak od razu uda się z ciążą. Myśmy starali się o dziecko prawie cztery lata. Oboje musieliśmy się leczyć. Najważniejsze, że się udało.
„To znaczy, że wiele osób może mieć problem z prokreacją... A ja nadal jestem dziewicą. Nawet stryj nie może nam pomóc”.
- To wielkie szczęście mieć dziecko, jednak my jeszcze trochę poczekamy. Liam wciąż tryska młodością.
- Nie zaprzeczam. A ty też jesteś jeszcze bardzo młoda.
- Ze względu na Liama przerwałam studia. Teraz chcę je dokończyć. A później możemy myśleć o dziecku – powiedziała Steffi, wiedząc, że to jest dobre wytłumaczenie.
- Chciałabym już do domu – z drugiej strony powiedziała Marysia. - Czuję się mocno zmęczona.
- Dobrze, ciociu. Zaraz przekażę to Liamowi. Jednak dziewczynki mogą zostać. Dobrze się bawią. Myślę, że pod opieką Wiktora i Viggo są tu całkiem bezpieczne.
Popatrzyła na swoje stryjeczne siostry. Kasia była zajęta Viggo, mimo że Patryk coś perorował, mocno przy tym gestykulując. Dorotka nadal rozmawiała z Lennartem, choć sprawiała wrażenie lekko znudzonej. Wiktor pochylił się do Tomasza i coś mu zawzięcie tłumaczył, a Liam był skupiony na słowach Orvora. Wtem Steffi zobaczyła, jak Kasia ujmuje twarz Viggo w obie dłonie, gładzi go pieszczotliwie, a na koniec całuje w nos. Później odchyliła daleko rękaw nie zapiętej jak zwykle koszuli i uważnie przyglądała się bliznom. Viggo zrobił ruch, jakby chciał cofnąć rękę, ale Kasia nie pozwoliła i zaczęła ją gładzić. Trwało to dobrą chwilę. Następnie to samo zrobiła z druga ręką chłopaka. A później długo trzymała obie jego dłonie w swoich rękach.
- Ciociu, czy ty widzisz to samo, co ja? Czy Kasia ma taką moc jak stryjek?
- Nie sądzę. Nigdy czegoś takiego nie zauważyliśmy. Dla niej ten chłopak jest jak poraniony psiak, nad którym trzeba się użalić, ulitować, pogłaskać, przytulić, może zaordynować jakieś leki. Ona zawsze tak reaguje na cudze nieszczęście. Według niej miłość i takie przytulenie leczą absolutnie wszystko. Jest bardzo wrażliwa, a śmiechem chce przykryć tę swoją... Nawet nie wiem, jak to nazwać. Takie rany budzą w niej emocje i bardzo by chciała je usunąć. To wiem na pewno. Dlatego Viggo – dobrze mówię: Viggo? - ma u niej większe szanse niż ten rudzielec. Stefciu! Jak mi tu u was dobrze! Bardzo się cieszę, że przyjechaliśmy. Miałam tysiąc oporów, na szczęście Tomasz mnie przekonał. Teraz, gdy dziewczynki studiują, mamy bardzo dużo wydatków, a jak chce się zaoszczędzić, to najlepiej oszczędzać na sobie. Chciałabym, aby ich młodość był piękna i radosna. Tomasz robi, co może, ale są pewne granice. I chociaż oboje pracujemy, to wiązanie końca z końcem przychodzi nam z trudnością. Gdyby nie to, że kupiłaś nam bilety, pewnie byśmy się nie zdecydowali. Mama też na mnie krzyczała, że nigdzie w życiu nie byłam, że trafia się wyjątkowa okazja, że nie powinniśmy wam odmawiać. Poza tym chciałam, aby i dziewczynki zobaczyły trochę innego świata. A teraz nawet Dorotka zostaje w Szwecji... Wiesz, jak bardzo się o nią boję? Bo i ciebie też tu nie będzie.
- Ciociu, twoje obawy są bezpodstawne. Dorotka już nie jest małym dzieckiem, ma przy tym dobrze poukładane w głowie. I będzie pod specjalną opieką Davida, a to nasz zaufany człowiek. Bardzo zaufany. No i będzie Iga, więc to złagodzi rozłąkę. Raźniej im będzie we dwie. W hotelu pracują i inne Polki, ale nie radzę się z nimi spoufalać. Już jej to mówiłam. A i ja będę tu wpadać od czasu do czasu, bo bywa, że hotel wymaga naszej obecności, telefon to za mało. Rodzice Liama już nie mają takich uprawnień jak dawniej, więc pewnie będziemy musieli tu bywać częściej, niż byśmy chcieli. Jednak zimą różnie bywa z samolotami. Byle śnieżyca może nas uziemić gdzieś na lotnisku. Już przez to przechodziłam. Osiem godzin w obcym miejscu i czekanie, czekanie, czekanie, bo może za chwilę będzie można lecieć dalej... Okropność! A już najgorzej, gdy musiałam do Włoch lecieć z przesiadką w Londynie. Tamte mgły to absolutny koszmar! Zdecydowanie bardziej wolałam przez Paryż.
- Ja to wszystko wiem, ale tak daleko od domu... Czy ona nadal zechce mi o wszystkim opowiadać? Boję się tego rozdzielenia. Ni stąd, ni zowąd przestaje być małą córeczką. Niechby chociaż listy pisała!
Rozmowa się urwała, bo nieznajomy pan w wieku Marysi poprosił ją do tańca. Spojrzała bezradnie to na męża, to na Steffi i zachęcona ich wzrokiem poszła na parkiet.
- Ale mieliśmy już wracać do hotelu – szepnęła na odchodnym do Steffi.
Kiedy już w końcu doszło do wyjścia tak Orvor jak i Wiktor zaproponowali im podwózkę swoim autem, ale Marysia zdecydowanie odmówiła.
- To prawda, że jestem trochę zmęczona. Tomasz zresztą też. Ale trzeba nam świeżego powietrza przez snem, prawda, kochanie?
- O tak. Pomimo wentylacji jest tu całkiem sporo dymu. Musicie przyjechać do nas. U nas powietrze jest jak balsam. Otworzysz okno i już masz leśne lub łąkowe zapachy – zgodził się Tomasz.
- Wszystko zależy od tego, które okno i z której strony wiatr wieje – dodała Marysia.
Steffi jeszcze położyła rękę na ramieniu Wiktora.
- Powiedz to po polsku – nakazała.
Od razu wiedział, o co chodzi.
- Grażyna, kocham cię – powiedział wcale poprawnie i z uśmiechem.
- Zdolny uczeń – pochwaliła go Steffi. Musiał to zdanie wiele razy powtarzać w myślach, była tego pewna.
Szli bardzo wolno. Steffi zauważyła, że stryj zaczął mocno powłóczyć nogami, nawet kuleć. Liam też to zauważył.
- Tam są ławeczki, może usiądziemy na chwilę.
- Wiecie co, kochani? Ja jutro nie idę na żadne zwiedzanie – oświadczył Tomasz ciężko siadając. - Za dużo tego dobrego dla mnie. Jutro leżę do góry brzuchem i odpoczywam. Starość i kalectwo mają swoje prawa.
- Zwiedzanie możemy sobie odpuścić, ale mam dla was niespodziankę na wieczór... A w zasadzie nie ja, ale Viggo – zakomunikowała Steffi, a widząc wpatrzone w siebie oczy – mówiła dalej. - Udało mu się zdobyć bilety na koncert ABBy. Idziemy jutro w szóstkę.
- O! To dopiero wiadomość – ucieszył się Liam.
- To ten najsłynniejszy szwedzki zespół. Pójdę z ogromną przyjemnością – ucieszyła się Marysia, gdy Steffi przekazała wiadomość po polsku. - A dziewczynki też? Ale się ucieszą! Ten zespół był w Polsce, jednak bilety tylko dla wybrańców losu. Bardzo się cieszę. I jak, lepiej ci już? - zapytała na koniec męża.
- To tylko fantom, ale dokuczliwy. Zaraz powinno być dobrze. Dajcie mi jeszcze chwilę. Ja także się cieszę na ten koncert. Ale bardziej z tego, że jutro nie będzie żadnego zwiedzania.
- Jak on to załatwił? - dociekał Liam mając na myśli bilety i Viggo.
- Nie mam pojęcia, nie powiedział. My idziemy jutro, a pojutrze nasze cztery dziewczyny, Wiktor i sam Viggo.
- Te Polki?
- Iga, Ada, Elwira i Grażyna – przytaknęła Steffi.
Gdy wrócili do hotelu Liam natychmiast zamówił kolację do pokoju. Zanim ją przywieziono – stryj, już znów skupiony, trzymał dłonie na jego sercu. Wyczuwał pozytywne efekty. O głowę miał zamiar zadbać po kolacji.
Sam musi odpocząć, bo to był długi i męczący dzień. Że też dał się namówić na wyjście do pubu... W zasadzie zrobił to dla Marysi. Tam, u siebie, prawie nigdzie nie bywali. Tyle, co jakieś wesele, chrzciny, czasem imieniny albo inna domowa uroczystość. A i to czasem rezygnowali. Głównie ze względu na stan swoich finansów, niestety. Całą budżetówka nie miała ostatnio żadnych podwyżek. Było kiepsko... W ostatnie lato dużo ludzi chodziło na jagody, by potem sprzedawać je do skupu. Podobno niektórzy bardzo dobrze na tym zarabiali. Włoszczyńscy kupili nawet używanego „malucha”... Ale pani nauczycielce nie wypadało tak na zarobek. Marysia chodziła wraz z matką i dziewczynkami, lecz jagody zbierały tylko na swoje potrzeby. Trzy- cztery wiadra w sezonie i wystarczy. Codziennie jedno wiadro. Nie żyje się samymi jagodami. On, Tomasz, jesienią chodził na grzyby. W zasadzie nie tylko jesienią, bo gdy zaczynały się sezon na kurki, to już pędził do lasu. Miał takie swoje miejsca, napełniał kobiałeczkę i wracał do domu. Czasem nawet trafił się prawdziwek. A za kilka dni znów tam szedł – o ile tylko czas mu na to pozwalał. Teściowa gotowała przepyszną zupę kurkową i robiła kurkowy sos. Palce lizać! Prawdziwki suszyła na zimę. Teraz, tu, w Szwecji, pamiętali o rodzinie w Polsce i każdego dnia – mimo kosztów – wysyłali widokówkę. Kasia wypstrykała kilka filmów – będzie co w domu oglądać i czym się chwalić, z detalami opowiadać rodzicom, już w myślach słyszał ich pytania. Siądą przy stole, Dorotka... Nie, Dorotka zostawała w Szwecji! Kasia zrobi herbatę, teściowa nakroi drożdżowego ciasta ze śliwkami, bo pewnie już dojrzały... I będą opowiadać. Kasia będzie biegać od babci do dziadka i ćwierkać jak wróbelek. Już to widział. W zasadzie zatęsknił za Polską. Za Polską bez Dorotki? To się nadal nie mieściło w głowie...

c.d.n.
Elżbieta Żukrowska
fot. z internetu

niedziela, 20 listopada 2022

STEFCIA Z WIERZBINY - cz.13.


 

Cz.13. (69.) Koniec sierpnia 1976 r. Rodzina, wycieczki, leczenie i niemiły gość hotelowy.

Wycieczka po archipelagu w licznym towarzystwie, wystawna kolacja (zorganizowana przez Olofa) i samo poznanie rodziny Liama przyniosły dużo wrażeń i zostawiły po sobie bardzo miłe wspomnienia. Steffi była zadowolona z tego, że wszystko się tak dobrze ułożyło, że nawet pogoda dopisała im jak na zamówienie. Do Göteborgu wrócono już w strugach deszczu i przy porywistym wietrze – lato się kończyło.
Tomasz nawet na jachcie zajmował się Liamem i Stefcią, choć Marysia prosiła, aby sobie odpuścił.
- Nie mogę – wyjaśniał. - Mam za mało czasu. To moje dotykanie jest i tak za bardzo spóźnione. Ale Stefcia mówi, że czuje mrowienie, a więc coś się dzieje. Lecz na rezultaty będzie trzeba poczekać. Zdrowe tkanki muszą wyprzeć te zniszczone. One z biegiem czasu się złuszczą i blizny powinny być mniej widoczne. Na szczęście dziewczyna nie należy do niecierpliwych i nie oczekuje natychmiastowego cudu.
- A Liam? - zapytała Marysia. Już leżała w pościeli po wieczornym prysznicu.
- Z nim jest dużo gorzej. Choć chyba odkryłem sposób na jego głowę.
- Jaki?
- Jedna ręka na czole, a druga na potylicy. Wtedy chyba zaczyna coś się dziać. Podkreślam – chyba. Ale jeszcze nie jestem pewny. Dziś po tym moim zabiegu był bardzo śpiący, niemal leciał przez ręce. Widziałaś, jak szybko zwinął się do sypialni? Tak bardzo chciałbym mu pomóc!
- Za to ty jesteś wyczerpany, choć się do tego nie przyznajesz.
- Tylko trochę zmęczony. Było bardzo dużo wrażeń... Cieszę się, że przyjechaliśmy. A ty miałaś tyle obaw! Zgotowali nam serdeczne przyjęcie i dużo atrakcji. Bardzo chciałem poznać rodzinę Liama. Matka jest okropna! Barbro chyba idzie w jej ślady. Ale ojciec, brat i ta druga siostra są całkiem mili. I tacy komunikatywni. Rodzinni.
- Podobno ci rodzice z uwagi na nasz przyjazd skrócili swój pobyt na wywczasach.
- Tylko dzięki Olofowi. Przywiózł ich samolotem z Hiszpanii. No i dobrze.
- A tego to nie wiedziałam. Wszystko przez to, że nie znam angielskiego. Przecież nie tłumaczy się dla mnie każdego zdania. Wiesz? Po powrocie poszukam jakiegoś kursu z językiem angielskim. Podobno są także taśmy i płyty do samodzielnej nauki. A gdyby nie Stefcia, to bym siedziała jak na niemieckim kazaniu. A widziałeś, jak nasze dziewczynki zawróciły w głowie tym szwedzkim chłopakom?
- Jasne, że widziałem. Szczególnie Kasia. Ten wysoki Olof nie mógł od niej oczu oderwać. - Tomasz położył się obok żony, pocałował ją i zgasił światło. - O, jak dobrze – powiedział przeciągając się pod kołdrą. Czule oddała mu pocałunek.
- Ale jej się on nie podoba.
- No coś ty? Wysoki, barczysty, o miłej powierzchowności. A przy tym podobno wielki amator motocykli, a ona motocykle uwielbia. Już mnie męczy, abym jej kupił motocykl.
- Chyba nie zrobisz tego? - przestraszyła się Maria, podrywając się z poduszki i wspierając na łokciu.
- Dziś jeszcze nie, ale muszę to brać pod uwagę. - Uniósł twarz do żony i jeszcze raz ją pocałował. - Śpij, kochanie. Jesteś bardziej zmęczona ode mnie... A dlaczego ten chłopak nie podoba się naszej Kasi? Nie to, abym ją namawiał...
- Bo jest rudy.
- A jakie znaczenie ma kolor włosów? Rudy, czy czarny, to przecież bez znaczenia.
- No widzisz. Dla niej jednak ma. To ona nie chce samochodu, tylko motocykl?
- Najchętniej junaka. Nawet bardzo starego. Mówi, że ten nasz Waluś potrafi ożywić najgorszy wrak. Tylko czasem trzeba czekać na części zapasowe, albo i po świecie ich szukać. W pewnym sensie Kasia ma rację – u nas nie wszędzie dojedzie się samochodem. A motocyklem, jak i rowerem, wszędzie się prześlizgniesz. - Tomasz objął żonę i przytulił się do niej. Czuł, jak się odpręża, jak oboje się odprężają. - Kocham cię, moja śliczna żoneczko. Ale teraz już śpijmy. Jutro będą nowe atrakcje.
- A Stefcia znów zabrała je do sklepów i całkiem tym kupiła sobie nasze dziewczyny – dodała Maria już niemal usypiając.
Kasia chciała być weterynarzem, a to zawód wymagający mobilności i szybkiego działania. Kupi jej ten motocykl. Już nawet wiedział, kto chce się pozbyć swojego staruszka. Musi tam pojechać razem z Walusiem, niech on obejrzy, przejrzy, pomedytuje. Kiedyś mówił, że na giełdzie trafiają się całkiem niezłe maszyny. Tomasz nie znał się na motocyklach. Ani na samochodach. Nie chciał samodzielnie podejmować decyzji. Na szczęście nie musiał się spieszyć.
Stefcia chciała porozmawiać z mężem, ale Liam był tak śpiący, jakby zażył kilka nasennych tabletek. On pierwszy poszedł do sypialni, szepnął nawet, że nie ma siły wchodzić pod prysznic, bo mu się oczy same zamykają. Uściskali się, pocałowali i już go nie było. Za to dziewczęta – Kasia, Dorotka i Ada – były tak rozemocjonowane, że do spania było im daleko. Ada także dostała prezenty od Stefci (w tym dużo bielizny!), czym była przyjemnie zaskoczona. Stefcia potraktowała ją jak członka rodziny, nie zapominając przy tym o drobiazgach dla Daniela i dla matki Ady. Dla siebie kupiła tylko jesienny kapelusz, ciemno zielony, z dużym rondem. Wspaniale w nim wyglądała.
- Szpilki! Koniecznie musisz nosić szpilki – zawyrokowała Kasia. - Taki kapelusz nie może być bez szpilek.
- Pewnie masz rację – zgodziła się Steffi, ale nie wyjaśniła, dlaczego nie nosi wysokich obcasów. Co by to dało?
Godzina nie należała do zbyt późnych, więc zatelefonowała do Wiktora. Był na miejscu i to nawet w swoim mieszkaniu. Po zwyczajowej wymianie zdań poinformowała go o bliskim już przyjeździe Grażyny i Igi. Wyraźnie się ucieszył.
- Nareszcie – aż jęknął do słuchawki. - Szykuję dla niej niespodziankę.
- Lepiej zrób coś, by chciała zostać w Szwecji, bo ty bez Grażyny całkiem zmarniejesz. Masz okazję, to trzymaj ją w swoich rękach najmocniej jak potrafisz! Gdy wyjedzie do Polski, być może już nie wrócić i nigdy się nie spotkacie. Działaj, chłopie. Koniec siedzenia z założonymi rękoma. Będziesz mógł po nie wyjechać na dworzec? Nie mówiłam ci o tym na jachcie, bo jeszcze nie byłam pewna jak się to ułoży. Nadal nie mam pewności, ale już bliżej niż dalej... Jak wiesz ja jestem dość zajęta gośćmi, a Grażyna na pewno ucieszy się, gdy cię zobaczy. Pociągi przychodzą po południu, jakoś koło osiemnastej. Ale dokładne namiary podam ci jutro lub pojutrze. Dobrze?
- Ale bym cię wyściskał za te wiadomości!
- I zarobił po zębach od Liama.
- Oj, oj. Tylko żartowałem.
- Wszystkie te przytulaski zostaw dla Grażyny. Ona nic nie mówi, ale – jak znam kobiety – jest o ciebie zazdrosna.
- A tego nie wiedziałem... Naprawdę jest o mnie zazdrosna?
- Iga mówiła mi, że chodzi tam bardzo smętna, zgaszona, a na innych facetów ani spojrzy. Nie żartuje i nie flirtuje. Jednak najgorsze jest to, że bardzo mało je. Ana podsuwa jej smakołyki, a Grażyna zamiast jeść, to tylko pomiesza w talerzu. A to mnie bardzo niepokoi. Oby nie miała anemii.
- Steffi – zrobię, co będę mógł. Obiecuję. Nie wypuszczę jej do Polski bez lekarskich badań. Teraz to i dla mnie jest priorytet.
- Super. Cieszę się. Ona nie ma ubezpieczenia, więc za wszystko trzeba będzie zapłacić prosto z kieszeni. Mam nadzieję, że te koszty ciebie nie przerażają, bo Grażyna na pewno będzie się wzdragać przed badaniami właśnie z uwagi na koszty. A i czasu jest mało na załatwienie prywatnej wizyty, wiesz, te terminy.
- Załatwię to. Bądź spokojna.
- I odwiedź tego faceta od twego domu. Liam mówił, że chciałby sfinalizować sprawę nie dalej niż na początku września. Będziesz miał dość pieniędzy nawet na zapłacenie wygórowanej ceny, o to się nie martw. Nie będziesz w tym sam.
- Steffi, kochanie, są rzeczy, na które facet, żaden facet!, nie może się zgodzić.
- I na tym dyskusję kończymy. Pamiętaj, że nie jesteś sam.
Na drugi dzień z samego rana zadzwoniła Kristina. Wiedziała, że ze Steffi jest ranny ptaszek, więc wcale się nie krępowała. Prawie od razu przeszłą do sedna sprawy.
- Musisz do mnie przyjechać ze swoją kuzynką. Z Dorotą.
- Coś się stało? - przestraszyła się Stefcia.
- Nic się nie stało. Dostałam wiadomość i pojutrze wyjeżdżam do Belgii na dość długi malarski plener. Wrócę dopiero na początku września. Jakoś drugiego, a może trzeciego. Ale tu chodzi o Dorotę. Dziewczyna ma wielki talent. Na jachcie szkicowała, a ja widziałam te szkice. Ona powinna kształcić się w tym kierunku. Daj mi ją na pół roku. Niech się podszkoli pod moją ręką. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Poza tym mam przyjaciele w akademii plastycznej, profesora Mattssona, wybitnego malarza. Może mi się uda namówić profesora na konsultacje. Na razie niczego nie obiecuję. Ale przyjedźcie do mnie, bo ja już nie mam czasu. Muszę się przygotować, spakować i tak dalej. Koło szesnastej będę w pracowni. Dziewczyna niech zabierze ze sobą wszystkie swoje szkice, nawet te na maleńkich świstkach papieru. Muszę to raz jeszcze na spokojnie zobaczyć. Widziałam, jak szkicowała ucho faceta. Co za precyzja! Idealnie uchwycone szczegóły. Kilkoma kreskami wydobyła głębię szkicu, jakby na jej kartkę padało słońce. Przyjedziecie?
- Pół roku, powiedziałaś?
- Minimum pół roku.
- A mogę zabrać ze sobą jej rodziców?
Kristina milczała przez chwilę, wreszcie przytaknęła.
- Może to nawet dobrze, w końcu oni mają na razie głos decydujący. Gdyby się zgodzili od razu omówimy szczegóły.
- Jakby co, to Dorota mieszkać będzie u mnie i to ja wszystko sfinansuję. Tego tematu z rodzicami Doroty nie poruszaj.
- Dobrze. To rozumiem, że jesteśmy umówione?
Steffi musiała pilnie porozmawiać z Liamem, ale on teraz był w rękach stryja Tomasza. I to dosłownie. Ada już wczoraj wróciła do siebie, bo jej krótkie wakacje z Rybbingami właśnie się skończyły i od tego dnia już miała pracować. Ciocia Marysia pojawiła się wraz z mężem, natomiast dziewcząt na razie nie było, najwyraźniej zaspały.
- Może ja je obudzę? - zaofiarowała się. - Przecież mamy wszyscy iść na dół na śniadanie.
- Zaraz poproszę o śniadanie do apartamentu, a sama zrobię kawę. Siadaj, ciociu, oszczędzaj nogi, bo dziś czekają nas zabytki, muzea i w ogóle łazęga po Göteborgu. Dziewczęta będą zawiedzione, gdyż nie będzie chłopców. Muszą pracować. Masz chociaż wygodne buty? A o szesnastej mamy spotkać się z Kristiną w jej pracowni.
- To ta ascetyczna malarka?
- Ascetyczna? No, może trochę. Tak, to o nią chodzi.
- A po co my tam?
- Obejrzymy malarstwo Kristiny, to będzie jak wernisaż. A o reszcie dowiesz się, gdy dołączy do nas stryjcio i Dorotka. Kasia – wyjątkowo – nie jest zaproszona.
- To dopiero tajemniczo zabrzmiało!
- Nie ma tu żadnej tajemnicy. Po prostu Kristina stwierdziła, że Dorota ma wrodzony talent. Szkoda zaprzepaścić szansę, jaką daje jej możliwość rozwoju w innym świecie. Zawsze może wrócić do Polski by dokończyć swoją Akademię.
Steffi już stawiała na stół kawę, gdy w salonie zjawiły się Kasia z Dorotką, a po chwili także room-serwis ze śniadaniem. Pojawił się także Tomasz, zaraz za nim Liam. Steffi wróciła jeszcze do kuchni po półmisek polskich wędlin, tak lubianych przez Liama. A tu nowy gość-niespodzianka – przyjechała Alice i to bez zapowiedzi. Ochoczo oświadczyła, że bardzo chętnie dołączy do zwiedzania miasta, dawno tego nie robiła.
- Bardzo mi to na rękę – powiedziała Steffi. - Ty najlepiej znasz Göteborg. Zapewne wiesz, co warto zobaczyć.
- A ja? - oburzył się Liam. - Przecież to także moje miasto!
- Ale Alice ma na wszystko kobiece spojrzenie, a tu jest przewaga pań.
- Stryjku, to my jedziemy do portu – zadecydował Liam.
- O nie, mój młody człowieku. Ja wszędzie z moją żoną. Później będziemy porównywać wrażenia. A do portu możemy jutro. Dzisiejsza pogoda jest niezbyt dobra, bo chmury i wiatr. I tak dobrze, że nie pada. Jednak jeśli w planie mamy też jakieś muzeum – to proszę co najwyżej jedno. Chciałbym mieć czas na spokojne oglądanie.
Marysia posłała mężowi piękny, pogodny uśmiech.
- A ja dla niektórych osób mam niespodziankę – przypomniała sobie Steffi. - Stryjostwo, Dorotka i ja jesteśmy zaproszeni na szesnastą do Kristiny.
- Wiadomo w jakim celu? - zapytał Tomasz.
- A dlaczego beze mnie? - dociekała naburmuszona nagle Kasia.
- Na razie wszystko jest tajemnicą. Pojedziemy, zobaczymy. A ty, Dorotko, masz pozbierać wszystkie swoje rysunki i szkice, jakie zdążyłaś już zrobić. Kristyna kazała, aby było wszystko, nawet najnędzniejsze karteluszki. Ona to musi zobaczyć. W ten sposób chyba już wszyscy domyślają się, co Kristina ma na myśli. A ty, Liam, chodź ze mną do kuchni, bo potrzebuje tam twojej pomocy – co powiedziawszy Steffi podniosłą się z miejsca. A w kuchni szeptem wyjaśniła Liamowi w czym rzecz. I zapytała, czy Dorotka mogłaby pomieszkać w ich apartamencie. Liam zgodził się bez namysłu.
- Jeśli zostanie w Szwecji, to daj jej jakąś stałą kwotę, coś w rodzaju stypendium, niech nie czuje się taka od nas zależna. Ale i tak będzie jej smutno samej w tak dużym domu jak nasz.
- Mam też propozycję dla Igi, ale o tym porozmawiamy później. W każdym razie póki co mogłyby tu mieszkać razem po naszym wyjeździe do Polski.
- Dobrze. Później wszystko obgadamy i ustalimy. A teraz daj to ciasto, aby nie było, że my tylko wychodziliśmy na takie szeptanki!
- Dobrze. To ty idź z ciastem, a ja zrobię następny dzbanek kawy.
Ledwie wróciła z kawą a do telefonu poprosił ją Lukas.
- Steffi, błagam, przyjedź. Nie mogę sobie poradzić z Chińczykiem!
- Dobrze, zaraz będę. Ale zanim co, powiedz w dwóch zdaniach o co chodzi.
- Pomylił daty, chce pokój teraz, natychmiast, a rezerwację ma dopiero za tydzień. Nie mamy nic wolnego, a on się upiera, że nie wyjdzie z hotelu, że my na pewno mamy coś wolnego. On wie, że wszystkie hotele na całym świecie mają zawsze jakieś zapasowe pokoje.
- Mój Boże... Nawet nie wiem, czy tutaj jest coś wolnego.
- Dzwoniłem do Davida – macie pełne obłożenie.
- To zabiorę kuzynki do mego apartamentu, a pokojówka przygotuje dla Chińczyka ich pokój. Powiedz facetowi, że wszystko jest na dobrej drodze, tylko musi zmienić hotel. A ja już do was jadę.
Lukas czekał na Steffi przed hotelem. Jak zwykle był elegancko ubrany – ciemny garnitur, biała koszula i krawat, wszystko odprasowane i lśniące czystością. Bardzo dbał o swoją powierzchowność. Steffi naliczyła u niego co najmniej osiem garniturów. Zazwyczaj codziennie lub co drugi dzień był w innym. A koszule to już obowiązkowo każdego dnia zakładał świeżą. „Ciekawe, jak się ubiera po domu?” - myślała czasem z zaciekawieniem. Oczywiście takich pytań się nie zadaje.
Przywitali się podaniem ręki i krótkim cmoknięciem w policzek.
- Jak to możliwe, że nie dajesz sobie rady z takim problemem? - wyraziła swoje zdziwienie Steffi.
- Zaraz sama się przekonasz.
- A ochroniarze?
- Są na miejscu. Chcesz wyrzucić faceta na ulicę? Pójdzie o nas zła fama, stracimy opinię. On gotów ściągnąć nam na głowę pismaków.
Obcokrajowiec był niewysoki, szczuplutki, czarnowłosy. Miał około pięćdziesięciu lat. Składał ręce na piersi i kłaniał się pokornie. Jednak spojrzenie miał złe. To pierwsze rzuciło się Steffi w oczy. Rozmowa trwała ponad pół godziny, a Chińczyk nie chciał zrozumieć, że w tym hotelu nie ma dla niego pokoju. I tu żadne czary-mary nie pomogą, bo fizycznie nie ma nic wolnego. A do innego hotelu on nie chciał. Lukas powiedział, że obdzwonił wszystkie zaprzyjaźnione hotele – generalny brak miejsc, a wszystko przez to, że w jednym z większych hoteli był pożar i całe skrzydło budynku jest wyłączone z eksploatacji.
- Pożar? Nic nie wiedziałam – jęknęła Steffi. - Kiedy?
- Jak byliście na wycieczce. Wszystkie gazety o tym pisały. Myślałem, że wiesz.
- Jakoś mi to umknęło. Dobra. To co robimy z panem Chińczykiem?
- Chyba jednak zawołam chłopaków z ochrony. I te jego pięć waliz... Gdzie on się wyprowadza? Albo sprowadza? To jest jakieś podejrzane. No i dlaczego nie chce jechać do twego hotelu? - Lukas nerwowo dreptał w tę i z powrotem.
Chińczyk źle mówił po angielsku, być może też i nie wszystko rozumiał. Dla Steffi było to absolutnie nie do pojęcia, by ktoś się tak upierał! Do mężczyzny nie trafiały żadne tłumaczenia. Przyjechał następny gość i boy zdjął walizy Chińczyka z wózka bagażowego, bo musiał obsłużyć tego nowego gościa. A Chińczyk podniósł straszliwy krzyk w swoim ojczystym języku, mocno gestykulując przy tym rękoma. Można to było odczytać jako „to dla tamtego macie miejsce, a dla mnie nie?”
- Jedzie pan ze mną czy nie? Bo za chwilę i tamtego pokoju dla pana nie będzie. Nie mam, czasu na dłuższe bezowocne rozmowy. Proszę opuścić ten hotel.
W tym momencie nadeszła Ada z podsłuchaną wiadomością – grupa starszych Anglików - emerytów opuszcza wcześniej hotel, bo jeszcze zorganizowano dla nich jakąś nową atrakcję. Właśnie pakują się w pośpiechu.
- To nam nic nie daje – uśmiechnęła się smutnie Steffi. - Facet chce pokój na cały tydzień, a my mu możemy Pod Różą dać tylko jedną dobę. Dlaczego pan swój problem przerzuca na nasze barki? - zwróciła się do Chińczyka. - Zła rezerwacja to pana kłopot, nie nasz. Lukas, wezwij ochronę i kończymy sprawę. Mam dość.
Przyjście ochroniarzy podziałało na niefortunnego obcokrajowca, ale Steffi już nie chciała wieźć go swoim samochodem.
- Zapakuj go do służbowego – poleciła Lukasowi po szwedzku. - Jestem i tak zła, że idę mu na rękę. Nie zasługuje na to. Mam przeczucie, że będą z nim dalsze kłopoty. Wygląda jak przebiegły szczur. Zupełnie jakby nie był Chińczykiem! - Steffi powiedziała to przyciszonym głosem na ucho Lukasowi, bo być może gość tylko udaje nieznajomość obcych języków, różnie z tym bywa.
Do swego hotelu Steffi zazwyczaj wchodziła bocznym wejściem. Teraz jednak podjechała pod główne i dała kluczyki parkingowemu, a sama jak najszybciej poszła do recepcji. Uprzedziła dyżurną dziewczynę o złych manierach Chińczyka i poleciła uważać na niego. Przy okazji dowiedziała się, że jej rodzina już pojechała „w miasto”, bo przyjechał taki rudzielec, i taki inny młody, i zabrali wszystkich do trzech samochodów. Na koniec dodała, że pan Liam był wyjątkowo chmurny...
- Przywieziono też pierwszą partię nowych narzut. Podobno są bardzo ładne... - dodała już, gdy Steffi odchodziła.
To była jedna ze spraw, którą Steffi chciała załatwić przed wyjazdem do Polski.
- O, to miłe, że się tak pośpieszyli! Są pewnie w magazynie u panny Natalii. Już do niej idę. A te stare trzeba będzie dać do pralni, a następnie do tego domu opieki, co zawsze. Nie będziemy ich magazynować. Ale wymianę zaczniemy dopiero od pierwszego września.

fot. Łukasz Żukrowski

czwartek, 17 listopada 2022

CHRYZANTEMOWY CZAS

 





Chryzantemowy czas - © Elżbieta Żukrowska

Jesienny chryzantemowy uśmiech krąży po alejkach.
Cmentarze ciągle pachną świerkiem i zniczami.
I chociaż pozimniało - na spacery wiodą
stare wspomnienia, modlitwy, myśli jak aksamit...

Coś było, coś się skończyło, tylko nadal w piersiach
pobrzmiewa echo dni minionych, utraconych nadziei...
Wiara w długo, razem i szczęśliwie zamieniła się w miedziak,
z ozdobnego brokatu teraz stał się zgrzebny drelich...

A żyć dalej trzeba, znosić dni samotne,
tymczasem serce w żałobie skowyczy.
Chryzantemy wciąż pachną na grobie i w oknie.
A ty dalej pilnujesz zapalonych zniczy.

Choszczno, 17.11.2022 r.
fot. z internetu

poniedziałek, 14 listopada 2022

CZAS MINIONY

 



Czas miniony - © Elżbieta Żukrowska

Czasem łzy same płyną,
bez naszej woli i chęci,
więc napisałam ten list,
by nie umknęło z pamięci...
Czy go przeczytasz, czy nie,
to już rzecz prawie nieważna,
gdy droga skończyła się.
Wspólna. Choć była jazda!
Nie oczekuję już słów,
pieszczot, ni pocałunków.
Jeszcze tylko ten list...
Zamknę na zamek w biurku.

Choszczno, 14.11.2022 r.
fot. Pixabay

niedziela, 13 listopada 2022

STEFCIA Z WIERZBINY


 

Cz. 12. (68) Lato w Göteborgu 1976 r.– u Sofii. Stryj Tomasz z rodziną

Wiktor co kilka dni wpadał do Liama, często rozmawiali telefonicznie. Przyjeżdżał także Viggo Molin i Thorsten Eklund, usiłowali wyciągnąć Liama do pubu, ale on nigdzie nie chciał iść bez Steffi, a ona ostatnio czuła się nieco osłabiona i jakoś nie miała chęci na obce towarzystwo. Chciała przed przyjazdem rodziny posegregować ubrania, by niektóre oddać swym młodym kuzynkom, o ile tylko okażą się na nie dobre. Inne rzeczy pakowała już na wyjazd do Polski, szczególnie te zimowe. Na zaproszenie Kristiny spędzili w jej pracowni kilka godzin i Liam kupił następne dwa obrazy. Innego dnia pojechali do znajomej Liama, tej od wikinga. Steffi była tam pierwszy raz. Sofia miała dwupoziomowy własny sklep z pamiątkami – same rękodzieła. Od strony ulicy było niewielkie pomieszczenie z najpopularniejszymi gadżetami, a po drewnianych (i niezbyt wygodnych) schodach wchodziło się na piętro do obszernego salonu z różnościami ręcznej roboty – szydełkowe serwety i firany, wełniane narzuty, ręcznie robione swetry, a także delikatne letnie ażurowe bluzeczki i sukienki, zimowe szale, czapki, rękawiczki, ogromny wybór drewnianych i metalowych rzeźb, trochę szklanych bibelotów, ręcznie robione okazjonalne kartki i wiele innych niezwykłych przedmiotów. Był między innymi olbrzymi wybór fajek, lasek, skórzanych tłoczonych torebek, ręcznie szytych ze skóry rękawiczek damskich i męskich, srebrnych ozdób i innych rzeczy, aż po zawrót głowy! Uwagę zwracały przepiękne witraże, w sam raz do zawieszenia w oknie. Zaś na środku dumnie stały dwa bujane fotele. Nie było tłumu kupujących, jednak co chwila wchodził klient i nie wychodził z pustymi rękami.
- Pooglądajcie sobie troszkę, za pół godziny zamykam i będę mogła wypić z wami kawę. Cudną masz żonę, Liam. Cieszę się, że mogę ciebie poznać.
W drodze do sklepu Liam powiedział, że Sofia dość mocno utyka na lewą nogę i ma niedowład lewej ręki – to na skutek upadku z huśtawki w dzieciństwie. Teraz opiekuje się chorą matką, więc musi mieszkać na parterze, by móc wywozić matkę na spacery inwalidzkim wózkiem. W związku z tym przebudowała wnętrze domu i z drugiego piętra sprowadziła się na parter. Na drugim piętrze ma teraz magazyn i pokój przyjęć dla dostawców towaru. Zatrudnia pracownicę na pół etatu, zazwyczaj w porze największego ruchu, albo wtedy, gdy wiezie matkę nawet na cały dzień do lekarza, na badania i tym podobne.
- Kupimy coś u niej? - zapytała Steffi.
- Koniecznie!
I Steffi oglądając te cudowności wybrała koronkową serwetę na okrągły stół w Wierzbinie, dla siebie jeden z bujanych foteli, dla Piotrusia figurkę psa i pasek do spodni, a Liama namówiła na skórkowe rękawiczki z bardzo delikatnej skóry. Podobne kupiła z myślą o ojcu. Dla babci wypatrzyła lekkuchną, chociaż wełnianą chustę. Byli ostatnimi klientami tego dnia. Liam od razu odniósł zakupy do auta, jedynie fotel na razier został, miał po niego przyjechać innym autem. Wrócił z dwoma bukietami kwiatów – dla Sofii i jej mamy. Starsza pani aż się rozpromieniła!
- Za rzadko przychodzisz – powiedziała do Liama po szwedzku. - Ostatnio kwiaty dostałam też od ciebie. Kiedy to było? Już nie pamiętam... Teraz starej kobiecie nikt nie daje kwiatów...
Ze słów starszej pani powiało goryczą.
- Chorowałem, chyba wiesz o tym.
- Tak, wiem. Modliłam się za ciebie.
- Dziękuję, Elisabeth. A to moja żona, Steffi.
- Mówisz, dziecko, po szwedzku?
- Staram się – odpowiedziała Steffi.
- Chodź, niech cię uściskam. Liam to bardzo dobry człowiek, więc bądź dla niego dobrą żoną. Zasługuje na to!
- Steffi jest idealną żoną. Lepszej bym nie znalazł. I bardzo się kochamy – zapewnił szybko Liam.
- Ten sklep jest zasługą Liama. Mówił ci o tym?
- Nigdy. Ani słowa.
- Dzięki twemu mężowi mamy dach nad głową i utrzymanie. Dużo mu zawdzięczamy. Bardzo dużo. Może ci kiedyś opowie. To było prawie w tym samym czasie – moja choroba i to, że Sofię porzucił mąż. W zasadzie nie miałyśmy z czego żyć, a Liam nam tu wszystko urządził. I jesteśmy razem. Córka może się mną opiekować i jednocześnie pracować. To bardzo wiele dla mnie znaczy. Dla nas, bo nie tylko dla mnie.
Steffi rada by usłyszeć całą historię, ale Sofia zaprosiła ich do stołu na kawę lub mrożoną herbatę – do wyboru, oraz na kupne kruche ciasteczka.
- Nie spodziewałyśmy się gości – tłumaczyła się nieco zażenowana. - Wiesz – zwróciła się do Steffi – u nas każdą wizytę zapowiada się telefonicznie. Jedynie Liam wyłamuje się z tego zwyczaju, ale, jak słyszałaś, on u nas jest na specjalnych prawach. To ulubieniec mojej mamy, tak ważny, jak rodzony syn, a może nawet jeszcze ważniejszy!
Sofia nie kryła zadowolenia z tego, że kupili u niej tak drogie rzeczy. Powiedziała, że te najdroższe zazwyczaj długo czekają na amatora. Dwie godziny na rozmowie minęły jak z bicza strzelił i Steffi zarządziła powrót.
- Ale nie słyszałaś jeszcze opowieści o wikingu! - sprzeciwił się Liam. - O tej figurce, którą dostałaś ode mnie i którą tak pieczołowicie oczyszczasz z kurzu.
- Istotnie – Steffi usiadła znów na fotelu.
- Och, nie wiele jest tu do opowiadania. Wielu moich dostawców to ludzie ułomni, kalecy. Mój rzeźbiarz też do nich należy. Stracił w wypadku obie nogi, ale nigdy się nie poddał. Nie wiem, kim jest bardziej – poetą czy rzeźbiarzem. Kiedyś dostarczył mi całą kolekcję takich ludzików, a wśród nich tego wikinga. Björn tradycyjnie nie maluje swoich rzeźb, jedynie lakieruje. Ale od niedawna czasem maluje je jego wnuczka, taka około trzynastoletnia dziewczynka. Björn uznał tę figurkę za nieudaną, bo ma za długie nogi jak na wikinga, a jej ręce układają się w jakimś dziwnym geście. Może dlatego dziewczynka odważnie eksperymentowała. No i wyszedł jej Liam. To aż niesłychane, że w tak maleńkiej figurce można zawrzeć tyle podobieństwa do prawdziwego, żyjącego człowieka. I to cała historia.
Rozmawiali jeszcze chwilę o różnych rzeczach i w końcu zdecydowali się na powrót, tym bardziej, że starsza pani wydawała się być zmęczona.
Steffi była skupiona na bliskim już przyjeździe stryja Tomasza. Mieli zamieszkać w pobliżu ich apartamentu, na tym samym piętrze. W zasadzie pomieściliby się w apartamencie, ale Steffi nie chciała ograniczać swobody męża. Ona sama teraz dużo pracowała, chcąc wygospodarować jak najwięcej czasu dla rodziny, gdy w końcu przyjadą.
I wreszcie przyjechali.
Nawet hotelowa załoga była tym poruszona, bo Liam – jak nigdy! - poprosił o najwyższą jakość w obsłudze tych wyjątkowych gości. Czystość, zawsze świeże kwiaty, spełnianie życzeń, dokładne informacje w razie potrzeby. Nieustająca grzeczność i uprzejmość. W zasadzie cała załoga była do tego przyzwyczajona, więc nawet nie wiedziano, co można by jeszcze dodać. Ale szef poprosił i to od razu podniosło rangę gości.
David, Steffi i Liam dwoma samochodami pojechali do Sztokholmu. Była ładna pogoda i – szczęśliwie - samolot przyleciał o czasie. Szybko odnalazły się podróżne bagaże, później jechali do Göteborg wśród radosnych okrzyków i mimo zmęczenia – szczęśliwi. Ciocia Marysia wcale nie znała angielskiego, dziewczęta – tylko pojedyncze słowa, choć starały się podciągnąć w angielskim odkąd zapadło postanowienie, że jadą całą rodziną. Stryj Tomasz, ponieważ czytywał anglojęzyczne pisma medyczne, dużo rozumiał, lecz mówił raczej kiepsko. Steffi cały czas musiała robić za tłumacza.
Po rozlokowaniu się w hotelowych pokojach cała rodzina zebrała się w salonie Steffi i Liama, gdzie już czekał na nich obfity poczęstunek. Po tak długiej podróży wszyscy byli głodni. Ale na stole znalazły się też polskie przysmaki przygotowane bądź kupione przez stryjostwo. Były nawet marynowane prawdziwki i gorące gołąbki oraz bigos. Dyskutowano o podróży i pierwszych wrażeniach ze Szwecji, padało mnóstwo pytań, wybuchały salwy śmiechu i radosne okrzyki. Kasia była wesoła, rozszczebiotana, trochę frywolna. Dorotka, choć młodsza o dwa lata od siostry, miała w sobie więcej powagi. Obie były bardzo ładne – jak to Polki – podsumował Liam. Nawet zainteresował się tym, czy mają już chłopaków w Polsce.
- Dobrze mi bez chłopaka – odpowiedziała Kasia.
- Mam jeszcze dużo czasu – stwierdziła Dorotka.
I obie śmiały się do Liama.
Chciały jak najszybciej pójść na miasto, może nawet do pubu Wiktora, więc Staffi przywołała Adę, która ucieszyła się z niespodziewanie wolnego od pracy czasu i w ciągu godziny zabrała dziewczęta. Steffi na odchodnym wetknęła dziewczętom po zwitku banknotów.
Marysia, wyraźnie zmęczona, podrzemywała w fotelu, mówiła, że nie śpi, ale oczy same się jej zamykały i co chwilę głowa opadała na bok. Mimo perswazji Steffi i Tomasza – nie chciała się położyć.
Natomiast stryj Tomasz siedział w bujanym fotelu, lekko się kołysał i uważnie obserwował Steffi oraz Liama.
Fotele już były dwa, ponieważ Liamowi spodobało się tak to kołysanie. Dokupił dwa miękkie szare wełniane pledy oraz barwne do nich poduchy i kołysał się podobnie jak Tomasz.
- Czy pozwolisz, abym cię zbadał? - zapytał Tomasz, kierując te słowa do Liama.
Liam obejrzał się dość nerwowo na Steffi, a ona z uśmiechem zachęcająco pokiwała głową.
- Tak, oczywiście – zgodził się Liam.
- To chodźmy do twojej sypialni. Rozbierzesz się, a ja cię trochę po dotykam.
- Bez stetoskopu?
- Mam go w moich palcach – zażartował stryj. - Tylko najpierw muszę dokładnie umyć ręce, bo będę cię dotykał bez rękawiczek. A ty, Stefciu, zmyj z twarzy makijaż, bo i ciebie muszę trochę po dotykać. I to nie tylko po twarzy. Chcę znaleźć wszystkie te miejsca, które zostały uszkodzone podczas napaści. Dobrze?
- Czy to konieczne? - zawahała się Steffi.
- Na pewno ci nie zaszkodzę. Ale nie musisz się spieszyć, bo badanie Liama i tak zajmie mi dłuższą chwilę...

Panowie wyszli, a Steffi zajęła się sprzątaniem ze stołu. Resztki niektórych potraw schowała do lodówki i telefonicznie poprosiła obsługę o uprzątnięcie stołu. Później dostarczono jej zestaw różnych słodkich smakołyków, a ona dodała przywieziony przez ciocię Marysię sernik i sękacz. Sękacze przywieziono im dwa, ale jeden pokrojono i uzupełniono nim puste miejsca w kartonie, obok tego niepokrojonego, nawet do otworu w środku włożono kawałeczki ciasta. Było przepyszne! Później Steffi zmyła makijaż.
Ciocia nadal spała, czasem nawet chrapała. Podstawiła pod jej nogi podnóżek i przykryła lekkim szalem, choć było ciepło. Był piękny, sierpniowy dzień, prawdziwe lato. Tylko noce i poranki należały już do zdecydowanie chłodniejszych.
Czas się dłużył. Z sypialni nie dochodziły żadne głosy. Wreszcie, gdy upłynęło około półtora godziny, drzwi się otworzyły i wyszedł Tomasz. Sprawiał wrażenie mocno zatroskanego.
- Mogę prosić o kawę? - zagadnął bratanicę.
- Już robię – odpowiedziała i na kilka minut zniknęła w kuchni.
Gdy wróciła do salonu z zastawioną tacą był już tu Liam i też chętnie wyciągnął rękę po filiżankę. - I co, stryjku? Nic nie mówisz o zdrowiu mego męża...
- A co tu mówić? Z kręgosłupem jest całkiem dobrze. Podobnie z ręką. Serce jest osłabione, na serce radzę uważać. Natomiast głowa... Z nią jest najgorzej. Jeszcze nie spotkałem się z takim przypadkiem. Mam wrażenie, jakby otoczona była jakimś pancernym kaskiem. Nie mam do niej dostępu. Od strony karku jest nieźle, ale tylko tam. Po prostu totalna blokada...
- Tomku, oszczędzaj się trochę. Mam wrażenie, że jesteś wyczerpany – cicho po polsku powiedziała ciocia Marysia. Obudziła się i też sięgnęła po kawę.
Tomasz popatrzył na nią z wymówką.
- Proszę – zachęciła Steffi podsuwając stryjostwu ciasto.
Stryj od razu nałożył sobie trzy różne ciastka – najwyraźniej potrzebował się wzmocnić nie tylko kawą.
- Odpocznę chwilę i pospaceruję po twoich bliznach – uprzedził bratanicę. - A wiadomo, kiedy wrócą dziewczynki?
- Tego nie wie nikt – uśmiechnął się Liam odstawiając niemal pustą filiżankę. - Mam nadzieję, że nie stawialiście im jakichś specjalnych ograniczeń.
- To rozsądne dziewczyny, nie trzeba się o nie martwić – zgodził się Tomasz, a Steffi przetłumaczyła cioci rozmowę.
- Dopiero teraz widzę, jakie to kalectwo nie znać obcych języków – pokiwała głową Maria. - O, jakie to dobre! - dodała smakując ciasto z hotelowej restauracji. - A i kawę masz pyszną, pewnie z ekspresu. Ciągle mam zamiar go kupić, ale jakoś tak schodzi...
- Co tam u babci słychać? - zainteresował się Tomasz. - Już dawno nie miałem z nią kontaktu. Dobrze jej na słoneczku?
- Mówiła, że nic a nic nie bolą ją plecy, ale już bardzo tęskni za Wierzbiną.
- A Piotruś?
- Teraz dla niego najważniejsza jest woda. Podobno już nauczył się pływać delfinem. Znasz ten styl? Wygląda na to, że jest szczęśliwy. Nawet nie zapytał o swego psa. Ale tato... Boję się, by przez tyle zajęć nie podupadł znacząco na zdrowiu. On w ogóle nie odpoczywa! Śpi po pięć godzin na dobę, albo i mniej. Na szczęście remont dobiega końca. Podobno została już tylko kosmetyka. Stara się domknąć wszystkie sprawy domowe przed powrotem babci.
- Bela mu nie pomaga?
- Ależ skąd! Dobrze, że nie przeszkadza. Czasem wpada na kieliszek koniaku i na fajeczkę.
- Dalej gra w karty?
- Przecież wiesz... Podobno niedawno przegrał jakąś znaczną kwotę... Cały nasz Bela.
- Mamy jakieś plany na jutro?
- Połazimy trochę po mieście. Pokażemy wam kilka ciekawych miejsc. A pojutrze jedziemy do Sztokholmu i będziemy się zachwycać archipelagami. Dołączy do nas Olof, brat Liama. Być może będzie z całą rodziną. A wieczorem poznacie Alice i jej męża, oraz Barbro. Bez męża. Mamy zarezerwowaną restaurację. Będzie nam towarzyszył David Blomkvist, Thorsten Eklund, a być może także Viggo Molin. Namawiałam na wyprawę Wiktora Granta, to jest właściciela pubu, ale jeszcze nie był zdecydowany, coś ważnego ma do załatwienia. W zasadzie trochę się wymigiwał. Zaprosiłam na wyprawę także naszą znajomą malarkę, Kristinę Ulvacus. Kiedyś mówiła, że chciałaby zobaczyć archipelagi, dawno tam nie była, więc pomyślałam, że to jest doskonała okazja. David wynajął dla nas jakąś spacerową łajbę, podobno ma być bardzo wygodnie. Oczywiście będzie z nami Ada, obiecałam jej to. Ona tu bardzo ciężko pracuje, łapie każdą okazję pracy, więc czasem ciągnie po dwanaście, a nawet szesnaście godzin. Jest niezastąpiona. Zawsze chętna i dyspozycyjna. Czasem nawet leci na zmywak, gdy jest taka potrzeba.
- Bo chyba wszystkie Polski są takie pracowite, prawda ciociu? - wtrącił się Liam, a Steffi szybko przetłumaczyła to Marii.
- Coś w tym jest... Ale są i leniwe, jak wszędzie, jak w każdej nacji.
Później Liam zaczął wypytywać o podróż, o Polskę, o pierwsze wrażenia ze Szwecji, lecz rozmowa była bardzo powolna przez konieczność ustawicznego tłumaczenia, aby i ciocia Marysia nie była odizolowana. Stryj Tomasz niby znał angielski, jednak mowa potoczna sprawiała mu spory kłopot. Trzeba było mówić do niego powoli i bardzo wyraźnie. Żartował, że po takiej rozmowie bardzo bolą ręce.
Wypił trzy filiżanki kawy, zjadł sporo ciasta i w końcu zadecydował, że teraz zajmie się twarzą Steffi. I nie tylko twarzą. Ona niech teraz poszuka jakiegoś małego jasieczka, a on idzie umyć ręce.
- Tomasz, kochanie – jęknęła cicho Marysia. - On jest przemęczony tym dotykaniem chorych – wyjaśniła Steffi. - Za dużo na siebie bierze. Każde takie zajęcie się chorym to wielki ubytek energii, a on już nie ma jej za dużo. Wciąż leczy dotykiem. Twojemu Liamowi też pomagał i to z daleka. Godzinami wpatrywał się w jego zdjęcie i słał te swoje uzdrawiające impulsy.
- Nie wiedziałam...
- Był taki dzień, jeden dzień, że nie mógł poświęcić twemu mężowi ani chwili i od razu u Liama
nastąpiło pogorszenie. Nikt ci o tym nie mówił?
- Jakoś nie. Opowiedz mi ciociu...
W tym momencie z łazienki wrócił Tomasz i ciocia Marysia położyła palec na ustach.
- Później – szepnęła.
Tomasz usiadł w rogu kanapy, jasiek położył na swoich kolanach, a Steffi kazał się położyć tak, by jej głowa znalazła się na tej podusi. Następnie bez słowa zaczął wodzić palcami po jej twarzy, szczególnie po bliznach. Dotyk rozgrzewał i jednocześnie koił. A nieco później poczuła mrowienie na bliznach. Najmocniejsze na policzku i na szczęce, gdzie był najbardziej widoczny „zakrętas”. Niektóre ruchy Tomasz powtarzał niesłychaną ilość razy. Bez pośpiechu. Czasem delikatnie, a czasem lekko naciskając lub nawet rozciągając skórę.
- No dobrze, robimy przerwę – powiedział po upływie więcej niż trzydziestu minut. - Odpocznij trochę, a ja jeszcze napiję się kawy. I zjem to największe ciastko z malinką. Boję się, by mi go ktoś nie sprzątnął sprzed nosa! - zażartował puszczając oko do Steffi i sięgając po ciastko. - A ten nos to ci świetnie zrobili. O ile dobrze pamiętam to był złamany. Zgrubienie jest niemal niewyczuwalne.
- Za to z żebrami chyba się nie popisali. Nie mogę nosić wysokich obcasów, bo zaraz tam mnie boli.
- Z tego co pamiętam miałaś także inne obrażenia...
- Tak... Nie bardzo chcę o tym mówić.
- Kopali cię, tak?
- Tak.
- A później którą stronę ciała najbardziej odczuwałaś?
- Lewą. I brzuch. Brzuch bardzo długo. Jeszcze po roku. Nawet czasami jeszcze teraz mnie pobolewa.
- W którym miejscu?
- Najniżej.
- Dobre to ciastko. Ale drugiego takiego samego chyba nie ma – zmartwił się przekręcając paterę z ciastkami. - To może zjem jeszcze to z czekoladową kropką. Jak odpocznę, pójdziemy do sypialni i troszkę mi się obnażysz. Jak to lekarzowi – zakończył z uśmiechem.
Następny dzień kobiety spędziły na zakupach. Steffi namawiała na różne „szalone ciuszki” i za wszystko – oczywiście – płaciła. Ze szczególnym pietyzmem zajmowała się Marysią. Dziewczęta miały wzbogacić się o część garderoby Steffi, ale o tym jeszcze nie wiedziały. Natomiast ciocia nosiła rozmiar czterdzieści dwa i rzeczy Stefci były na nią za małe. Wróciły do hotelu obładowane zakupami, dziewczęta przeszczęśliwe i rozszczebiotane, Maria zaś bardzo skrępowana tym, że kuzynka wydała na nie trzy tak dużo pieniędzy. Z jednaj strony zadowolona z zakupów, z drugiej – kręciła na nie nosem. Po posiłku w restauracji wszyscy zebrali się w salonie gospodarzy. Dziewczęta przymierzały nowe rzeczy, „walczyły” o uwagę ojca, a ten, jak i żona, w różny sposób wyrażał swoje niezadowolenie. Liam śmiał się pod nosem obserwując szczęśliwe dziewczyny. Kiedy zapanował względy spokój, Steffi przyniosła dwa naręcza swoich łaszków – i znów się zaczęło...
- A już było tak dobrze! - jęknął Tomasz. - Jak my się zabierzemy z taką ilością ubrań do Polski? Nadbagaż jest murowany!
Pod nieobecność pań znów zajmował się Liamem. Już przypuszczał, że młody ma problemy z potencją, ale nic na ten temat nie mówił i nie dopytywał się. Zajmował się głównie głową Liama, nadal nie mógł „przebić się” przez niewidzialną zaporę. Twarz Stefci „wygładził” zanim ona nałożyła makijaż. Cieszył się, że odczuwa jego działanie w postaci mrowienia, bo to znaczyło, że dotyk niósł pozytywne zmiany. Natomiast brzuch bratanicy pozostawał dla niego tajemnicą. Nie czuł w nim nic, co by wymagało interwencji. Gorzej było z lewym udem w pobliżu kolana. Tam zaczynały się jakieś zmiany i Tomasz całą siłą woli koncentrował się na nich. Po latach mogło się tam coś złego rozwinąć, ale – na szczęście – mógł temu zapobiec.
Teraz patrzył na swoje szczęśliwe dziewczyny (w tym żonę) i choć rozrzutność Stefci go krępowała – to cieszył się ich radością.

fot. Pixabay