wtorek, 9 sierpnia 2022
UKRUSZONA SAMOTNOŚĆ
Ukruszona samotność - © Elżbieta Żukrowska
Przysyłasz mi zdjęcia przejaskrawione,
gdzieś tam piękne doliny, wielkie wodospady,
gdzieś dziewczyny kochają tak zadowolone,
a ja już nie umiem o kochaniu marzyć...
Czasem jeszcze oglądam słoneczne zachody,
czasem wącham kwiatów zaspane kielichy,
wygnałam precz wspomnienia, zapomniałam mody,
nie kupuję perfum, lubię wieczór cichy,
Fakt - grzęznę w samotności, ale nie rozpaczam,
w świat nie chcę wyjechać, po co ja dla świata?
Niebieskie cienie łagodnie zapraszam,
a mrożona herbata jest jako zapłata.
Choszczno, 9.08.2022 r.
fot. Pixabay
czwartek, 4 sierpnia 2022
CZEKAJĄC Z NADZIEJĄ
Czekając z nadzieją - © Elżbieta Żukrowska
Już gasną światła, wzeszedł księżyc,
spóźniony ptak sonatę śpiewa.
Wiatr znów szeleści wśród gałęzi,
radzi się, szepcze, coś dojrzewa...
Dziewczyna dziś długo czekała,
teraz zamyśla, co tu dalej.
Jakiś przypadek, wpadka mała,
przez życie się przetoczył walec?
Jak sobie radzić z przeciwnością?
Nie przyszedł - czy to coś oznacza?
Którą myśl przyjąć, którą odciąć?
I jakie działa tu wytaczać?
Nadzieja krzyczy - daj mu chwilę!
Jeszcze nie wszystko jest stracone!
Wróci do ciebie jak motylek
i może zechce cię za żonę.
Choszczno, 3.08.2022 r.
fot. Władysław Zakrzewski
środa, 3 sierpnia 2022
NIC SIĘ NIE STAŁO
Nic się nie stało - © Elżbieta Żukrowska
Dzień jest pijany z niewyspania...
Czas kroi myśli na połówki.
Ja wciąż pamiętam, mój kochany,
spotkanie w sadzie i pocałunki.
Nic się nie stało - tylko rozstanie,
nie nam sądzone szaleć z miłości.
Teraz z tęsknoty zbierać łez krople,
żal rozszarpywać, by już nie gościł.
Teraz nam tylko na los narzekać,
że tak jest podły, że wszystko na nic.
Przypadki rządzą życiem człowieka,
a stają w rządku niczym różaniec.
Nie było dla nas wyspy szczęśliwej,
niebo zasnuło się ciemną chmurą.
Róże rozkwitły dla pani miłej,
ale nie dla mnie. Tu tęskność górą.
Choszczno, 3.08.2022 r.
fot.Władysław Zakrzewski
wtorek, 2 sierpnia 2022
ZŁA CHWILA
Zła chwila - © Elżbieta Żukrowska
Wiatr po gałązkach przebiega szybko,
listeczki błyszczą w słońcu lub cieniu,
głowa zajęta nadmiarem myśli,
twarz czasem mocno się zarumieni.
Czemuż to takie ciężkie myślenie?
Co tam pomyka - tylko wspomnienia?
Dlaczegóż nagle zamglone oczy,
nie cieszy słońce, łąki sceneria.
Głowa omdlała, tuli ramiona,
dłoń też osłabła, leży bezwładnie,
zmęczenie wnikło - serce chce skonać,
a czarnych myśli nikt nie odgadnie..
Choszczno, 2.08.2022 r.
fot. Władysław Zakrzewski
LETNIE AROMATY
piątek, 22 lipca 2022
LETNI WEEKEND
Letni weekend - © Elżbieta Żukrowska
Rozpoczął się czas przyszły - znaczy nowy weekend.
W górze czarne skrzydła tną podniebne szlaki.
Dołem szumią silniki nowych samochodów,
A przy drogach kwitną ostatnie już maki.
Jeszcze gdzieś pnie się w słońce wysmukła dziewanna,
gdzie indziej dojrzewają żywokostu wiechy,
a przy płocie domowym zachwyca dziś malwa,
w zasadzie grupa kwiatów dla oczu uciechy.
Lato rozgrzane słońcem wyzłociło plaże,
tam ciągną jak zwykle samochodów sznury,
zaczerpnąć oddechu syconego jodem,
uciec od gorąca asfaltów i murów.
Może po plaży błądzi wakacyjną miłość,
może wpadnie w ramiona już na całe życie,
to jak chleb smarowany rozpachnionym miodem,
- weekend poza miastem budzi się w zachwycie.
Choszczno, 22.07.2022 r.
fot. własne
niedziela, 17 lipca 2022
CZAS NA WYPOCZYNEK
piątek, 15 lipca 2022
TĘSKNOŚĆ AŻ DŁAWI
Tęskność aż dławi - © Elżbieta Żukrowska
Gdy tęsknota zamgli oczy,
wiatr bezradnie szarpie oknem,
serce mało nie wyskoczy,
czarne myśli we łzach mokną.
Świeca bezradnie filuje
zapomniała pachnieć ładnie,
niepodcięta popłakuje,
też ma troski? - kto odgadnie?
Fotel niemym przyjacielem,
przytula, zaprasza w drzemkę,
lecz czas żalem wciąż wiruje
lub układa sny w piosenkę.
Nostalgia dopada, mroczy,
nic, że teraz letnia pora.
Dobrze, że jest ciepły kocyk,
gorzej - nikt nie puka, nikt nie woła...
Choszczno, 15.07.2022 r.
fot. własne
czwartek, 7 lipca 2022
MÓJ NAJDROŻSZY
Mój najdroższy - © Elżbieta Żukrowska
Skoro tu jesteś, najdroższy,
możesz mnie jeszcze przytulić,
pocałunkami ucieszyć po dwakroć,
swoje pieszczoty stokrotnie przedłużyć.
Skoro jesteś tak blisko, jedyny,
to mnie trzymaj najmocniej w ramionach,
chcę w pamięci to wszystko zapisać
i do wspólnych marzeń przekonać.
Niech się drzewo kołysze na wietrze,
niech miłośnie śpiewają słowiki,
a ty szeptem mi mów o uczuciach
i dziel sercem jak jeszcze z nikim.
Skoro jesteś - mój chłopcze wybrany -
twoje oczy i uśmiech, i ręce,
to pozostań już tak zakochany,
prócz miłości - nie trzeba nic więcej.
Choszczno, 6.07.2022 r.
fot. własne
sobota, 2 lipca 2022
ONA I ON
ONA i ON - © Elżbieta Żukrowska
ON jest drzewem, po którym ONA się wspina.
Jest skałą, ostoją, idealnym darem.
A ONA to przecież wiotka dziewczyna,
która kusi i uwodzi wspaniałym ciałem.
Lecz uderza piorun albo ręce drwala.
Nawet skałę można dziś łatwo rozsadzić.
Wtedy ONA, tak drobna, jednak GO ocala,
swą miłością krzywdy wszelkie chce osłodzić.
Przejmuje obowiązki wcale się nie skarżąc,
a choć ciężar duży - to się nie ugina.
Na wątłych ramionach w dalekiej podróży -
brnie przez dalsze życie - to twarda dziewczyna.
Bez płaczu i bez skargi - zamienia się w skałę,
tylko ONA wie teraz jak dojść do przełęczy.
Jest zwykłą kobietą, a trudy nie małe,
lecz to dla NIEGO dąży do świetlistej tęczy.
Skleja rozbity dzbanek lub zszywa skarpety,
ON dla NIEJ najważniejszy i zawsze wspaniały.
Miłość wznosi na szczyty - takie są kobiety.
ONA jedna potrafi ten związek ocalić.
Choszczno, 1.06.2022 r.
fot. Zdzisław Marciniak
wtorek, 28 czerwca 2022
BALLADA O WIATERKU
ballada o wiaterku - © Elżbieta Żukrowska
wspinasz się po promieniu słońca
i czeszesz mu włosy
rozrzucasz drobne cienie
po żółknącej trawie
na czubku topoli wrona krzyczy ostro
ale już jej dziobek
balsamem smarujesz
na dachu zapomnianej starej kamienicy
gdzie już dach zapadły
w środku nietoperze
zaglądasz w zakamarki
by przestraszyć myszy
szmerem jak westchnienie
odrzwia polerujesz
jesteś anielskim wiatrem
strąconym w niełaskę
za swą leniwość powolność zadumę
nie przyciągasz chmurek
a podglądasz kraskę
która na gałęzi czasem pofigluje
hej wietrzyku leniuszku
nie zasypiaj w krzewach
tu każda roślina deszczu potrzebuje
obudź się do pracy i przydmuchaj chmury
niech zroszą suchą ziemię
i zieleń obfita niech króluje
Choszczno, 28.06.2022 r.
fot. własne
sobota, 25 czerwca 2022
LETNIE PRAGNIENIA
Letnie pragnienia - © Elżbieta Żukrowska
Lato się roziskrzyło, rozlało słońcem i upałem,
uskrzydlone wiosenną miłością jak wino ją piło,
nie dawało zapomnieć uczuć w noc Kupały,
oplatało nadzieją, w marzenia wabiło!
Długi dzień, krótka noc, zakochani szepczą
albo się całują bez tchu i pamięci.
Mogą się schować za krzaczkami róż
lub zwyczajnie usiąść, gdy ławeczka nęci.
Usta dziewczyny dziś słodsze niż miód,
ramiona chłopca dostatecznie silne,
gotowe unieść w spływający chłód
stromiznę piersi kusząco odkrytej.
Nie, to nie chłód, a tylko złudzenie,
gdy ślad wilgotnego pocałunku pełznie,
znacząc linie na skórze i budząc pragnienie,
jeszcze skrywane wstydliwie, a już oczywiste.
Choszczno, 24.06.2022 r.
fot. własne
środa, 22 czerwca 2022
SENNIE POD GRUSZĄ
Sennie pod gruszą - © Elżbieta Żukrowska
Wiersze zgubione w zieleni od wczoraj,
granie owadów z lekka pieści uszy,
czas rozmieniony na drobne, a może
rozmyślnie pozwolił na drobne się skruszyć.
Myśli leniwe, nieważne, zmęczone upałem,
jakby przymglone, posypane talkiem,
to co istotne też jest zapomniane,
a te wczorajsze stały się obłokiem.
Jeszcze śpiew ptaków budzi i porusza,
a zapach jaśminu i akacji wyblakł,
cień daje stara, na wpół sucha grusza,
w nim odpoczynek przed następnym startem.
Lecz gdzie się śpieszyć, skoro dzień omdlewa,
zmęczone słońce przygasza promienie,
tylko jaskółki, łapiąc pożywienie,
krzyczą z wysoka frunąc bez wytchnienia.
Dzbanek herbaty przyprawiony miętą,
a w niej brzęczące małe kostki lodu,
dla podniebienia są słodką przynętą
- miło tak siedzieć pośrodku ogrodu.
fot. własne
środa, 15 czerwca 2022
KADR ZA KADREM...
Kadr za kadrem... - © Elżbieta Żukrowska
Kadr za kadrem - twoje życie,
każdy dzień to inna piosenka.
Pytasz się lustra, a twoje odbicie
przybiera postać, która jest w pretensjach...
I chociaż szepczesz sama do siebie,
że już nie pora, czas świetności minął,
to trudno zapomnieć o czasie młodości,
chciałabyś nadal być tamtą dziewczyną...
Nosić różowe sukienki w kwiatuszki
tam mieć falbankę,tu kieszoneczkę,
wplatać we włosy skromne niezabudki,
beztrosko śpiewać bajkę-pioseneczkę...
Albo wędrować do kina, kawiarni,
mieć modną fryzurę, wysokie obcasy,
patrzeć na chłopców z góry, jak przez chmurę,
i butnie mówić - dzisiaj nie mam czasu!
Gdzie tamte lata i piękna dziewczyna?
Czemuż są teraz przygarbione plecy?
Och, zegarów przecież nikt już nie powstrzyma.
Szurasz nogami, a czas szybko leci...
Choszczno, 15.06.2022 r.
fot. własne
sobota, 11 czerwca 2022
CZEKANIE
Czekanie - © Elżbieta Żukrowska
Lśni się w słońcu na wysokim niebie
srebrny samolot - już uwozi ciebie
w nowe dla mnie strony jeszcze nie odkryte
a już smutku pełne w mrok tęsknoty skryte
Ile dni bez ciebie ile smutnych godzin
ile nadziei która w samotności brodzi
ile myśli zszarpanych łez zgubionych w trawie
ile rąk rozedrganych czekania na magię
Wszystko daremne gdy w samotnej chwili
ty swoim uśmiechem życia nie umilisz
nie spojrzysz w oczy nie szepniesz z zachwytem
że tylko ja dla ciebie - reszta nędznym bytem
Choszczno, 11.06.2022 r.
fot. własne
środa, 8 czerwca 2022
W SAMO POŁUDNIE
W samo południe - © Elżbieta Żukrowska
Milkną ptaki gdy w południe skwar doskwiera
suche dziobki są otwarte dla ochłody
lecz na szczęście całkiem blisko strumyk ciurka
więc się można aż do woli napić wody
Czarne piórka rozłożone jak wachlarzyk
a słoneczko je promyczkiem czule drapnie
cienia drzew jest tu bogato niczym marzeń
więc wytchnienia i spokoju nie zabraknie
Czasem ptaszki idą ścieżką na piechotę
tutaj mrówka a tam chrząszczyk na obiadek
cóż poradzić mogą biedne na duchotę
kiedy głód im każe szukać młodych trawek
A tu nagle głośno buczy jak bombowiec
czarny trzmiel i tnie powietrze ciężko skrzydłem
tak niezwykłą ten owadzik ma urodę
przeciął ciszę niczym stolarz głośnym świdrem
I znów cisza choć wiaterek pieści liście
z nieba płynie wciąż gorący słońca płomień
czerwienieją już czereśnie oraz wiśnie
a truskawką ktoś zajada się łakomie
Choszczno, 8.06.2022 r.
fot. z internetu
wtorek, 7 czerwca 2022
MIŁOŚĆ
Miłość - © Elżbieta Żukrowska
Miłość przychodzi niespodzianie
najpierw głęboko patrzy w oczy
od razu szepcze "me kochanie"
w ten sposób z miejsca zauroczy
Miłość to słodki zapach róży
albo czerwony kolor maków
dotyk nadziei która wywróży
a masz ją pić jak smaczny napój
Miłość to smak znany z dzieciństwa
rozkosz co w cień cisnęła smutki
to droga prosto do zwycięstwa
i do złączenia dwojga ludzi
Choszczno, 7.06.2022 r.
fot. własne
NA DZIAŁCE
Na działce - © Elżbieta Żukrowska
Jeszcze wiosna, jeszcze zieleń cieszy oczy,
a owadów rój wesołe piosnki śpiewa
i jaskółki tną jak czarne błyskawice
roziskrzony słońcem jasny błękit nieba.
Tam kwiatuszek, co żółciutkie ma serduszko,
promieniste barwy mak polny rozsiewa,
w cieniu przysnął duży ślimak, to winniczek,
a motyli ruch już przyozdabia niskie drzewa.
Siąść pod gruszą, gdzie niebiański mieszka spokój,
wtopić się w słodkie zapachy i obrazy,
wszystko to tak miłe sercu, miłe oku,
tam rozkosznie, trochę sennie, można marzyć.
Choszczno, 7.06. 2022 r.
fot. wlasne
sobota, 4 czerwca 2022
GDY DESZCZ UDAJE, ŻE PADA
Gdy deszcz udaje, że pada - © Elżbieta Żukrowska
Chowam twarz w mokrym bukieciku polnych kwiatów,
a pod nogami wysoka trawa. Deszcz - chce padać i się ociąga.
Ledwie kropi, powiedzmy, że lekko do roślinek gada.
Radosne, wiosenne krople wody grają w ping-ponga
na czarnym parasolu, co chce od wody zalśnić.
Śmieje się do chmur, przywołuje leniwy wiatr.
Wiosna chce spać? Przecież już rozkwitły akacje
i sieją białym obłokiem pachnący, zniewalający czad.
W długie, rozpuszczone warkocze wierzby płaczącej
chcą się wplątać gołębie. Wciąż gruchają miłośnie.
Zielony listek trawy pręży się, pomagając biedronce
w drodze na jego czubek. A ty na tym deszczu rośniesz.
I tańczysz odnalazłszy stary, zapomniany rytm młodości.
Wrócimy, a ja posmaruję ci kromkę chleba masłem.
Będziemy wspominać płoche, dziecięce lata
i wyjadać dżem truskawkowy wprost z rondelka!
Choszczno, 2.06.2022 r.
Zdjęcie własne
niedziela, 29 maja 2022
SNY MARZENIA I NADZIEJE
Sny marzenia i nadzieje - © Elżbieta Żukrowska
Miał żonę i kilka kochanek
kochliwy był niezmiernie
spojrzenie jak piękny poranek
a on już miał sny przepiękne
Chciał głęboko spojrzeć w oczy
potem w swoje dłonie wziąć
tak go ten uśmiech zauroczył
chociaż nie była Cameron Diaz
Nie pierwszy raz i nie ostatni
swoją naturę dobrze znał
wywinąć się z okropnej matni
na razie wciąż daremnie chciał
Zatem choć żonie kupił kwiaty
kochance pereł sznur
nie był niestety zbyt bogaty
w kredytach znów się wił
Lecz miłość go otumaniła
wiodła w głęboki mrok
a ta dziewczyna wciąż się śniła
aż po rozpaczy dno...
Choszczno, 26.05.2022 r.
fot. internet
środa, 25 maja 2022
MATKA
Matka - © Elżbieta Żukrowska
Jesteś matką
błogosławiącą swoim dzieciom.
Dałaś im miłość.
Z sieci zakazów i nakazów
konstruowałaś im kręgosłup moralny.
Wpajałaś w nie
całą swoją mądrość.
Uczyłaś
uczciwości, rzetelności i szlachetności.
Dałaś im siebie.
I wyfrunęły w świat
odważne, otwarte i dumne,
a ty z daleka patrzysz,
na ile ci się udało.
Lecz nawet jeśli nie wszystko
- to i tak twoja miłość
w nich została.
Jesteś matką do końca swoich dni.
Choszczno, 25.05.2022 r.
fot.z internetu
środa, 18 maja 2022
*** (Skarciła siebie...)
*** - © Elżbieta Żukrowska
Skarciła siebie w myślach
bo to tylko dym
złotem pierścionek na palcu błysnął
nie on tu wiedzie prym
Dróżka skręciła w kwietne gaje
gdzieś w ciche mgły
ona patrzyła jak dzień wstaje
jak zdusza sny
Gasły kolejno myśli wezbrane
nie będzie fal
tu nie pojawi się złe tsunami
I tylko czegoś jakby żal
Coś było coś śniła głęboko inaczej
rozpadło się wnet
I nikt już w oczy nie patrzy
a zwykłe życie stało się gorzkie
przecież nie sen
Choszczno, 17.05.2022 r.
fot. własna
niedziela, 15 maja 2022
Cz.56. Grudzień 1975 r. Bracia. Noc poślubna
STEFCIA Z WIERZBINY - © Elżbieta Żukrowska
Cz.56. Grudzień 1975 r.
Bracia. Noc poślubna
Bela stał na balkonie i palił
cygaro. Wprawdzie było zaledwie pięć stopni na plusie, ale jemu
nie było zimno, bo miał na sobie kurtkę. Rozmyślał. Bardzo go
niepokoiły najbliższe dni. Stefcia sama do Szwecji... Bez niego,
bez ojca, bez przyjaciółki... To prawda, że ostatnio bardzo
wydoroślała. Nigdy nie była mazgajem. Ale teraz jechała jakby do
jaskini lwa. Jeśli coś pójdzie nie tak, nawet nie będzie się
miała komu wyżalić. Znał na tyle swoją chrześniaczkę, że
wiedział, iż Liam będzie ostatnią osobą, która dowie się o
ewentualnych przykrościach. Będzie dziewczynie ciężko. Bez
znajomości języka, bez znajomości ludzi i z upiorną teściową w
pobliżu. Oczywiście, że dużo zależy od Liama, ale przecież ten
chłopak zaraz jedzie na długą rehabilitację, a kto wie, czy po
drodze nie będzie nowych pobytów w szpitalu... Zamiast siedzieć w
Szwecji powinna na czas rehabilitacji męża przyjechać do
Wierzbiny. „Mąż” - w zestawieniu ze Stefcią to słowo tak
dziwnie brzmiało. I nie mieli ślubu kościelnego. Żałował, że
go nie wzięli od razu... Ale może ślub będzie w Polsce, z całą
pompą przynależną tej uroczystości. O, przytarliby nosa
Rybbingom! Tego był pewien.
Oparty o barierkę patrzył na
rozświetlone w dole miasto. Rzym żył także w nocy, na ulicach
wciąż był spory ruch. Ale Beli to nie zajmowało. Myślał o
bliskim wyjeździe do Polski i cieszył się na powrót do domu, do
Basi, do dzieci. Pewnie lada moment to on będzie szykował
uroczystości ślubne dla swojej trójki. Córki już miały
chłopaków, Hubert był dalej „wolnym strzelcem”. I dobrze, że
się do ślubu nie śpieszy.
- O czym tak rozmyślasz? -
Bela nawet nie zauważył, kiedy na balkon wszedł Edward.
-
O wszystkim po trochu. Bardzo się cieszę na powrót do domu. A
tobie co spać nie daje?
- Martwię się o Stefcię. Jak ona
sobie poradzi w tej Szwecji? To on powinien zamieszkać w Polsce, a
nie ona w Szwecji.
- Może kiedyś do tego dojdzie, kto
wie?
- Nie dojdzie. Już mi ją świat zabrał, a teraz jakaś
fala unosi ją coraz dalej i dalej od domu. Ona tam jedzie jak w
paszczę lwa i na dodatek się uśmiecha!
- To samo przed
chwilą pomyślałem. Ale to dzielna dziewczyna i chyba sam widzisz,
jak ostatnio bardzo wydoroślała. Nie da się zastraszyć Rybbingom
i nie da robić z siebie popychadła. Akurat tego jestem pewien.
Zaraz po przyjeździe zdobędę dla niej te książki o hotelarstwie
i wyślę jak najszybciej.
- Ale ona nie zna się na
ludziach! I chyba jest zbyt ufna. Rozmawiałem z nią o tym już
kilka razy
- Ona szybko się uczy i wyciąga właściwe
wnioski. Miejmy nadzieję, że tak będzie i tym razem.
-
Wiem, że tam mają zatrudnionych kilka Polek – z westchnieniem
powiedział Edward. - Przestrzegałem ją, aby się nie spoufalała,
bo nie wiadomo, co to za kobiety. Mogą na nią donosić, albo i
gorzej, bo nawet zmyślać. Ma ufać tylko Liamowi.
- A on
to porządny chłopak. No i nieprzytomnie zakochany... Mama już śpi?
- Aż chrapie! Było dużo emocji, choć to tylko ślub
cywilny. Ale z tym przesadzaniem gości to był majstersztyk!
Rybbingowa omal nie dostała apopleksji! To był najlepszy numer na
przyjęciu.
- A z tym koszyczkiem to nie?
- A z tym
koszyczkiem to chyba nie zrozumiałem.
- Stefcia mi kiedyś
powiedziała, że na przykład po przyjęciu imieninowym, czy co tam
oni świętują, pani domu ma zliczony już koszt przyjęcia, dzieli
to na wszystkich obecnych i woła od każdego na przykład po sto
koron. I to u nich jest normalne. Nie ważne, że się przyniosło
kwiaty albo prezent. Po stówce do koszyczka. Albo po pięćdziesiąt
koron, zależy ile wyjdzie. Nie wiem, czy ona i tu miała zamiar
zbierać pieniądze, ale zabierając koszyczek pomieszałem jej plany
i przynajmniej nie było obciachu przed polskimi gośćmi.
-
To taki numer! Zawsze wiedziałem, że z ciebie bystrzacha...
Zacząłeś się już pakować?
- Wiesz, Edziu, a gdybym ja
pojechał do Polski autobusem, co?
- To długa podróż i
całkiem nie tańsza od samolotu. Po co się tak męczyć? Nie
wiadomo też, czy w autokarze mają miejsca, a i ubezpieczenie też
musiałbyś wykupić... Chce ci się?
- Boję się o te moje
teksy i o maszynę do pisania. Myślę, że wszystkie nasze torby
byłyby ze mną bardziej bezpieczne... W zasadzie to już podjąłem
decyzję – jadę autokarem i szukam chętnego do towarzystwa.
- Pogadaj z którymś z młodych. Tylko nie z Piotrkiem. On musi
do szkoły. Już i tak miał długie ferie. A jeszcze ten jego
psiak... Patrz, zapominam jak on się wabi...
- Jak myślisz
– nowożeńcy już śpią?
- Bela!
- Na miejscu
Liama to ja bym nie spał – zachichotał starszy z braci.
-
Ot, dowcipniś. Cni ci się za Basieńką... A co ja mam mówić? Też
bym chciał mieć noc poślubną. Nawet z cudzą żoną...
-
To ożeń się.
- Trzeci raz? A która by mnie chciała?
Pochowałem już dwie żony. Następna kobieta będzie się
zwyczajnie bała.
- A masz kogoś na oku?
- Może i
mam... Mam, nie mam, to bez różnicy. Żenić się i tak nie będę.
Kiedyś rozmawiałem z taką dość bliską znajomą, ale bez
erotycznych podtekstów między nami, taka luźna przyjaźń tylko, i
wiesz, co mi powiedziała? Skoro dom należy do Stefci, to ja nie mam
nawet co liczyć na to, że znajdę trzecią naiwną.
- A
niedawno był czas, że chodziłeś trochę na boki i już myślałem,
że się nie opamiętasz. Bo co innego mieć jedną, stałą kobietę,
a co innego ciągle zmieniać ogródki.
- Nie przypominaj
mi! - Edward zamachał rękoma. - Na samą myśl o tym jeszcze się
rumienię!
- Chodźmy już do środka.
W salonie
spała babcia, więc panowie na paluszkach przemknęli do pokoju
Beli. Mimo późnej pory zebrało się im na pogaduchy. Obaj byli
zachwyceni tym, w jaki sposób Rybbingowie zorganizowali
przeniesienie panny młodej przez próg, a w zasadzie aż przez dwa
progi. Było wiadomo, że Liam z uwagi na swój kręgosłup nic
dźwigać nie może, jednak wstał z wózka inwalidzkiego i tuż
przed drzwiami przytulił do siebie Stefcię, a ona zarzuciła mu
ręce na szyję. Brat i ojciec połączyli swoje ręce pod udami
Stefci tak, że ona na ich rękach usiadła. I teraz trzech panów,
trochę tyłem i trochę bokiem przeniosło Stefcię aż do jej
sypialni. Za nimi postępowali, śmiejąc się i żartując,
pozostali goście, ale do sypialni ojciec Rybbing już nikogo nie
wpuścił. Razem z Olofem pomogli Liamowi zdjąć garnitur i od razu
bardzo porządnie odwiesili go na ramiączku do szafy.
-
Tato, ale przynieście mi moje rzeczy, bo nie będę się miał w co
ubrać z rana – poprosił Liam.
- Nie wiem, czy jest sens,
albowiem wszystko będzie na ciebie za luźne, będzie z ciebie
spadać.
- Zapomniałem o tym...
- Mimo wszystko
zaraz ci przyniosę. Chociaż koszulę będziesz miał świeżą –
oświadczył Olof.
Liam usiadł w fotelu i odpoczywał.
Odpoczywał i patrzył. I podziwiał swoją młodą żonę. We
wszystkim była zachwycająca! Właśnie wyjmowała milion szpilek z
włosów, jakichś klamerek i zapinek, potrząsała główką, a
włosy rozsypywały się po jej ramionach i plecach. Gniewała się
na nie, gdy coś, jakaś jeszcze jedna spinka, zatrzymywało
uwięzione na górze sploty. Była tak piękna, że aż w zachwycie
czasem brakowało mu tchu! Tam, na sali, widział spojrzenia mężczyzn
skierowane na Steffi – podziwiali ją i się zachwycali. Przy niej
inne kobiety zawsze wypadały trochę nijako, blado. A przecież nie
miała wyzywającego makijażu, nawet paznokietki pomalowała na
jasny, różowy kolor. Była skromna. I w skromnej sukience. I
zarazem w swojej prostocie urzekająca! Nie mógł oderwać od niej
oczu.
Matka przestrzegała go, miała jakieś tysięczne
obawy, a przede wszystkim bolało go to, że mówiła, iż Steffi
leci na jego pieniądze. On był pewny, że akurat o to nie można
jego ukochanej posądzać. Wierzył całym sobą w głęboką miłość
Steffi, w to, że jest dla niej całym światem – tak jak ona dla
niego. Ze wszystkich kobiet, jakie znał, ona jedna nie chciała jego
pieniędzy, buntowała się na nie, gniewała za prezenty. Tyle razy
musiał ją przekonywać, że te wszystkie fatałaszki są z miłości
dla niej, że pragnie, aby w nich wyglądała rewelacyjnie, aby
przyćmiła swoim wyglądem inne kobiety. Chciał, aby wszyscy
mężczyźni mu zazdrościli, bo zdobył – tak, zdobył! -
fantastyczną kobietę. Błyskotliwą dziewczynę z charakterem, z
wielkim sercem, która na dodatek ma dobrze poukładane w głowie. A
najważniejsze – dziewczynę, która go bezgranicznie kocha.
Rozmyślał nad zaletami Steffi... To nie jest dziewczyna od
malowania paznokci i strojenia się przed lustrem. Już wiedział, że
potrafi ciężko i niestrudzenie pracować, że uparcie dąży do
upatrzonego celu, że angażuje się w to, co robi całym sercem.
Teraz to jej zaangażowanie w wyciąganie go z choroby było wyraźnie
widoczne i aż wzruszało. Oddałaby życie, aby go ratować. Czuł
to i doceniał. Nikt więcej tak się dla niego nie poświęcał.
Nawet matka. Steffi o tym nie mówiła, ale od Alice wiedział, że
jego ukochana siedziała przy nim nawet i po dziesięć godzin
dziennie, mówił do niego, czytała, gładziła mu ręce i stopy.
Nie dawała się wyrzucić za drzwi. Alice była pełna podziwu dla
tej Polki. To złoty samorodek – powiedziała kilka razy przy
okazji różnych rozmów. Dlaczego matka tego nie widziała? Nawet
Olof mówił – masz diament, teraz go umiejętnie oszlifuj. Kiedy
tam, w tej dalekiej klinice, spojrzał pierwszy raz w oczy Steffi,
nie myślał o tym, jaki charakter ma dziewczyna. Po prostu spojrzał
i pokochał natychmiast, głęboko i bezwarunkowo. Oczywiście mógł
– wtedy jeszcze mógł – wypalić w sobie to uczucie. Wystarczyło
nie przyjeżdżać do kliniki, nie myśleć, nie rozpamiętywać. A
zamiast tego on pragnął poznać smak jej ust, zważyć jej piersi w
swoich dłoniach, poczuć krągłość bioder, zapach, miłość...
Patrzył na Steffi rozczesującą swoje włosy i wrzała w nim
krew...
Czy dziś będzie mógł...? Czy dziś się
spełni...?
Dlaczego właśnie jego, i to w takim momencie!,
spotkała ta straszna przypadłość...
Zgodnie z obietnicą
złożoną Steffi nie powiedział nikomu z rodziny o swej impotencji.
I lekarzom zakazał. Teraz wszelkie informacje miały trafiać
wyłącznie do niego i do Steffi. Koniec z nadopiekuńczością
matki.
W momencie, kiedy po tak długiej przerwie otworzył
oczy, to właśnie oczyma pytał o Steffi. Ją jedną pamiętał i
tylko jej obecności pragnął. Był wieczór i nikogo z bliskich
przy nim nie było. Przyszło chyba ze dwóch lekarzy, pytali go o
coś, ale nie mógł mówić. Nie umiał? Mówili jakieś
pokrzepiające słowa, uśmiechali się, ale Steffi nie było... Czuł
wtedy, że po policzkach spływają mu łzy. Znów kroplówka i za
chwilę odpłynął w sen. Rankiem walczył ze swoją pamięcią.
Matka, ojciec – znał te słowa, ale na razie nie kojarzył twarzy.
Znów lekarze i ich pytania. Jak się nazywa? Czy wie, gdzie jest?
Czy pamięta co się wydarzyło?
Pamięć wracała
bardzo powoli. Rozpoznał matkę i ojca. Z siostrami miał pewien
problem, aż któregoś dnia świadomość pojawiła się jak
rozbłysk światła. I najważniejsze, że była Steffi. Trzymała go
za rękę, a on usypiał uspokojony. Budził się, a ona dalej przy
nim była. Tylko nie w nocy. Początkowo nie rozumiał, dlaczego nie
ma jej w nocy. Zaczął mówić. Po szwedzku. Angielski był dla
niego obcy, daleki. Ale Steffi mówiła do niego po angielsku i
któregoś dnia zrozumiał, co mówi. To był bardzo dobry dzień –
od tego dnia jakby powrót do żywych uległ przyspieszeniu. Nie
chciał, by od niego odchodziła, starał się przytrzymać jej rękę,
ale był taki słaby. Jego własne ręce odmawiały mu posłuszeństwa.
Nie mógł nawet sięgnąć do jej twarzy. Na szczęście pochylała
się nad nim. Całowała. Czuł jej zapach i muśnięcia jej dłoni.
To napawało go głębokim spokojem, wręcz szczęściem.
Rozpaczliwie pragnął jej stałej obecności. Początkowo nie mógł
zrozumieć, dlaczego tak często znika. Wpadał w panikę, gdy budził
się, a jej nie było. Później zrozumiał, że zawsze do niego
wraca i był nieco spokojniejszy.
Wreszcie przypomniał
sobie wypadek i to wszystko, co było przed wypadkiem. Zaczął
więcej mówić, ale wypowiedzi matki mocno go irytowały, chyba nie
do końca wiązał skutki z przyczynami. Przybycie Orvora
spowodowało, że wskoczyły na swoje miejsce następne elementy
układanki, jaka ciągle odbywała się w jego głowie. Orvor mówił
do niego tak, jakby był w pełni zdrowy. Opowiadał o hotelu w
Pineto, o skończonej już budowie, o porządkach, urządzaniu, o
tysiącu drobnych codziennych spraw. I to chyba wtedy pękły okowy
ściskające wciąż jego mózg. Chciał pojechać do Pineto. Był
słaby. Słabe miał ciało, a i wysiłek umysłowy też go męczył.
Zapadał w sen, choć akurat chciał kontynuować rozmowę. Były
dni, kiedy jego stan wyraźnie się pogarszał, a później, jakby
się odbił od dna, znów wypływał na szerokie wody – wszystko
rozumiał, nawet planował dalsze posunięcia, bardzo zajmowały go
sprawy Hotelu Steffi. O inne się nie martwił, bo tam był David, w
razie czego interweniowali rodzice. Dwukrotnie rozmawiał z Davidem
telefonicznie. Chciał, aby Steffi była natychmiast zatrudniona w
jego hotelach. Niech David znajdzie jakieś odpowiednie stanowisko i
da bardzo wysokie uposażenie. A samo zatrudnienie niech będzie
nawet ze wsteczną datą, powiedzmy od pierwszego października. I
niech nic nikomu nie mówi, nie wyjaśnia, a już w żadnym wypadku
jego matce. Konieczne jest konto w banku. David z lekka protestował.
Musi mieć odpowiednie pełnomocnictwa od Steffi i odpisy jej
dokumentów. Tego się nie załatwia na ławce w parku! A tu
zaskoczenie – Steffi miała odpowiednie dokumenty i ich
uwierzytelnione tłumaczenia! Olof natychmiast zawiózł wszystko do
Szwecji. Ale musiały być też podpisy Steffi. Oryginalne.
Najprawdziwsze. Złożone w obecności pracownika banku! Ubłagał
Olofa i ten przywiózł do Rzymu właściwą osobę, a Steffi złożyła
stosowne podpisy. Olof twierdził, że łatwiej mu zawieźć do
Szwecji Steffi, niż przywieźć tego bankowca, jednak Liam bardzo
nalegał, aby przynajmniej spróbował. Nie chciał aby Steffi
opuściła go aż na dwa dni! Prosiła, aby powiedział jej, o co z
tymi podpisami chodzi, więc powiedział, że założył jej konto w
banku i nie będzie teraz od nikogo finansowo zależna. Lada moment
dostanie własną książeczkę czekową i nie będzie się musiała
nikomu opowiadać. O pracy na razie jej nie powiedział –
niespodzianka!
Ale szykował jej i inną niespodziankę.
Robił, co mógł, aby pokonać własną słabość. Masażyści i
ćwiczenia rehabilitacyjne. Uczył się siadać, a także stawać na
własnych nogach. Jaki był szczęśliwy, gdy zrobił pierwsze,
bardzo nieudolne kroki, choć był zabezpieczony poręczami. Wywożono
go na spacery, bo wmówił lekarzom, że atmosfera szpitala go dusi.
Był na dworze każdego dnia, bez względu na pogodę. Ćwiczył ręce
gumowymi piłeczkami. Więcej już nie mógł zrobić. Tym bardziej,
że po ostatniej operacji drętwiały mu stopy i odczuwał bóle
kręgosłupa w odcinku lędźwiowym. Czyli szykowała się następna
operacja. Nie teraz! Skoro Steffi ma wszystkie potrzebne dokumenty,
to mogą wziąć ślub tu, w Rzymie. Choćby i w szpitalu. Olof go
strasznie zwymyślał! Nie może dziewczynie zrobić takiej
przykrości! Ślub jest zdarzeniem tak wielkiej wagi, że musi mieć
odpowiednią oprawę. A on, Liam, chce byle jak, byle szybciej. Czy
Steffi nadal chce go za męża? Ciągle jeszcze nie dał jej drugiego
pierścionka. Na co czeka? A jeśli ona, mimo swej dobroci,
życzliwości i miłości – nie zechce poślubić kaleki? Czy wziął
to pod uwagę? Słowa Olofa przestraszyły go. Prawda – Steffi
może go nie chcieć. I druga prawda – może na zawsze zostać
kaleką. Musi natychmiast wyjaśnić swoją sytuację. Natychmiast!
Ale lekarze nic mu nie obiecali, prócz nowej operacji. Natomiast
Steffi go nie zawiodła. Jego cudowna, ukochana dziewczyna, słońce
jego życia, jego cały świat! Jego największa na świecie miłość!
Myliły mu się dni. Rozpamiętując teraz nie wiedział
dokładnie, co było pierwsze, a co następne. Za to pamiętał
matkę. Wprawdzie nigdy nie przyniosła mu kawy, ani nawet ulubionego
smakołyku, jednak była często. Gdy zostawali sami dużo mówiła.
Głównie o interesach. Ale też o Steffi. Nalegała, aby się odciął
od tej dziewczyny. Po co mu Polka? Jest łasa na jego pieniądze. Po
co mu taka kula u nogi? Na hotelarstwie wcale się nie zna i na
dodatek nie umie po szwedzku. Będzie miał przez nią same kłopoty.
Gdy matka mówiła zbyt wiele – udawał, że usypia. Czasem
rzeczywiście zapadał w sen. W którymś momencie i matka
dowiedziała się, że Liam będzie kaleką, a wtedy jej nastawienie
do Steffi uległo istotnej zmianie. To od matki wyszło, że jeśli
tak bardzo się kochają, to niech zaraz wezmą ślub. Tu, w
szpitalu. Chyba dotarło do niej, że Liam jako kaleka, będzie miał
trudności w znalezieniu żony, mimo swoich milionów. Bo gdzie
znajdzie drugą taką głupią, aby chciała się przywiązać do
inwalidzkiego wózka męża? Miała różnych przyjaciół i dużą
liczbę znajomych, ale nigdzie wśród nich nie widziała
odpowiedniej partnerki dla syna. Skoro Liam i Steffi tak się
kochają, to może nie będzie źle? Wzięła sprawy ślubu w swoje
ręce. Tyle może dla Liama zrobić – tak mu powiedziała. Olof
zgodził się jej pomagać. I kupić garnitur dla Liama, pamiętając
przy tym, by na pasku zrobić dodatkowe dziurki, bo przecież bardzo
schudł. Przeglądał się w lusterku, które za każdym razem
przynosił Kamil, gdy przychodził go golić. I był bardzo
niezadowolony ze swego wyglądu. Patrzy na mnie z lustra jakiś
drapieżny ptak – myślał za każdym razem.
A Steffi
przychodziła, wygładzała mu swymi paluszkami twarz, szeptała
miłosne zaklęcia. Czuł jej miłość i oddanie. Ona nie zwątpiła
w niego, on nie zwątpił w nią. Byli nierozerwalni.
Teraz
patrzył, jak się uwalnia z sukienki i bielizny.
- Nie myj
dziś włosów – poprosił.
- Dobrze – zgodziła się
łatwo. - Ale muszę się choć trochę umyć.
- Ja też
tylko trochę się umyję, bo nie dam rady stać pod prysznicem, a tu
nie ma taboretu.
- Może chcesz iść pierwszy do łazienki?
Mnie trochę czasu zajmie zmywanie makijażu.
- Przecież
możemy iść razem.
- Nie, nie. Na razie wspólna łazienka
odrobinę mnie krępuje.
- Wstydzisz się przy mnie zrobić
siusiu?
- Może...
Zdjął koszulę, a ona zdjęła
mu skarpetki – jeszcze nie mógł się tak głęboko pochylać.
- Nie mam swojej szczoteczki do zębów...
- W tej
szufladce na lewo jest zapas szczoteczek, do wyboru, do koloru.
- Całe szczęście. Czy w twoim hotelu też tak będzie?
- To niezły pomysł. Muszę powiedzieć to twemu ojcu, bo Orvor też
już wyjeżdża. Na szczęście jego żona cały czas dobrze się
czuje. A czy ty mówiłeś swoim szwedzkim przyjaciołom o naszym
ślubie?
- Nie. Jestem w zasadzie bez telefonu. I tak dobrze,
że pozwolono mi zadzwonić do Davida. Ale prosiłem go, by nawet w
hotelach nic na ten temat nie mówił. Wszyscy już chyba wiedzą, że
miałem wypadek i że to mnie zatrzymuje z dala od Szwecji.
- Ja wysłałam kartkę do Noemi. Wie, że jestem z tobą w Rzymie.
Jednak ani o wypadku, ani o naszym ślubie nie pisałam. Nie chciałam
zapeszyć, a zaprosić jej i tak nie mogłam. Idź do łazienki, bo
znów zaczynamy za dużo gadać. Może jutro uprzedź Orvora, by za
dużo o nas nie opowiadał.
Liam bał się tej nocy i w
zasadzie dlatego tak się ociągał z pójściem do łazienki. Był
spięty i wewnętrznie roztrzęsiony, chociaż starał się tego nie
okazywać. Jeszcze kilka minut i będzie ją miał w ramionach –
swoją żonę, swoją przeogromną miłość, swoje szczęście, swój
cały świat!
Przyszłą do niego pachnąca. Mięciutka,
słodka taka. Przytuliła się, objęła go, ucałowała. Całując
jej twarz szeptał o swojej miłości. Był w niebie! Prawie w niebie
– bo jednocześnie bał się tego, co miało zaraz nastąpić.
- Liam, kochany mój, myślę, że dziś powinniśmy grzecznie
spać. Jesteś bardzo zmęczony. Ja zresztą też. Przytul mnie
mocno. I śpijmy.
W pewnym sensie doznał wówczas ulgi –
nie musi się sprężać, nie musi nic ani sobie, ani jej udowadniać.
Steffi ma rację – mają czas.
- Jesteś najmądrzejszą
kobietą na świecie. Kocham cię.
KONIEC TOMU I
cdn pod koniec sierpnia 2022 r.
fot. Pixabay
piątek, 13 maja 2022
Cz. 54. 11 grudnia 1975. Ślub i po ślubie
Cz. 54. 11 grudnia 1975 r.
Ślub i po ślubie...
Stefcia wyglądała zjawiskowo.
Upięte ślicznie włosy Kamil przyozdobił maciupeńkim zielonkawym
kapelusikiem z trzema sztucznymi białymi orchideami. Kosmetyczka
wydobyła z twarzy panny młodej wszystko, co było w niej
najpiękniejsze. Na skromnej sukience lśniły zielone szmaragdy, pod
którymi ukrywał się łańcuszek z medalikiem od babci. Choć buty
miały niezbyt wysoki obcas, to widać było kształtne, długie nogi
dziewczyny. Wszystkiego było w sam raz, bez ostentacji, za to ze
smakiem. Stefcia w przelocie pomyślała, że nie ma bukietu, ale gdy
przed salą oddała w czyjeś ręce płaszcz, natychmiast zjawił się
Dawid Sierocki i podał jej niewielki bukiecik z białych orchidei.
Ktoś otworzył drzwi – na wprost nich w fotelu (a nie na wózku
inwalidzkim!) siedział Liam w ciemnym garniturze i białej koszuli z
białą muszką. Zawiśli na sobie wzrokiem. Brat i ojciec pomogli
Liamowi wstać i młodzi się powitali gorącym uściskiem.
-
To ty? To naprawdę ty? - wyszeptał zachwycony Liam.
-
Kocham cię – szepnęła mu po szwedzku.
Sala była pełna
ludzi. Stefcia powitała wszystkich skinieniem głowy i uśmiechem.
Goście wstrzymali oddech, a po chwili przez salę przeszedł szmer i
jakby jęk. Za Stefcią szła babcia w granatowej sukni z dużym
koronkowym, białym kołnierzem – bardzo dostojna, wzruszona,
przejęta chwilą. Włosy miała już skrócone i uczesane przez
Kamila w bardzo twarzowy, nisko osadzony koczek. Tuż obok była Ada,
również w granatowej sukience, ozdobionej białymi (sztucznymi)
perełkami, w wytwornej, ale nowoczesnej fryzurce. Wszystkie trzy
Polki wyglądały prześlicznie i aż „rwały oczy”, jak to
później ocenił Edward i ojciec Liama.
Pani Stefania, z
racji wieku, pierwsza podeszła do młodych i cichutko powiedziała
do Stefci, aby ta uklękła. Powinien uklęknąć także Liam, ale to
na razie nie było możliwe. Babcia pobłogosławiła młodych po
polsku, uczyniła na ich czołach znak krzyża i podsunęła
niewielki krzyżyk do pocałowania. Liam w lot chwycił powagę
chwili i podziękował za błogosławieństwo, ucałował obie ręce
starszej pani.
- Dziękuję, że ją pani dla mnie wychowała
– powiedział na zakończenie, co Bela skwapliwie przetłumaczył.
Następnie młodym błogosławił Edward, a po nim Bela.
Teraz Stefcia stanęła obok Liama i zaczęła się ceremonia
świecka, długotrwała, bo ze szwedzkiego tłumaczona na język
polski i angielski, a fragmentarycznie także na włoski. Liam był
blady i chyba już ledwie stał... Wreszcie młodym, po wymianie
obrączek, pozwolono pocałować się i usiąść. Nastąpiły teraz
przemowy wszystkich szwedzkich panów, przy czym Olof i Orvor mówili
najkrócej. Na zakończenie, jakby pod przymusem tych szwedzkich
wypowiedzi, króciutką przemowę po polsku wygłosił Edward. Życzył
młodym szczęśliwego, długiego życia i podziękował gościom za
liczne przybycie dla uświetnienia uroczystości. Bela przetłumaczył.
Przez cały czas Dawid robił zdjęcia, a Barbro zgrzytała
zębami.
Na znak pani Rybbing wprowadzono do salki wózek z
poczęstunkiem – był okazały tort oraz zdecydowanie wyższy od
niego polski sękacz – jak się okazało prezent od stryja Tomka
(drugi taki czekał w hotelu na wieczorne przyjęcie. To dlatego do
Wierzbiny przyjechały Kasia z Dorotką – przywiozły tam
niezwykłe, podlaskie ciasto-rarytas.). Były też kieliszki z
szampanem i duży termos z kawą. Ale goście najpierw podchodzili do
młodych, składali im życzenia i dawali kwiaty.
Liam często
popatrywał na Stefcię rozkochanym wzrokiem – jakby ją od nowa po
raz pierwszy zobaczył. A w oczach Stefci odnajdował niezachwianą
miłość i ciepło. Był szczęśliwy. Oboje byli szczęśliwi. Po
blisko trzech godzinach wreszcie było po ceremonii i poczęstunku. W
trakcie poczęstunku Pan Rybbing znalazł chwilę, by podejść do
Stefci i poprosić, by zwracała się do niego po imieniu.
-
Chyba pamiętasz – mam na imię Halvar – powiedział i pocałował
ją w czoło.
- Dziękuję, panie Halvar. Jest mi bardzo
miło.
- Och, dziecko, opuść tego „pana” i mów
zwyczajnie po imieniu. Oczywiście możesz mnie też nazwać ojcem,
czy cieplej – tatą. Ale generalnie nie ma takiej potrzeby.
- Jeszcze raz bardzo dziękuję. Będę się starała... Halvar, ale
na razie mogę mieć z tym przejściowe kłopoty...
Matka
Liama nie zdobyła się na taki gest. Natomiast Edward z Belą
odpowiednio „poszeptali” z Liamem, rozszerzając temat także na
babcię.
Po tych blisko trzech godzinach uroczystości Liam
był ogromnie zmęczony, mimo nalegań Stefci wytrwał do końca,
zapewniał ją, że ma bardzo wygodny fotel. Kiedy wreszcie wrócili
do jego zwykłej salki – potrzebował pomocy ojca i brata w
przebraniu się piżamę. Pielęgniarka wywiozła go wózkiem do
toalety, a potem podłączyła kroplówkę.
- Za jakieś
piętnaście minut Pan Liam będzie spał – powiedziała do
Stefci.
A ona ułożyła się obok Liama, z głową w
zagłębieniu jego szyi. Objął ją i przytulił do siebie, lecz już
po chwili poczuła, jak słabnie moc jego uścisku – Liam odpłynął.
A i ona czuła się bliska uśnięcia... Emocje opadły, rozluźniła
się. Teraz może być już tylko lepiej – pomyślała. Poczekała,
aż oddech Liama się wyrówna, stanie głębszy i ostrożnie wstała.
- Pan Liam będzie spał co najmniej dwa godziny. Może
nawet trzy. Pani też powinna odpocząć – powiedziała jej
pielęgniarka.
Pod szpitalem czekał na nią pan Antonio.
- Jak dobrze, że pan jest. Jestem nieludzko zmęczona –
uśmiechnęła się blado do kierowcy.
Otworzył przed nią
drzwi.
- Zapraszam. Chce pani małą wycieczkę?
Przejedziemy się nad Tybrem, odetchnie pani innym powietrzem,
pooddycha rzymską zimą. Nawet nie będzie pani musiała wysiadać z
samochodu. Chciałbym, aby pani chwilę odpoczęła, bo słyszałem,
że wieczorem ciąg dalszy atrakcji.
- Dobrze. Oddaję się
w pana ręce.
- Tak na godzinkę, nie dłużej.
W
tym czasie pokazał jej kilka mostów i zajmująco o nich opowiadał.
- Dlaczego pan nie jest przewodnikiem turystycznym? Świetny
z pana gawędziarz.
- Kiedyś próbowałem, ale wolę być za
kółkiem – poklepał znacząco kierownicę.
Stefcia kilka
razy otwierała okno, przez cały dzień świeciło słońce i
temperatura oscylowała około siedemnastu stopni. Podobna pogoda
miała się utrzymać przez kilka najbliższych dni. Po tej wycieczce
bez tłumu i gwaru, czuła się dotleniona i spokojniejsza.
- Dziękuję panu. Miło mi, że to pan jest moim kierowcą. Ale już
wracajmy, bo moi bliscy mogą się niepokoić.
Jeśli ktoś
się szczególnie niepokoił, to Alice i jej matka. Pani Rybbing
chciała ze Stefcią pilnie porozmawiać i Alice z tego względu
czekała na pannę młodą przy windach. Apartament Rybbingów był
bardzo duży, miał inny układ pokoi. Alice wepchnęła Stefcię do
pokoju najbliższego drzwi wejściowych, a sama się ulotniła. Za
biurkiem pełnym różnych papierów, teczek, skoroszytów i nawet
segregatorów królowała pani Rybbing.
- O, wreszcie jesteś
– sapnęła z przyganą. - Siadaj, musimy omówić pewne sprawy i
podpisać kilka dokumentów.
Ale Stefcia nie usiadła, tylko
podeszłą do niej blisko i serdecznie powiedziała:
-
Chciałam pani bardzo podziękować za organizację naszego ślubu –
pochyliła się i pocałowała matkę w oba policzki. - To musiało
być trudne i pochłonęło dużo pani pracy i siły. Bardzo jestem
pani wdzięczna i z całego serca za wszystko dziękuję – podała
kobiecie rękę i ponownie ją ucałowała.
- Och, drobiazg.
- Rybbing machnęła lekceważąco ręką i jeszcze raz wskazała
krzesło przed biurkiem. - Załatwmy to szybko, abyś mogła trochę
odpocząć przed wieczornym przyjęciem. Jesteście wszyscy
zaproszeni na godzinę dziewiątą do naszej hotelowej restauracji.
- Dziękuję bardzo, ale to absolutnie nie wypada, bym ja się
gościła, gdy Liam sam w szpitalu. Będę u niego najdłużej jak
się da, a potem może zajrzę na pół godziny. Jednak bez Liama
taka impreza nie sprawi mi przyjemności.
- Ależ Liam też
tam będzie. Mało tego – dostanie dwudniową przepustkę ze
szpitala i będziecie mieli dla siebie dwa dni i dwie noce.
- To zmienia postać rzeczy. - Stefcia była radośnie zaskoczona i
wreszcie usiadła.
- Nie mówiliśmy ci tego do tej pory,
ale od pierwszego października jesteś pracownikiem w Hotelu Steffi
jako główny manager. Teraz, od dziś zostajesz zastępcą Liama,
czyli zastępcą dyrektora na trzy hotele. Na pewno nie będziesz
narzekać na wynagrodzenie. Już na twoim koncie są spore pieniądze.
- Stefcia milczała. Nie mogła i nie chciała zdradzać swoich
rozmów z Liamem. - Podpiszesz dziś dokumenty i jednocześnie
otrzymasz dostęp do konta. Wszystko zgodnie z tym, czego sobie
życzył Liam, choć ja nie do końca się z nim zgadzałam. Ale
skoro mój syn sobie tego życzył... Proszę, tu są te papiery.
Pani Rybbing położyła przed Stefcią kilka dużych kartek,
wypełnionych pismem maszynowym – po szwedzku. Na żadnej z nich
nie było odręcznych podpisów jakichkolwiek innych osób. Natomiast
były wykropkowane miejsca, w których miała się podpisać. Czyli
Liam nic matce nie powiedział. A ona już podpisała podobne
dokumenty. Matka chce dublować dokumenty? O co tu chodzi?
-
Czego dotyczą te pisma? - zapytała ostrożnie.
- Głównie
twojej pracy. O, widzisz – tu jest data – pierwszy październik.
A tu dzisiejsza – jedenasty grudzień. Te trzy pisma są do banku,
a to do konsulatu. Podpisz szybciutko i zamykamy sprawę.
Stefcia przeglądała pismo po piśmie. Nic nie rozumiała. Szukałą
słowa „intercyza”, albo jakiegoś brzmiącego podobnie, ale
takiego nie widziała. Na dwóch nagłówki mówiły o banku w
Szwecji. Inne nie miały adresu. W głowie Stefci rozległ się
głośny sygnał alarmowy: - „A to małpa! Chce mnie w coś
wrobić!”. Już oparła długopis o kartkę, a ręka jej drżała.
Nie ma mowy – nic nie podpiszę! Liam na pewno nic o tym nie
wiedział! Pani Rybbing znów wymyśliła coś złego, coś przeciwko
niej.
W drzwiach ukazała się głowa Barbro.
-
Mamo, pospieszcie się. My tu czekamy.
Stefcię oblał war.
Czuła, jak zapłonęły jej policzki. Musiała odmówić podpisów!
Wszedł Rybbing i powiedział do żony coś twardo, stanowczo, po
szwedzku, a ona odpowiedziała mu niemal agresywnie.
- No
widzisz? Mąż też mnie przynagla – powiedziała do Stefci z
fałszywym uśmiechem na ustach. Stefcia policzyła do dwudziestu
– bo do dziesięciu to było za mało! „Och, ty żmijo!”.
- Pani wybaczy, ale nic nie podpiszę. Przecież ani słowa z tego
nie rozumiem – spokojnie odłożyła długopis. - Zrobię to
później w obecności Liama, bo muszę dokładnie wiedzieć, co
podpisuję. Dobrze? Wezmę te pisma tymczasem, niech stryjek je
przejrzy.
- Nie ma takiej potrzeby! - kobieta niemal wyrwała
pisma z rąk Stefci.
Ale ona i tak wcześniej zdążyła
policzyć, że było sześć kartek. Była bardzo ciekawa, do czego
chciała przymusić ją pani Rybbing przez wymuszenie podpisów.
Zatrzęsła się z nerwów. Nie miała wątpliwości co do tego, że
matka chciała wpuścić ją w maliny. Praca? Tą sprawę już miała
załatwioną z Liamem. To nie do wiary! Konto w banku? Bzdura, a nie
konto w banku! Konto ma już założone!
- Czy Liam wie, o
każdym z tych pism?
- Ależ oczywiście!
- No cóż...
Inaczej się z nim umawiałam. I dlatego nie wierzę, aby on
wiedział. Pójdę już – bąknęła wstając z krzesła. Widziała,
jak wściekłość wykrzywiła twarz matki Liama.
- Szkoda. A
miałybyśmy już czystą sprawę.
Stefcia wyszła
kompletnie roztrzęsiona. Ledwie trafiła do wyjścia. Pomyliła
piętra. W windzie ogarnęła ją nagła słabość, aż bała się,
że zaraz zemdleje. Z trudem powstrzymywała płacz. Dobrze, że
ojciec czekał na nią w otwartych drzwiach. Od razu wpadła w jego
ramiona i już nie wstrzymywała łez.
- Dziecko, co się
stało? Piotrek, szklanka wody dla siostry, migiem. A ty siadaj i
spróbuj nam opowiedzieć.
Stefcia zdjęła swój śliczny,
elegancki „ślubny” płaszcz i niedbale rzuciła go na fotel.
Usiadła koło babci. Dygotały jej ręce i nogi. Piotruś podał
wodę. Wypiła od razu wszystko.
- Dziękuję, Piotrunia.
Zobacz, czy jest Ada z Dawidem. Jeśli są niech przyjdą i
posłuchają.
- Kto? – zapytała babcia, biorąc Stefcię
za rękę.
- Pani Rybbing.
- I wszystko jasne! - za
złością warknął Bela.
Weszła Ada, Dawid i Piotruś.
- Stryjku załatw jakiś alkohol. Ale nie wino. Raczej koniak.
- Dobra. Ale ty mów wreszcie.
I Stefcia opowiedziała,
dodając swoje przemyślenia i odczucia. W zasadzie wszyscy byli
wstrząśnięci, nawet Piotrek i Kamil.
- A ja już takie
papiery podpisywałam w obecności Liama. To znaczy te odnośnie
konta w banku i te dotyczące pracy. To wszystko Liam załatwił dużo
wcześniej – zakończyła.
- A to dopiero małpa!
- Chciała cię w coś wrobić.
- Albo z czegoś wykluczyć.
- Jej na pewno chodziło o intercyzę.
Posypały się
uwagi różnych osób.
- Broni swoich pieniędzy, jak lwica
małych.
- Nie swoich, tylko Liama.
- Ale suka!
- Wiedźma!
- W mordę jeża! Ale wredota! - nawet Piotrek
nie wytrzymał.
- Ciekawe, czy Liam o tym wie.
- Na
pewno nie wie. Przecież chciała to załatwić za jego plecami.
- No dobrze – ale co dalej?
- Córcia, jesteś bardzo
mądrą dziewczynką. Czy ci już to mówiłem? - Edward pocałował
córkę w czoło. - Jestem z ciebie bardzo dumny.
- Gdyby do
niej dotarło, że ja kicham na te ich miliony! Mam je w nosie! Wcale
mi nie zależy na ich pieniądzach. Mogła zagrać ze mną w otwarte
karty, a wtedy bym podpisała intercyzę bez mrugnięcia okiem. Ale
nie stać ją na uczciwość. Bez Liama nic nie podpiszę. A tej
mamuśce już nigdy nie uwierzę, nie zaufam. Spaliła wszystkie
mosty... A ja jeszcze jak ta głupia, naiwna, tak pięknie jej
podziękowałam za ślub i imprezkę. - Popatrzyła na swoją
błyszczącą brylantami obrączkę i ją pocałowała. - Liam, dodaj
mi sił. Ja wcale nie chcę walczyć z twoją matką! Ja tylko chcę
być z tobą. W ciszy i w spokoju. Razem.
Dostarczono koniak,
szklaneczki i coca-colę oraz miskę winogron. Oddzielnie w kubełku
był lód. Kamil zajął się nalewaniem. Nawet babcia chciał
drinka. Bela zapalił cygaro – jemu też drżały ręce. A to suka!
Chciała uderzyć w jego ukochaną chrześnicę! Ale to Żakówna,
jego krew! Takie numery z Żakami nie przechodzą!
- I co
teraz zrobisz? - zapytała Ada, wstrząśnięta tak jak pozostali.
- Nic nie zrobię. Nic nie mogę zrobić. To matka Liama. Nawet
się jednym słowem do niego nie zająknę. Chyba żeby zapytał
wprost, to wtedy kłamać nie będę. Bo podobno zawsze się zaczyna
od małego kłamstwa. Takiego, żeby tę drugą osobę chronić,
osłonić, nie denerwować. Między nami kłamstw nie będzie. Ale
jeśli się da, to sprawę przemilczę. To musi być ogromnie przykro
mieć taką matkę.
- To na wieczornym przyjęciu wszyscy
udajemy, że jest cacy? - zapytał wściekły Edward.
-
Spokojnie, synku. Tak chyba będzie najlepiej – potwierdziła
babcia. - A już w stosunku do niej to wszyscy macie być
uprzedzająco grzeczni. Przecież chciała zrobić Stefcię
managerem, a nawet zastępcą Liama nad trzema hotelami – dodała
z przekąsem starsza pani. - Niech się kobieta cieszy, a my i tak
swoje wiemy.
- Mnie te stanowiska wcale nie cieszą, bo się
nic a nic nie znam na tej hotelowej pracy. Wyjdę na jakiegoś
pajaca! A przy tym żadna znajomość szwedzkiego. Tymczasem się
okazuje, że i włoskiego mam się uczyć „na biegu”!
-
Zajedziesz do Szwecji i od razu szukaj nauczyciela szwedzkiego. I
niech to on do ciebie przychodzi, żebyś nie traciła czasu na
dojazdy. A ojciec Liama niech cię uczy hotelarstwa...
- Ojca
nie będzie, bo on wróci do Pineto. Orvor musi do Szwecji, bo jego
żona zaraz będzie rodzić – wyjaśniła Stefcia.
- No
tak, to komplikuje sprawę. - Bela nerwowo krążył po salonie. -
Tak czy tak musisz się uczyć. W Polsce znalazłabyś jakieś kursy
hotelarskie... Może w Szwecji znajdziesz coś w języku angielskim?
Trzeba szukać.
- Kochana przyjaciółko – wzniósł toast
Kamil – za ciebie, za twoją przyszłość, za twoją mądrość,
za wasze wspólne szczęście. Nie daj się, nasza kochana
dziewczyno, żadnym przeciwnościom. Walcz! A na pewno zwyciężysz!
Masz nie od parady główkę i umiesz myśleć z wyprzedzeniem. Ja w
ciebie wierzę.
- Dziękuję, mój przyjacielu – Stefcia
wstała i ucałowała go w oba policzki. - Dziękuję ci, że jesteś
z nami. I za taki piękny toast.
- Przecież w Szwecji jest
sporo szkół wyższych. Muszą być i hotelarskie. Zatrudnij
jakiegoś doktora czy profesora i niech cię uczy indywidualnie –
podsunął pomysł Daniel.
- Ja się w Polsce rozejrzę za
podręcznikami dotyczącymi hotelarstwa i jak najszybciej prześlę
je do ciebie – zaoferował się stryj.
- I w żadnym
wypadku nie zwierzaj się szanownej mamuśce oraz jej córeczkom. Kto
wie, co ma za uszami ichnia milutka Alice. Bez problemu bym uwierzył
Orvorowi, ale nie żadnej z tych trzech damulek. Ona wszystkie są po
jednych pieniądzach– dorzucił Edward.
- Jest mi ogromnie
przykro, że taki afront spotkał cię w dniu ślubu – Bela
delikatnie poklepał swoją chrześniaczkę po plecach. - Ale Kamil
ma rację – WALCZ! Zawsze bierz byka za rogi, a zwyciężysz. I –
jak to mówią – karty trzymaj przy orderach. Przyjmują cię do
rodziny, a kopią pod tobą dołki. Bądź od nich cwańsza, ale
zawsze uczciwa. A ta jędza kiedyś się potknie o własne nogi,
czego jej serdecznie życzę! Zaś córunie to też nie wiadomo
jakimi szpakami karmione. Nie ufaj żadnej z nich, Edek ma rację.
- A ja wracam do głównego tematu – odezwała się babcia. -
Niech nikt z was nie waży się zrobić jakiejkolwiek aluzji, albo
nie daj Boże, przykrości tej Rybbingowej. Ani na przyjęciu, ani
kiedykolwiek później. Wszyscy macie być dla niej słodsi od miodu,
uprzedzająco grzeczni, mili i uśmiechnięci. Niech się kobiecina
cieszy, bo nic więcej jej nie zostało. A mu stoimy zwartym murem, o
który co najwyżej można się rozbić.
- A czy mówiłam,
że na przyjęciu będzie także Liam? - wreszcie radośnie
powiedziała Stefcia. - Dostanie przepustkę ze szpitala aż na
czterdzieści osiem godzin! Przezorna mamuśka już wynajęła
lekarza i pielęgniarkę, aby cały czas byli w hotelu. To się
nazywa dalekowzroczność.
- To może nam się uda jeszcze
pojechać na Monte Cassino? - niepewnie zapytała babcia. - Chociaż
pogoda nie jest za ładna... Ale może...
- Dobry pomysł
- jedźcie! - poparł ją Bela. - Ja już tam byłem, to sobie
odpuszczę. Ale koniecznie weźcie Piotrusia.
- Ja też tam
byłem, więc nie będę zajmować miejsca tym, co nie widzieli –
stwierdził Kamil, popatrując na Adę i Daniela.
- My
bardzo chętnie, ale pan Edward też nie był, a w samochodzie są
tylko cztery miejsca...
- Ada, dziecko drogie – ciepło
powiedział Edward – ja będę jeszcze wiele razy, przecież moja
córcia ma tu swój hotel. Więc się naoglądam wszystkiego aż do
bólu. Jedźcie i mną się nie przejmujcie. Ja będę uprawiał
leżenie brzuchem do góry, bo zaraz muszę do pracy. A takie leżenie
jest nad wyraz przyjemnym zajęciem. Albo zagramy w brydża „z
dziadkiem”, co Kamil?
- Moi panowie, ja mam jeszcze do was
gorącą prośbę – Stefcia aż wstała, aby ją wygłosić. -
Niech żaden z was się dziś nie upije. Niech nie mówią, że
Polacy to alkoholicy. Pijcie na pół gwizdka, a nawet jeszcze mniej.
Bardzo was o to proszę. Nie pozwólcie sobie na nadmierny luz.
Kiedyś, w Wierzbinie zrobię dla was solidną popijawę, taką, że
aż pospadacie ze stołków, ale dziś pijcie tylko symbolicznie.
- Nie ma sprawy, Steniulka. Masz to u nas jak w banku –
pierwszy odezwał się Kamil, a pozostali panowie natychmiast go
poparli.
- A ja trzymam cię za słowo, nie dlatego, że tak
bardzo pragnę się napić, ale dlatego, że jestem ogromnie ciekaw
waszej Wierzbiny. To musi być magiczne miejsce – zauważył
Daniel.
c.d.n.
fot. - Pixabay
czwartek, 12 maja 2022
PO NOCNYM DESZCZU
Po nocnym deszczu - © Elżbieta Żukrowska
Deszcz ciemną nocą umył świat
ziemia łapczywie spijała krople
trawa zielenią cieszyła wiatr
tarzał się w niej wielokrotnie
Kos był spragniony więc krople pił
i dalej gwizdał srebrzyście
w cieniu gałązek nieco się krył
a tam bez wołał go w swoje kiście
Wiosna coś niosła każdego dnia
cudne żonkile rozkwitły żółto
jabłonie różem stały u sadu bram
pszczoły wpadały otwartą furtką
Dziewczyna splotła warkocze dwa
i do każdego wpięła kwiaty
w oku niech się nie kręci łza
w wiosennej choreografii
Choszczno, 12.05.2022 r.
fot. z internetu
środa, 11 maja 2022
Cz.53. Grudzień 1975 r. Rzym. Nowe problemy
STEFCIA Z WIERZBINY - tom I - © Elżbieta Żukrowska
Cz.53.
Grudzień 1975 r. Rzym. Nowe problemy
Prawdę
powiedziawszy przesłuchanie muzyków wcale Stefcię nie
interesowało, ale cała jej rodzina chciała posłuchać, dołączyła
się nawet Alice. Nie mogło jej tam nie być! Natomiast Stefcia po
porannej wizycie u Liama była załamana. I nikomu nie mogła
powiedzieć, co się wydarzyło. Przesłuchanie? To teraz było
całkiem bez znaczenia!
Rankiem zaniosła mu kawę tak jak
zwykle. Liam był nie tylko smutny – wyglądał na spłakanego.
- Liam, kochanie... Co się dzieje? - Patrzył na nią, a jego
oczy znów napełniły się łzami. Milczał. - Liam, mój
najdroższy! Komu powiesz, jeśli nie mnie? Nie ukrywaj niczego
przede mną. Powiedz, co się stało. - Odstawiła na szafkę
kubeczek z kawą i przytuliła się do Liama. Całowała jego twarz,
gładziła po włosach. - Liam, ja cię kocham bez względu na
wszystko. Powiedz mi, co się stało.
Długo trwało, zanim
wreszcie się odezwał. Mówił urywanym głosem.
- Nie
możemy wziąć ślubu. Nie będzie ślubu. Nie mogę ciebie
poślubić.
Miała wrażenie, że krew zastyga jej w żyłach.
Ciało ogarnął mróz. Nie pytała o nic więcej, bo nie była w
stanie wykrztusić z siebie słowa. Przytuliła się do Liama jeszcze
mocniej. Trwali tak w niemym uścisku. Wróciły myśli – jak
piasek miotany wiatrem: nie do uchwycenia, jak żar letniego słońca:
nie do ugaszenia.
- Nie pojmuję... Nie rozumiem... Liam,
cokolwiek się stało – pamiętaj, że bardzo cię kocham –
szepnęła cichuteńko.
- I ja cię kocham. Kocham
najbardziej na świecie. I dlatego nie mogę się z tobą ożenić.
- Możemy żyć bez ślubu. Mnie to nie przeszkadza –
powiedziała pozornie lekko.
- Kochanie, to nie tak... Jak
mam ci to powiedzieć? Po tym wypadku jestem impotentem. Nic się nie
da zrobić. Właśnie lekarze mi o tym powiedzieli. Duszę się...
Stefcia nic o impotencji nie wiedziała. Znała samo słowo i
przypuszczała, że impotencja to brak fizycznych możliwości do
odbycia stosunku płciowego. Innymi słowy brak erekcji. Tu jej
znajomość problemu się kończyła. Wiedziona jakimś impulsem,
kobiecą intuicją, wiedziała, że nie może pozostawić Liama sam
na sam z takimi myślami, z zawiedzionymi nadziejami, z dramatem,
jaki w głębi siebie przeżywał.
- Na jakiej podstawie
wierzysz tym konowałom? Przecież to może być uleczalne. Brałeś
różne leki, masz uszkodzony kręgosłup, twój mózg był poddany
długotrwałemu cierpieniu... Daj sobie czas. Daj nam czas. Nawet
twoi rodzice mówią, że jestem dla ciebie najlepszym lekarstwem.
Nie możesz mnie odtrącić. Ślub to taka sprawa, w której i ja mam
coś do powiedzenia. Jednego tylko musisz być pewien – że mnie
kochasz. Jeśli tak, to zwyciężmy wszystko. Tylko musimy być
razem. Zawsze razem. Kochasz mnie?
- Jak nikogo na świecie.
Kocham cię. KOCHAM CIĘ NADE WSZYSTKO!
- Przejdziemy przez
to razem, bo i ja bardzo cię kocham. W Szwecji znajdziemy innych
lekarzy. Albo w Szwajcarii. Albo w Emiratach Arabskich. Na pewno
znajdziemy i nie ważne, gdzie. I oni postawią cię na nogi.
Medycyna robi olbrzymie postępy każdego roku, każdego miesiąca.
To co dziś niemożliwe, jutro już może być bajecznie proste. Nie
rozpaczaj i nie poddawaj się.
- I ty naprawdę w to
wierzysz? Wierzysz w to co mówisz? Co mi obiecujesz
-
Wierzę. A przede wszystkim wierzę w naszą miłość i w to, że ma
niezwykłą moc. Zobaczysz – będzie dobrze.
- To daj mi
tę kawę. Mam bardzo sucho w ustach, a jednocześnie bardzo mokro w
oczach. Kocham cię. Jesteś moim światem. Jesteś... Jesteś...
Dobrze, że jesteś.
Antonio miał przyjechać po Stefcię o
jedenastej. Ale już o dziesiątej przyszedł do szpitala ojciec
Liama. A Liam zapowiedział, że na razie nikomu nie powie o swoim
problemie, nawet ojcu. Łatwiej by mu było powiedzieć bratu, ale
Stefcia uznała to za przedwczesne. Wierzyła, że wszystko może się
samoczynnie zmienić. Oby tylko mieli możliwość spędzenia
wspólnie nocy... I Liam jej zaufał.
Antonio przywiózł ze
sobą swego grającego na saksofonie kuzyna – pana Valentino.
Stefcia zabrała obu panów do swego apartamentu. Bela zamówił
przez room service dodatkowy dzbanek kawy i wszyscy zjedli drugie
śniadanie. Polacy mieli jechać na dalszą wycieczkę po Rzymie, ale
Stefcia uprosiła ich, by zostali na bliskie już przesłuchanie
muzyków. Młodzi zjawili się przed czasem, a recepcjonista, nieco
wtajemniczony, widząc wnoszone przez nich instrumenty, zaproponował
wolną salę bankietową. Mario, ten od skrzypiec grajek uliczny,
przedstawił chłopców. Od bębnów był Rodolfo, na basowej gitarze
grał Sewerio, Paolo to gitara funkcyjna. On sam grał na skrzypcach
i na pianinie. Luigi przede wszystkim śpiewał, ale także grał na
klarnecie. Był jeszcze Gino – podobno grał niemal na wszystkim,
ale przydźwigał ze sobą akordeon. Wszyscy byli studentami, choć
każdy studiował w innej uczelni, ale za to mieszkali blisko siebie,
chyba na jednaj ulicy, i znali się od dziecka. Żaden z nich nie
miał więcej niż dwadzieścia pięć lat. Pan Valentino, na oko
lekko po sześćdziesiątce, prawie nie znał angielskiego, patrzył
na chłopców z ciekawością. W pewnej chwili wygłosił dłuższą
mowę do kuzyna, a ten przetłumaczył Stefci, że Valentino obawia
się, iż się nie zgrają właśnie z uwagi na wiek i – co za tym
idzie – na temperament. Obawiał się, że będzie bardzo odstawał
od młodych, a i repertuar ma może trochę przestarzały.
-
A grywa pan rosyjskie romanse? - chciał wiedzieć Bela.
-
Tak. Rosyjskie, cygańskie, sporo sentymentalnych ballad i
romantycznych piosenek włoskich.
- A kto jest szefem tej
kapeli? - zapytał Edward.
Okazało się, że młodzi jeszcze
nie wybrali szefa, nie mieli też nazwy. Powiadomieni o zmianie
miejsca przesłuchania dołączyli do grupy Alice oraz Orvor.
I młodzi zagrali. Stefci się podobało. Alice – wprost
przeciwnie. Rodolfo nie miał ze sobą perkusji, ale dzielnie
potrząsał jakimiś małymi grzechotkami, których nazw Stefcia
nawet nie próbowała zapamiętać. Orvor rytmicznie podrygiwał, a
Piotrek usiłował wystukiwać rytm. Pan Valentino słuchał i
milczał. Stefcia poprosiła, aby Luigi trochę pośpiewał. Miał
bardzo piękny, niski głos. Później Zagrał Valentino kilka
solówek i przy akompaniamencie skrzypiec zaśpiewał ciepłym
tenorem kilka włoskich piosenek – to jest pierwszych zwrotek, bo
przesłuchanie nie mogło trwać za długo. Stefcia była zadowolona.
Zabrała Orvora i Alice na zewnątrz.
- I co o tym sądzicie?
- Steffi, przecież my nie mamy wyboru! My jesteśmy pod ścianą
i musimy ich wynająć – powiedział Orvor.
- Mnie się nie
podoba ten Gino. On się we wszystko wtrąca i narzuca swoje zdanie.
Weź pozostałych, ale nie Gino. On rozwala zespół – wygłosiła
swoje zdanie Alica. - A poza tym gdy gra, zawsze się troszkę
spóźnia, zauważyliście?
- Masz rację. A co z Valentino?
- On jest z nich najlepszy, oby się tylko jakoś zgrali –
stwierdził Orvor.
- I mnie się on najbardziej podoba. To
jest muzyk z klasą. Pozostali to żółtodzioby. Ale musimy dać im
szansę. Lecz bez Gino. Ale jak to im powiedzieć? - zmartwiła się
Stefcia.
- Ja powiem – zadeklarował się Orvor. - A
pozostali niech wybiorą kierownika, bo nie będę z każdym
prowadził finansowych negocjacji.
- Kierownika trzeba im
narzucić. Wszystko zaczęło się od Mario i niech to on poprowadzi
zespół. Jest rzutki i bystry. Poza tym chyba inni darzą go
respektem. A pana Valentino potraktuj jakoś wyjątkowo. Jest z
chłopakami, ale na specjalnych warunkach. I oni muszą o tym
wiedzieć. To działaj, Orvor. Działaj przyjacielu.
Gdy
wrócili do sali – oczy muzyków były w nich wpatrzone z nadzieją.
Jeden Valentino zdawał się być obojętny.
- I co o tym
myślicie – Stefcia zwróciła się do swoich po polsku.
-
Mnie się podobają – śmiało powiedziała Ada.
- Wywal
tego Gino – szepnął jej na ucho Kamil. - To jakiś paskudny typ.
- Tato, co ty myślisz?
- Ten jeden pajacuje, ten w
czarnej koszulce. Pozostali są fajni.
- Stryjku?
-
Popieram Edka. To jakaś szmata, a nie muzyk. On śmie twierdzić, że
gra na wszystkich instrumentach, a na jednym dobrze zagrać nie umie.
Fałszował na tej harmonii ile wlezie.
- To akordeon.
- Dobra, na akordeonie.
Babcia i Dawid stwierdzili, że się
nie wtrącają, ale i tak Stefcia powiedziała do Orvora, że wszyscy
są jednomyślni. Na to Orvor bezceremonialnie wygłosił spore
przemówienie po włosku, w wyniku którego Gino opuścił salę.
Stefcia miała wrażenie, że chłopcy odetchnęli.
- Dalej
działaj sam – powiedziała do Orvora. - Ja idę do siebie, bo
zaraz chcę iść do szpitala, a muszę się trochę ogarnąć.
- Ale jak to sam?
- Nie bój się odpowiedzialności.
Poza tym ty lepiej wiesz ode mnie co i jak. No wiesz – sprawa kupna
instrumentów i ustalenie stawek dla muzyków. Aha, chłopaki pewnie
już mają swoje dziewczyny, to pozwól im przyjechać do hotelu na
sylwestra. Teraz lepiej nie, bo tylko by rozpraszały chłopców, a
muszą poćwiczyć. I pamiętaj, dla pana Valentino stawka specjalna,
poza zespołem. Dasz radę. Jeśli chłopcy sami zdecydują się mieć
go w zespole na stałe, to wtedy ustalisz inne zasady, pod warunkiem,
że będą u nas grali w piątki i soboty, czy jak to jest przyjęte
we Włoszech. Pewnie dlatego lepiej będzie na razie umówić się na
krótszy okres. Sam zobaczysz. I na osobności posłuchaj rad tego
Valentino. Mam wrażenie, że to łebski facet, a młodzi mogą mieć
jeszcze pstro w głowach. O, jeszcze nazwa zespołu. Niech wymyślą
coś krótkiego i chwytliwego, żeby im jakiś plakat z tą nazwą
zmajstrować. Będą mieli darmową reklamę.
W drodze do
apartamentu babcia powiedziała, że jak na jej gust to chłopcy
grają za mało rytmicznie. Ich muzyka jest do słuchania, a mają
grać do tańca.
- Gdy będą mieli perkusję i pianino siłą
rzeczy muzyka stanie się bardziej rytmiczna – zapewnił Bela.
- Niekoniecznie. Orvor powinien ich trochę poinstruować. Oni
muszą wiedzieć, czego się od nich oczekuje. Ale kilka dni ćwiczeń
może dużo zmienić, a wyboru i tak nie macie – wygłosił swoje
zdanie Edward.
- Steffi, przetłumacz – upomniała się
Alice. - Mój tato może żałować, że z nami nie poszedł. Ale za
to jest z Liamem. Dziś przyjeżdża mój mąż Felix i syn David. No
i Olof pewnie już dołączył ze swoją rodziną.
Stefcia
przetłumaczyła, a później dodała, że ciasno będzie w salce u
Liama, że się wszyscy nie pomieszczą jutro na ślubie.
-
Och, nie martw się. To ma być w innej sali, zdecydowanie większej,
bo będą też ci panowie z konsulatów, tłumacze, kilku lekarzy i
ze dwie lub trzy pielęgniarki. No i my – rodzina. A jeszcze Orvor
i Allesandro z żoną. Wiesz o tym, że żona Orvora ma rodzić w
połowie stycznia? On już się tym bardzo denerwuje i chce jechać
do domu. Teraz tato przejmie doglądanie spraw w twoim hotelu. Ale
nic się nie martw, będzie dobrze. A mówił ci ktoś o
niespodziance?
- Jezu... Jakiej znów niespodziance?
- Ja też nie powinnam mówić, ale ci trochę zdradzę. Wieczorem w
hotelu będzie przyjęcie ślubne. No wiesz, cała rodzina, a w
zasadzie dwie rodziny, kilku lekarzy, może ktoś jeszcze.
-
Litości! My się będziemy gościć, a Liam sam w szpitalu? To nawet
nie wypada! Na żadne przyjęcie nie pójdę. Nawet nie ma mowy!
- Pójdziesz, pójdziesz. Od razu uszykuj sobie jakąś sukienkę
na wieczór. Nie możesz zrobić takiej przykrości swoim i moim. To
nie do pomyślenia.
- Kochanie, wybacz, ale zostanę z
Liamem tak długo, jak to tylko będzie możliwe. To w końcu nasz
ślub i nasza noc poślubna. Nie zostawię go samego. Wybij to sobie
z głowy!
Ale Alice tylko się głośno zaśmiała.
W apartamencie okazało się, że wszyscy wiedzą o przyjęciu, tylko
Stefcia nie jest tego świadoma.
- Będziesz musiała tam
pójść. Nie możesz aż tak zawieść Rybbingów – nalegała
babcia. - Poleciłam uprasować tę jasną sukienkę ze szlakiem w
groszki. Bardzo ci w niej ładnie.
Stefcia poczuła, jak
narasta w niej gniew – znów coś się działo za jej plecami!
- Niespodzianka powinna być przyjemna, a nie irytująca –
powiedziała najspokojniej, jak mogła i w zasadzie zamilkła na
długo, bo w środku aż wrzała, a nie chciała bliskim sprawić
przykrości nieprzemyślanym słowem.
Odpoczęła trochę i
pojechała do szpitala. Pan Antonio nie tylko był kierowcą, całkiem
niezłym przewodnikiem po Rzymie, ale też kopalnią informacji.
Zapytał ją, czy mają dużo rzeczy do zabrania, bo on zna tani
transport ewentualnego nadbagażu do Polski. Gdy wyjaśnił, w czym
rzecz, Stefcia natychmiast zdecydowała się z tego skorzystać. Do
Rzymu przyjeżdżały autobusy wycieczkowe i niektórzy kierowcy
dorabiali sobie przewożąc bagaże osób poza wycieczkowych. Antonio
wiedział, gdzie ich znaleźć i co dalej zrobić. Oczywiście w
bagażu nie mogło być przedmiotów podlegających ocleniu. Żadnych
papierosów, alkoholu oraz narkotyków. A z rzeczy świeżo kupionych
powinny być usunięte metki.
- A maszyna do pisania może
być?
- Oczywiście. Ten kierowca, którego znam, daje swoje
torby i trzeba się do nich przepakować pod jego okiem. A za torby
trzeba dodatkowo zapłacić. Największa trudność jest w odbiorze
bagażu. To daleka trasa, na której zawsze może dojść do
niespodzianek. On wprawdzie określa miejscowość, datę i godzinę,
ale przy takich odległościach zawsze może być jakiś poślizg. No
i ktoś będzie musiał w odpowiednim miejscu na niego czekać.
Najlepiej w jakimś dużym mieście. Nie pamiętam nazw waszych
miast.
- Wrocław, Kraków, Poznań, Warszawa –
podpowiedziała Stefcia.
- Chyba te dwa ostatnie. To zależy,
skąd są ludzie z wycieczki. W drogę powrotną oni wyruszają
zazwyczaj w poniedziałek rano. Oni, bo zazwyczaj jest dwóch
kierowców. Jeśli jeden, to ma po drodze noclegi.
- To
uczciwi ludzie?
- Wydaje mi się, że tak. Ale dziś za
nikogo nie można ręczyć...
- Przekażę sprawę w ręce
mego stryja. Mam za dużo na głowie i nie chcę samodzielnie
podejmować decyzji. A ile bagażu można do takiej torby włożyć?
- Nie wiem, czy dobrze odpowiem, ale mnie się wydaje, że ze
dwadzieścia kilogramów różnych szmatek. No wie pani, damskich
ciuszków. Podobno jakaś kobieta w Polsce, może żona tego
kierowcy, szyje takie duże torby ze zwykłego materiału, może z
płótna, dodaje zamek błyskawiczny i mocne uszy. Lekkie to, a dużo
wejdzie.
- Dziękuję panu. Mocno mnie pan zainteresował.
- Nie ma za co. Nie ma za co.
- To ja idę do mojego
narzeczonego, a pan niech się przejedzie do tych autobusów.
- Dziś to chyba za wcześnie. Ale się przejadę. Bo oni zazwyczaj
przyjeżdżają w piątek, ludzie z wycieczki przez trzy dni
zwiedzają Rzym, a potem jadą dalej. Czasem nawet do Lourdes. A
czasem najpierw Lourdes, a później przyjeżdżają do Rzymu. W
zasadzie wszystkim chodzi o Watykan i papieża, a to najlepiej w
niedzielę. A i po Francji jeżdżą. Różnie jest. Zależy jaką
mają trasę. To nie zależy od kierowców.
- Niech się pan
zorientuje w sytuacji, to nie zaszkodzi. I tę moją rodzinkę niech
pan znów gdzieś wywiezie, a ja sama wrócę do hotelu. Muszę sobie
kupić jakieś zimowe byty, bo mi w tych letnich pantofelkach nogi
rano marzną. Nie chcę się przeziębić. Ale to już po ślubie.
- To pojedźmy po te buty od razu. W pół godziny będziemy z
powrotem. Dobry sklep i tani. Żona tam zawsze kupuje.
Zeszła im blisko godzina, ale było warto – kupiła sobie dwie
pary, jedne najmodniejsze, a drugie zwyczajnie, bardzo ciepłe i też
ładne.
Później, chociaż poczuła mocny głód, poszła
już prosto do Liama. Czekał na nią bardzo stęskniony. Na
szczęście był z nim ojciec i brat. Nie lubiła, gdy Liam był sam.
Stefcia miała wrażenie, że panowie zachowują się jakoś
nienaturalnie, jakby coś przed nią ukrywali. I to nawet Liam. Ale
już nie chciała dociekać. Ucałowała narzeczonego. Miał
wyjątkowo chłodną twarz...
- Spóźniłam się, ale
Antonio zawiózł mnie jeszcze do sklepu, gdzie kupiłam sobie te
buty. Jak ci się podobają?
- To ten zakup zakazany dla
mnie... Bardzo ładne. I dobrze, że kupiłaś.
- Już było
mi zimno w półbutach. A panowie jeszcze mogą dłużej pobyć z
Liamem? Zgłodniałam bardzo i chciałabym jeszcze coś zjeść na
dole.
- Nie ma problemu – odpowiedział szybko Olof.
- Zjedz coś, zjedz koniecznie, bo ostatnio bardzo zeszczuplałaś.
Mogę cię nie znaleźć w łóżku – zachichotał Liam, a Stefcia
ucieszyła się, że jest w dobrym humorze. - I bardzo proszę o
kawę. Dziś może być podwójna porcja.
- A ja nawet nie
wzięłam twego specjalnego kubeczka... No nic, może dziewczyny coś
znajdą. Ma być wielki kubek i bardzo gorący. Zrobię, co w mojej
mocy.
- Kocham cię, moja śliczna! A za kawę to nawet dwa
razy mocniej – żartował dalej.
Kiedy Stefcia, już
najedzona, wróciła z dużym kubkiem kawy, musiała Liamowi zdać
relację z przesłuchania muzyków. Liam już trochę o muzykach
wiedział od ojca, ale Stefcia umiała to przekazać znacznie
barwniej. Śmieli się obydwoje. Później nastąpił „wysyp”
gości z obu rodzin, jednak po niedługim czasie pan Rybbing wysłał
wszystkie panie do hotelu, by sobie natapirowały włosy.
-
Bo my tu teraz robimy wieczór kawalerski – oświadczył z zabawną
miną.
Pielęgniarka kręciła głową, bo gości nadal było
zbyt wielu. I uśmiechała się – Liam był powszechnie przez
personel lubiany.
W drodze powrotnej Ada zapytała, czy
Stefcia kupiła sobie niebieską bieliznę. Okazało się, że
całkiem o tym zapomniała!
- Masz szczęście, że jestem
twoją przyjaciółką. Majtki kupiłam, ale biustonosza się bałam.
Nie znam twojego rozmiaru. Może pójdziemy jeszcze do sklepu? Ten
niedaleko powinien być jeszcze otwarty, choć pewnie ceny ma
kosmiczne. A buty masz kapitalne! Wracając do biustonosza – myślę,
że trochę schudłaś i będziesz musiała go przymierzyć. Dobrze
by było, gdyby nieco powiększył ci biust. A przynajmniej uniósł
do góry. No i pożyczę ci moją złotą broszkę, wczoraj dostałam
od Daniela... Stara się mój chłopak.
- Przecież nie było
w planie biustonosza! I jak złotą broszkę? Przecież będę miała
szmaragdy...
- To nic. Królowa angielska nosi jednocześnie
naszyjnik i broszkę. To i ty możesz. Poza tym broszka jest maleńka,
więc co ci szkodzi? A jeśli chodzi o biustonosz, to kup koniecznie.
Chyba, że nie masz kaski.
- Mam, chociaż na te buty się
nieźle zrujnowałam. Zresztą chodźmy. Babciu, idziesz z nami?
Aduś, bardzo ci dziękuję. Jesteś nieocenioną przyjaciółką.
- Nie wiadomo, kiedy będzie wasz kościelny ślub, więc tym
bardziej się staram.
- Na zakupy – zawsze! Uwielbiam
zakupy, za które sama nie muszę płacić – ucieszyła się
babcia.
- Zaczekajcie! - zawołała za nimi Alice, gdy
zorientowała się o co chodzi. - Może i ja coś sobie kupię. Aha,
zapomniałam ci powiedzieć – zwróciła się do Stefci – że
masz na jutro zamówioną kosmetyczkę. To taki mój prezent z okazji
ślubu. Powinna być o dziewiątej trzydzieści, więc z rana do
Liama już nie biegnij. On też się musi przygotować.
A na drugi dzień już był ślub.
c.d.n.
fot. z internetu





.jpg)














.jpg)

