wtorek, 12 czerwca 2018
TAKIE ZMIANY ZA PANIAMI ZGODNIE Z LATAMI
takie zmiany za paniami zgodnie z latami
nikomu serca nie kładź pod nogi
jest nazbyt cenne i ma wymogi
kwiaty szczególnie róże
nie syp pod stopy nawet nieduże
gwiazd nie rozdawaj nie mam perłami
już raczej utul lub wielb ustami
a chociaż jesteś wybrany z tłumu
nie zapominaj swego rozumu
wdzięczna ci będę za inne dary
za dom i spokój mój ocalały
za bezpieczeństwo spokojne życie
dostatek leków jadło i picie
tak to u schyłku gdy gaśnie dzionek
mniej mam wymagań a wcale mrzonek
i choć tulenia pieszczoty lubię
to już się wcale o nie nie czubię
© Elżbieta Żukrowska 5.06.2018.
fot. FeedYeti.com
poniedziałek, 11 czerwca 2018
Środa - 60 zł za 1 kg ( 7.)
Z życia wzięte - 7
Środa - 60 zł za 1 kg (7)
(- czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)
Sobota - późne popołudnie.
Upijam kilka łyków drinka wgapiając się w zdjęcie Olka. Chyba się rozluźniam. Czuję już działanie alkoholu. No a zdjęcie... Nic nie mogę na temat zdjęcia. Patrzę. I jest wibrowanie komórki. Podejmuję rozmowę.
- Witaj skarbie - mówi ciepło Olek.
- Cześć. - Chyba drży mi głos. A ręce dalej się trzęsą. Jednak.
- Nie mogłem wcześniej "tyrpnąć", dopiero teraz się urwałem od stołu. Wiesz, niby okazja smutna, ale przy rodzinnym spotkaniu to zawsze jest dużo rozmów, bo rzadko się widzimy.
Przecież wiem, nie musi mi tego mówić! Ale chyba jest skrępowany, chyba sam nie wie, co chce, a co może powiedzieć.
- Kiedy pogrzeb? - Pytam rzeczowo, aby jakoś mu pomóc.
- Tak jak myślałem, dopiero w poniedziałek. Ale dobrze, że wcześniej przyjechaliśmy, bo Danusia jest całkiem bez głowy. To jej pierworodny syn. Miał pięćdziesiąt siedem lat. I oczywiście zawał. Takie czasy. Taka praca, takie nerwy, takie osłabione mięśnie, łącznie z tym sercowym.
- A jak ty się czujesz?
- Lubię za kierownicą, więc nie czuje specjalnego zmęczenia jazdą. Natomiast męczy mnie ten tłum w domu. I tak z kilkoma kuzynami idziemy nocować do hotelu, to liczę, że tam odreaguję.
Mówimy o bzdurach, byle tylko słyszeć swój głos. Opowiadam mu detalicznie swój dzień, wyhamowując ze sprawami finansowymi. On opowiada mi o swojej rodzinie. Pytam, gdzie znajduje się teraz - na ławce przed domem. Kiedy słyszy, że kupiłam kapelusz - prosi, nie - KAŻE! - bym zaraz zrobiła sobie selfie.
- Nie! Jestem nieodpowiednio ubrana! - Buntuję się, ale moje bunty nic dla niego nie znaczą. Zdjęcie mam zrobić natychmiast! I Olek przerywa rozmowę. A ja poprawiam "na biegu" makijaż i stroję się w falbaniastą, romantyczną białą bluzkę. Pstrykam kilka zdjęć. Na jednym z nich nie widać mojej twarzy - tylko sam kapelusz. I właśnie tę fotkę wysyłam Olkowi. W chwilę potem krzyczy do słuchawki:
- Ja ciebie chciałem? Gdzie jest twoja buźka?
- A ja pamiętam, że chciałeś kapelusz - droczę się z nim.
- Proszę - łagodnieje Olek. Może dociera do niego, że to są żarty? Wysyłam następną fotkę, widać na niej skroń i sam czubeczek nosa. - Tak dobrze? - pytam, gdy znów mamy połączenie.
- A ja wysłałem tobie swoje najelegantsze zdjęcie - mówi z żalem w głosie i już nie jestem pewna, czy to są żarty. Rozłączam się i wysyłam mu aż trzy zdjęcia, na jednym, zrobionym kilka dni wcześniej, widać mnie w całej okazałości.
Olek telefonuje do mnie dopiero po kilku minutach. A ja raczę się drinkiem. Mimo wszystko jest mi jakoś dziwnie - smutnawo, tęskno, czegoś żal... Odbieram telefon z opóźnieniem. Chce mi się płakać.
- Maczku mój - mówi Olek cicho - co to się z nami porobiło... Nie myślałem, że jeszcze będę za kimś tak tęsknił... - To brzmi jak przyznanie się do winy. Prawie nie oddycham. - Czy nie sądzisz, że między nami latał jakiś mały dzieciak z gołym tyłkiem? - Już lubię jego poczucie humory, wszak tu śmieje się sam z siebie! - A za zdjątka bardzo dziękuję. Pochwalę się dziś kuzynostwu tobą. Powiem, że jesteś moją kobietą. Mogę?
- Nie! - Odpowiadam natychmiast i bardzo śmiało. Wiem, że on i tak zrobi, jak zechce, ale nie muszę mu dawać przyzwolenia. Nie jestem jego kobietą, bez względu na to, jak bardzo tego pragnę.
- Nie? - dziwi się Olek. - Jaka to nie? Przecież jesteś moją kobietą.
- Nie pisano o tym w żadnej gazecie - mówię, choć wiem, że dowcip jest bardzo płaski, poniżej mojego poziomu.
- Ejże! Jadąc tu widziałem takie ogłoszenie na wszystkich bilbordach!
- Przyślij mi zdjęcie choć jednego - ripostuję natychmiast.
- Przecież wiesz, że trzymałem ręce na kierownicy.
Nie śledzę zegarka, ale droczymy się tak i żartujemy przynajmniej przez kwadrans, a może przez dwa. Przypominam sobie, że mam jeszcze wyszorować łazienkę. I choć nie chcę kończyć tej rozmowy, to mówię, że mój telefon jest bardzo gorący. Olek w lot chwyta aluzję i całusami kończy rozmowę.
- Maczku, mój skarbie, nie zdziw się, jeśli zadzwonię do ciebie o świcie.
- Ani mi się waż! - odpowiadam, jednak nie wiem, czy to usłyszał.
Dopijam drinka. myję szklanicę i włączam żelazko. Zdejmuję z siebie stylową bluzkę i zostaje tylko w szortach i biustonoszu. I tak jest mi gorąco. Bluzkę od razu odwieszam do szafy. Następnie wyjmuję wszystkie szpilki z małych serwetek i prasuje je, to znaczy serwetki - nie szpilki, prawie do końca susząc. Następnie rozkładam na poręczy kanapy i przypinam do deski do prasowania pozostałe małe serwetki. Żelazko jest wyłączone. Idę szorować moją łazienkę. W zasadzie jestem bardzo zmęczona. I głodna. Bardzo głodna. Lecz łazienka ma priorytet. Myję i szoruję przez pół godziny. Z rozpędu wybłyszczam wszystkie lustra w domu i myję też drzwi. Koniec. Wreszcie koniec. Mam hopla na punkcie sprzątania. Chyba. Idę na kolację - znów tylko warzywną. Ostatnio wcale nie mam ochoty na mięso. Jadam je raczej z przymusu. A jeszcze te teksty w internecie na temat "jedzenia padliny" i filmiki obrzydzające... Niestety, nie mam żołądka jak krowa, nie mogę jeść trawy... A jajko? To też życie. Zarodek przecież. Też mi się zebrało! Energicznie przygotowuje następne pranie - pora na czerwony żakiet. W pralce są teraz różnokolorowe rzeczy, więc dokładam flizelinę zapobiegającą farbowaniu. Ustawiam niską temperaturę i wlewam płyn do prania kolorów. Pstrykam guziczkami - poszło!
A tu znów pukanie do drzwi! W pośpiechu naciągam podkoszulkę i zanim otworzę - znów pukanie, ostre, naglące! Reniusia! Bez słowa rzuca swoje pakunki na środku przedpokoju i znika za drzwiami łazienki. No tak - moja toaleta służy za publiczny szalet dla wszystkich moich znajomych. To dlatego, że mieszkam w idealnym miejscu, a w miasteczku nie ma ani jednego publicznego "przybytku". Wreszcie słyszę, jak spuszcza wodę, myje ręce i już wychodzi!
- Wybacz najście - mówi, obejmuje mnie i mocno całuje w policzki, a później sprawdza, czy nie umalowała mnie pomadką. - Czuję się winna wobec ciebie - klepie szybko - bo ostatnio przychodzę tu wyłącznie w sprawach niewymownych. No, takie życie, takie życie! Kacpra coś zatrzymało i muszę u ciebie przeczekać. Pozwolisz? Nawet nie wiesz, jak się bałam, czy będziesz w domu. W końcu jest sobota.
- Wszystko w porządku, ale chodź ze mną do kuchni, zrobimy jakieś jedzonko.
Reniusia zbiera swoje torby i ustawia je pod ścianą, torebkę wrzuca do pokoju na kanapę i drepcze za mną do kuchni, tam od razu opada na stołek. A ja wyjmuję chleb, masło, warzywa i nastawiam wodę. Nie mam żadnej wędliny w domu, ale przypominam sobie o serku topionym i też go wyjmuję. Widzę, że Reniusia jest zdegustowana.
- Nie masz szynki? Albo chociaż najzwyklejszej kiełbasy?
- Nie mam. Nie jadam. Czasem jem gotowane mięso, ale dziś nie mam.
Reniusia idzie do przedpokoju, chwilę grzebie w swoich torbach, wraca i kładzie na stole torebkę bułeczek oraz pakuneczek z plasterkami wędliny. Sam zapach mi przeszkadza!
- To ty szykuj dla siebie, a ja dla siebie - mówię. I tak robimy. Podsuwam jej umyte warzywa, bierze pomidora. Ja wolę ogórki. Jemy w kuchni przy szeroko otwartym balkonie. Reniusia opowiada o swoich sprawach, które mnie absolutnie nie interesują, ale słucham przez grzeczność, czasem nawet o coś pytam. A Reniusia sypie liczbami - tyle za nawozy sztuczne, tyle za opryski, tyle, tyle, tyle... Zmienia temat i opowiada o dzieciach. Ma chodzące ideały - najmądrzejsze, najpiękniejsze, najlepsze. Teraz o swoim mężu - taki mądry, taki pracowity, taki zaradny, sam umie wszystko zreperować, bardzo dobrze się im powodzi.
- To pożyczcie mi dziesięć tysięcy złotych - strzelam bez zastanowienia. Nie jest mi potrzebna żadna pożyczka, mam dość pieniędzy, ale chcę wypróbować Reniusię.
- Bardzo mi przykro, wybacz, Mirka, ale teraz to niemożliwe. Jest prawdziwy przednówek, słyszałaś ile zainwestowaliśmy bezpośrednio w ziemię. Część pieniędzy mamy na lokatach, ale na razie nie możemy ich ruszać, sama rozumiesz. No i dzieci, ciągle im do czegoś dokładamy. A twoje dzieci nie mogą ci pomóc?
- Tak się składa, że nie mogą. Przynajmniej nie w tym momencie.
- A na co ci taka kwota?
- Pianino chciałam sobie kupić - brnę dalej.
- Nigdy nie mówiłaś, że umiesz grać.
- Bo nie umiem. Ale mam zamiar się nauczyć.
Reniusia zapomina języka w buzi, a mnie wesołość zaraz rozsadzi.
- A po co ci to? - pyta jeszcze raz, zupełnie nie wie, jak podejść do tej wiadomości. A ja nawet nie wiem, ile pianino kosztuje. - Czy nie jesteś za stara na naukę?
- Znasz panią Safianowicz? - to pani, która prowadzi kwiaciarnię przy rynku. Ma ponad osiemdziesiąt pięć lat. Reniusia potwierdza, że zna. - Od minionego września uczy się języka angielskiego. I całkiem dobrze jej idzie. A wcale nie ma zamiaru ruszać się z kraju.
- Coś takiego! - dziwi się Reniusia.
Kończymy kolację i ja od razu wszystko sprzątam, myję, wycieram.
- Ale się objadłam - stwierdza Reniusia. - Możesz zrobić jeszcze jedną herbatę?
- No pewnie. - Mam ochotę pokazać palcem, gdzie stoi czajnik, ale wyhamowuję, co mi tam. Robię jej następną herbatę. Sama mam już dość. Idziemy do pokoju, ale - ku zaskoczeniu Reniusi - nie można na stole nic postawić. - Postaw na parapecie - mówię i odpowiednio przestawiam fotele. - Dlaczego jesteś taka zmęczona? - pytam, chociaż nie jestem ciekawa odpowiedzi.
- Nie wiesz, jak to na wsi? Pół dnia w kurniku, pół dnia w warzywniku. Zawsze mam dużo pracy. A jak się już położę, to ręce tak mnie bolą, że nie wiem, gdzie je mam trzymać. Już teraz będzie trochę lżej, bo i kurczaki podrosły, a i warzywa już mam obrobione, tylko przy świniach nie ma końca, zaraz następna będzie się prosić. Kto ci to robił? - ruchem głowy wskazuje serwetki.
- Nie wiem. Dostałam kiedyś w prezencie - kłamię jak z nut. Wpadłam w nałóg?
- Bardzo ładna robota - chwali. Wiem, że ona szydełkuje. Ale nigdy nie dostałam od niej nawet najmniejszego drobiazgu. Bo niby i z jakiej racji? - Zimą, gdyby nie szydełko, to chyba bym zgłupiała! A tak to nawet i na kolejne śluby mam szykowne prezenty. Tylko takie naciąganie jak u ciebie, to licha robota. Przywieź ją do mnie, mam naciągarkę na różne wielkości. A gdzie ty postawisz to pianino? - znów mnie pyta, widać ta myśl nie daje jej spokoju.
- Tutaj - pokazuję ręką. - Wyrzucę jeden fotel.
- Musisz porozmawiać o pożyczce z moim starym, może on ma jakieś zaskórniaki.
- Zapomnij! Wezmę na kredyt. Najwyżej zapłacę trochę drożej, ale przecież nie zbankrutuję. Po wyrazie twarzy widzę, że Reniusi ulżyło.
Jeszcze piętnaście minut rozmowy i pojawia się jej mąż-kierowca. Reniusia "odpływa" majestatycznie wraz ze swymi torbami. Uf! Czekam na noc, czekam na sen, czekam na święty spokój!
C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 10.06.2018.
fot. z internetu
*** ( wargi wypieszczone słońcem...)
warsztat - twoje oczy twoje usta
***
wargi wypieszczone słońcem
sen złożony z wiosny szeptów
zapisany smutku łzami
na poduszce białej jak puch
pójdziesz do odległych światów
gdzie wciąż Cygana harmonia
miłosne tony dobywa
dla dwojga kochanków jutra
miłość zasnuwa ciepłem oczy
inne kolory wydobywa
jest jak łut szczęścia
gdy kończy się dzień
© Elżbieta Żukrowska 4.06.2018.
fot. z internetu
niedziela, 10 czerwca 2018
Środa - 60 zł za 1 kg (6)
Z życia wzięte - 6.
Środa - 60 zł za 1 kg
(- czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)
Ciąg dalszy piątku.
Wychodzę z cmentarza i naprawdę brak mi kogoś do pogadauszek. Nie mogę iść do żadnej koleżanki, bo przecież jest sobota, większość z nich sprząta, robi zakupy itd. Z nikim się wcześniej nie umówiłam. Jakoś tak jest mi smutno i mgliście... choć na niebie nadal króluje słońce. Sprawdzam godzinę - właśnie mija dziesiąta. Muszę po drodze kupić ługę, to taki stężony roztwór do krochmalenia. Wrócę do domu i zaraz zajmę się serwetkami. Nie wiem jak się to dzieje, ale już stoję w drzwiach lumpeksu. Zmartwiałam. To ten w którym kupiłam suknię z dziurą. Wchodzę i bezlitośnie postanawiam, że nic nie kupię. A jednocześnie wiem, że oszukuję samą siebie. Ty durna kretynko - wymyślam sama sobie i z uśmiechem mówię dzień dobry. W sklepie jest kilka osób. Dwie już wychodzą. Dwie inne są już przy kasie i tez wychodzą. A ja chcę porozmawiać. W sklepie są nadal trzy klientki.
- Dlaczego sprzedałą mi pani taką zniszczoną sukienkę? - pytam ekspedientkę szeptem. Wiem, że mnie pamięta. Uśmiecha się nieśmiało.
- Nie wolno mi informować klientek o wadach - odpowiada szeptem. - Mogę przez to stracić pracę. Nawet nie powinnam z panią o tym rozmawiać. Może pani mnie nagrywa? Teraz to takie modne... Mam troje dzieci i męża, który pracuje tylko dorywczo. Muszę szanować tę pracę - tłumaczy się. - Ale panią znam. To znaczy moja koleżanka panią zna. Jej mama pracowała razem z panią.
- Kto?
- Bożena Krzesiak.
Tak, już wiem, o kogo chodzi. "Pracowała ze mną" - powtarzam w duchu z przekąsem. Była sprzątaczką. I to bardzo lichą sprzątaczką. Nie sprzątała z sercem.
- Ewa mówiła, że jej matka opowiadała, że pani biurko było zawsze najczyściejsze. I pod pani biurkiem tak samo. - O masz ci los - ale się doczekałam rekomendacji! Nawet od sprzątaczki. Jestem wściekła, ale powstrzymuję swoją irytacje. - Wie pani - mówi dalej szeptem ekspedientka, mogę tu ubrać swoją rodzinę za grosze, a to też się dla mnie liczy. Każda złotówka się liczy.
Urywamy rozmowę, bo do kasy podchodzi jedna z klientek, po chwili pozostałe. Z przymusu rozglądam się po sklepie. Na środku, tuż obok filaru stoją dwa wieszaki. Na jednym są torebki, na drugim na górze kapelusze, a na dole torby podróżne i plecaki. Oglądam. Jeden z kapeluszy, beżowy z olbrzymim rondem, budzi moje zainteresowanie. Mierzę go - jest za mały. Ale z boku jest inny, jeszcze ładniejszy! Ma czerwone dodatki. I jest na mnie dobry! Oglądam się w lustrze - podobam się sama sobie. Już wiem, że go kupię. Teraz szukam ukrytych wad, ale nic nie widzę. Jesteśmy w sklepie już same - ekspedientka i ja. Podchodzę do lady.
- Mam coś dla pani - dyskretnie szepcze i wyjmuje spod lady zawiniątko. Spódnice! Trzy spódnice jak marzenie! - Pani ma rozmiar czterdzieści cztery, prawda?
- Prawda.
- Proszę przymierzyć w przymierzalni. Ale wszystko dyskretnie, bo to specjalny towar i po czterdzieści złotych. A dziś w sklepie mamy po trzydzieści. Moja znajoma wczoraj kupiła, ale mąż omal jej z domu nie wygnał i musiała oddać. A księgowanie już poszło. Nie mogę oddać ich w innej cenie.
Może tak, a może nie. Przecież każda złotówka się liczy. Może to jej trzy złote na chleb? Spódnice są falbaniaste, a mimo tego lekkie, zwiewne, w sam raz na upalne dni. Biorę wszystkie trzy i kapelusz. Razem płacę ponad czterdzieści złotych i jestem niewyobrażalnie wściekła. I szczęśliwa. Czy może jednocześnie funkcjonować taka mieszanka? Obiecuję sobie, że w tym miesiącu nie zajrzę już do żadnego lumpeksu, bo najwyraźniej dalej tkwię w nałogu zakupowym.
Po drodze w sklepie chemicznym kupuję dwie buteleczki spirytusu salicylowego, płatki kosmetyczne i pół litra ługi. Mogę wracać do domu. Ale spotykam kilka znajomych osób i na "stojących ulicznych pogaduszkach" upływa mi następna godzina.
W domu najpierw mycie rąk, później siusiu, potem znów myję ręce. I nogi. Nienawidzę zapiaszczonych stóp! Przebieram się w szorty i podkoszulek bez rękawów. Zupa! Wszystko mi idzie błyskawicznie. W międzyczasie zagotowuje się woda na herbatę. Rozsiadam się w pokoju i wypoczywam. Jak na razie dzień jest cudowny! Ale nie mogę spokojnie usiedzieć! Zrobię "białe" pranie. Bez wykręcania przekładam szydełkowe serwetki do pralki, dokładam jedną ze spódnic, tę najjaśniejszą, oraz pozostałe białe i jasne rzeczy z kosza na brudną bieliznę. Kubkiem przelewam wodę z miski do środka pralki - jest prawie czysta, a dużo w niej proszku. Dodaję do odpowiedniej komory płyn zmiękczający i włączam pralkę. Znów myję ręce i wracam do pokoju. Rozkładam na wprost fotela obie spódnice i siadam szczęśliwa. Są piękne! Są wymarzone przeze mnie! Wynoszę je do kosza na pranie, a sama zabieram się za kapelusz, przerywając czyszczenie kapelusza popijaniem herbaty. Na czym polega czyszczenie? Zwilżam płatek kosmetycznym spirytusem salicylowym i "jadę" kapelusz od wewnątrz. Raz przy razie. A nawet wiele razy w tym samym miejscu. Dobrze mi idzie, Szybko. A efekt jest od razu widoczny. Później dokładnie to samo robię z wierzchu. I jeszcze raz od środka. Super. Teraz niech kapelusz przeschnie i ... się wywietrzy. Wieszam go na balkonie na poręczy fotelika tak, by cały był w cieniu.
Ktoś puka do drzwi. Oczywiście Mateusz. W eleganckiej papierowej torebeczce wręcza mi trunek o wiele lepszy i droższy niż ten, który pił u mnie w nocy. W drugiej ręce ma torbę z niemiecką chemię. Zazwyczaj wybieram to, co jest mi potrzebne i za to płacę. Dziś Mateusz mi nie pozwala.
- To prezent - podkreśla z całą mocą. Sam ogląda podkoszulki i bokserki. Jest bardzo zadowolony. - Nie wiem, jak mam ci dziękować, Mirko. Wspaniała z ciebie sąsiadka. Mogę się jednak wprosić na kawę? - Cały Mateusz - prawdopodobnie zapomniał kupić sobie kawę, ale nie zapomniał o tym, o co proszą znajomi i krewni. Robię mu kawę, wiem jaką lubi, i przynoszę do pokoju, a on nadal grzebie się w tych zakupach. - Jeszcze raz bardzo ci dziękuję - mówi z uśmiechem. - Moja pralka dziś chodzi od świtu, więc to, że wyprałaś, to wielka dla mnie ulga.
Mateusz pija bardzo gorącą kawę i teraz też chyba aż parzy sobie usta. Kładzie na stole pieniądze. Z daleka widzę, że jest ich za dużo, chcę wyrównać rachunki do właściwego poziomu.
- Zostaw - protestuje Mateusz. - Może jeszcze trafi się coś ciekawego, to mi kupisz. Na przykład krótkie spodnie. Później przyniosę ci stare na wzór. Dobrze?
W tym układzie nie mogę mu powiedzieć, że moja noga już nie przestąpi progów lumpeksów! Ale już po wyjściu sąsiada robię dokładny "finansowy rachunek sumienia" i kwotę nadpłaty zapisuję w kalendarzu. Następnie zliczam przybliżone ceny niemieckich produktów i też zapisuję w kalendarzu. Pomijając wszystko inne, nie chcę tak drogich prezentów od obcych mężczyzn. "I to by było na tyle", bo właśnie pralka sygnalizuje, że koniec prania. To co można natychmiast - wieszam na balkonie, a serwetki zostawiam do krochmalenia. Następnie jem mój krupnik, bo jestem porządnie głodna. Mój mąż mówił mi, bym starała się nie prać prania raz za razem, trzeba dać czas silnikowi na ostygnięcie. I rzeczywiście tylko w wyjątkowych wypadkach piorę pranie za praniem. Tak było wczoraj, gdy zależało mi na szybkim wysuszeniu Mateuszowego prania.
O, po krupniku muszę rozpiąć guzik w szortach! Od razu zmywam naczynia i idę do sypialni na dłuższą sjestę. Z komórką w ręku. Ale co by nie mówić, jestem z siebie zadowolona. Bałam się, że dzisiejszy dzień upłynie pod znakiem oczekiwania na telefon od Olka. A tymczasem prawie o nim nie myślałam. Ale teraz myślę. I mam nadzieję, że on odbiera te wszystkie moje myśli jako specjalne wibracje. Dlatego za chwilę mogę się spodziewać od niego telefonu. Niestety, nic się nie dzieje, a ja usypiam jak małe dziecko i śpię dwie godziny bez żadnych snów.
Nie było telefonu, nie było esemesa. Małgosia dziś też już nie zatelefonuje. Jest mi przeraźliwie smutno. Tak na pograniczu łez... Mobilizuję się z największym trudem i włączam następne pranie, w chwilę potem krochmalę moje szydełkowe cudeńka. Ale co dalej? Powinnam mieć specjalne ramy, aby upiąć te dwie największe... Małe przypinam szpilkami do deski do pracowania. To żmudna praca, trzeba naciągać każdą wypustkę (nie znam fachowej nazwy), a później szpilka za szpilką wbijać jednocześnie dalej naciągając. "Jadę" tak z każdą trzy razy, aż osiągam stan maksymalnego naciągu. Szpilek wystarcza mi tylko na trzy serwetki. I koniec. Reszta na jutro. Wracam do dużych serwet. Sprzątam wszystko ze stołu w pokoju i układam na nim kilka ręczników kąpielowych, na to dwa podwójnie złożone prześcieradła. Wreszcie kładę jedną z szydełkowych serwet. Tu nie wbiję żadnej szpilki, ale przez ponad godzinę chodzę wokół stołu i naciągam, naciągam, naciągam. Od razu wycieram to, co mi kapie na podłogę. Boli mnie kręgosłup i opuszki palców. Całe ręce mnie bolą! Mam zamiar zrobić sobie drinka, by choć trochę się rozluźnić, nie przeżywać braku telefonu od Olka, a tu on wreszcie w moim telefonie - przysłał mi swoje zdjęcie zrobione na balkonie. I jest dopisek: "Zadzwonię za 5 min.".
Owszem, robię sobie "zielonego drinka", ale jest to już zupełnie inny drink, niż myślałam przed kilkoma minutami - to jest przede wszystkim WESOŁY drink! A zielony, bo w skład wchodzi białe wino, kieliszek białej wódki, dwa kieliszki syropu miętowego i tonik. O, to już ostatnia butelka toniku. Dorzucam cztery kostki lodu i mieszam kolorową słomką. Próbuję - jest idealny! Mogę zapaść się w fotel i czekać.
Moje najdłuższe pięć minut w życiu!
C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 09. - 10.09.2018.
fot. z internetu
*** (zagubiona i stracona...)
temat - twoje ręce, twoje usta
***
zagubiona i stracona
miłość
łąkami gdzieś płynie
tańczy z wiatrem
a w burzanach cicho łka
jest ulotna jak myśl
jest niestała jak mgła
roztrwoniona
w młodości dolinie
© Elżbieta Żukrowska 5.06.2018.
fot. z internetu
sobota, 9 czerwca 2018
Dziękuję!
Kochani moi Czytelnicy! ♥
Zastanawiam się, po co ja te wierszydła piszę, jak i tak większe branie ma proza...
Dziękuję, że jesteście ze mną. Przecież dla Was piszę.
Środa - 60 zł za 1 kg (5)
Z życie wzięte - 5
Środa - 60 zł za 1 kg
(- czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)
Noc z piątku na sobotę.
Mateusz. Budzi mnie wielokrotne trzaskanie drzwiami samochodu. Wstaję i wyglądam przez otwarte okno. No tak - on ma zawsze dużo bagażu. Obraca kilka razy i wcale nie zachowuje się cicho, mimo że jest druga w nocy. Zauważa mnie i macha do mnie ręką. Teraz wnosi chyba ostatni, trzeci, transport rzeczy. Słyszę ciche pukanie do moich drzwi. Otwieram w koszuli nocnej. Widzę, że mój sąsiad jest cały rozdygotany.
- Mogę? - wchodzi do pokoju i rozsiada się w fotelu.
Lecę do łazienki po szlafrok.
- Jak masz jakiś alkohol, to poczęstuj mnie.
Mam. Podaję butelkę i szklankę. Sama idę po lód. Nie mam ani coli, ani pepsi, trudno. Mateusz nalewa sobie pół szklanki, dorzuca do pełna kostki lodu, kilkoma łykami wypija alkohol i nowo napełnia nim szklankę. Kostki lodu gruchoczą, lubię ten dźwięk. Opowiada o zdarzeniu chaotycznie, nieskładnie. Ciągle jest cały w emocjach. Pijak mu się na rowerze władował pod auto. Nie pod TIR-a, ale pod Mazdę. Cud, że się nic nie stało. No cud. Rower wybiło do rowu, a pijaczyna pod Mazdą. Wyczołgał się, wstał, otrzepał się, powiedział bełkotliwie przepraszam i chodu w pole.
- Jeśli jutro się okaże, że coś mu się stało - to mam prze... przerąbane. Normalnie mi uciekł. Zgłosiłem na policję, dałem sobie pobrać krew, a ciągle nie mogę ochłonąć. Masakra! I to tuż przed wjazdem do miasteczka.
Międli to zdarzenie na wszystkie strony, a przecież już jeździ ze dwadzieścia lat! Aż nie do wiary, że to jego najpoważniejsza kolizja w życiu.
- Chociaż nie - prostuje. - Kiedyś w Norwegii boczny wiatr chciał mnie zepchnąć z trasy. A byłem lekki, wiozłem jednorazowe pieluszki. Wtedy to się dopiero najadłem strachu! Wywrotka TIR-a i to na obcym terenie...
Mateusz rozgadał się. Opowiada historię za historią. W końcu pytam go wprost - kiedy zamierza iść spać. Przeprasza mnie najgoręcej i zaraz wychodzi. Na razie nie chce brać przygotowanych dla niego zakupów, bo - jak mówi - ma na wejściu totalny bałagan.
Układam się ponownie do snu, ale nie dam rady utrzymać zamkniętych powiek. W soboty rozmawiam telefonicznie lub na skype z dzieciakami. To już jutro. A w zasadzie dzisiaj. Zapalam nocną lampkę i patrzę na zdjęcia wiszące w ramkach na ścianie. Nie to nie jest dobry kąt widzenia, a i oświetlenie nieodpowiednie. Wstaję. Zapalam światło pod sufitem. Jakże bardzo kocham te moje dzieciaki i wnuki... Później, pewnie przez godzinę, oglądam zdjęcia w albumach. Całkiem tonę we wspomnieniach. W końcu jestem tak zmęczona, że sama nie wiem, kiedy i jak usypiam. Nic mi się nie śni, a przynajmniej nie pamiętam, aby coś mi się śniło.
Sobotni poranek jest zamglony, a ja niewyspana. Robię sobie nieco mocniejszą niż zawsze kawę i w szlafroku rozsiadam się na balkonie. Zdaje się, że park mam dosłownie na wyciągnięcie ręki! Wiem, że część radnych walczyła o to, by między parkiem a blokiem była ulica. Na szczęście ktoś mądry zwalczył ten pomysł. I mamy zieloną oazę.
Piję kawę i zastanawiam się, co mam zrobić z dzisiejszym dniem. Wczoraj Olek zjadł moją porcję zupy, którą miałam mieć na dziś. Albo jest doskonałym aktorem, albo rzeczywiście tak bardzo mu smakowała, że niemal wylizał talerz. Przyznał, że rzadko jada zupy, nie umie gotować, a na starość już nie będzie się uczył. I jeszcze powiedział, że nie wiedział, że można zrobić krupnik na kaszce mannie.
Już wiem - muszę iść na rynek po warzywa i po kwiaty. Jeszcze raz ugotuję krupnik, teraz na pęczaku. Maszeruję więc pod prysznic na poranne ablucje. Jeszcze raz dokładnie oglądam się w lustrze w poszukiwaniu ewentualnego kleszcza. Na szczęście nie widzę. Ubieram się dziś na liliowo. Jest mi dobrze w tym kolorze. Z włosów robię staroświecki luźny koczek babuni - moja ulubiona fryzura. Makijaż. Sznur korali-kulek, takie raczej tandetne badziewie, ale je lubię. Jak się komuś nie podoba, to niech nie patrzy. Na nogi stare klapki. Na ramię płaski kosz na zakupy. bardzo go lubię. Portmonetkę trzymam w ręku - zawsze tak robię na rynku. Do drugiej ręki biorę śmieci do wyrzucenia. Są tam nieszczęsne klapki i kwiatki od Olka. Brakuje mi trzeciej ręki do zamknięcia drzwi na klucz. W końcu zamykam i wciskam klucze do kieszeni dżinsów. Zaliczam śmietnik i już wędruję w stronę ryneczku. Małe miasteczko, to i wszędzie blisko. Dochodząc do rynku po prawej stronie niewysokiego budynku jest wejście do piwnicy, a nad nim wielki szyld "CIUSZEK ZA GROSIK". Lumpeks! Zupełnie o nim zapomniałam. I na dodatek już czynny, bo od godziny siódmej rano do piętnastej, przy sobocie tylko do trzynastej. Mirka - krzyczę w myślach na siebie - nawet nie patrz w tamtą stronę! Masz całą szafę szmat. Nie bądź kretynką!
Kupuję sześć młodych ziemniaków, ogórek, cztery pomidory, po pęczku koperku, pietruszki, szczypiorku i rzodkiewki. Jest też piękna sałata masłowa, ale kiedy ja to wszystko zjem? I jest szczaw. Tu nie waham się wcale, kupuję od razu trzy pęczki, bo chcę sobie zamrozić na zimę. Natomiast z kwiatami jest raczej klapa - tylko przekwitające tulipany. Rezygnuję z tulipanów. Raz mogę nie mieć kwiatów na niedzielę, a co tam. Za to wybieram dwa jabłka i dwie gruszki. Koniec zakupów. Dziś nie spotkałam nikogo znajomego. Nie szkodzi. Pani Ania dopiero się rozkłada z towarem...
Już wychodzę z rynku. Udaję sama przed sobą, że lumpeks wcale mnie nie interesuje. Ale to nieprawda! I tak wiem, że tam zajdę. Obym tylko umiała pohamować się z zakupami.
Wchodzę. Zaspane dziewczę oburącz trzyma kubek z kawą i nie odpowiada na moje dzień dobry. Trudno. Rozglądam się. Przy ścianach wieszaki z towarem wycenionym. Na środku koryta z towarem na wagę. Szukam cennika - dziś po trzydzieści złotych. Zerkam to tu, to tam, ale towar bardzo lichy, powiedziałabym z dwudziestej ręki. Nagle WIDZĘ - i pewnie zapaliły mi się latarnie w oczach. Odwracam się w drugą stronę, aby ukryć emocje. Dopiero po kilku chwilach wracam i od niechcenia pytam o ręcznie robione szydełkowe serwety. Jest ich dużo, moją różną wielkość. Nie, nie są wycenione. Czyli są na wagę. zdejmuję je z wieszaka i rozkładam na ladzie. Wybieram starannie. Chętnie kupiłabym wszystkie! Nie umiem robić na szydełku, a uwielbiam takie gadżety! Wybieram dwie duże i kilka małych. Panienka nie ma drobnych, nie może mi wydać. Dokładam jeszcze dwie serwetki i teraz już nie trzeba wydawać reszty. Zostawiłam w sklepie trzydzieści złotych... ale nie mam powodu by złościć się na siebie. To bardzo udany zakup.
Wracam do domu noga za nogą. Po drodze mam mikroskopijny skwerek z ławeczkami. Siadam i mam zamiar pooddychać rannym rześkim powietrzem. Na razie ciągle ruch jest niewielki, w końcu to sobota. Wystawiam twarz do słońca i przymykam oczy. Jest cudownie. Wraca myśl o Olku i o Julianie. Dziś po obiedzie pójdę na cmentarz. Brzęczy telefon - esemes od Olka:
- Dojechaliśmy szczęśliwie. Zaraz idę spać. Później do ciebie zadzwonię - o ile pozwolisz.
- Dobrze. Będę czekała. Pomyślności. - Odpowiadam, a serce wykonuje jakieś salta! Normalnie zwariowało! Kretynka, kretynka, kretynka! - przezywam sama siebie w myślach. Mam spocone z emocji dłonie!
W zasadzie - jako osoba dorosła - mogę teraz śledzić samą siebie pod kątem zakochiwania się. Nie mam pojęcia, czy to już jest miłość, czy może tylko pożądanie... A powinnam wiedzieć! Jest to jednak uczucie absolutnie różne od tego, jakim darzyłam Juliana. JEST DZIKIE! Nie do ujarzmienia. I cudowne! Cieszę się, że mogę coś takiego przeżywać. Jakby wróciła mi młodość. To wewnętrzne roztańczenie jest bardzo pozytywne. RADOŚĆ ŻYCIA! Ależ tak!
Postanawiam zmienić plan dnia - zaniosę zakupy do domu, zjem śniadanie i pójdę na cmentarz. Nie wiem, o której zatelefonuje Olek, ale z całą pewnością nie chcę, aby ta rozmowa odbywała się na cmentarzu.Już mam zamiar schować komórkę, ale ona znowu brzęczy. Odbieram, bo to Jasiek.
- Cześć mamuś. Co u ciebie? Jak się czujesz?
To standardowe pytania. Moje dzieci są lekarzami. W Stanach Zjednoczonych. Jasiek już jest neurochirurgiem w Bostonie, w jednej z najlepszych klinik na świecie, chyba marzenie każdego lekarza. Jestem bardzo dumna z syna, bo doszedł do tego o własnych siłach. A Małgosia jest w Cleveland. Specjalizuje się w nowotworach. Nawet nie mogą się często widywać, choć niby to nie jest daleko... Mam cudowne dzieci. Lecz wolałabym mieć je przy sobie. Chciałabym, aby byli w Polsce. Odpowiadam Jaśkowi, że wszystko w porządku - co jest zgodne z prawdą. A on na to, że u niego też. Tyle, że w tej chwili ma bardzo trudny dyżur. Gdy już wróci do domu, to będzie spał bez przerwy do następnego dyżuru. Rozumiem przez to, że jest bardzo zmęczony, wprost skonany... Zaraz też się żegnamy, jeszcze słyszę, że go wołają...
Wracam do domu rozmyślając nad życiem rodziców. Chowamy dzieci dla świata. Sami zadowalamy się okruchami ich czasu... Ja też nie byłam z moimi do końca - ale byłam chociaż w tej samej miejscowości i kontakt był zdecydowanie częstszy. A ja nigdy na żywo nie widziałam wnuków. Obiecuję sobie, że kiedyś polecę do dzieci, nawet wierzę, że tak się stanie. Tylko nie wiem, kiedy. A czasu jest coraz mniej.
Rozkładam warzywa w wyznaczonych miejscach. "Nowe" serwetki niosę do łazienki, napuszczam do miski wodę, dodając przy tym proszek do bieli. Zanurzam w roztworze moje cudeńka, niech mokną. Sama myję ręce i idę zadbać o swoje siły witalne. Rzodkiewka! Duuużo rzodkiewki! Chleb z masłem i aż sześć dużych rzodkiewek. Popijam to wodą, bo jakoś szkoda mi czasu na herbatę. Wkładam do mego koszyka wkłady do zniczy i kosmetyczkę z portmonetką oraz telefonem. Są tu tez zapałki i kilka innych użytecznych drobiazgów... Klucze znów chowam do kieszeni. Dopiero dochodzi ósma - o, ranny ptaszek ze mnie. Droga na cmentarz spacerowym krokiem zajmuje mi dwanaście minut. Pani ze sztucznymi kwiatami i stroikami już rozłożyła swój kramik. Widzę różnokolorowe stokrotki zagipsowane w maleńkiej doniczce. Julianowi by się podobały. Więc kupuję. Pani ekspedientka zna mnie z widzenia. Często u niej kupuję różne drobiazgi na grób męża, rodziców, znajomych. Stawia przede mną kilka doniczuszek - mogę sobie wybrać.
Przy grobie Juliana odnajduję głęboki spokój. Zawsze tak jest, To znaczy zawsze od jakichś trzech lat. Siadam, trochę się modlę, trochę rozmyślam, trochę rozmawiam z Julianem. Pytam go, czy się gniewa o Olka. Wiem, że to głupie, ale chcę mężowskiej akceptacji. I słyszę, jak Julian mi mówi, że zbyt długo byłam sama. Kiwa z aprobatą głową. Przypominam sobie, jak często mówił, że mnie kocha - przez całe wspólne życie po kilka razy dziennie. Nawet w czasie kłótni umiał to powiedzieć. Zdumiewające! Ale też lubił, gdy i ja mu mówiłam o swoich uczuciach do niego. Impulsywnie wyjmuję telefon i łączę się z Jaśkiem.
- Mamuś? - mój syn jest zdziwiony.
Szybko mówię, że nic się nie stało. Że telefonuję by zapytać, kiedy ostatnio mówił Nataszy, że ją kocha. Czuję niebotyczne zdumienie syna. Po kilku sekundach mówi, że nie rozumie.
- Kiedy ostatnio powiedziałeś Nataszy, że ją kochasz?
- Nie wiem, nie pamiętam - przyznaje szczerze.
- A kochasz ją?
- Tak. Zdecydowanie. - Teraz odpowiedź pada szybko.
- Musisz jej to mówić codziennie. Bodaj przez telefon. Nawet kilka razy dziennie.
- Mamuś, co tobie!?
- Obiecujesz? - pytam z naciskiem.
- Mamo!!
- Obiecujesz?
....
- OBIECUJESZ?
- TAK.
- Nie złam słowa! Kocham cię. I całuję. Do usłyszenia.
Być może moje dzieci mają matkę wariatkę. Ale ona (ja) na pewno je kocha wraz z przyległościami! I bardzo chce, aby były w swoich małżeństwach szczęśliwe. Jaś ma za żonę Rosjankę, Małgosia wyszła za mąż za Szkota. Relacje z inną nacją zawsze mogą być utrudnione. A mnie tak bardzo zależy, aby w szczęściu razem dożyli końca swoich dni!
Kolejno odwiedzam wszystkie "moje" groby i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wracam do domu.
C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 9.06.2018.
fot. z internetu
*** (znieruchomiała cisza...)
***
znieruchomiała cisza
nie ma nawet westchnień
usta przestały
karmić malinami
na glinianym dzbanku
zakwitła czereśnia
a z drugiego płyną
zapachy konwalii
cisza ociężała
przepojona latem
leniwa miłością
oraz upałami
i tylko stary zegar
wciąż złości kukułkę
z hałasem wyskakuje
niszcząc ciszę w domu
© Elżbieta Żukrowska 4.06.2018
fot. Depositphotos
piątek, 8 czerwca 2018
Środa - 60 zł za 1 kg - (4 )
Z życia wzięte... 4.
Środa - 60 zł za 1 kg
(- czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)
Ciągle jest piątek. Popołudnie. Cały czas "walczę" z praniem - wieszam, przewieszam, aby jak najszybciej wyschło. I szoruję moją kuchnię do połysku. Jestem bardzo zmęczona. Muszę poleżeć. Kończę z kuchnią - jest prawie osiemnasta. Rozsiadam się w moim foteliku na balkonie. Z wiszących mi nad głową koszulek płynie piękny zapach płynu zmiękczającego. A przez głowę prześlizgują mi się jakieś niedokończone myśli o Olku... Ciiiiii..... nakazuje sama sobie. Usypiam nie wiadomo kiedy. Ale śpię krótko, może ze dwadzieścia minut. To wystarczający zastrzyk energii. Robię słabą kawę, pogryzam rabarbarową babeczkę, a następnie znów zajmuję się praniem. Wszystko już jest suche. Bawełny się nie prasuje - mam to zakodowane w głowie. Za to wygładzam i składam bardzo starannie. Jest pokaźna sterta rzeczy Mateusza! Robię na kartce rozliczenie. Jedna z podkoszulek, mimo, że w rozmiarze L, jest wyraźnie węższa od reszty. Może jednak nie będzie tragicznie zbyt mała. Kładę ją oddzielnie. Tak na wszelki wypadek.
Mam wrażenie, że coś mi chodzi po szyi. Idę do łazienki, czeszę się i spinam włosy na czubku głowy. Ale to nie włosy. Oglądam uważnie dekolt. O kurczę! Chyba mam kleszcza! Jestem bardzo zaniepokojona - muszę do szpitala, sama sobie nie wyjmę! Idę na balkon po stare klapki. Na sąsiednim balkonie jest Ula. Przecież ona jest pielęgniarką - przypominam sobie. Wymieniamy zwyczajowe uprzejmości. Lubimy się. Czasem się odwiedzamy, czasem szeptem plotkujemy na balkonie. Ula od wielu lat samotnie wychowuje dwie córki. "Łapie" każdy możliwy dodatkowy dyżur, więc nie bardzo ma czas na pogaduchy, ważniejszy dla niej jest odpoczynek. Dziś też jest wyraźnie skonana, ale wiesza swoje pranie. Mówię jej o co chodzi, a ona uważnie ogląda moją szyję. - Zaraz u ciebie będę - mówi i nawet nie kończy rozwieszać prania.
Przychodzi. Ma ze sobą specjalne szczypce i butelkę płynu odkażającego. "Operacja" trwa kilka chwil. Następnie każe mi pokazać całe plecy. Rozbieram się do majtek, a ona mnie uważnie ogląda. Znajduje jeszcze jednego pod lewą łopatką.
- Gdzieś ty była, dziewczyno? - pyta ze zgrozą w głosie.
Mówię o "poziomkowym raju", a ona kiwa ze zrozumieniem głową.
- W naszym parku też jest dużo kleszczy. Tylko dziś usuwałam kilka. Trzeba bardzo uważać - poucza mnie.
- Do czego to doszło - nawet zwykły spacer jest niebezpieczny! A nabrałam apetytu na te poziomki... Już tam nie pójdę.
- Kleszcza można teraz złowić wszędzie. Jest plaga kleszczy. Dlatego mimo wszystko nie broń się przed poziomkami. Może nie będzie tak źle.
Ula zbiera się do wyjścia, ale proponuję jej herbatę i drożdżówki, więc zostaje. Opowiada mi o swojej pracy i o tym, jak bardzo jest zmęczona samotnym życiem. Pytam ją, dlaczego po raz drugi nie wyszła za mąż. Przyznaje, że to był błąd. Miała kilku starających się, ale bała się, że mogą nie być dobrymi ojcami. Dziewczynki zawsze były dla niej najważniejsze.
- Miałam kilku kochanków - przyznaje z zadziwiającą szczerością. - Odpowiadał mi taki "dochodzący" układ, ale obawiałam się ludzkich języków, więc trzymałam wszystko w tajemnicy. Niepotrzebnie. Ludzie i tak cię obgadają, zawsze to robią. Nie patrz na ludzi - radzi. - Rób tak, aby tobie było dobrze i wygodnie. Ludzie za ciebie życia nie przeżyją.
Myślę o Olku, ale nie mówię tego głośno. W zasadzie jeszcze nic się nie zaczęło i może do niczego nie dojdzie. O czym tu gadać?
- Może byś upiekła mi ciasto na imieniny? Są dwudziestego dziewiątego maja - mówi Ula proszącym tonem.
- Oczywiście - zgadzam się natychmiast. - A co sobie życzysz?
- Tort i sernik na zimno - Ula jest zdecydowana i konkretna. W szpitalu jest sporo osób i ciasta trzeba raczej dużo, by dla wszystkich starczyło. W domu Ula nie szykuje żadnej imprezy. Już kilka razy robiłam jej ciasto do pracy. Ale tort? - Poradzisz sobie, nie takie specjały wypiekałaś. Wiem, bo jadłam i było przepysznie. Duży tort z bitą śmietaną - uściśla.
- Nie ma problemu - mówię, bo niby co innego mogę powiedzieć?
Ula dopija herbatę i wychodzi. A ja wiem, że zrobię jej także duże tiramisu, takie z trzech dużych paczek biszkoptów. W tej chwili, tak z marszu, spisuję składniki do kupienia i na razie przestaje myśleć o cieście.
Pakuję rzeczy Mateusza do dużej "zakupowej" torby i już chcę się położyć. Pół godziny później ląduję w łóżku z książką w ręku, ale znów mi nie idzie czytanie - myśl co chwila jest przy Olku. Muszę to jakoś zahamować. Tymczasem jestem jak nastolatka - drży mi serce i ręce... Fatalnie.
Olka znam od bardzo, bardzo dawna. Siedzieliśmy przy tym samym stoliku na balu sylwestrowym wkrótce po moim ślubie. Dwanaście osób nas siedziało, a Olek obok mnie. Był ze swoją żoną, przemiłą Blanką. Świetnie się bawiliśmy. To był naprawdę wspaniały bal, może też dlatego, że byłam tak obłędnie zakochana w swoim mężu, nadzwyczajnym tancerzu. Wychodziliśmy z balu jako ostatni goście... Od czasu do czasu widywałam tak Blankę, jak i Olka, w końcu to małe miasteczko. Ona pracowała w biurze - zupełnie tak jak ja. A Olek pracował jako kierownik transportu w budowlanym przedsiębiorstwie. Mimo wzajemnej sympatii nigdy nie doszło do bodaj jednych odwiedzin. Nigdy też nie spotkaliśmy się na następnym balu, a było ich po drodze całe mnóstwo. Oboje z Julianem bardzo lubiliśmy tańczyć i łapaliśmy wszystkie możliwe okazje. Już po śmierci męża spotkałam ich oboje w przychodni. Blanka chorowała, Olek jej towarzyszył. Długo wtedy rozmawialiśmy. Byłam w żałobie. Olek zapytał, czy nie potrzebuje jakiejś sąsiedzkiej pomocy. Nie potrzebowałam. Mój żal po stracie męża był bardzo głęboki. Otrząsnęłam się z tego dopiero po kilku latach. To znaczy pogodziłam się ze stratą Juliana. Ale ciągle mi jego brakuje. Ostatnio narzuciłam sobie pewną dyscyplinę i już nie biegam tak często na cmentarz, ale początkowo byłam tam każdego dnia... Moje dzieci bardzo nalegały, abym tak często tam nie chodziła. Widziały, że przeginam. Mówiły, że się uzależniam, bo szłam nawet w brzydką pogodę. Eh... Było, minęło. Nie ma co rozpamiętywać.
A jednak nadal byłam myślami przy Julianie i przy Olku.
Julian to poeta. Delikatny i czuły mężczyzna. Był trochę nieporadny w życiu, za to otaczał mnie miłością, dobrocią, tkliwością. Czasem miewał humory, nie był ideałem, ale bardzo szybko wracała do nas zgoda. Kiedyś, bardzo dawno temu, z braku papieru zapisał wiersz na moich plecach... Nie można było ich potem domyć... Uwielbiałam, gdy mi opowiadał o "niebieskich migdałach"... Nigdy się ze sobą nie nudziliśmy. Jednocześnie był bardzo lubianym nauczycielem historii w miejscowym ogólniaku. Do dziś na jego grobie znajduje świeże kwiaty i znicze. A te lata z nim to mój bardzo szczęśliwy okres w życiu. Dziś czasem czytuję jego tomiki...
Olek jest przeciwieństwem Juliana. To mężczyzna-zdobywca. On na nic nie czeka. To co chce - bierze choćby siłą. Z drugiej strony - ledwie go znam. Podoba mi się. Ale może tylko dlatego, że jest tak różny od Juliana? I proszę - zjawia się jak na zawołanie. Ledwie odkleił się pasek - a on już jest.
Wspomnienie butów mnie mrozi. Kupiłam byle co i w żadnym razie nie mogę iść z nimi do szewca! Przecież za chwilę coś się znów zepsuje. Kto to widział kupować klapki za dwanaście złotych? Nasz sąsiad z lat dziecinnych, pan Jaworski, mówił wprost - z g*na bata nie ukręcisz. Mój tato mówił bardziej elegancko - jakie pieniądze taki towar. I prawda. A mama i babcia wbijały mi do głowy, bym nigdy nie kupowała tanich, byle jakich rzeczy.
- Kupisz tanią bluzeczkę i po pierwszym lub drugim praniu ją wyrzucisz, bo nawet nie będzie się nadawała na ścierkę do podłogi - mówiła moja mama. - Kup jedną rzecz w roku. Ale porządną. I po piętnastu latach będziesz miała piętnaście porządnych rzeczy w szafie. A jeśli każdego roku kupisz piętnaście byle jakich szmat - twoja szafa po piętnastu latach nadal będzie pusta.
A babcia do taktu kiwała głową - Słuchaj się mamy - potwierdzała. - To ja ją tego nauczyłam.
Moja babcia, siwa - siwiuteńka. I taka stareńka. Mama odeszła jeszcze szybciej, nie zdążyła się tak pięknie na biało i zmarszczkowo zestarzeć. Ile życia przede mną? Niewiele. Mam sześćdziesiąt sześć lat... Na razie jestem zdrowa. Jak długo? A Olek? Jest o kilka lat starszy ode mnie...
Olek i Olek! Jakbym już szykowała się do ślubu! To tylko znajomy! Kilka pocałunków o niczym nie świadczy! Ale nie mam co siebie tak przekonywać, bo wiem, że jest dokładnie odwrotnie. To nie jest udawane. Oboje wpadliśmy. Być może za miesiąc czy za rok wszystko się wypali, ale teraz jest to wielki płomień. I tylko od nas zależy, co będzie dalej. No właśnie - co?
Już prawie usypiając przychodzi mi do głowy myśl, że trzeba wszystko zostawić swemu biegowi. Ani się nie narzucać, ani się nie bronić przed uczuciem. Samo życie przyniesie właściwe rozwiązanie. I cokolwiek by to było - trzymać wszystko w tajemnicy, nie afiszować się ewentualnym związkiem.
Usypiam czując na ustach pocałunek Olka - wspomnienie jest niesłychanie realne. To zaborcze wargi, władcze. I pełne słodyczy... Cudowne...
C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 8.06.2018.
fot. z internetu
*** (dni strzały czasu...)
warsztat - "twoje oczy, twoje usta"
***
dni strzały czasu
zostały kruszynki wspomnień
szelest trawy na wietrze
i zapach jaśminów
jak legendy o tobie
o twoim spoojrzeniu
kiedy widziałam
w twoich oczach siebie
kiedy ustami karmiłeś
niczym malinami
rozmarzam się i taję
jeszcze raz sycę się
czasem zaprzeszłym
łkam
© Elżbieta Żukrowska 3.06.2018.
fot. z internetu
Środa - 60 zł za 1 kg (3.)
Z życia wzięte... 3
Środa - 60 zł za 1 kg
(- czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)
Jest piątek. Jeszcze nie otwieram oczu. Lubię te poranne oszołomienie, kiedy nie wiem, czy jestem w domu rodzinnym, w wynajmowanej kawalerce, czy już we własnym mieszkaniu w bloku. Jeszcze nie mogę ustalić stron świata. Świergot ptaków zdaje się wypełniać cały pokój, więc nie wiem, z której strony jest okno. Co tam okno - ważne, że cała jestem zanurzona w błogości, nie mam zmartwień, nie ścigają mnie żadne bóle, nic NIE MUSZĘ. Aż chce się żyć! I otworzyć oczy. A tu na wprost nich zawieszona na ramiączku na drzwiach moja spalona suknia z żorżety... I w tym momencie przestało być miło. Zaraz, czym ja się przejmuję? Nie muszę ponosić dalszych kosztów! Wystarczy włożyć suknię do śmieci i po kłopocie. Ale skąd! Jakaś idiotyczna, wewnętrzna uczciwość przed samą sobą, każe mi brnąć dalej w ten temat.
Poranne ablucje, kawa na balkonie, rozmyślanie o sukni. I już się biorę do roboty. Uprzątam stół, rozkładam tam suknię, odcinam niepotrzebne części - żadnego prucia! Mam dół sukni, oddzielnie podszewkę (nie ma na niej śladów spalenia), materiał z rękawów bez podszewki. Teraz zastanawiam się, czy wyciąć cały pas materiału ze spalonym, czy może tylko wydłużony prostokąt. Praca pochłania mnie aż do ósmej. O tej porze (zawsze w piątki) obdzwaniam kolejno rodzeństwo, tak po starszeństwie. Oni też do mnie dzwonią i w ten sposób nigdy nie tracimy kontaktu, mimo szalonych odległości.
Teraz zjadam moje "przydziałowe" pół kromki chleba orkiszowego - chleb mam wyliczony, nie wolno mi więcej. I jedną rabarbarową babeczkę. Wreszcie ubieram się kompletnie - dziś na zielono, robię delikatny makijaż i w nowych klapkach wychodzę "na miasto". W planie mam zakup chleba - później podzielę go na cztery części i trzy z nich zamrożę - żałuję, że nie pieką mniejszych bocheneczków, ale trudno. Mam też odwiedzić ostatni, trzeci lumpeks i kupić podkoszulki dla Mateusza. Na inne rzeczy nawet nie wolno mi patrzeć - przykazuję sobie w myślach. Boję się, bym nie wróciła do nałogu kupowania, dla samej przyjemności wydawania pieniędzy. Nie mam ich w końcu tak wiele. Mogę żyć swobodnie, nie muszę śledzić cen, ale nie ma mowy o kupowania wszystkiego, co mi przyjdzie do głowy!
Ranek ciągle jest przyjemny i lekko rześki. Aż kusi mnie dłuższy odpoczynek na ławce. Tyle, że tu nie ma żadnych ławek, więc idę noga za nogą, patrzę jak ubrane są mijane kobiety, czy mają dość słońca na swoich twarzach. Muszę przyznać, że jest go mało - nie ma zadowolonych twarzy. Pośpiech, zagonienie, brak uśmiechu. Co jest? Ale wiem, co jest. Ludzie w wieku tzw. produkcyjnym nie cenią tego, co mają. Nie, nie chcę rozmyślać o ponurych sprawach. Odrzucam od siebie ten temat. Już dochodzę do ostatniego skrzyżowania, po drugiej stronie jest mój sklep z pieczywem. Tuż przed drzwiami czuję, że jest coś "nie halo" - nowy klapek leży na chodniku bez mojej nogi w środku... Podnoszę go i wchodzę. Są trzy osoby w kolejce. Cierpliwie czekam, a później kupuję nie tylko chleb, ale i dodatkowe jednorazówki. Jedną z nich, skręconą w sznurek, przywiązuje klapek do nogi. Przecież muszę jakoś wrócić do domu. Ale lumpeks jest o pięćdziesiąt metrów dalej! Męska decyzja - jednak wybieram lumpeks. Człapię wolno, jest mi niewygodnie. Drzwi sklepu są szeroko otwarte i przywiązane do jakiegoś haka. W drzwiach właścicielka, z która się trochę znamy, na tyle, że mówimy sobie dzień dobry. Od razu spostrzega moją "awarię".
Witamy się i wchodzę do środka. Sklep składa się z dwóch pomieszczeń. W pierwszym każda sztuka opatrzona jest ceną. Jest bardzo dużo wieszaków i aż gęsto od towaru. W drugiej części jest towar na wagę - dziś po piętnaście złotych. Tu też są wieszaki, ale na środku stoi niska kanapa dla klientów. Przez jej oparcie przewieszone są ręczniki frote. Jest też kilka krzeseł, na których leży wyselekcjonowany towar - tu są dresy, tu męskie dżinsy, a tam.... podkoszulki! Całe oparcie krzesła w podkoszulkach, a na siedzisku wielka sterta męskich majtek-bokserek. Jednak nie rzucam się na towar, tylko grzecznie rozmawiam z właścicielką, którą interesuje moja przygoda z butami.
- A jaki rozmiar pani nosi? Może coś u mnie znajdziemy, pani Mirko. - O, nie wiedziałam, że zna moje imię. Jest mi miło. Za chwilę przynosi mi czarne czółenka. Są okropne! - Te są najtańsze, tylko dziesięć złotych.
Prawdę powiedziawszy brzydzę się obcych butów. Nawet nie chcę ich mierzyć, więc mówię, że takich nie chcę. Pytam, czy może jest coś na paskach, jakieś sandałki. I rzeczywiście po minucie pani przynosi mi czerwone sandałki. Pasek na paseczku, paskiem poganiany. Czterocentymetrowy obcas dość mocno zniszczony. Ale generalnie sandałki są piękne. Wyjmuję higieniczne chusteczki i przecieram buty przed założeniem. Pasują idealnie! Cena? Dwadzieścia złotych. Zastanawiam się. Nie mam czerwonych rzeczy z wyjątkiem starego swetra, który tu będzie "ni przypiął, ni wypiął". A jednak już nie zdejmuję sandałków z nóg. Za to przysuwam sobie do kanapy krzesło z majtkami i podkoszulkami - to są nowe rzeczy! Wysyłam do Mateusza esemesa - "Jeśli możesz to zadzwoń teraz. Jestem, w sklepie." Oddzwania prawie natychmiast.
- Trafiłaś w idealnym momencie. Za kilka minut ruszam z parkingu.
Mówię mu o znalezisku. Bokserki są wycenione - każde za pięć złotych, a podkoszulki po dziesięć. Trochę drogo, ale, podkreślam, że są nowe. Słyszę, jak Mateusz głośno się śmieje. Chyba nie może przestać. Wreszcie poważnieje.
- Krępowałem się obarczać cię takimi zakupami. Kup mi nawet trzydzieści majtek. Spodnie i majtki to to, co się tirowcom najszybciej rwie. A jak jest taka okazja, to i podkoszulek kup więcej. Zostawiam to w twoich rękach. Masz pieniądze? Będę dziś w nocy w domu, to jutro się zobaczymy i się rozliczę.
Uf! Jestem zadowolona i teraz starannie wybieram majtki, a później podkoszulki. Siedemnaście gatek plus dwanaście ciemnych podkoszulek. Wszystko nowe i ciemne. Wyszedł całkiem spory pakunek. Właścicielka jest zadowolona.
- To mój pierwszy dziś zarobek - mówi. - A wczoraj było ledwie czterdzieści złotych. Niech pani zerknie na te wycenione żakiety, te dwa to pani rozmiar.
Nic mi nie potrzeba! Nie chcę żadnych żakietów! Ale oko już mi leci w tamtą stronę - jeden żakiet jest czerwony! Mierzę - leży wspaniale, świetnie w nim wyglądam. Sprawdzam metkę -można prać w pralce i normalnie prasować. A cena? - Trzydzieści pięć złotych. Na cholerę mi jeszcze jedna szmata? Wiem, że do tych sandałków... Nie kupuj, kretynko! Ale właścicielka dalej mnie kusi - sandałki i żakiet łącznie za trzydzieści złotych. Tej propozycji nie umiem się oprzeć. Wow! Portfel leciutki, za to reklamówki ciężkie...
W drzwiach wpadam na Olka - dosłownie! Chwyta mnie w ramiona chroniąc przed upadkiem. Jestem zawstydzona, że spotkał mnie w TAKIM sklepie i to tak objuczoną! Całuje mnie w oba policzki i wyjmuje z rąk torby, ustawia je koło drzwi.
- Zaczekaj na mnie chwileczkę. Dokonam zakupu i cię odwiozę - zapewnia.
Właścicielka podaje mu dwie inne, jeszcze większe od moich, torby, a Olek szybko płaci. Bierze wszystkie pakunki na raz. Jest wielki i silny, taki ładunek to dla niego pryszcz. I na dodatek okazuje się, że na parkingu jest jego auto. Wsiadamy. Jestem zadowolona z takiego obrotu sprawy. Już w samochodzie proponuje mi krótką wycieczkę na wieś, gdzie ma odwieźć swój bagaż. Ktoś tam wczoraj to wybrał, a Olek dziś ma odwieźć. Jedziemy i milczymy. Przecież nie będę się tłumaczyć z tych zakupów! A tu za miastem zaraz zaczynają się żółte od rzepaku pola. Jest tak pięknie, że zapiera dech w piersiach! Jakże dawno nie byłam wśród takich pól! Obraz mnie wzrusza, mam gulę w gardle.
- Mogę ci coś pokazać?
Na razie nie mogę wydobyć głosu, więc tylko kiwam głową. Po chwili mijamy lasek, za którym Olek skręca prosto w słońce. Jedziemy szutrową drogą, po kilku minutach auto staje. Olek wysiada, obchodzi wkoło auta i otwiera drzwi po mojej stronie.
- Chodź - prosi miękko i wyciąga do mnie rękę.
Jestem niezdecydowana, a on się tylko uśmiecha. Moje sandałki nie nadają się na takie drogi... Jednak wysiadam podając Olkowi rękę. Natychmiast obejmuje mnie i przytula do siebie, chyba całuje w czubek głowy. Jestem wzruszona i rozedrgana, ale on już mnie prowadzi w stronę lasku. Skądś wiem, że lasek jest niewielki. Domyślam się? Zaraz za pierwszymi drzewami jest stare wyrobisko żwirowe, pełne porośniętych mchem dołów. O, nie tylko mchem - teraz już to widzę - wszędzie po tych dołach kwitną biało poziomki. Istny poziomkowy raj!
- Przyjedziesz tu ze mną na poziomki? - pyta Olek, a ja znów tylko kiwam głową, jakbym ostatnio zamieniła się w niemowę. On znów mnie lekko przytula i nieco odważniej całuje w policzek. Przed drugim pocałunkiem jednak się uchylam - niech sobie za dużo nie wyobraża! A kiedy już siedzę bezpieczna w fotelu, Olek pochyla się nade mną i mocno całuje w usta. Z rozradowaną twarzą zamyka drzwi samochodu od mojej strony i po chwili też siada w aucie. Śmieje się zupełnie jak łobuziak, a mnie jest wstyd, że tak serio traktuję jego umizgi. Mam ochotę - złośliwie! - odwołać niedzielne spotkanie, ale zastanawiam się kogo bardziej ukarzę - Olka czy siebie.
Olek zgrabnie zawraca na tej wąskiej drodze, widzę, że jest dobrym kierowcą. Teraz już jedziemy do wsi. Zatrzymuje się przed jakąś posesją, zabiera torby z bagażnika - patrzę, czy nie zrobił pomyłki, ale wszystko w porządku. Po chwili jedziemy w stronę naszego miasteczka. Olek milczy i ja też milczę. Zbiera mi się na płacz. Za dużo w jednym dniu. Jestem roztrzęsiona. Nie wolno mi zaprosić Olka do domu. Muszę sama sobie poradzić z moim bagażem. Pomijając wszystko inne zostawiłam w pokoju bałagan związany z suknią.
- Czy ty się na mnie gniewasz? - pyta niespodziewanie Olek.
- Nie wiem - odpowiadam szybko, zanim zdążę pomyśleć. Więc dopowiadam: - Wprowadziłeś zamęt, a ja lubię spokój. Źle się teraz czuję.
Olek wie, że nie chodzi o ból brzucha, nie muszę wszystkiego wyjaśniać.
- Przepraszam - mówi miękko. - Ty pewnie nie wiesz, jak działasz na facetów... Nie mogłem się oprzeć. Wybacz - prosi.
Już dojeżdżamy pod mój blok. Nie umiem powstrzymać Olka - zanosi mi bagaże pod same drzwi. Nie czeka na zaproszenie, całuje mnie w rękę i odchodzi. Mam ochotę go zatrzymać, nie zdążyłam porządnie podziękować. Na szczęście sznuruję usta i wyjmuję z mojej nowej białej torebki klucz. Za progiem jest tylko samotność... Nie pozwalam sobie na żadne bzdurne rozmyślania. Szybko myję ręce, robię siusiu, jeszcze raz dokładnie myję ręce. I patrzę w lustro. Na ustach nie ma ani śladu pomadki. Po jednym pocałunku? Muszę kupić sobie lepszą, "niezjadliwą" pomadkę. STOP ! Nie muszę. Nie będzie więcej żadnego całowania. Za stara jestem na takie numery. Nastawiam zupę - krupnik z kaszy manny na nóżce z kurczaka. Dopiero teraz wracam do przedpokoju i zdejmuję buty, następnie myję nogi i wracam do kuchni. Nastawiam pranie - ciemne rzeczy, ale nie mieści mi się wszystko. Teraz obieram warzywa do zupy i dwa ziemniaczki. Lubię, gdy zupa jest gęsta. Kroję wszystko drobno i wrzucam do garnka, dodaje ziele angielskie i liść laurowy oraz trochę soli. Kaszę dodam pod koniec gotowania, razem z mielonym białym pieprzem. Idę do pokoju. Starannie sprzątam to moje niby szycie. Daję sobie czas do poniedziałku na przemyślenie. Teraz wycieram na mokro wszystkie powierzchnie, łącznie z podłogą. Zajmuje mi to sporo czasu, najgorsze są bibeloty. Za każdym razem zawzinam się, że schowam je do szuflady. I na tym się kończy. Pranie pierze się półtorej godziny, od razu nastawiam następne, a te wieszam na balkonie. Pogoda jest idealna, powinno szybko wyschnąć. Jednakże bokserki wieszam na suszarce rozstawionej w sypialni, gdzie szeroko otwieram okno. Wracam do kuchni i doprawiam krupnik. Jest już dobry - mogę zjeść obiad. Ale... dzwonek domofonu. Pewnie znów jakieś gazetki. Pytam, kto. Olek. Wmurowało mnie. Otwieram dopiero po kilkunastu sekundach. Czegóż on chce? Otwieram drzwi wejściowe i czekam, aż wejdzie na to moje drugie piętro. Wchodzi, starannie zamyka drzwi i opiera się o nie plecami.
- Mireczko, wybacz, że znów cię nachodzę. Nie mam twojego numeru telefonu. Tymczasem sprawa rodzinna i muszę wyjechać. Nie będziemy mogli spotkać się w niedzielę.
- Zaraz ci podam. A najlepiej zapisz od razu w telefonie. wejdź, proszę - wskazuję ręką drzwi do pokoju, ale on chwyta moją rękę i przyciąga mnie do siebie. Przytula i całuje tak, że miękną mi kolana i nie mogę złapać tchu. Dosłownie omdlewam w jego ramionach. Całe wieki nie czułam tak obłędnego erotycznego przyciągania! Nie jestem w stanie odepchnąć Olka od siebie. To on przerywa ten żar zmysłów i jeszcze raz prosi o mój numer, ale jego głos jest nienaturalny. Dyktuję numer, a on natychmiast do mnie dzwoni - czyli wszystko w porządku.
- Może zjesz ze mną zupę? - proponuję jak jakaś idiotka.
- Każdą, byle nie krupnik.
Nie mogę powstrzymać się od śmiechu.
C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 8.06.2018.
fot. WordPress.com
czwartek, 7 czerwca 2018
DZIKIE GOŁĘBIE
Dzikie gołębie
Maj się skończył a gołębie dalej swoje wiedzą
gruchają za oknem zdaje się wciąż majowo...
i po co i dlaczego - zapytam lot śledząc
trzy-cztery lęgi w roku czy to aby zdrowo?
Chociaż środowisko wcale nie zachęca
bo tu drzew wycinka a tam hałas wzrasta
coraz więcej ptaków krąży i się wkręca
między nowe osiedla oraz skwery miasta
Ten i ów chleba kromkę rzuci im przez balkon
jakaś babcia wysypie kaszkę na parapet
a one w podzięce "malują" jak lalkom
balustrady wieżyczki parapety z blaszek
Taka ich natura lepiej ich nie tremuj
pokazują że jeszcze tu też da się przeżyć
że i stare drzewa dają nam dość tlenu
że nie trzeba co chwila odmawiać pacierzy
© Elżbieta Żukrowska 3.06.2018.
fot. Wikipedia
środa, 6 czerwca 2018
Środa - 60 zł za 1 kg (2.)
Z życia wzięte... 2.
Środa - 60 zł za 1 kg
(- czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)
Lubię gdy budzi mnie śpiew ptaków. Czasem jest wyjątkowo głośny, natarczywy. Cieszę się, gdy mogę słuchać go siedząc na balkonie i popijając kawę. Właśnie dziś tak jest. Wczoraj wieczorem wreszcie wyciągnęłam ze schowka plażowy fotelik, coś pomiędzy leżakiem a fotelem, i już wieczorem, w nocy właściwie, słuchałam nocnych ptaków. Tak mnie jakoś naszło... Czyż nie wolno mi się rozmarzyć? Ale w zasadzie nie tyle marzyłam, co wspominałam. Mam dużo dobrych wspomnień...
Ranek, kawa, ptaki w parku... Nie, dziś do parku nie pójdę, jakoś dziwnie boję się, że znów spotkam tam Olka. Dziś idę na nasz ryneczek. Znajomy w czwartki przywozi tam buty. Niemal co roku kupuję u niego klapki. Stare są mocno podniszczone. Znajduję szare, w sam raz na moje nogi. Są bardzo tanie, mam ochotę kupić dwie pary, tyle, że te drugie na przykład beżowe. Karcę się w myślach - jedna para wystarcza mi na sezon, za rok będą inne wzory. Na rynku jest w sprzedaży rabarbar - korci mnie ciasto drożdżowe z rabarbarem, ale to są zachcianki. Mimo tego kupuję kilogram rabarbaru. Rozglądam się, rozmawiam ze znajomymi - zawsze tu kogoś spotykam. Pani Ania namawia mnie na śliczne letnie spódnice - szerokie, zwiewne, bajecznie kolorowe. Jasne, że mam ochotę. Ale nie mam dla kogo się stroić, bo przecież nie dla Olka. A ubrań mam tyle, że wystarczy mi do końca życia. Niedawno znajoma starsza pani mówiła mi, że już sobie uszyła suknię do trumny. Może to dziwacznie zabrzmi, ale wiem, że dobrze zrobiła. Jak najmniej kłopotów dla dzieci. Od dawna noszę się z zamiarem spisania testamentu... Dzień za dniem mija. Mam wprawdzie tylko dwoje dzieci, ale po co awantury po mojej śmierci? Chociaż nie, nie przypuszczam, by Jaś z Małgosią o coś się kłócili.
Nagle ktoś mnie klepie po ramieniu. Oglądam się - Małgosia! Ale nie moja córka, a inna, cioteczna siostra. Przez nas zwana Tawułką, choć nikt, nawet ona sama, nie pamięta skąd się wzięło takie przezwisko. I zostało. Pasuje do niej. Tawułka ma różowe policzki i wielki, szczery uśmiech na twarzy. Ma ze sobą rower. Mieszka daleko, po drugiej stronie miasteczka, już na peryferiach. Pewnie z ryneczku będzie około czterech kilometrów. A może i dalej. Małgosia robi zakupy, będąc z rowerem nie musi dźwigać w ręku. Ma dwie specjalne torby i klatkę na bagażniku, wszystko zamykane na kłódki. Teraz obie torby już są w połowie wypełnione. Domyślam się, że jest tam w pierwszej kolejności pieczywo, a następnie mięso, wędliny i warzywa. Witam się z moją kuzynką jak najcieplej i od razu namawiam na odwiedziny u mnie - są przecież muffinki z wczoraj, sama tyle nie zjem. Tawułka przystaje z radością, ale chce jeszcze do jednego sklepu - do lumpeksu. Idę razem z nią.
To drugi lumpeks, nie ten wczorajszy. Dziś do południa jest najniższa cena - dziesięć złotych za kilogram. Tawułka chce kupić prześcieradła z gumką. Latem ma mieć sporo gości, to z myślą o nich. Potrzebuje też roboczych spodni dla męża i kilku ciemnych koszul, takich do pracy. Ja mam w pamięci podkoszulki dla sąsiada, o czym mówię głośno. Gdzieś tam z boku głowy wkręca się także myśl o szerokiej, zwiewnej spódnicy... Idziemy i po drodze rozmawiamy. Kuzynka opowiada mi o swoich dzieciach (są w Anglii i we Włoszech, martwi się o nie), o ogródku (ogórki nierówno powschodziły), o mężu (którego ostatnio ciągle boli kręgosłup) i o psie, który przestał akceptować budę. To o psie bardzo mi się podoba - Kazik, mąż Tawułki, ustawił pod domem stary fotel, zrobił nad nim i z boku zadaszenie i takie lokum wreszcie pies zaakceptował. Fotel dodatkowo wyłożono mu starą kołdrą... Uśmiecham się - nawet psy w dzisiejszych czasach potrzebują wygód, nie wystarcza ciepła buda z sianem i pełna micha z obowiązkową kością... Nie mam psa. Nie mam kota. Może jednak powinnam mieć jakieś zwierzę? I co? Zabiorą mnie na kilka dni do szpitala, a sąsiadom zostawię kłopot? Podobnie jak zechcę pojechać do dzieci. W zasadzie polecieć samolotem... Nie, nie. Nie każdy może mieć psa.
Jesteśmy pod sklepem. Tawułka przypina rower do stojaka. Mimo tego obawiam się o jej torby... Wchodzimy do środka i się rozdzielamy. Znajduję następną podkoszulkę dla sąsiada, ciemno chabrową. A dla siebie... Nie mogę się oprzeć i zdejmuję z wieszaka kremową długą suknię z żorżety, zwiewną, na podszewce. Kremową, ale w czarne haftowane esy-floresy. Jest na mnie za mała. Ale mogę z niej uszyć spódnicę. Taką wymarzoną. W y m a r z o n ą?? Przecież nie marzyłam o takiej spódnicy! Skąd więc takie słowa? Suknia waży osiemdziesiąt trzy deko. Płacę za zakupy i lecę spojrzeć na rower kuzynki - wszystko w porządku. Tawułka nadal przegląda prześcieradła na gumce. Jest ich chyba z sześć, a ona każde bierze pod światło i ogląda ubytki. W koszyku ma już spodnie i kilka koszul. Jeśli kupi prześcieradła - będzie można mówić o udanych zakupach. Wybiera trzy sztuki będące w najlepszym stanie i idziemy do kasy.
- Nie muszę dziś wszystkiego kupować. Może spotkam lepszy towar. Jeszcze mam czas - mówi do mnie.
Mało tu ludzi, a sklep jest tak samo duży, jak ten wczorajszy. Ekspedientki (dwie) się nudzą. Tawułka płaci i wreszcie wychodzimy. Teraz trzeba wszystko zgrabnie zapakować na rower, ale kuzynka ma wprawę i już spacerowym krokiem idziemy do mnie. Po drodze zastanawiam się, jak zakupy Tawułki wtarabanić na moje drugie piętro, ale i na to moja kuzynka ma sposób. Coś tam odpięła, coś przesunęła, a później całość jednym zgrabnym podrzutem zawiesiła sobie na ramieniu, niczym kowboj siodło. Natomiast rower przypięty do drzewa będzie doskonale widoczny z moich okien, co natychmiast po wejściu do mieszkania sprawdzam. Zostawiam otwarte okno. Szeroko. Zawsze zabezpieczam skrzydła okna jaśkami i nie straszny mi wtedy przeciąg. Na razie nie ma jednak przeciągu, a ja szykuję w kuchni kawę dla kuzynki, a sobie robię herbatę. Muffinki nadal są dostatecznie świeże. Ustawiam wszystko, co trzeba na tacy i czekam na wodę. Po chwili czajnik gwiżdże, a Tawułka wychodzi z toalety.
Obie z przyjemnością jemy ciasto. Herbata nie chce nam szybko ostygnąć... Pora zacząć robić mrożoną herbatę - notuję w pamięci. Mój przepis jest bardzo prosty - zamrażam w woreczkach do lodów herbacianą esencję, zazwyczaj zapachową Earl Grey. Później, już po zamrożeniu, wrzucam kostki do dzbanka i zalewam wystudzoną, słabszą herbatą. Dodaje cytrynę, listki mięty, czasem przekrojone na pół truskawki. Różnie. Mieszam delikatnie. Lubię, gdy herbata jest klarowna. Nie słodzę. Coraz więcej osób nie słodzi herbaty. Tawułka też.
A teraz opowiada mi, że dostała różnokolorową rozsadę tawułki. Rośliny będą też miały różną wysokość. Posadziła wszystko na jednym klombie, tym kolo domu. Nic więcej tam się nie zmieści - z jednej strony pies, z drugiej strony klomb.
- Koniecznie musisz przyjechać pooglądać to cudo. W lipcu powinna być w pełni kwitnienia - zaprasza mnie, ale wie, że to dla mnie za daleko. Nie tylko nie mam samochodu, nie mam nawet roweru. Mnie to nie przeszkadza. Niby. A jednak ogranicza...
- Tak - obiecuję mimo wszystko - koniecznie! Może zdarzy się jakaś okazja.
Tawułka jest bardzo szczera, dzieli się wszystkim, co ma, dlatego dodaje:
- Mam nadzieję, że już będą ogórki.
- Kochana jesteś - przytulam ją i całuję na pożegnanie. Nigdy nie ma dość czasu, by długo posiedzieć. - Co masz dziś w planie, że tak się śpieszysz? - pytam, ale i tak dziś, dzięki chodzeniu po miasteczku mogłyśmy się bardziej nagadać.
- Och, stare ziemniaki starzeją się szybciej niż zawsze. Mam jeszcze ze trzy duże wiadra. Muszę je obrać, utrzeć i upiec babkę. Myślę, że dziś uradzę z jednym wiadrem. To będą ze trzy babki. Ale już muszę się śpieszyć.
Całą Tawułka! Pomagam jej z bagażami i rowerem. Jeszcze raz wymieniamy uściski i buziaki i już odjeżdża. W ostatniej chwili włożyłam jej pozostałe muffinki. A ja mam upiec ciasto z rabarbarem. Drożdżowe. Ale zanim co sięgam po mój dzisiejszy lumpeksowy zakup. Podkoszulka jest w porządku, za to sukienka... aż jęknęłam! Na lewym biodrze wielki ślad żelazka... Materiał jest spalony na brązowo. Nic tego już nie uratuje... Mała nadzieja na spódnicę dla mnie. Oglądam dokładniej, mierze się krawiecką miarką - będzie brakować dziesięć centymetrów na szerokości. Fatalnie... Oczywiście mogę to nadsztukować materiałem z rękawów, ale... Nie mam owerloka. Nie będę mogła sama tego uszyć. Materiał jest z tych, co się "sypią", natychmiast po przycięciu musi iść na owerlok... Jestem strasznie na siebie zła - jak mogłam patrzeć i nie widzieć? U krawcowej zapłacę ze dwadzieścia złotych i spódniczka wcale nie będzie dość szykowna. Że też ekspedientka nie zwróciła mi na to uwagi... Kipię ze złości. I jednocześnie zastanawiam się, co mam dalej robić. Jednak nastawiam pranie na "jasne kolory", podkoszulki Mateusza muszą zaczekać, bo być może jutro uda mi się dokupić jeszcze jakieś - przecież jest trzeci lumpeks, w którym baaardzo dawno nie byłam. Aż ciekawa jestem, jakie tam są teraz "obyczaje".
No nic - biorę się za ciasto drożdżowe, do którego użyję suszonych drożdży. A piec będę jak muffinki - w papilotkach i na specjalnej blaszce. Po wystygnięciu nadmiar babeczek zamrożę. Lubię mieć coś w zapasie. Później przygotowuję rabarbar, czekam na wyrośnięcie ciasta... O, dziś dużo pracy, a nie mam nawet obiadu. Znów dwa ziemniaki, troszkę marchewki i garść mrożonych brukselek oraz fasolki szparagowej. Oprószam to śladową ilością soli. Chwilę szukam w zamrażarce jakiegoś gotowego już mięska - jest panierowany kotlecik z drobiowego fileta. Dokładam do garnka i gotuję wszystko na parze. Prawie całe popołudnie spędzam w kuchni. W przerwach odpoczywam na balkonie podczytując książkę, ale jakoś nie jestem nią specjalnie zainteresowana, więc wgapiam się w park. Jest tak ładna pogoda, że w alejkach całkiem sporo ludzi. Dlatego wolę ranki - gdy nie ma tłumu, dzieci na rowerkach, piesków na smyczy i "komunistów" na hulajnogach.
Jest prawie dziewiętnasta gdy wyciągam z piekarnika ostatnią blachę moich drożdżowych "muffinek". Podgrzewam sobie szklankę mleka i zjadam kolację - aż trzy babeczki! Bardzo mi smakują. A teraz mogę iść do wanny i na dziś mnie nie ma! Ale najpierw zdejmuję suche już pranie. Telefon! Z radością konstatuję, że jest to moja córcia. Rozmawiamy dosłownie chwilę - wzajemnie zapewniamy się, że wszystko jest w porządku. Chwalę się babeczkami, a ona osiągnięciami swoich dzieci. To bardzo miłe. Jeszcze całusy dla całej rodziny, wirtualne uściski i dobranoc. A ja wpadam do wanny! Nie zapalam świeczek, ale puszczając wodę wlałam dużo płynu do kąpieli o moim ulubionym zapachu jaśminu z migdałową nutą.... Nie ma mnie. Do jutra!
C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 6.06.2018.
fot. Allegro - Tawułka Arendsa
WSZYSTKO PRZEZ SIANO
Wszystko przez siano
Pod kopką siana on i ona,
a sama kopka nieco skrzywiona.
On tam gniazdeczko rad by wymościć,
ona - że kłuje, że coś jak ości...
To on koszulę swą pod nią kładzie,
a jej zbyt cienko - dalej się wadzi...
Jemu już pachnie, ona się waha,
żaden amorek nie poda ciacha...
Ani z kołczanu nie wyjmie strzały,
nie będzie strzelać w tył okazały.
I nie wiadomo, jaka przyczyna,
więc chłopak twardo sobie poczyna.
Kiecka do góry, majtki do dołu,
nie zrobi z niego kilku dzięciołów.
Nie będzie kręcić i nie zaskomli,
on się zanurzy, szybko zapomni.
Może i nawet by tak było,
ale go dziewczę czymś zaraziło....
© Elżbieta Żukrowska 3.06.2018.
fot. WYKOP
wtorek, 5 czerwca 2018
Środa - 60 zł za 1 kg (1.)
Z życia wzięte... 1.
Środa - 60 zł za 1 kg
(- czyli jak być mężczyzną pod siedemdziesiątkę)
Sąsiad Mateusz zatelefonował do mnie we wtorek pod wieczór.
- Czy ty jeszcze bywasz czasami w lumpeksie?
- Coraz rzadziej, bo coraz mniej rzeczy jest mi potrzebnych.
- A specjalnie dla mnie byś poszła?
Mój sąsiad jest kierowcą TIR-a, tylko czasem bywa w domu, a i to zazwyczaj ciągle gdzieś się spieszy. Poprosił, by mu kupić z sześć ciemnych podkoszulek rozmiar L. Rozmiar znam, bo przecież widuję sąsiada.
- W piątek na noc zjadę, to może już coś będziesz miała - wyraził nadzieję.
- Jak coś będzie, to ci nawet od razu upiorę, abyś miał gotowe.
W miasteczku są trzy lumpeksy. Kiedyś było z piętnaście, a może i więcej. Najsłabsze zakończyły swą działalność. Co roku jakiś się wykruszał. Ale nadal w dniu dostawy towaru te sklepy są przepełnione. W niektórych nawet pozakładano kamery... Kradzieże...?
Ranek. Jest maj. Za oknem mam park, w którym trwają właśnie poranne serenady. Otwieram szerzej okno - cudowny zapach nowego życia, rosy, pachnącej ziemi... Robię sobie kawę, nigdzie mi się nie spieszy. Ach, lumpeks! Ale do otwarcia sklepu i tak mam dwie godziny. Wychodzę dużo wcześniej, by jeszcze chwilę posiedzieć na ławce. Przypadkiem spotykam tam znajomego i rozmawiamy całą godzinę... Zapraszam go na popołudniową kawę, widzę, że się cieszy... Do sklepu zachodzę nieco spóźniona. Ale może to i dobrze.
Sklep jest olbrzymi. Dwie ekspedientki bez przerwy kasują klientów. Cztery osoby plus kamery pilnują sklepu. Wchodzę i z koszyczkiem kieruję się od razu do podkoszulek. Jest bardzo dużo kupujących. Trudno poruszać się w alejkach. Ciasno. Ale podkoszulki na mnie czekają - znajduję dwie czarne i jedną granatową. Czarne są nowe, nie używane. Granatowa w dobrym stanie, nic nie rozciągnięta i bez plam. Wszystkie są miękkie w dotyku. Czemu polska bawełna nie jest tak miła? Rozglądam się po innych wieszakach, ale nie chcę nic sobie kupować! Kiedyś nagminnie odwiedzałam lumpeksy i znosiłam do domu kilogramy szmat. Już się wyzwoliłam z tego nałogu. Przynajmniej mam taką nadzieję... Ale oko mi pada na białą torebkę i nie ma siły... To nic, że mam w domu osiemdziesiąt pięć torebek. TAKIEJ nie mam - więc kupuję sobie sto trzydziestą czwartą! Kosztuje tylko osiemnaście złotych - przekonuję sama siebie, że to niewiele. Tylko PO CO ? Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Ach! - trzy podkoszulki i torebka? To za mało. Idę pod samą ścianę sklepu, gdzie leży pościel, ręczniki, koce i inne duże "sztuki". Wiem, że nic nie potrzebuję! Ale moje wprawne oko łowi bardzo kolorowy ręcznik kąpielowy. To kretyństwo kupować tu tak drogo ręcznik! Pewnie będzie ważył z kilogram! Biorę w ręce - jest zadziwiająco lekki. Waży tylko czterdzieści deko. Biorę! Później znajdę na nim maleńką dziureczkę wypaloną papierosem... Sumuję w myślach - trzydzieści trzy złote za podkoszulki, osiemnaście złotych za torebkę, dwadzieścia cztery złote z ręcznik kąpielowy - siedemdziesiąt pięć złotych. Ale na wadze u pani ekspedientki jest dokładniejsze ważenie, dochodzą moje "zaokrąglenia" wagi i jest o złoty dwadzieścia drożej. Mały pryszcz. Pakuję wszystko do reklamówki, pani mi pomaga i wychodzę. Byłam w sklepie raptem dwanaście minut... Zastanawiam się czy iść od razu do następnego lumpeksu - jednak nie. Nie wszystko muszę od razu.
Przypominam sobie, że jestem umówiona... Kupić ciasto czy samej zrobić? Oto jest pytanie... Nawet po drodze wchodzę do sklepu cukierniczego, ale już sam zapach wyrzuca mnie na zewnątrz - przepalony olej z pączków... Po powrocie myję ręce i od razu biorę się za czekoladowe muffinki. Obiad? Hm... Gdy przyjdzie pora ugotuję na parze dwa nieduże ziemniaki, jedną trzecią marchewki i różyczkę kalafiora. A do tego, tak trochę po niemiecku, porcyjka galarety z żołądkami drobiowymi. Jestem sama i nie muszę nic cudować. Zanim obiad - odpoczywam. Czytam książkę, poleguję. Z tej pozycji dobrze widać kurze... Czy Olek będzie patrzył na kurze? Wyjmuję z piekarnika muffinki - zapach jak zawsze jest oszałamiający.... Zjem jedną po obiedzie... Ale teraz biorę się galopem za sprzątanie, och, nie ma tego dużo. Parę machnięć ścierką i po kłopocie. Obiad. Zmywanie naczyń. Odpoczynek. Nic nie robię, tylko ciągle odpoczywam. Takiej to dobrze - czyż nie?
Przypominam sobie o torebce - czyszczę, myję, szoruję - nie jest specjalnie brudna, choć przecież biała. Wilgotnymi chusteczkami do pielęgnacji niemowląt docieram do każdego zakamarka torebki. Nie będę jej prała, choć pewnie nic by się jej w praniu nie stało. Gotowe.
Teraz ja się przygotowuję. Zdejmuję bluzkę, myję się, także zęby, układam od nowa włosy. Zakładam bluzkę bardziej elegancką niż do sklepu, ale nie szarżuję, ta była modna dwa sezony temu. Nie, nie ścigam się z modą. Staram się kupować rzeczy klasyczne, ale bywają wyjątki... Cienie do powiek, troszkę pudru na nos, czoło i na brodę, pomadka na usta. Moje ulubione perfumy za uszy i na nadgarstki.
Ustawiam na stole wszystko co potrzeba do lekkiego posiłku i znów zapadam się w fotelu. Mam jeszcze dwadzieścia minut. To dlatego, że nikt nie telefonował do mnie i nie przeszkodził w przygotowaniach. Teraz już tylko czekam.
Olek jest bardzo punktualny. Na powitanie całuje mnie w rękę i w policzek. Ma dla mnie garsteczkę kwiatów - po kilka tulipanów, narcyzów i żonkili. Zapach narcyzów wywołuje falę wspomnień, ale nie ulegam jej, zajmuję się moim gościem. Wstawiam kwiaty do wody, świetnie wyglądają w wazonie z niebieskiego szkła. Mamy kłopot z konwersacją, oboje jesteśmy zażenowani. Wreszcie ustalam, że Olek wypije herbatę. Zostawiam go na chwilę samego. Mieszkanie jest tak małe, że możemy rozmawiać, ale Olek cierpliwie czeka na mój powrót z herbatami do pokoju. Nagle zdaję sobie sprawę, że nie mamy wspólnych tematów! Zasycha mi w gardle.
- Ślicznie wyglądasz - mówi Olek i uśmiecha się do mnie.
Oblewam się rumieńcem jak pensjonarka i jestem wściekła na siebie za ten rumieniec, ale przecież nie mam na to wpływu.
- Dziękuję - mamroczę pod nosem. Nie wiem, co mam do tego dodać.
- Przyjechałem samochodem, bo może chcesz gdzieś ze mną pojechać, może masz coś ciężkiego do przemieszczenia...
- Dziękuję - powtarzam wyraźniej - jakoś nauczyłam się radzić sobie bez samochodu. Zresztą - ty chyba też wiesz, że jedna osoba nie potrzebuje wiele.
- Tak, wiem, ale z przyzwyczajenie nadal kupuję duże opakowania proszku do prania i całe zgrzewki wody.
Podsuwam bliżej talerz z muffinkami i zapraszam do jedzenia. Olek nakłada sobie jedną na talerzyk i delikatnie odsuwa papilotkę.
- Widzę, że sama piekłaś. - Gryzie niewielki kęs i stwierdza, że muffinka jest wyborna. - Oczywiście sama piekłaś.
- Tak. Piekę od czasu do czasu, aby nie wyjść z wprawy. W zasadzie teraz tylko dla specjalnych gości, bo sama staram się unikać słodyczy.
Zwrot "dla specjalnych gości" jest jak strzała. I zaczynamy flirtować, choć wcale to nie było moim zamiarem. Znów jestem bardzo skrępowana. Tymczasem Olek pochłania kilka muffinek, a ja się cieszę, że mu smakują. Czas płynie nam błyskawicznie - mimo wszystko. Na pożegnanie Olek pyta, kiedy znów będzie mnie mógł odwiedzić.
- Może za tydzień? - Wiem, że chciałby szybciej, ale nie chcę nic przyspieszać. Z drugiej strony maj jest taki krótki...
- A może w niedzielę? - Naciska Olek i znów uśmiecha się tak, że nie umiem mu odmówić. Całuje mnie w rękę, w oba policzki i znów w rękę. Wychodzi.
C.d.n.
© Elżbieta Żukrowska 5.06.2018.
ŻEGNAJ!
Żegnaj!
Milczenie weszło do pokoju.
Już telewizor wyłączony.
Coś chcesz powiedzieć - lecz się boisz?
Dlaczego ty się boisz żony?
O, już wiadomo - spakowałeś
podręczną torbę, dyplomatkę,
laptop w sakwojaż też upchnąłeś
- z domu na zawsze, nie na schadzkę...
A żona milczy, choć świadoma,
nie będzie ciebie zatrzymywać.
Wie, że tu wrócisz na kolanach
i będziesz skamleć, popłakiwać...
Jednak odpowie wtedy hardo:
że klucz zgubiony, trudna rada.
Wędruj w te swoje nowe strony
i na herbatę tu nie wpadaj!
© Elżbieta Żukrowska 2.06.2018.
fot. Art.GraphiK
poniedziałek, 4 czerwca 2018
A TY ?
A ty?
Wypijasz wszystkie smutki świata,
rzucasz za siebie zwiędłą różę.
I na co liczysz? Czegoś warta?
Kto i czym tobie się przysłużył?
Masz czasem rozbiegane oczy,
przerażająco martwe dłonie,
tęsknoty twoje ścieżki złote...
A ty?
Czy ty przypadkiem już nie płoniesz?
We dwoje zawsze było milej...
Już zapomniałaś jak to było?
Tylko ten taniec, ten ostatni
ciągle w pamięci. Wraca z siłą.
A ręce biegną do klawiszy,
chociaż niezdarne, ociężałe,
znów wydobędą ze strun dźwięki,
przywrócą dawne piękno całe.
Może zapłaczesz, zgubisz łezkę,
zamglonym okiem złowisz cienie,
może rozpoznasz tamtej uśmiech,
szepniesz jak dawniej - czekam ciebie...
Patrzysz na drzwi... a one puste...
© Elżbieta Żukrowska 1.06.2018.
fot. z internetu
niedziela, 3 czerwca 2018
W SADZIE PRZED BURZĄ
w sadzie przed burzą
burza się czai za czwartym rogiem
godziny płyną lotem jaskółki
zaś zegar tylko tyka daremnie
bo nie przyspieszy nawet minuty
i chociaż dłonie są obolałe
lepią się sokiem wiśni czereśni
zrywasz następne w kobiałki małe
bo grzmot już męskie wysnuwa pieśni
koniec zrywania - są pierwsze krople
piorun z fantazją rozstrzelił niebo
grom zabrzmiał głośniej i niemiłośnie
ptaki pospiesznie płyną do siebie
i otworzyły się chmur zawory
lunęły strugi mocne stalowe
od wschodu wszystko już pociemniało
wiatr szarpie czuby drzew czereśniowych
© Elżbieta Żukrowska 30.05.2018.
fot. BioAgris
sobota, 2 czerwca 2018
CHŁOPAK Z DZIEWCZYNĄ
Chłopak z dziewczyną
Sianokosy szybko były. Szybko także wyschło siano.
I w kopice je złożyły czyjeś ręce wcześnie rano.
A pod taką kopką siana czasem dziwy też się dzieją.
Kiedy chłopak sfrustrowany na dziewczynę ma nadzieję...
Już pod stertą przygotował słodkie wino, czekoladę,
tylko czy tamtą dziewczynę sam namówić dziś da radę?
Nocka teraz bywa krótka, księżyc nazbyt jasno świeci.
A dziewczyna bałamutna, nie wie, czy ją dość podnieci.
I czy będzie bara-bara, czy niegroźne figle-migle...?
Choć się chłopak bardzo stara, wino dalej nieostygłe.
Czekolada prawie pływa, bo też noce są gorące,
może gdzieś indziej spotkanie, a nie na skoszonej łące...?
© Elżbieta Żukrowska 1.06.2018.
fot. z serialu "M jak miłość"
piątek, 1 czerwca 2018
"NA SIANECZKU SIANIE"
"Na sianeczku sianie..."*
Na stogu siana pachnie... sianem.
Za to tam w cieniu są oboje:
młoda dziewczyna z panem Janem,
on ją namawia, ona wie swoje.
Jednak ten zapach - afrodyzjak!
Nęci jak dłonie pana Jana
- wie, że poległa - wstyd się przyznać!
I już rozchyla swe kolana!
Nie ma to-tamto! Koniec żartów!
Pan Jan już spodnie ma rozpięte.
Ale dochodzi do falstartu...
Los spłatał figla jako puentę...
© Elżbieta Żukrowska 31.05.2018
* - z piosenki "Dwa plus Jeden" - "Nie zmogła go kula"
fot. Andrzej Kosiba
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















